♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

niedziela, 11 lutego 2018

Wspomnienia Marii Brodowicz


    

  ♦Wspomnienia Marii Brodowicz♦

Przyszłam na świat w wojskowej osadzie PIŁSUDCZYZNA, niedaleko Kostopol. Mój ojciec, Florian Krzysztofiak, żołnierz I wojny światowej, zbudował nasz rodzinny dom na ziemi otrzymanej od rządu polskiego. Akt tej własności regulowała ustawa Sejmu Ustawodawczego z 17 grudnia 1920 r. Jej inicjatorem był sam Józef Piłsudski, który w liście pożegnalnym do swoich żołnierzy – dziękując im za wielki wysiłek, wytrwałość, odwagę – zapewnił, ze Ojczyzna o nich nie zapomni. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować stosowny fragment tamtej wypowiedzi. Bo to ważne słowa: Zaproponowałem już rządowi, by część ZDOBYTEJ ziemi została własnością tych, co ją polską zrobili, uznoiwszy ją polską krwią i trudem niezmiernym. Ziemia ta, strudzona siewem krwawym wojny, czeka na siew pokoju, czeka na tych, co miecz na lemiesz zamienią, a chciałbym byście w tej pracy 


przyszłej tyleż zwycięstw pokojowych odnieśli, ileście ich mieli w pracy bojowej.



AKT NADAWCZY, który – mając związek z historią Polski Wołynia – określa miejsce urodzin.

– Takich osad jak nasza było na Wołyniu (i nie tylko) wiele. Przybierały one zazwyczaj nazwy nawiązujące do wojskowego pochodzenia osadników czy też formacji wojskowych, z których wywodzili się osadnicy – np. Krechowiecka, Jałowiecka, Hallerowo, Ułanówka, Belinówka, Armatniów, czy też – właśnie nasza Piłsudczyzna.

Obawiam się, że te -jakby wyrwane ze szkolnych podręczników – treści mogą zniechęcić potencjalnego czytelnika do dalszego zgłębiania lektury Ale ja musiałam o tym na wstępie powiedzieć. Musiałam i chciałam, bo właśnie one wyjaśniają – dlaczego Stalin tak bardzo nienawidził Polaków zamieszkujących na Wschodnich Kresach. Śmiem bowiem twierdzić, że nie wszyscy wiedzą, iż jego decyzja o deportacji ludności z tamtej części Polski były swoistą ZEMSTĄ na tych, którzy dwadzieścia lat wcześniej zatrzymali Armię Czerwoną.

Z Wołynia wywieziono około 80 procent osadników! Proces ten trwał – z mniejszym lub większym natężeniem – systematycznie od 10 lutego 1940 roku aż do ataku III Rzeszy na ZSRR.

– To było rankiem, 14 kwietnia 1940 roku. Jak na ironię losu – ojca wówczas z nami nie było. W domu była mama i cała nasza piątką: 12 – letnia Wanda, 10 – letni Ryszard, ja – ośmiolatka, 5 – letnia Jadzia i 3 – letni Antoś.Kiedy dziś wspominam ten dzień, odnoszę wrażenie, że mama była w pewnym sensie przygotowana. Z szaf, szuflad, i innych zakamarków wyciągała gotowe pakunki z najpotrzebniejszymi rzeczami.
Doskonale pamiętam, że w tamtym tragicznym momencie – z charakterystycznym dla niej opanowaniem – zdjęła ze ściany portret ślubny i z wyjątkową pieczołowitością umieściła go wśród bagaży.

 
Przeszedł z nami cały tułaczy szlak, a dziś ma ciepłą przystań na ścianie pokoju mojego domu… To był, jest i – mam nadzieję – będzie NASZ rodzinny talizman…

– Zanim był dworzec i bydlęce wagony – było więzienie.

– Kiedy przywieziono nas do miejscowości Równe (ok. 40 km od naszej osady), skąd mieliśmy odjechać w świat okrutnej Syberii, okazało się, że pociąg – z niewiadomych przyczyn – nie dotarł. Spędziliśmy więc kilka dni w więziennych celach… Do dziś nie wiem, jak udało się mamie wykorzystać ten czas i nawiązać kontakt ze swoją siostrą, która mieszkała w tym właśnie mieście…

Ta racjonalnie myśląca kobieta najpierw doposażyła nas w odzież i żywność, a następnie stała się powodem nieoczekiwanych zdarzeń.

– Kiedy już trwała nerwowa akcja umieszczania ludności w wagonach, moja 12 – letnia siostra Wanda, widząc stojąca na peronie zapłakaną ciocię, wystosowała do jednego z radzieckich żołnierzy – na pozór naiwną prośbę: „Czy mogę zostać z ciocią?”

– Zaskakująca – TAK, MOŻESZ. Trudno wyczuć, czym kierował się tamten człowiek, podejmując taką decyzję…

– Wanda ... Nie pojechała. Nie pojechał też Ryszard. Mój 10 – letni brat. Wyskoczył z pociągu, kiedy ten nabierał szybkości…

– Mamę, mnie, i moje młodsze rodzeństwo, po około 5 tygodniowej podróży w bydlęcym wagonie, osadzono w miejscowości Wołogockaja Obłost. Ponieważ nasza rodzicielka była wykształconą kobietą, znającą język rosyjski i ukraiński – toteż udało jej się otrzymać pracę w łaźni dla personelu i pracowników administracji tego posiołku. Fakt ten traktowała jak swoiste błogosławieństwo.

Podczas syberyjskich zimnych miesięcy, kiedy w naszych pomieszczeniach mieszkalnych zamarzała woda w naczyniach do picia, mogliśmy ogrzewać się w cieplejszej łaźni. To było bardzo, bardzo wiele.

Antoś i Jadzia, z racji wieku, całymi dniami pozostawali pod opieką mamy lub mojej chrzestnej matki, którą była nasza sąsiadka z osady. Natomiast ja – chodziłam do rosyjskiej szkoły.

– Moja wspaniała, dzielna mama robiła wszystko, abyśmy ten głód jak najmniej odczuwali. Zbierała jagody, grzyby, zioła. Poza tym, bardzo często, przeważnie pod osłoną nocy, narażając się ataki dzikich zwierząt, udawała się do sąsiednich wiosek na tak zwany handel wymienny. Oddawała odzież, biżuterię i inne rzeczy zabrane z DOMU – w zamian za żywność.

Co ciekawe i jednocześnie poruszające – tak tymi zdobyczami gospodarowała, aby odłożyć coś na „gorsze czasy”. Na później. Robiła więc przetwory, suszyła owoce lasu i grzyby.

Doprawdy nie wiem, jak ona dawała sobie z tym wszystkim radę…Jak to ze sobą godziła…Czasem przychodzi mi na myśl, że świadomie starała się wypełnić pracą i innymi obowiązkami każdą wolną chwilę, aby mieć jak najmniej czasu na myślenie o ojcu, Wandzie i Ryśku. Tęskniła za nimi bardzo. Martwiła się o nich. Czytałam to z jej twarzy…

– Z tatą nie było żadnego kontaktu. Pisała do nas natomiast siostra mamy. Ta z Równego. Mam  oryginalną, bezcenną korespondencję.



Nie wiem, czy to był jedyny list, który dotarł, czy też było ich więcej… Wiem natomiast, że ten był bardzo ważny. Ciocia powiadomiła w nim mamę, że DZIECI ZDROWE…

Ten list był też zwiastunem paczki, która miała wkrótce do nas dotrzeć.

– Paczka dotarła. I to w bardzo odpowiednim czasie…Właśnie wtedy cała nasza trójka miała ostrą anginę. Wszelkie znane mamie i innym kobietom środki – zawodziły.O lekarstwach i wizycie lekarza nie można było nawet marzyć. Ostatnią deską ratunku miała być wędzona słonina, którą ciocia przysłała we wspomnianej paczce. Mama robiła nam z niej okłady na szyje. Jadzi i mnie – pomogło.

Antoś nie przetrzymał tej choroby…Był najmłodszy z nas i przez to chyba najsłabszy…

Dzięki pomocy innych, udało się mamie pochować go w zamarzniętej ziemi.

Mówię o tym, bo syberyjski klimat nie zawsze umożliwiał wykopanie, choćby najpłytszego grobu. Ciała ludzkie przykrywano więc gałęziami drzew. Niestety, najczęściej nie stanowiły one ochrony przed wygłodniałymi zwierzętami…

Po tym, co się stało – smutek nie znikał z twarzy mamy.

Uśmiech – i to w najdelikatniejszej z możliwych postaci – rozświetlił dopiero jej twarz w sierpniu 1941 roku.

Amnestia.                                                                                                                 I do nas dotarła o niej wiadomość. Do dziś brzmią mi w uszach słowa jednego z rosyjskich żołnierzy: „Jesteście wolni. Możecie iść dokądkolwiek.”

W pierwszym odruchu ludzie płakali ze szczęścia. W drugim – uświadamiali sobie, że czeka ich kolejna podróż w nieznane…

Zaczęły się narady i przygotowania. Cel był jeden: dotrzeć jak najbliżej tworzącej się polskiej armii.

Nasza wciąż rezolutna mama robiła selekcję rzeczy, które można jeszcze było spieniężyć, aby pokryć koszty podróży. Po około dwóch miesiącach, wynajętym wozem (alba), wraz z kilkoma innymi rodzinami, ruszyliśmy do oddalonej o kilkanaście kilometrów stacji kolejowej.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się przerażający obraz wyniszczonego, wychudzonego tłumu ludzi. To byli nasi rodacy. Jeńcy wojenni i więźniowie polityczni, którzy wypuszczeni z łagrów (także z racji „amnestii”) podążali do organizującej się Armii Andersa.

Kilku z nich, tych, którzy podróżowali razem z nami w jednym wagonie – wciąż pamiętam. Bo na skutek działań mamy, na moich oczach odzyskiwali oni siły… Przez tych kilkanaście dni opatrywała ich rany. Poiła przygotowanymi na „gorsze czasy” i zabranymi z posiołu sokami. Karmiła zupą grzybową, którą przyrządzała na wagonowym piecyku.

Gdzie dowiózł nas pociąg? – Szczerze powiem – nie pamiętam. I nie wiem, czy wszystko odbyło się zgodnie z planem. Wiem natomiast, że kolejną przystanią naszej tułaczki był Uzbekistan. Mama pracowała tam przy zbiorze waty i zarabiała prawdziwe pieniądze. Mogła za nie kupić kartofle i cebule. Od czasu do czasu, dzięki zabawom z uzbeckimi dziećmi, jadłyśmy lepioszki. Były to placuszki wyrabiane z mąki, wody i tłuszczu, bez dodatku drożdży. W smaku przypominały chleb. A tego – nam wciąż brakowało…

Mieszkałyśmy w małym, ale w miarę przytulnym, zamykanym na duże drewniane drzwi – pokoiku. I właśnie do tych drzwi, pewnego dni, o wieczornej porze, ktoś niespodziewanie zapukał. Ponieważ byłam akurat blisko – cichutko, z lękiem zapytałam: Kto tam?

W odpowiedzi usłyszałam – SWÓJ.

Tamten tembr głosu i tamten odzew były mi doskonale znane. Nie mogłam się mylić… Po drugiej stronie drzwi stał MÓJ UKOCHANY TATUŚ.

Nie znajduję słów, aby opisać to, co wówczas czułam. Były okrzyki radości i łzy szczęścia. Wtulona w jego mocne ramiona, wierzyłam, że będzie już tylko lepiej, bezpieczniej… Że już się nie rozstaniemy; że tata zostanie z nami…

Tata nie został....Nie mógł... Jak się okazało, jako żołnierz z dużym wojennym doświadczeniem, zaciągnął się już w szeregi Armii generała Andersa. Szkolił młodzież do walki. Był nam bardzo potrzebny, ale potrzebowała go również Polska…

Nie pobył więc z nami zbyt długo…Nie mówił dużo, ale mówił mądrze. Tłumaczył, że musimy opuścić to miejsce; że musimy udać się do Krasnowodska nad Morze Kaspijskie i tam – wraz z polskim wojskiem – oczekiwać w tzw. bazie ewakuacyjnej na transport do Persji (obecny Irak). Im szybciej tym lepiej.

Miała to być dla nas jedyna szansa na opuszczenie tej nieludzkiej ziemi. Trzeba było działać szybko i sprawnie.

Pamiętam, że w niespełna kilka godzin byłyśmy gotowe do wyjazdu.

Kolejne rozstanie z ojcem było bardzo bolesne. Serca zamierały nam z rozpaczy. Starałyśmy się jednak wierzyć jego słowom, że już wkrótce znów się spotkamy. Że będzie pisał listy…

Tato dowiózł nas jeszcze specjalnie wynajętą arbą do wspomnianego portowego miasta. Za jego namową dotarła tam z nami jeszcze jedna polska rodzina, która zamieszkiwała w baraku obok.

Krasnowodsk....– Szok jaki wywarła ta turkmeńska portowa miejscowość był ciężki do przezwyciężenia. Tam zewsząd ściągały tłumy Polaków. Były ich tysiące! Wszyscy wygłodniali, wychudzeni, wyczerpani. Ale wszyscy z nadzieją na opuszczenie tego piekła.

Ponieważ czekanie na okręt przedłużało się jakby w nieskończoność, zagościła wśród nas bezsilność, nędza i plaga insektów. Do dziś mam przed oczami tamtejsze ulice, na których potykałam się o leżących chorych i umarłych…Głęboko w pamięć wbił mi się obraz konających. Odchodzili z cichymi słowami na ustach: pomocy, chleba, wody, mamo…

.....

Z tamtego miejsca na ziemi pamiętam też tych, w których wszechobecny głód wyzwalał zwierzęce instynkty… Ale czy można osądzać ludzi, którzy znaleźli się w tak ekstremalnych warunkach?

Ponieważ z dnia na dzień chorych przybywało, toteż zawiadujące tym tłumem służby co rusz informowały, iż na statek zabierane będą tylko zdrowe osoby. Fakt ten wywoływał więc dodatkowo stres, niepokój, lęk, a nawet histerię…

Niestety, choroby nie ominęły i nas. Ja zachorowałam na tyfus plamisty, a siostra na szkarlatynę. Los był jednak dla nas o tyle łaskawy, że początek tych przypadłości zbiegł się w czasie z momentem pojawienia się statku w porcie.

Wchodząc więc pokład i przechodząc przez tzw. wartownię, miałyśmy jeszcze na tyle siły, aby uśmiechać się i udawać, że nam nic nie dolega.

Mama od razu umieściła nas z dala od tłumu, gdzieś pod pokładem i czyniła co mogła, aby obniżyć szalejącą temperaturę naszych ciał, aby ulżyć nam w cierpieniu.

Jak się później okazało, tę morderczą podróż wielu chorych i słabych ludzi (w tym wiele dzieci) przepłaciło życiem. Ich ciała po prostu wyrzucano za burty…

Proszę sobie wyobrazić, że tą trwającą około 36 godzin drogą Krasnowodsk – Pahlevi ewakuowało się wraz z Armią Polską generała Władysława Andersa blisko 120 tysięcy ludzi (!).

Nam się udało. Wyszliśmy z „domu niewoli”.

Z tych pierwszych chwil wolności pamiętam – niewiele. Byłam półprzytomna. Choroba robiła swoje. Z późniejszych opowiadań mamy wiem natomiast, że niemal bezzwłocznie po opuszczeniu statku zaserwowano wszystkim dezynfekcję i – z racji niewyobrażalnej wręcz dla współczesnych wszawicy – golenie głów. Obdarowano nas świeżymi ubraniami i nakarmiono DO SYTA. Setki chorych – w tym mnie i Jadzię – odtransportowano do polowych szpitali.

– Najpierw był Teheran. To właśnie tam podjęłam naukę w prowizorycznej polskiej szkole. Tam też przystąpiłam do pierwszej komunii świętej…W Teheranie wstąpiłam też w szeregi polskiego harcerstwa. Tam więc zaczęła się wielka i bardzo ważna przygoda mojego życia. W pewnym sensie pozytywnie naznaczyła ją moja pierwsza, wyjątkowo oddana sprawie drużynowa. Była nią druhna Jadwiga Chruściel, córka Antoniego Chruściela, dowódcy późniejszego Powstania Warszawskiego.

– W Teheranie byłam niecały rok. Potem była Afryka. I obóz w Tengeru, w północno – wschodniej części brytyjskiej kolonii Tanganika. Mieszkaliśmy w nim od końca 1942 roku, przez 6 długich lat. To był najbardziej kolorowy okres naszej tułaczki. Stworzono nam tam ludzkie warunki do bytowania. Miałyśmy swój maleńki domek. Był kościół, szkoły, szpital, gospodarstwa rolne. Kwitło życie kulturalne (chór, teatr, drużyny sportowe). Funkcjonowało też harcerstwo, w którego życie bardzo mocno się z siostrą zaangażowałyśmy. To właśnie na afrykańskiej ziemi złożyłam harcerskie przyrzeczenie.


Czas poza nauką i pracą wypełniały wycieczki krajoznawcze i różnorakie uroczystości związane z obchodami polskich świąt państwowych albo religijnych. W dużej mierze odbywały się one przy czynnym udziale ojca Łucjana Królikowskiego, doskonale znanego lokalnej Polonii.

Czas poza nauką i pracą wypełniały wycieczki krajoznawcze i różnorakie uroczystości związane z obchodami polskich świąt państwowych albo religijnych. W dużej mierze odbywały się one przy czynnym udziale ojca Łucjana Królikowskiego, doskonale znanego lokalnej Polonii.

Ojciec dotrzymał słowa...– Korespondencja z nim dodawała nam siły. Dni, w których przychodziły list i paczki były szczególne. Mama w odpowiedni sposób o to zabiegała, abyśmy doceniały takie chwile. I doceniałyśmy.

W odpowiedzi na jego korespondencję, wysyłałyśmy laurki i zdjęcia z własnoręcznie napisanymi dedykacjami.


W tym nowym, nieco lepszym świecie, mama dokładała też wszelkich starań, aby nawiązać kontakt z moim starszym rodzeństwem – Wandą i Ryśkiem.

Pisała listy do Czerwonego Krzyża i kilku innych instytucji. W tym działaniu wspierał ją też tato.

W naszym rodzinnym archiwum zachował się nawet list, w którym informowano mamę, że znaleziono ich ślad…

Pobyt w afrykańskim obozie,był to najbardziej bajkowy odcinek naszej tułaczej drogi. Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie było zmartwień, bólu i problemów.

I tak na przykład plaga pcheł dotkliwie uprzykrzała nam egzystencję, a wszechobecne komary sprawiały, że panowała groźna dla życia epidemia malarii. Ludzie chorowali, umierali.

Ta pasożytnicza choroba dopadła także i mnie… I znów mama okazała się niezastąpioną lekarką.

Nadszedł czas na opuszczenie Afryki ...– Pod koniec 1948 roku. Kiedy zapadła decyzja o likwidacji obozów dla uchodźców, jak tysiące polskich rodzin – nie mieliśmy gdzie wracać…Ponieważ Anglia otworzyła przyjaźnie drzwi, tam też się udaliśmy. Przez pewien czas mieszkaliśmy w jakiś obozie. Ani jego nazwy, ani nazwy miejscowości, w której się znajdował – niestety, nie pamiętam.

Doskonale za to utrwaliłam w pamięci chwilę, kiedy przyjechała tam po nas tato. Znów radość, znów łzy szczęścia…

Przez pewien czas mieszkaliśmy razem w Londynie. Kiedy jednak rodzice podjęli decyzję o wyjeździe do USA, ojciec znów wyruszył w podróż, aby tu, w Hartford – przygotować nam grunt do życia.

Wkrótce dołączyła do niego Jadzia.

Ja zostałam… Z bardzo chorą mamą…

Opiekowałam się nią jak umiałam. Była to jedna z tych chwil mojego życia, w których – choć w minimalnym stopniu – miałam sposobność odwdzięczyć się TROSKĄ ZA TROSKĘ.

Na szczęście dobry Bóg wysłuchał naszych próśb. Po kilku miesiącach (rok 1953) i nas powitała amerykańska stolica stanu Connecticut.

A potem, jak to w życiu bywa, podjęłam pracę zawodową, wyszłam za mąż, urodziłam trójkę dzieci: Urszulę, Ewę i Jacka.

Wspomniałam o chlebie...

Proszę sobie wyobrazić, że kiedy robię zakupy w sklepie z artykułami spożywczymi, niemal zawsze przystaję przy stoisku z pieczywem. Lubię patrzeć, patrzeć, patrzeć…

Bywa też, że po skończonym obiedzie, a nawet deserze, sięgam z wyjątkowym szacunkiem po maleńką kromeczkę. Wtedy dopiero czuję się najedzona i szczęśliwa. Celebruję spożywanie chleba…

A wracając do chwil szczególnych, to do ich grona zaliczam też te, w których witałam na amerykańskiej ziemi moje starsze rodzeństwo wraz ich rodzinami.

Są takie wydarzenia, których nie da się w żaden sposób opisać słowami…Tamte były właśnie takie…

Dzieląc się tą historią (jak chlebem), chcę wyrazić swoją wdzięczność za  bezwarunkową miłość i determinację moich rodziców. Ponadto, chcę przypomnieć, że obecność bliskich – to łaska. To skarb.

/ Panu Adamowi dziękuje za przesłany materiał na e-mail/

♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.