|
Moje blogi
♦
Szukaj na tym blogu
Sybiracy są świadkami, w których głos należy się wsłuchiwać
|
sobota, 11 grudnia 2021
Wybory nowych władz Terenowego Koła Związku Sybiraków.
Moje życie - lata 1939-1946 - Barbara Michalik
Moje życie - lata 1939-1946 - Barbara Michalik 1. Ostatnie przedwojenne lato. Wybuch wojny i wkroczenie Sowietów Urodziłam się 24.11.1919 r. w Brześciu n. Bugiem w rodzinie Jana Rodziewicza i Katarzyny z d. Skarpetkowskiej. Po zdaniu egzaminu maturalnego w Brześciu rozpoczęłam w 1937 r. studia na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Wybuch wojny zastaje mnie w Wilnie. Kopiemy rowy przeciwlotnicze, pełnię wyznaczone dyżury na strychu domu. W niedzielę, 17 września – jak grom z jasnego nieba spada wiadomość o wystąpieniu Mołotowa i zapowiedź zajęcia |
Wspomnienia z zesłania na Sybir-Genowefa Klauzer
z domu Białobrzewska Do czasu zesłania nas na Sybir mieszkałam wraz z rodziną na Kresach w osadzie Planta, pow. baranowicki, woj. nowogródzkie. W dniu 10 lutego 1940 r. w nocy przyjechali saniami politruki do naszego domu, kazali podnieść ręce do góry, dwóch stało z bronią w ręku obok niego. Wszystkich pobudzili i kazali ubierać się. Ojcu i matce odczytali „rozkaz”, że za to, że ojciec jest piłsudczykiem i ma nadaną ziemię za zasługi wojenne w 1921 r. zostaje zesłany wraz z rodziną w głąb Rosji. Wszyscy się trzęśli z zimna i przestrachu, bo mróz był tej nocy 40o C, a oni pootwierali drzwi i okna. Rodzina moja składała się z ojca, matki i ośmiorga dzieci. Ja byłam najstarsza i miałam 16 lat, najmłodszy brat miał półtora roku. Na taką drogę trzeba było ciepło się ubrać. Dzieci były poowijane w koce, układane na saniach jak śledzie i przykryte pierzynami. I tak wieźli nas na stację Leśna w odległości 20 km. Po wyjechaniu na drogę zrobiło się widno i zobaczyliśmy wówczas, że to nie tylko my, ale wszystkich osadników z osady wywożą. Cały sznur furmanek już jedzie w kierunku stacji, a było 29 rodzin osadników i były one bardzo liczne. W Leśnej już były podstawione wagony towarowe. Były wagony większe – na siedem rodzin i mniejsze na cztery. My dostaliśmy wagon mniejszy, za to liczne rodziny sąsiadów Dąbkowskich, Łosińskich. Razem było nas 32 osoby i nasze rzeczy, które mogliśmy uchwycić w tym popłochu. W wagonach były prycze, ściany wagonu obstawiliśmy workami, poduszkami, czym kto mógł, wszystko przymarzało do ścian. W Leśnej staliśmy chyba z tydzień, gdzie zwozili ludzi do transportu. Wagony były zaopatrzone w żelazny piecyk, gdzie często brakowało drzewa do opalania, trzeba było bardzo oszczędnie korzystać. W podłodze był wycięty otwór jako ustęp, który zawsze zamarzał. Rura od pieca odpadała, źle była przymocowana, nie było czym mocowanie poprawić, bo nie było nawet kawałka drutu. Gdy transport jechał, to niemożliwe było palenie, bo było pełno czadu. W czasie jazdy brakowało chleba i wody. Jechaliśmy tak chyba z miesiąc w okropnych warunkach. Przywieźli nas do stacji Chołmogory, odległej od Archangielska o 150 km. Tam rozładowano nas z wagonów na furmanki. Moi starsi dwaj bracia Heniek i Zygmunt pojechali z ojcem, także wszystkie nasze rzeczy, jakie udało nam się wziąć. Ja zostałam z mamą do pomocy przy pilnowaniu dzieci, a było ich jeszcze pięcioro maleństwa. Dali nas na samochody ciężarowe odkryte, byliśmy tylko nakryci na głowy plandeką. Drogi były pozawiewane śniegiem, samochody utykały w |
