♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 16 lipca 2018

Stała się omyłka...- Jan Zalewski


                                                                     

                                         ♦Stała się omyłka...- Jan Zalewski♦

1. Pierwsza wypłata. Wyjazd na południe

Roboty przy kopaniu rowów w Kniaź Pohost prowadził „zakluczony” były major NKWD. Sam nam to powiedział. Silny, bystry, dobrze zbudowany nie miał chyba więcej niż trzydzieści lat. Chodził w granatowym ubraniu, dobrze uszytym z grubego materiału. Mało z nami rozmawiał, ale wstrętów nie robił. Czasem dopisał coś do normy, co nie było zrobione. I on chyba chciał wykazać się większą wydajnością pracy. Gdy wybuchła wojna chodził jakby zmartwiony. Zamyślał się i zapominał. Na dwa tygodnie przed naszym odjazdem z północy zniknął.

Pracowaliśmy do 15 lipca 1941 r. Szesnastego przyszedł jakiś urzędnik z NKWD i przeprowadził z nami rozliczenie. Wypłacał niektórym po parę rubli. Mnie powiedział, ze za mieszkanie, wyżywienie i ubranie jestem im winien osiemset rubli. Kilku z nas miało jeszcze deficytowe rachunki. Nie pamiętam ilości. Odebrali nam watowane spodnie i kurtki. Ale nikt nam nie mówił, co z nami będzie. Dopiero siedemnastego lipca powiedzieli nam, że pojedziemy na południe. Dokąd? Nie powiedzieli. [...]

Siedemnastego lipca 1941 r. załadowano nas na bocznicy, do towarowych wagonów bez prycz, po czterdzieści osób na wagon. Drzwi nie zamknięto. Konwojentów nie było, a może i byli, tylko nie pokazywali się. Dali nam


po małym kawałku chleba na drogę. Na drugi dzień, około południa przyjechaliśmy do Kotłasu. Wyciągnięto cały pociąg gdzieś na bocznicę w polu. Wcześniej rozdano trochę zupy na każdy wagon i bardzo skąpą ilość chleba.

Po wyciągnięciu pociągu na bocznicę, każą nam wysiadać i wychodzić na pobliską polanę. Obstawiono nas konwojentami z bronią w ręku i kazano rozbiera ć się do naga. Ustawili nas po pięciu, ale w odległości około dziesięciu kroków jeden od drugiego w bok i w tył. Rewizja. Na przedzie stało pięciu rewidujących enkawudzistów. Zabierają wszystko, nawet nie zapisane papierki, jeśli ktoś ma. Nie ma żadnej własności. Fotografie, jeśli ktoś ma, też zabierają. Rewizja tak szczegółowa, że nic nie da się przenieść. Widzę, Ŝe niektórzy niszczą jakieś papiery, fotografie i tym podobne rzeczy. Obok mnie szedł Woźniak, podoficer z lotnictwa. Przewiózł w jakiś sposób na Daleką Północ album z fotografiami swej jednostki. Teraz widzę, Ŝe to wszystko niszczy, rwąc na drobne części. Myślę, Ŝe ja tego nie zrobię.

Miałem ze sobą przeniesione z południa odpisy świadectwa szkolnego i metryki ślubu, dwa listy od Ŝony, fotografię ślubną i rodziny. Postanowiłem to jakoś przenieść. Rozebrany do naga idę w kolejce, trzymając te dokumenty włozone do mocno sfatygowanego portfela, niesionego pod łachmanami. Podchodzę do enkawudzisty naprzeciw mego szeregu i widzę, ze to juz starszy człowiek, chyba zmobilizowany, mocno siwy. „Co masz?” – pyta. Mówię mu patrząc prosto w oczy, Ŝe mam fotografię Ŝony, dwa listy od niej i fotografię syna. Obejrzał się i powiedział ściszonym głosem „bros”. Rzuciłem to na ziemię. On wziął moje łachmany pooglądał je pobieznie i rzucając na wierzch portfel mówi „uchadi”. Byłem tym tak zaskoczony, ze nawet nie powiedziałem mu „spasibo”. W ten sposób przeniosłem kilka dokumentów i obrazek św. Teresy. Mam to wszystko do dziś. Przeniosłem równiez przez całą niewolę polski opatrunek osobisty.

Po przeprowadzonej rewizji załadowują nas na innej bocznicy do pociągu złozonego z wagonów towarowych bez prycz. Ale ciągle nie wiemy dokąd nas powiozą. W nocy jedziemy dalej na południe. Ale dokąd? Niepewności dodaje to, Ŝe wiozą nas jakoś dziwnie. Raz jedziemy na południe to znowu na wschód. Mapy nie mamy, niczego nie mozemy sprawdzić. Po jakimś czasie jesteśmy na dworcu w Kazaniu. Jakiś enkawudzista przechodzi wzdłuz pociągu i mówi półgłosem: „Nie bójcie się, pojedziecie na południe do Wojska Polskiego”. Radość, lecz nieco później wydała się nam przedwczesna, a to z powodu tej jazdy pociągiem. Znowu na południe, później na północny zachód. Jakoś to bardzo dziwnie wyglądało. Oczywiście, nie znaliśmy połączeń kolejowych w Rosji. Nie pamiętam stacji kolejowych, przez które przejezdzaliśmy, ale jestem pewny, ze byliśmy w Riazaniu. Na większych stacjach po drodze dają jeść, ale mało. Załatwianie czynności fizjologicznych na miejscach postoju na dworcach na oczach ludności cywilnej, której jest wszędzie pełno.

To słowo „pełno” nie oddaje tego, co się tam działo na dworcach. Wszystkie, przez które przejezdzaliśmy, zatłoczone były uciekinierami - przewaznie kobiety, dzieci i starcy. Wszyscy z małymi zawiniątkami, a niektórzy z duzymi tobołami. Lezało to wszystko na peronach i tłoczyło się przy sklepikach dworcowych. Nas przejezdzających proszą o kawałek chleba. Wrazenie było stokroć gorsze niŜ w Polsce w 1939 r. Były tłumy na drogach ale z głodu nikt nie umierał jak tu, gdzie ciągle i przy kazdej okazji mówiono nam: „u nas wszystkiego jest duzo”. Bocznice na dworcach zapchane wagonami załadowanymi jakimś sprzętem wywozonym z fabryk. Odnosiło się wrazenie, ze człowiek mógł ginąć z głodu, byle uratować sprzęt fabryczny. Naprawdę zal było patrzeć na te wymizerowane twarze dzieci i kobiet, proszących nas o kawałek chleba. Odnosiło się wraznie, ze jest to nieunikniona klęska.

Wreszcie, po róznych perypetiach, zatrzymywaniach na dworcach i jazdą tam i z powrotem, dojezdzamy gdzieś na bocznicę w polu. Nawet wsi nie widać w poblizu. Kazą nam wysiadać, stawać po pięciu i prowadzą gdzieś w nieznane. Idziemy jak cienie, ledwo powłócząc nogami. Prowadzi nas wzmocniony konwój z karabinami maszynowymi i psami. Prawdopodobnie rozpuszczono wieść po okolicy, Ŝ e to idą niemieccy jeńcy wojenni, poniewaz, gdy przechodziliśmy przez jakąś wieś, wyrostki obrzucają nas obelgami, grudami ziemi i groza pięściami. Konwojenci nie reagują na te wybryki. Wrzeszczą tylko, by utrzymać się w szeregach.

2. Powrót do Wojska Polskiego.

Talica – Tatiszczewo. Marsz do obozu


Wyładowaliśmy się późno po południu, jeść nie dali. Wleczemy się, połowa z nas ma kurzą ślepotę. Nadchodzi zmrok, nie mozemy iść, poruszamy się jak ślepcy. Konwojenci oponują. Wreszcie „komandir” ustępuje i zezwala usiąść na jakiejś łączce. Nie ma mowy, abyś my mogli iść dalej. Lezymy tam do rana. Idziemy dalej. Wydaje się, ze juz nie mozna wydobyć z siebie ani sił, ani woli dalszego marszu. Wleczemy się. Ostatnich konwojenci szczują psami. Wrzeszczymy, bo tylko taka obrona nam pozostała. Nadjezdza jakiś enkawudzista na koniu, pyta, co się dzieje. Mówimy, ze nie mozemy iść, a tu konwojenci szczują nas jeszcze psami. Zabronił szczucia, obiecał podwody. Do zapowiedzianej jeszcze wczoraj kuchni nie mozemy dojść. Przechodzimy skrajem jakiegoś miasteczka, są dwa dwupiętrowe domy. Powiewa nad nimi płachta z czerwonym krzyzem. Szpital dla rannych. Zapewne i tam powiedzieli, Ŝe to Niemcy, bo skoro nas zobaczyli, to pełno twarzy ukazało się w oknach. Grozą nam z daleka pięściami. Za tym miasteczkiem jest kuchnia. Dają nam jeść jakąś bardzo rzadką zupę i po małym kawałku chleba. Dochodzi południe, jest gorąco, nie ma wody. Zmuszają do dalszego marszu. Wchodzimy w sosnowy las, droga piaszczysta. Gorąco i usuwający się piach spod nóg – trudno iść. Nadeszły podwody. Dwa małe wozy, zaprzęzone w bardzo mizerne koniki. Kto miał większe zawiniątko, połozył je na wóz. Nie starczyło miejsca dla wszystkich zawiniątek. Usiadł tylko jeden zołnierz. To ten starszy pan, który opiekował się Ejsmanem w Karakubie i mną w Jossier. Nazwiska nie pamiętam.

3. Obóz w lesie


Nareszcie dochodzimy do jakiegoś ogrodzonego obozu w lesie. Stare budynki. Tu nas zatrzymują. Usiadłem i zasnąłem. Nie pamiętam jak długo spałem. Podobno Drapiński usiłował mnie budzić. Nie mógł, bo nie reagowałem. Kiedy się obudziłem, chyba na drugi dzień, nie wiedziałem, gdzie jestem. Po dłuzszej chwili oprzytomniałem. Widzę stoły i kolejki przed nami. To bolszewicy przeprowadzają nowy spis. Pytają tylko o dane personalne, nic więcej. Wstałem z trudem i, chodząc po obozie, zacząłem szukać znajomych.

Są zakwaterowani w jakimś starym budynku. Nic w nich nie ma prócz gołych piętrowych prycz. Dostałem coś do jedzenia i zapadłem znowu w sen.

Później okazało się, ze to był stary ćwiczebny obóz armii carskiej. Nazywa się Talica i lezy w lesie w zakolu rzeki Oki. Otacza go las mieszanych drzew. Jest sucho, piasek i zdrowe powietrze lasu. W budynkach w górze na belkach pod dachem pełno róznych napisów i adresów z prośbą o zawiadomienie rodzin. Są tez napisy i w nieznanych mi językach. Znalazłem cytat z Dantego po włosku: „pozbądźcie się wszelkiej nadziei”. I my nie wiemy, co tu będą z nami robić. Nadal niepewność.

Zdaje się, ze zwieźli tu wszystkich Polaków z Dalekiej Północy. Ale nie „zakluczonych”, tylko jeńców. Dają po osiemset gramów chleba dziennie i dwa razy na dzień dość dobrą zupę. Odzywiają nas. Wałęsamy się po obozie, szukając znajomych i rozmawiając na rózne tematy. Nie mogę odnaleźć wielu znajomych. Złozyli swe kości w tajgach północy. Niektórzy chodzą do lasu po drewno do kuchni, noszą je na własnych barkach. Inni pracują w kuchniach. Innych zajęć nie ma. Znaleźli się tacy, co zawędrowali do okolicznych kołchozów. Skądś mieli pieniądze. A moze to handel wymienny za doniesione koce i płaszcze wojskowe – nie wiem. Tak czy inaczej – kupili jakąś krowę, przyprowadzili do obozu, zabili i zaczął się handel. Wkrótce ruble, jakie kto miał, znalazły się w rękach kilku jednostek. Niektórzy kupowali to mięso i gotowali na ogniskach. Nieostrozność w spozywaniu mięsa i tłuszczu w większych ilościach przyprawiła kilku o śmierć. Ale handel szedł nadal. Później go zabroniono. Zabroniono równiez składania wizyt w kołchozach. Natomiast gra w pokera stała się dla wielu powszechnym zajęciem dnia. Karty zrobiono z kawałków twardego papieru. Siedziały grupki na piachu obozowym i ogrywały się nawzajem. Takie to juz chyba zycie. Jedni umierają z głodu, drudzy bogacą się na nich.

4. Wizytacja

A my wciąz nie wiemy, co dalej. Snujemy rózne domysły. Ani gazet, ani wiadomości radiowych nie mieliśmy. Pewnego dnia około południa – daty nie pamiętam – zwołują nas wszystkich pod wiezę na której umieszczony był, dotychczas nieczynny, głośnik. Po chwili komunikat z Moskwy: Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich zawarł umowę z generałem Władysławem Sikorskim, Ŝe zostanie utworzona Armia Polska w Związku Sowieckim pod polskim dowództwem. Dowódcą tej armii został wyznaczony generał Władysław Anders.

Zaraz po zebraniu zaprowadzono nas do lasu. Tam dali nam łopaty i kazali wykopać pewną ilość lip. Te młode lipy przynieśliśmy do obozu i obsadziliśmy drogę od bramy wejściowej do głównego budynku administracyjnego. Utworzono w ten sposób szpaler z drzew liściastych. Cóz, lipy te stały chyba ze trzy dni i poschły. Deszczu nie było, był sierpień. Zamiast zieleni, stały drzewka z pokręconymi liśćmi.

Któregoś dnia po tym komunikacie z Moskwy zwołują zbiórkę. Ustawiają nas kompaniami według stanów sowieckich i prowadzą na błonie obok obozu. Jest tam juz trybuna ozdobiona polskimi flagami i głośniki na drzewach. Ustawiają nas frontem do trybuny, ale w dość duzej odległości. Orkiestra gra Hymn Polski. Idą enkawudziści, a między nimi cywil. Ma nowe ubranie, ale wisi na nim luźno jak na kołku. Cywil wszedł na trybunę i zaczął przemawiać po polsku. Dowiadujemy się, ze jest pułkownikiem. Nazywa się Sulik. Przyjechał w zastępstwie generała W. Andersa. Mówi nam, ze między Rządem Rzeczypospolitej a sowieckim zawarto umowę, ze będzie utworzona Armia Polska w Rosji pod dowództwem generała Andersa. Głośniki źle przekazywały głos, więc są to tylko urywki z tego, co mówił pułkownik Sulik. Na zakończenie przemówienia pułkownik wzniósł okrzyk na cześć sprzymierzonych: Anglii, Stanów Zjednoczonych i ZSRR. To ostatnie ubodło nas. Tak nas męczyli i katowali, a teraz wznosimy okrzyk na ich cześć. Katowani chwalą kata. Trudne to było do przyjęcia, ale pocieszaliśmy się tym, ze grali Hymn Polski. Później juz w pułku czytano nam, aby zapomnieć cośmy przezyli w sowietach. Zapomnieć? Przebaczyłem im jako chrześcijanin, ale zapomnieć to fałszować historię.

Po przemówieniu pułkownik Sulik zwrócił się do nas z pytaniem, czy są wśród nas oficerowie. Jeśli tak, to prosi, aby podeszli do niego. Podeszło dwunastu. Byli w róznych stopniach. Najstarszy stopniem był podpułkownik Scheybal. Wiem, ze wówczas nie wszyscy się ujawnili. Podpułkownik Scheybal został wyznaczony na komendanta obozu z ramienia władz polskich. Jakoś stało się raźniej i radośniej. Powstał chór i na pierwszym wystąpieniu śpiewał: „Idziem do Ciebie ziemio. Matko nasza”, „Sztandary polskie na Kremlu” i pieśń powstańców z 1863 r., „Co nam marzyć o kochaniu”. A my dziwiliśmy się, ze komuniści zgodzili się na śpiewanie tych utworów. Śpiewano, oczywiście, i inne polskie pieśni. Na tym pierwszym wystąpieniu chóru wielu miało łzy w oczach. Było tez pełno enkawudzistów, uwaznie nas obserwowali. Po zakończeniu śpiewu widziałem, jak zebrali się na uboczu i mocno o czymś dyskutowali.

5. Proroctwo


Wróciliśmy z tej zbiórki po przemówieniu pułkownika Sulika uradowani, ze nareszcie skończy się nasza poniewierka i ze droga powrotna do Polski skróciła się i przyblizyła. Oczywiście, ozywiły się rozmowy na ten temat. I tu znowu odzyły dyskusje na temat przyszłości Polski. I znów zaczęto mówić o róznych proroctwach dotyczących Polski. Od dłuzszego czasu krązył po obozie odpis proroctwa. Skąd to się wzięło i kto to rozpowszechniał trudno było dociec. Ale faktem jest, ze to proroctwo podtrzymywało wielu na duchu.

Przepowiednia pochodzi z dnia 23 września 1893 r. Seans odbył się w pałacu jednego z polskich arystokratów w Małopolsce. Medium mówi:

trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dni; to, co wczoraj trwałem było, jutro istnieć przestaje. Oto powiadam wam: w dwa lata dziesiątki nastaną te pory, gdy z nieba ogień wytryśnie – spełnią się wtedy pieśni Wernyhory. Świat cały krwią się zachłyśnie. Polska powstanie ze świata pozogi. Dwa orły padną rozbite, lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi. Marzenia ciągle niezbyte. Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu. Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu. Gdy orzeł znak krzyŜa splugawi i skrzydła roztoczy złowieszczo padną dwa kraje, których nikt nie zbawi. Siła przed prawem jeszcze, lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje, gdy oczy na wschód obróci. Krzyzackie siejąc swoje obyczaje, ze złamanym skrzydłem powróci. Krzyz splugawiony razem z młotem padnie – zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia znów (Polsce) przypadnie, a w Gdańsku nasz port powstanie. W cięzkich zmaganiach z butą Teutona, świat znowu krwią się zarumieni. Gdy północ wschodem będzie zagrozona w poczwórną jedność się zmieni. Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony przez swego wyzwoleńca. Złączony z kogutem dla lewka obrony na tron wprowadzi młodzieńca. Złamana siła świata, tym razem będzie wielki. Rękę wyciągnie brat do swego brata. Wróg w kraj odejdzie daleki. U wschodu słońca młot będzie złamany. Pozarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajmie cudze łany nad rzeką w pień wycięty. Bitna Białoruś, bujne Zaporoze pod polskie dązą sztandary. Sięga nasz orzeł az pod Czarne Morze, wracając na szlak swój stary. Witebsk, Odessa, Kijów, Czerkasy to Europy bastiony. A barbarzyńca – az po wieczne czasy do Azji ujdzie strwozony. Warszawa ośrodkiem ustali się świata. Lecz Polski są trzy stolice. Dalekie błota porzuci Azjata, a smok odnowi swe lice. Niedźwiedź po drugiej upadnie wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie. A kiedy pokój nastąpi w Warszawie trzech królów poi w nim konie. Trzy rzeki świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa, cztery na krańcach sojusznicze strony przysięgi mu złozą słowa. Węgier z Polakiem gdy połączą dłonie, trzy kraje razem z Rumunią przy majestacie polskiego tronu wieczną połączą się unią. A krymski Tatar gdy dojdzie do rzeki – choć wiary swej nie zmieni - Polski potęznej uprosi opieki. I wierny będzie tej ziemi. Powstanie Polska od morza do morza – czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie stale łaska – więc cierp i módl się, człowieku.

Odpis z odpisu. Talica, dnia 25 sierpnia 1941 r.

6. Droga do Armii Polskiej


Rozeszła się któregoś dnia wieść, ze będzie odprawiona Msza święta. Wybudowano ołtarz, dostarczono szat liturgicznych. Niestety, nie było wśród nas księdza. Był diakon Dzierzek, wyświęcony później w Rosji na księdza przez biskupa polowego WP Józefa Gawlinę. Diakon stojąc przed ołtarzem zaczął suplikacje, później litanię loretańską. Odśpiewaliśmy równiez kilka pieśni maryjnych i „Boze, coś Polskę”.

AŜ któregoś dnia pod koniec sierpnia rozeszła się wieść, Ŝe pojedziemy do miejsc tworzenia się Polskiej Armii. Została utworzona komisja mieszana i kazdy z nas przechodził przed tym zespołem, nie pamiętam, z ilu osób złozonym i kto z Polaków wchodził w skład tej komisji. Na pewno podpułkownik Scheybal. Dokumentów zwolnienia z obozów sowieckich bolszewicy nam nie wydawali, tak jak aresztowanym i rozsianym po obozach Polakom. My nie byliśmy aresztowani. Jeśli kogoś spośród nas aresztowano i zabrano z obozu, nigdy nie wracał. Tu idąc do Wojska Polskiego, tak jak zapowiedział pułkownik Sulik, nie zwracaliśmy na to zadnej uwagi. Nie znaliśmy treści zawartej umowy o utworzeniu Armii Polskiej w Rosji. Gdy przechodziliśmy pojedynczo przed komisją tylko enkawudzista pytał kazdego z nas, czy z własnej woli – „dobrowolno” – idzie do Wojska Polskiego. Nikt z Polaków o nic nie pytał. Po pozytywnej odpowiedzi enkawudzista zezwalał odejść w kierunku, gdzie zbierali się juz przepuszczeni Polacy – jeńcy. Widziałem, Ŝe kilku zatrzymano z jakichś powodów, stali z boku otoczeni konwojentami. Ilu ich było, nie wiem. Nikt wówczas nie zwrócił, zdaje się, uwagi na to, Ŝe to enkawudzista zapytywał obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, czy chcą wstąpić do odtwarzanej Armii Polskiej. Nikogo z polskich władz cywilnych przy tym „poborze” nie było.

My, idący do wojska, byliśmy radzi, ze wyrwiemy się spod jarzma NKWD. Nikt z nas nie był zdolny do noszenia broni. Wyglądaliśmy jak cienie, ale wszyscy szli ochoczo bez sprzeciwu. Ustawiono nas grupami i odprowadzono do rzeki. Tam załadowaliśmy się na barki i popłynęliśmy Oką gdzieś do bocznicy kolejowej w polu. Tam załadowaliśmy się do krytych wagonów towarowych, bez prycz, ale nieco czyściejszych, niz poprzednio w podrózy z północy do Talicy.

Jechaliśmy znów jakoś dziwnie krąząc po Rosji europejskiej przez Kazań, Riazań i inne większe stacje, których nie pamiętam. W czasie jazdy wielu wyskakiwało na postojach na dworcach w poszukiwaniu chleba, a czasem i wódki. Nieraz spóźniali się i wsiadali do wagonów juz w biegu. Stopni nie było. Kilku przepłaciło to zyciem. Wszędzie na dworcach było pełno uchodźców. Zmęczeni, głodni i brudni prosili nas o kawałek chleba. A my tez go nie mieliśmy. Spotkaliśmy gdzieś po drodze transporty wywozonych Niemców zawołŜańskich.4 Stłoczeni w zamkniętych wagonach męzczyźni, kobiety i dzieci prosili nas o wodę i chleb. Konwojenci nie pozwalali rozmawiać z nimi. Gdy zobaczyłem tych ludzi tak poniewieranych, ścisnęło mi się serce. Myślałem, ze moze i moja rodzina tuła się tak gdzieś po Syberii.

Ile dni jechaliśmy, nie pamiętam. Nieraz staliśmy na stacjach i to dość długo. Przepuszczano transporty wojskowe. Pamiętam tylko, Ŝe nad ranem przyjechaliśmy do jakiejś małej stacyjki i tam kazali się nam wyładować. Okazało się później, ze jest to w okolicach Saratowa. Wyładowaliśmy się i zaprowadzono nas niezbyt daleko do obozu w stepie. W obozie tym nie było niczego oprócz miejsc po namiotach oraz „czerwonego kącika” i dwóch czy trzech budynków sztabowych. Trochę drzew i krzewów, oraz przejścia pomiędzy miejscami po namiotach. Łotysze, których po wybuchu wojny wyrzucono z wojska do batalionów roboczych, byli tam jeszcze gdy zajechaliśmy, lecz szybko ich zabrano. Namioty dla nas były złozone na kupie. Miejscowość ta nazywała się Tatiszczewo. Tam formowała się 5. Dywizja Piechoty. Dowódca dywizji, generał Boruta Spiechowicz juz tam był. Troszczył się o to, abyśmy nie spali pod gołym niebem. Namiotów nie mozna było rozstawić, brakowało słupków.

Ósmego września, jeśli mnie pamięć nie myli, przyjechał generał Władysław Anders. Ustawiliśmy się w szeregach. Przeszedł przed frontem o lasce, kulejąc. Przemówił i zapowiedział formowanie się armii. Wyglądał bardzo mizernie, tak jak i my. Przegląd trwał bardzo krótko, ale i to był zbyt wielki wysiłek dla niektórych. Było kilka omdleń. Dzień ten był pierwszym dniem formowania 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Pierwszym pułkiem w niej był Pułk Trzynasty. Dostałem się do niego. Dowódcą był pułkownik Nikodem Sulik. I od dnia wstąpienia do pułku Armii Polskiej w Rosji rozpoczął się mój nowy rozdział drogi powrotnej do Polski.


/Źródło: Zesłaniec, Numer 32 (2007)/

RELACJE Z ZESŁANIA

By czas nie zatarł śladów naszych do świadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzyć nowy dział poświęcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłaj ą propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” po święcony Matkom Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Główne-go Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane były także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth. Obecnie zesłańcze relacje drukuje też rocznik „My Sybiracy” wydawany przez Oddział Związku Sybiraków w Łodzi.

Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacamy naszą historiografię o cenne źródła dotyczące deportacji Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony Związku Radzieckiego. (red.)






♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.