♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

wtorek, 9 lipca 2019

Joanna Sienkiewicz - Aneta Wawrzyńczak


                                                                

                       Joanna Sienkiewicz  z domu Graczyk 

                                       - Aneta Wawrzyńczak-

Artykuł red. Anety Wawrzyńczak przekazany przez pana Henryka Sienkiewicza z Poznania.


Tekst pochodzi z 2016r. Bohaterką jest  pani Joanna Sienkiewicz z domu Graczyk, która w tym roku, w Wigilię skończy 100 lat.

Przykry jest fakt, iż żadna gazeta nie była zainteresowana tym artykułem. 

Wstęp

Joanna Sienkiewicz z domu Graczyk ma 95 lat, urodziła się 24 grudnia 1919 roku w Blizanowie koło Kalisza. Dwa i pół roku temu przeszła udar, od tego czasu powoli odłączają się jej kolejne kable z rzeczywistością. W czasie wywiadu mówi tylko: „kochane to moje dziecko” (o synu Henryku) albo „to dziecko takie gadulskie!” (też o nim), albo „młodym być, więcej nic, a starość nie radość” (tak ogólnie, życiowo).

Zresztą, swoje już się nagadała: rodzinie, znajomym, lekarzom orzecznikom ZUS, paniom i panom mecenasom, wysokim sądom. Dalej w jej imieniu będzie mówił syn Henryk Sienkiewicz.

Z jej opowieści, zachowanej już tylko na piśmie, i jego, opartej na wspomnieniach matki i zgromadzonych dwóch tomach dokumentów, wyłania się następująca kolej wydarzeń:


W sierpniu 1939 roku 20-letnia Joanna jedzie z rodzinnego

Poznania do Wilejki Powiatowej (obecnie Białoruś) w odwiedziny do brata st. sierżanta Ludwika Graczyka i narzeczonego ppor. Henryka Sienkiewicza, którego właśnie w Wilejce rok wcześniej zapoznała. Obaj w Wilejce służą wtedy w Korpusie Ochrony Pogranicza. Z narzeczonym ustalają, że pobiorą się za cztery miesiące, w Boże Narodzenie.

1 września 1939 roku w Wilejce zastaje ją wojna. Do Poznania wrócić nie może, zamieszkuje u brata i bratowej.

17 września ppor. Sienkiewicz jako dowódca plutonu karabinów maszynowych i st. sierżant Graczyk przystępują do walki z sowieckim najeźdźcą. W walkach na trasie Sarny-Kowel ppor. Sienkiewicz zostaje ciężko raniony w biodro. W szpitalu w Kowlu nie zabawi długo, uciekają razem z przyszłym szwagrem pod osłoną nocy. Już szuka ich NKWD.

6 października ranny ppor. Sienkiewicz i st. sierżant Graczyk wracają do Wilejki, a właściwie – najpierw w ruiny pobliskiego kościoła, potem do pobliskich lasów. Przez kolejne miesiące Joanna kursuje między miasteczkiem ( Wilejka była miastem powiatowym) a umówionymi punktami spotkań z narzeczonym i bratem. Opatruje ich rany, donosi jedzenie, leki i ubranie, przechowuje broń krótką i amunicję.

Pod koniec roku robi się gorąco, enkawudziści węszą coraz bliżej. By już nie narażać bliskich, na początku lutego 1940 roku ppor. Sienkiewicz i st. sierżant Graczyk opuszczają kryjówkę, przedzierają się przez linię Curzona, docierają do Warszawy, wstępują do ZWZ - późn. Armii Krajowej. Ale w Wilejce zostaje Joanna, rodzina jej brata i enkawudziści, którzy wciąż ją nachodzą, teraz już o każdej porze dnia i nocy, wywracają dom do góry nogami, szukają dowodów, że ukrywa partyzantów, grożą więzieniem.

W nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 roku aresztują ją za wrogą działalność – to znaczy na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (co bezspornie stwierdzi 70 lat później Sąd Okręgowy w Poznaniu). Donos poszedł od któregoś z sąsiadów, tak twierdziła pani Joanna i tak twierdzi jej syn.

Pani Joanna, w zeznaniach przed Sądem Okręgowym w Poznaniu: „Kazali ubierać się zarówno mnie, jak i rodzinie mojego brata, usiłowali dowiedzieć się, gdzie są i brat, i narzeczony, zabrali nas ze sobą, po odczytaniu jakiegoś dokumentu, z którego treści zrozumiałam, że jesteśmy wrogami ludu i Związku Radzieckiego, za działalność p-ko ZSRR mamy być aresztowani i wywiezieni z Wilejki – nie podano gdzie”.

Syn Henryk dodaje: – Zabrali ją tak, jak stała, w jednej sukni. Co jest bardzo charakterystyczne, bo rodziny z okolicy, deportowane na Syberię, mogły zabrać po kilkadziesiąt kilo bagażu na osobę. Mama mówiła, że była przekonana, że albo ją zamkną, albo od razu dostanie kulkę.

Joanna idzie więc bez niczego, tylko z duszą, co jej siedzi na ramieniu. Z nią zostaje załadowana do wagonu bydlęcego, a także z kilkudziesięcioma innymi „wrogami ludu”. 16 dni i nocy jadą na Sybir. Tłok w wagonach bydlęcych jest ponoć straszny. Henryk: – Na cały wagon dostawali wiadro gorącej wody i parę bochenków chleba. Ludzie umierali w czasie transportu, konwojenci z NKWD wyrzucali ich przez okna.

Pod koniec kwietnia Joanna dociera do Pawłodarskoj Obłasti, posiołka Preobrażenka. Tam zastaje ją szczere pole i rozkaz: budować ziemianki. Po jego wykonaniu zaczyna pracę w kołchozie „Trud” jako pracownik fizyczny. Usuwa obornik z chlewów i obór.

Później trafia do Republiki Kazachstańskiej w okolice Akmolińska – Kołona Iskustawiennych Soorużenii. Pracuje przy budowie torów kolejowych i mostów na trasie Akmolińsk-Kartały-Czelabińsk oraz w tamtejszym kołchozie i kamieniołomach, nieraz w nocy jeszcze ciągną ja do rozładowywania wagonów z węglem. W zamian dostaje jedzenie: łupiny zgniłych ziemniaków, które się praży na rurze od „kozy”, i, jak dobrze pójdzie, 200 gram chleba dziennie. Choruje na tyfus, malarię, zapalenie nerek, przewlekłe zapalenie płuc. I tak może mówić o szczęściu. Henryk: – Mama opowiadała, że zimą jak ktoś zamarzł, to trzeba go było tak zostawić, bo ziemia zamarzła, nie było jak pochować, wilki zżerały jego zwłoki.

Dalej - zostaje skierowana do cukrowni we wsi Andruszówka koło Żytomierza. Na stanowisku pomocnika laboranta pracuje od 15 listopada 1944 roku do 19 grudnia 1945 roku.

Później o jej repatriację wnioskują ojciec, Jan Graczyk, pracownik Warsztatów Precyzyjnych Wydziału Rolniczo-Leśnego Uniwersytetu w Poznaniu, oraz narzeczony.

Pierwszy 4 października 1945 roku do Obywatela Głównego Pełnomocnika Polski dla spraw przesiedlenia w Łodzi pisze: „Mając tutaj całą swoją rodzinę i owdowiałego ojca /mnie/ powinna obecnie mieć możność wrócić do domu i prowadzić gospodarstwo – jako jedyna kobieta w domu. (…) Jestem już w podeszłym wieku, mam bowiem 68-y rok i bardzo mi ciężko w domu bez gospodarki kobiecej. Córka moja Joanna jest zresztą moją jedyną córką i bardzo pragnąłbym mieć ją na starość przy sobie. Bez niej czuję się bardzo osamotniony i ciężko mi żyć bez mojego dziecka. Gorąco bardzo upraszam o uwzględnienie mojej prośby, zgodnej z wolą mojej córki Joanny”.

Drugi po wyswobodzeniu z obozu pracy pod Wrocławiem w 1945 roku, podreperowaniu zdrowia w szpitalu i skierowaniu do I Armii Wojska Polskiego, z Jednostki Wojskowej 52187 w Nowym Sączu 24 stycznia 1946 roku wnioskuje do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego krótko, po żołniersku: „Proszę o przyspieszenie powrotu do kraju z terenu Z.S.R.R mojej kuzynki Ob. JOANNY GRACZYK córki Jana, ur. 24 XII 1919 r. w Blizanowie pow. Kalisz, zamieszkałej stale w Poznaniu”.

Później, 13 marca 1946 roku, pani Joanna wraca do Polski.

Śródtytuł

Józef Kurpinowicz ma 83 lata, urodził się 7 sierpnia 1931 roku w Warszawie. Na rozmowę w siedzibie warszawskiego oddziału Związku Sybiraków przyjeżdża z teczką dokumentów. Prowadzi z pomocą trzech kancelarii adwokackich trzy sprawy trojga Sybiraków.

Ale zanim o tym, garść wspomnień, ciężka, spękana, pogryziona, szorstka.

20 lutego 1940 roku około drugiej w nocy ośmioletniego Józefa budzi łomot w drzwi i okna. „Otwierać albo będziemy strzelać”, rozlega się po domu w okolicach Brasławia, w województwie wileńskim. Józef mieszka tam z rodzicami, siostrą ojca, czterema braćmi i dwiema siostrami.

Tamta noc do dzisiaj wyświetla mu się przed oczami jak film. Opowiada: – Ojciec otwiera drzwi, wpada czterech bandytów uzbrojonych, w mundurach i kufajkach, ojca pod ścianę, za chwilę cała rodzina przy nim. „Dawać broń i złoto”. Ojciec na to, że nie mamy ani broni, ani złota. „No to ubierać się, wywozimy was w drugie województwo. Nic nie zabierać, dostaniecie tam wszystko. Nie uciekać, bo będziemy strzelać”.

Józef jeszcze wtedy nie rozumie, że nic to znaczy naprawdę nic i chce wziąć ulubioną zabawkę, ale gdy po nią sięga, enkawudzista reaguje błyskawicznie, wyrywa mu ją z rąk i rozwala, może złota szuka? Jak się już wszyscy ubrali, gnają ich na sanie. Józefowi starszy o cztery lata brat mówi wtedy: „nie chcę cię straszyć, ale chyba nas rozstrzelają, bo jak kazali nic nie zabierać, to gdzie nas mogą wieźć?”.

Ze dwie godziny jadą do wsi Kolsk. Tam już jest straszny tłok, są sąsiedzi, ludzie z całej okolicy, osadnicy z lat 20. I pociąg, z wagonami towarowymi. Pan Józef: – Wagon był 60-oobowy, zakratowane okna, drzwi zamykane od zewnątrz. Była słoma na dole i prycze, po jednej i drugiej stronie, na środku piecyk metalowy i wiadro węgla, dalej wiadro wody i przy drzwiach dziura jako toaleta. Wieźli nas prawie miesiąc, ludzie umierali, rodziły się dzieci. Na większych stacjach dawali ewentualnie jakąś zupę i chleb. Jak jechaliśmy przez Ural, brat przez zakratowane okno wyrzucał garnek na sznurku, zbierał ścieg i po łyżeczce dawał każdemu, bo nie było co pić, jak parowóz szarpnął, a ktoś wiadra nie trzymał, to się woda wylewała.

Po 26 dniach w pociągu i jeszcze dwóch dniach na saniach zajeżdżają do tartaku w Ciumieniu, u zbiegu rzek Ob i Irtysz, ich nowe domy to baraki po poprzednich zesłańcach, jeszcze z czasów carskich. Jak tylko ich ludzki zapach pluskwy pochowane w szparach drewnianych ścian i prycz czują, od razu wypełzają na żer. Ponad dwie setki pogryzionych ciał pamięta pan Józef do dziś. A także: dwumetrowe zaspy śniegu zimą i plagi komarów latem, brak lekarza i leków (skutkiem czego jego mama umarła w następnym roku, na serce), pracę w tartaku po szkole. Wspomina: – Pracowaliśmy dla frontu, musieliśmy robić kolby do karabinów i podkłady kolejowe, bo jak Ruscy uciekali przed Niemcami, to te podkłady specjalnym pługiem zrywali, żeby Niemcy nie mieli transportu, a później, jak z powrotem napierali, to podkładów było brak, więc my dzień i noc pracowaliśmy, żeby te podkłady dostarczyć.

Do Polski wracają w lutym 1946 roku. Pan Józef: – Wieźli nas z powrotem dwa miesiące, pociągiem towarowym. Dowieźli do granicy i „won, Polaczki, macie ojczyznę swoją”. Tam, skąd pochodziliśmy, w ogóle już nie było Polski, Kresy Wschodnie zostały zabrane. Rzucili nas więc do województwa wrocławskiego, konkretnie do wsi Mrowiny. A jak w latach 50. założyli tam kołchoz, to nam wszystko znów zabrali, ziemię, zabudowania. Kolejny raz zaczynaliśmy wszystko od nowa.
 

Śródtytuł

W 1946 roku 27-letnia Joanna ma reumatyzm, stały kaszel, dolegliwości stawowe, szybko się męczy, przez 3 miesiące jest w intensywnym leczeniu. Lekarze orzekną, że już wtedy „była niezdolna do jakiejkolwiek pracy”.

Z czasem dochodzą kolejne dolegliwości: przewlekłe zapalenie oskrzeli, uszkodzenie mięśnia serca w okresie niewydolności krążenia, stan po przebytym zapaleniu nerek, zapaleniu stawów, tyfusie i malarii, zmiany zwyrodnieniowe stawów, kręgosłupa, bioder i kolan, zespół poobozowy z lękami, zespół psychoorganiczny.

Od 1990 roku pani Joanna leczy się psychiatrycznie, skarży się na uporczywy niepokój, sny o treści katorżniczej z lękami po przebudzeniu, uczucie niepewności oraz obawy w kontaktach z ludźmi, także nieporadność, osłabienie pamięci i aktywności.

Z zeznań Joanny Sienkiewicz: „Byłam zmuszana do ciężkiej, wręcz katorżniczej pracy przy budowie dróg, mostów, wiaduktów, torów kolejowych, za głodowe racje wyżywienia – niejednokrotnie nawet bez jakichkolwiek racji żywnościowych. Znęcanie się psychiczne i fizyczne nad nami – skazańcami było na porządku dziennym. Przeżyć tych trudno zapomnieć, nie mniej jednak każde wspomnienie powoduje koszmary nocne i problemy zdrowotne na tle nerwowym, psychicznym i kardiologicznym”.

Z opinii lekarskiej: „Odwołująca w czasie pobytu w obozach radzieckich przebyła tyfus, malarię, zapalenie stawów, zapalenie oskrzeli. W przebiegu tych schorzeń powstały zmiany nieodwracalne w układzie ruchowym, stawowym i płucnym. Zmiany te z wiekiem nasiliły się. Należy je związać z przebytymi schorzeniami w czasie pobytu w ZSRR. Z powodu tego jest całkowicie, trwale niezdolna do pracy i ta niezdolność ma związek z pobytem na zesłaniu od 1940-1946 w ZSRR. Także przebieg leczenia psychiatrycznego wskazuje na poobozowe pochodzenie zaburzeń w sferze psychicznej, które wraz z zespołem psychoorganicznym całkowicie uniemożliwiają zarobkowanie”.


  Śródtytuł

Pani Joanna sprawiedliwości szukała przez kilka lat na własną rękę, teraz robi to jej syn. O odszkodowanie i zadośćuczynienie pozwala im się ubiegać Ustawa z 23 lutego 1991 r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego.

Na jej podstawie 23 listopada 2009 roku Joanna Sienkiewicz składa do Sądu Okręgowego w Poznaniu wniosek o odszkodowanie (250 tys.) i zadośćuczynienie (250 tys.) za „szkodę i krzywdę wynikłe na skutek represji ze strony radzieckich organów ścigania, wymiaru sprawiedliwości oraz pozasądowych”.

Henryk: – To nie są pieniądze na kaprysy, fanaberie. Nie dla mnie czy mojego syna, bo zgrzeszyłbym, gdybym narzekał, że nam czegoś brakuje. Życzeniem mamy było, żeby te pieniądze przeznaczyć na domy dziecka.

Pani Joanna argumentuje przed sądem: „Państwo Polskie, na rzecz którego działałam po 17 września 1939 r. na terenie Wilejki i za co doznałam aresztowania i represji, zaniechało skutecznych działań od utworzenia w 1944 r. PKWN (…) w zakresie dołożenia należytej staranności, aby sprowadzić bezprawnie zesłanych Polaków. Zaniechanie działań jest biernym współsprawstwem. III RP będąc sukcesorem aktywów i pasywów poprzednich władz Polski jest pośrednio zobowiązana do stosownych świadczeń wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (…)”.

I dalej: „Gdyby Państwo Polskie wówczas zadbało o takich jak ja – przebywałabym na zsyłce o co najmniej 2 lata krócej i być może jeszcze bym zastała moją Matkę żywą (zmarła w Poznaniu w 1944 r.)”.

15 czerwca 2010 roku po trzech rozprawach sąd oddala wniosek. W uzasadnieniu stwierdza: „Nie ulega wątpliwości, iż wnioskodawczyni (…) działała na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”, a „jej wkład w walkę o niepodległość Państwa Polskiego, z pozoru skromny, dyktowany uczuciami rodzinnymi, jest faktycznie nieoceniony”. Jednocześnie stwierdza: „deportacja z dnia 13 kwietnia 1940 r. była nie aktem zemsty lub kary za ukrywanie polskich żołnierzy, ale aktem mającym na celu usunięcie i wyniszczenie rodzin elity społeczeństwa polskiego, do której zaliczali się m.in. także żołnierze zawodowi”.

Po ogłoszeniu wyroku Henryk Sienkiewicz mówi: – Życzę sądowi również TAKICH wczasów klimatycznych. Internowanym w stanie wojennym których obejmuje ta sama Ustawa z Ustawa z 23 lutego 1991 r. sądy przyznawały odszkodowania i zadośćuczynienia po kilkadziesiąt, nawet kilkaset tysięcy zł. Za kilka – czy kilkadziesiąt dni INTERNOWANIA. Jaka skala porównawcza miedzy internowaniem a zesłaniem na lata?

Tego porównania użyje później pani Joanna w kolejnym piśmie: „Sąd nie dopatrzył się żadnej szczególnej represji w zsyłce na Sybir, traktując to jako rzecz oczywistą w związku z działaniami wojennymi na tamtych terenach – można by sądzić, że sąd zaakceptował to jako swoistą formę wczasów klimatycznych długoterminowych uzasadniając to tym, że wówczas wszystkich wysyłali”.

Wyrok 7 października w mocy utrzymuje Sąd Apelacyjny w Poznaniu, kasację 11 stycznia 2011 roku oddala Sąd Najwyższy Izba Karna w Warszawie jako „oczywiście bezzasadną”. 27 lipca 2011 roku Joanna Sienkiewicz składa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Jak dotąd nie otrzymała żadnej odpowiedzi.

Śródtytuł

Do dziś nie ma też ustawy, która by się z Sybirakami rozliczała za lata spędzone na zesłaniu. Henryk: – Kolejne władze przypominają sobie o Sybirakach w okresie wyborów, jak jest rocznica pierwszej wywózki albo agresji radzieckiej. Wtedy sobie wycierają gęby sloganami na temat tych ludzi. Ale za tym nie idą żadne konkrety.

Joanna Sienkiewicz na zesłaniu spędziła 5 lat i 11 miesięcy, Józef Kurpinowicz równo 6 lat.

Gdy w 2013 roku PiS składał projekt ustawy o świadczeniach pieniężnych dla Sybiraków, jego autorzy wycenili fragment ich życia na Golgocie Wschodu odpowiednio na 28 400 złotych i 28 800 złotych. Tyle mieli dostać odszkodowania, gdyby ustawa przeszła. Projekt zakładał, że Sybiracy dostaną po 400 złotych za każdy miesiąc zsyłki, ale nie więcej niż 30 tysięcy złotych (czyli za 6 lat i 3 miesiące) oraz przyznanie wszystkim rent z tytułu niezdolności do pracy z powodu deportacji w głąb ZSRR, po 1300 złotych, niezależnie od opinii zusowskich orzeczników.

Dziś takiego prawa nie ma co trzeci Sybirak.

Wśród szczęśliwców jest Joanna Sienkiewicz. Wyrokiem z dnia 3 września 1998 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu uznał ją za „całkowicie niezdolną do pracy w związku z deportacją do ZSRR na trwale od 20 listopada 1997 roku”. Henryk: – Powiem krótko: to była droga przez mękę. Pani sobie wyobraża, że jak ojciec w 1975 starał się o rentę inwalidy wojennego, to mu w poznańskim ZUS-ie kazali przynieść zaświadczenie, że był bity na Pawiaku? A mamie, nawet po transformacji, odmawiano dodatku kombatanckiego, prawa do renty szarpaniny z sądami trwała latami.

Józefa Kurpinowicza w tym gronie nie ma. Mówi: – Jaką ja mam chorobę? Ręce mam, nogi, głowę mam, mówić potrafię. W tym wieku w ogóle nie biorę żadnych leków. Zdrowy jestem? Niby tak. Ale ja mam TĘ chorobę, chorobę inwalidy wojennego.

Tylko że po 20 latach procesów i badań jedyne co pan Józef ma na papierze, to orzeczenie z 18 maja 1999 roku, że jest całkowicie niezdolny do pracy (czyli jest z niego, jak sam to określa, „poruszający się trup”). Uzasadnienie decyzji jest krótkie, ale mało treściwe: „Pan nie ma prawa do renty, gdyż lekarz orzecznik Zakładu Ubezpieczeń Społecznych orzekł, że pana niezdolność do pracy nie pozostaje w związku z deportacją do ZSRR w okresie 02.1940-02.1946”.

A Collegium Medium UJ od 1989 roku bada zesłańców Syberyjskich lat 1939-1956: łagierników, więźniów, deportowanych i dzieci urodzone w tym okresie (wcześniej, od 1959 badało tylko byłych więźniów obozów koncentracyjnych) i na podstawie tych badań orzeka: „długotrwałe przebywanie w stanie stresu, lęków, fatalnych warunkach higienicznych, często głodzie i zimnie, poczucie stałego zagrożenia, wywołuje nieodwracalne zmiany psychiczne i fizyczne”.

Profesor Andrzej Szymusik, który przewodził powołanej w 1993 międzynarodowej komisji ds. inwalidztwa wojennego, w piśmie przesłanym Związkowi Sybiraków w 1997 roku stwierdza: „nie jest możliwie 50 lat po wojnie ustalanie, w jakim stopniu aktualny stan zdrowia jest wynikiem prześladowań czy chorób doznanych w czasie deportacji, a w jakim skutkiem wieku, urazów i chorób w czasie powojennym. Nadal uważam, iż bardziej celowe byłoby przyznanie inwalidztwa wojennego wszystkim osobom, które doznały represji i posiadają uprawnienia kombatanckie, niż badanie ich przez komisje ZUS”.


Śródtytuł


Projekt PiS nie wyszedł z Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, mimo iż Biuro Analiz Sejmowych opiniowało: „wejście w życie projektowanej Ustawy nie spowoduje skutków gospodarczych, przewiduje się natomiast pozytywny efekt społeczny – w postaci długo oczekiwanego zaspokojenia społecznego poczucia sprawiedliwości”.

8 stycznia 2014 roku projekt został odrzucony stosunkiem głosów 14 do 10. Posłowie PO argumentowali wtedy, że z roszczeniami Sybiracy powinni zwrócić się do Rosji. A ta już raz chciała zapłacić, w latach 90., po 100 dolarów od głowy – pod warunkiem dostarczenia dokumentów z miejsca zsyłki.

Sprawa tkwi więc od dwóch dekad w biurokratycznym limbo, choć zegar tyka: w 1988 roku, gdy reaktywowano Związek Sybiraków, byłych zesłańców było w Polsce XX tysięcy, obecnie zostało ich nieco ponad 30 tysięcy.

Mają coraz mniej siły. 12-kilogramowy sztandar Związku Sybiraków, szyty na zsyłce z maleńkich kawałeczków materiału, trzeba było oddać do muzeum w Białymstoku, już nikt nie miał siły go dźwigać. Nawet dni jego 6-kilogramowego następcy już są policzone, lada dzień i jego nie będzie w stanie żaden Sybirak unieść.

Tylko nadzieję na sprawiedliwość wielu z nich jeszcze dźwiga. Zdaniem pana Józefa to i tak za mało. – Jak krzywda jest, to szukam sprawiedliwości, prawda? – pyta. Jak się okazuje, podchwytliwie. Mówi: – Guzik prawda! Jeżeli jest krzywda, to trzeba przede wszystkim szukać prawdy, dlaczego ta krzywda się dzieje. Jeżeli mam prawdę, szukam prawa, na które można się powołać. Dopiero jak mam prawdę i prawo za sobą, to mogę szukać sprawiedliwości.

Od pół roku każdą wolną chwilę spędza w bibliotece, studiuje podręczniki prawa i kodeksy, niektóre artykuły zna na pamięć, niektóre fragmenty ustaw cytuje na wyrywki, niektóre kruczki prawne już sobie wynotował. Pan Józef rozkłada ręce: – Na razie nie mogę tego ujawnić. Ale proszę się nie martwić, jak wszystko dobrze pójdzie, za pół roku będzie ta ustawa. I doczekamy się sprawiedliwości. Proszę nas zrozumieć, my nie chcemy nikomu zabierać. Ale dlaczego na odszkodowania dla jednych wystarcza, a dla drugich, dla nas, Sybiraków, już nie?


Aneta Wawrzyńczak: Marszałek Piłsudski na zjeździe Sybiraków w 1928 roku powiedział: Sybiracy są pomostem między starym a nowym pokoleniem. To wciąż aktualne?

Tadeusz Chwiedź, prezes Zarządu Głównego Związku Sybiraków: Jak najbardziej. Za najważniejsze w naszej działalności uważamy tworzenie znaków pamięci o polskiej Golgocie Wschodu, ich utrwalanie i przekazywanie prawdy historycznej młodemu pokoleniu. O tym, jak niewyobrażalnych doznali cierpień zesłańcy tylko za to, że byli Polakami, reprezentowali wartości patriotyczne. I o tym, kogo wywożono, kto wywoził i za co. Na spotkaniach w szkołach, które organizujemy, młodzież zadaje czasami banalne, ale mądre pytania. Mówią tak: jak to jest, że was wywieźli i głód cierpieliście – co, nie chcieliście pracować? Albo pytają: po co wyście tam pojechali, jak tam było tak źle? To są skutki niewiedzy. I jeszcze od młodzieży te pytania można … Ale takie pytania zadają też orzecznicy zusowscy.

Pan mówi poważnie?


To jest rozpacz. To też wynik tego, że w PRL-u nie wolno było o tym mówić, można było za to wrócić tam, skąd się przybyło. Ale z drugiej strony Piłsudski powiedział, że kto nie zna i nie szanuje swojej historii, nie jest wart szacunku teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości. Brutalne słowa, ale jakże prawdziwe.

W Sybirakach ta przeszłość wciąż trwa, prawda?

Fontana powiedział: „Syberia – kto tam nie był, nie uwierzy. Kto tam był, nigdy nie zapomni”. Te słowa przedstawiają prawdziwość odczuć naszych sybirackich, traumy Sybiru i tego, co nas od wielu lat boli i ciąży na naszych sercach. Teraz już nie tylko w cudzysłowie, ale w dosłownym tego słowa znaczeniu: i na sercu, i na wątrobie, i na całym organizmie. Ponad 70 proc. Sybiraków przekroczyło wiek 85 lat. Ale wciąż trwa droga krzyżowa zesłańców Sybiru, żeby tak jak inne represjonowane grupy uzyskać odszkodowania.

Był przecież stosowny projekt w Sejmie – i to nie jeden – ale jak ustawy nie było, tak nie ma. Co poszło nie tak?

Kilka lat temu z ówczesną panią marszałek Sejmu opracowaliśmy przy pomocy biura prawnego Sejmu projekt ustawy. Pani Marszałek powiedziała wtedy tak: tej ustawie należy nadać priorytet. Albo pan wicepremier Piechociński, jak mu przedstawiliśmy sprawę, od razu powiedział: Projekt ustawy? Powołam 15 posłów i z inicjatywy poselskiej damy na Sejm. Piękne obietnice! Czy można wyjść z lepszym optymizmem, nadzieją? Ale sprawa przeleżała i do dziś leży. Na obietnicach się skończyło.

Ostatni z projektów, zgłaszany przez PiS w 2013 roku, zakładał wypłatę 400 złotych za każdy miesiąc zsyłki – ale nie więcej niż 30 tysięcy złotych – i renty dla tych Sybiraków, którzy ich nie mają, po 1300 złotych. Koszt wejścia w życie ustawy oszacowano na 676 milionów złotych, plus 40 milionów złotych rocznie na renty. I pojawiły się głosy, że to za droga ustawa…

Żeby ten argument zbić, myśmy powiedzieli: proszę uchwalić ustawę i podzielić, że urodzeni w danych latach dostaną jako pierwsi, a młodsi – później. Albo żeby podzielić odszkodowanie na dwie części, po 15 tysięcy na przykład. Sybiracy za mocno cierpieli za ojczyznę, jeśliby to miało jej zaszkodzić, to każdy rękę podniesie od razu i powie, że z odszkodowania rezygnuje. Ale skoro inni dostają, to czemu my nie jesteśmy potraktowani tak samo? Zresztą, na ten temat zabrało głos Biuro Analiz Sejmowych, które stwierdziło, że wprowadzenie w życie ustawy nie będzie stanowić poważnego problemu, bo to jest kropla w stosunku do państwowego budżetu.

O renty też niektórzy z Państwa walczą od 20 lat.


Około 65 proc. Sybiraków ma uprawnienia osoby represjonowanej, tak zwane inwalidzkie, ale to zależy od województwa. Najgorzej jest w zielonogórskim, tam tylko 25 proc. Sybiraków ma rentę inwalidzką z powodu zsyłki. I wciąż, brzydko mówiąc, boksujemy się o to z władzami centralnymi. Inni przecież otrzymali, na przykład skierowani przymusowo do pracy, a oni pracowali w zupełnie innych warunkach i nie tak długo jak Sybiracy, co najmniej sześć lat. To dlatego Sybiracy w dalszym ciągu czują się upokorzeni i skrzywdzeni, w świetle tych obietnic nawet oszukani, traktowani jak ludzie drugiej kategorii, a przecież prawo polskie powinno w jednakowy sposób wszystkich traktować.

Nie będziemy pod kancelarią premiera rozstawiać namiotów. Ale może w końcu kogoś sumienie ruszy?



♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.