♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 12 lutego 2018

Historia Sybiraczki z Wołynia - Krystyna Słowikowska Farley


                                                                     


   ♦Historia Sybiraczki z Wołynia - Krystyna Słowikowska Farley♦

Jestem córką Walentyny Poznachowskiej i Andrzeja Słowikowskiego. I to już jest dla mnie powód do dumy. Świat o nich nie mówi (i wcale nie musi), ale ja wiem, że to wspaniali i bardzo szlachetni ludzie…

Urodziłam się w osadzie Orłopol, w województwie wołyńskim. Wołyń jest więc dla mnie krainą szczęśliwych lat wczesnego dzieciństwa. Przeżywałam je w czasach, kiedy społeczeństwo polskie, a może również społeczeństwa innych narodowości – miały autorytety, które pielęgnowały. Kultywowano wartości dzisiaj jakoby pomijane, a nawet wyszydzane. Zwały się: BÓG, HONOR, OJCZYZNA.

Ja wciąż, mimo faktu, że musiałam opuścić Polskę w wieku 14 lat; że zostałam z niej wywieziona siłą – staram się żyć według wpojonych mi wówczas zasad.

Kiedyś udało mi się nawet na ten temat napisać wiersz:


                    Jestem Polakiem, nie wstydzę się tego!
                    Rodzice mnie tak wychowali.
                    Polska krew w żyłach, mowa ojczysta


                    I orzeł wykuty ze stali.
                    Gdy spojrzę na niego, myśl wznosi się w górę
                    I płynie za jego lotem –
                    Ponad żyzne pola, błękitne potoki
                    I słonecznik rosnący pod płotem.
                    Gdzie bieg modrej Wisły falami rozbrzmiewa
                    Melodię polskiego oberka,
                    A dzwony kościelne ludziom ogłaszają:
                    “Dziś o północy Pasterka!”.
                    Trudno jest zmiażdżyć ducha polskiego,
                    Gdy tak cię wychowali.
                    Bóg, Honor, Ojczyzna i “kochaj bliźniego”
                    – Twe serce żarem rozpali.
                    Dumny więc jestem, że jestem Polakiem.
                    Chorągiew swą wznoszę wysoko.
                    I dzięki ci składam, Boże Wszechmogący,
                    Że Polskę mam w sercu głęboko.

Wołyńska noc z 10 lutego 1940 roku...

– Była wtedy zima wyjątkowo śnieżna i mroźna. Spaliśmy snem sprawiedliwych, otuleni ciszą. I nagle, około 6.00 nad ranem, usłyszałam ten przerażający łomot do drzwi…


DOM w Orłopolu – rysunek sporządzony z pamięci przez siostrę pani Krystyny, Natalię Rak 

Dostaliśmy kilka chwil na spakowanie się… Wszyscy – mama, tata, moje dwie siostry i dwóch braci – byliśmy przerażeni. Chaos, łzy, i dziwna pustka w głowie – co zabrać? Niestety, nie potrafię powiedzieć co zapakowali poszczególni członkowie rodziny, ale doskonale pamiętam, co zabrałam ja…

...…

– Słoik z samogonem (napój alkoholowy produkowany w warunkach gospodarstwa domowego), główkę maszyny do szycia Singer, i ceramiczny czarny krzyż z różowym wizerunkiem Jezusa, który przez lata wisiał na ścianie w dużym pokoju… I proszę mnie nie pytać, dlaczego właśnie te rzeczy wrzuciłam na sanie… Nie wiem.

Pamiętam, że jednego z Sowietów zaintrygowała ciecz w słoju. Wyjaśniłam mu więc, że to przegotowana woda; że mama gotuje wodę ze studni, i tylko taką pijemy. Zaśmiał się wówczas ironicznie….

Droga do stacji kolejowej w Horynce była bardzo długa, wyczerpująca i trudna. Z jednej strony siarczysty mróz, z drugiej – ból, żal, rozpacz, trwoga. Rodziły się one szczególnie w sercach rodziców, którzy bardziej niż my zdawali sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.

Z lekka budował mnie więc fakt, że „przegotowana woda”, aplikowana dorosłym (ojcu i napotkanym po drodze sąsiadom, którzy w kolumnie sań dzielili nasz los) – pomagała rozgrzać ciała i umysły.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, załadowano nas do bydlęcych wagonów. Krzyki i przekleństwa sowieckich żołnierzy górowały zdecydowanie nad wystraszonymi, przygnębionymi i płaczącymi ludzi.

Atmosfera była więc koszmarna.

Do załatwiania potrzeb fizjologicznych kazano nam wykorzystywać otwór w podłodze. To było upokarzające, szczególnie dla nas, kobiet.

Wagon był zimy. Jedynym źródłem ciepła był umieszczony na środku mały piecyk, do którego wciąż brakowało opału. I chyba śpiew…

– Moja mama była z zawodu nauczycielem i muzykiem. Wykorzystała więc wówczas swoje doświadczenie i wiedzę. Znała moc pieśni… Śpiewaliśmy utwory religijne, ludowe, hymny, i piosenki towarzyszące nam na co dzień…To rozgrzewało serca. Ocieplało dramatyczną sytuację. Próbowaliśmy się po prostu ratować…

Te nasze „koncerty” nie podobały się oczywiście sowieckim żołnierzom, ale nigdy nie powiedzieli nam STOP. Sama nie wiem dlaczego. Przecież mogli…

Racje żywieniowe...

– Był czarny chleb. Tyle pamiętam. Nawet wody do picia nie było pod dostatkiem, nie mówiąc już o wodzie do umycia się… Szerzyły się więc różne choroby, a wszawica dawała się wszystkim mocno we znaki.

Podczas tej podróży wydarzało się coś, co tkwi w mojej pamięci...

–  nie wiem, czy powinnam o tym wydarzeniu mówić. Głęboko zarejestrowany we mnie obraz tamtej chwili już setki razy spędzał mi sen z powiek…To trudne…

Bydlęce pociągi, którymi wieziono wówczas setki tysięcy Kresowiaków (ok. 139 590 osób) stawały bardzo często. Były przetrzymywane godzinami na bocznicach. Nasi oprawcy wykorzystywali więc ten czas na wynoszenie ciał zmarłych…
Pasażerowie też robili z tych postojów użytek. Odblokowane chwilowo drzwi, stwarzały bowiem okazję do tego, aby – wbrew przepisom – nabrać trochę śniegu, którym później można było się posilić lub obmyć…
Pewnego dnia, podczas jednego z takich postojów, tkwiłam (także bezprawnie) przy jedynym, małym, zakratowanym oknie wagonu i obserwowałam kilkunastoletnią dziewczynę o ślicznych, długich włosach. Zgrabiałymi z zimna rękami nabierała ona do dużego naczynia biały puch.
Kiedy zapełniła już ten pojemnik i przechodziła między wagonami, aby wrócić na swoje miejsce podróży, pociąg ruszył…
W chwilę później, jej jasne warkocze oplotły koła wagonu… Fragment sowieckiej trakcji kolejowej zaplamił się krwią…
Ona mogła być moją rówieśnicą…
Coś we mnie wtedy pękło. „Kochany urwis”, jak mówił o mnie mój tata, zmienił się (na długą chwilę) w pogrążonego w smutku myśliciela.
Wielokrotnie zastanawiałam się, czy bliscy tej dziewczyny poznali kiedyś prawdę. Oby nie…
Kto wie, ile było podobnych sytuacji… Tak wielu przecież ryzykowało. Dla siebie i dla innych.

– Podróż pociągiem trwała dokładnie 30 dni i 30 nocy. Sowieccy oprawcy wyznaczyli nam jej cel w górach Ural. Naszą przystanią stała się Mołotowskaja Obłast. Dotarliśmy tam 14 marca 1940 roku.
Rozlokowano nas w barakach. Panujące tam warunki urągały godności człowieka.
Były prowizoryczne łóżka bez sienników. Okrywaliśmy się kocami, które mama zabrała z Orłopola, lub częściami garderoby.

Rodzice, moja starsza o dwa lata siostra Alicja i ja (jako „dojrzała” 14. latka) – pracowaliśmy przy spławianiu drzew do rzeki, a młodsze rodzeństwo – 12. letni Tadeusz, 10. letni Czesław, i 5. letnia Natalia – musiało uczęszczać do sowieckiej szkoły, w której wpajano im komunistyczne doktryny.

Wynagrodzenie za pracę....

– W tamtych czasach i w tamtym miejscu, znane powiedzenie „zarabiać na kawałek chleba” przestawało być przenośnią. Należało je traktować dosłownie. Na mocy zarządzeń NKWD, dzieciom szkolnym przysługiwała 200 – gramowa porcja chleba dziennie, pracującym – 500 – gramowa, a tym, którzy pracowali najciężej i ponad normę – przydzielano 800 gramów chleba plus zupę, marnej jakości.
Brakowało więc jedzenia… Mama, w ramach tzw. handlu wymiennego, za porcję dodatkowej żywności świadczyła mieszkańcom okolicznych wsi usługi krawieckie lub wróżyła z kart.
Pamiętam, że za każdym razem, gdy miała przystąpić do „zarobkowego wróżenia”, klękała przed wiszącym na ścianie krzyżem i przepraszała Boga…

Maszyna Singer, ścienny krzyż… zabrałam te rzeczy z domu…

– Tak. Tak… Ojciec obudował główkę tej maszyny i bardzo, bardzo pomogła nam przetrwać. A krzyż…? Jego obecność w naszym życiu wiąże się z bardzo poruszającą historią.
Pewnego dnia zachorowałam, nie miałam czucia w nogach. Był to najprawdopodobniej efekt spania na zimnej podłodze. Zostałam więc w „domu” sama. I właśnie wtedy przyszedł „z wizytą” sowiecki strażnik naszego baraku. W kilka chwil po przekroczeniu progu, patrząc na wiszącego na ścianie Jezusa na krzyżu,

z drwiną zapytał: – Czy ON Ci daje chleb?
– Skoro ty mi nie dajesz, a ja żyję, to znaczy, że ON to robi – odpowiedziałam.
– Zdejmij to natychmiast ze ściany! – krzyknął.
– Ja tego zrobić nie mogę, bo – jak widzisz – nie mogę chodzić. Jeśli ci ten krzyż przeszkadza, ty go zdejmij….- odpowiedziałam.
Do dziś pamiętam jego oczy. Był w nich strach. Splunął więc i wyszedł.
Minęło 30 minut, może godzina, gdy krzyż sam zsunął się na podłogę, rozsypując się na drobne kawałki. Na ścianie został tylko gwóźdź i haczyk…
Nie mogło być inaczej, powrót mamy z pracy łączył się z pytaniem wypowiadanym przez łzy: – Córeczko, co ty zrobiłaś?!
Kiedy opowiedziałam jej całą historię, prawie szeptem wypowiedziała zdanie, które do dziś pamiętam: – Jezus też już nie chce tu dłużej być…
Kilka dni później, tamto wydarzenie i tamta wypowiedź nabrały wyjątkowego znaczenia – ogłoszono tzw. amnestię. Mogliśmy opuścić to miejsce…Byliśmy wolni...

Pojawił się wówczas inny problem: Opuścić – tak!, ale gdzie się udać? Jak potoczą się nasze dalsze losy?

– Ojciec od razu zdecydował, że dołączy do tworzącej się na ziemiach ZSRR – Polskiej Armii, pod dowództwem generała Władysława Andersa. Natomiast pozostała część naszej rodziny udała się statkiem (wraz z setkami innych Polaków) – do Uzbekistanu, nad wody Morza Kaspijskiego. Pobyt tam miał być jednym z etapów drogi powrotnej do Polski. Obiecywano nam dobrą pracę i lepsze warunki życia.
Rzeczywistość okazała się jednak inna.
Co prawda, było cieplej i słonecznie, mieszkaliśmy w domkach zbudowanych z gliny i patyków, a na chleb zarabialiśmy lżejszą pracą w polu, ale i tam doskwierał nam głód, straszne choroby (dyzenteria, tyfus) i dodatkowo – wszelkiej maści jaszczurki.
Kiedy więc któregoś dnia dotarła do naszej mamy informacja, że w Iranie, przy Armii Andersa tworzone są obozy (sierocińce) dla dzieci, w których nie brakuje opieki, leków i żywności, z bólem serca zdecydowała się wysłać tam naszą czwórkę.

– Niestety, Alicja traktowana była już jako osoba dorosła. Nie kwalifikowała się więc do wyjazdu. Mama i najstarsza siostra zostały więc w Uzbekistanie.
Rozstanie z nimi było dla nas wszystkich ogromnym przeżyciem. To wtedy, po raz ostatni czułam ciepło ramion – mamy i siostry…
Mama została na zawsze na uzbeckiej ziemi… Zmarła na malarię. A o Alicji słuch całkowicie zaginął. Szukaliśmy jej przez długie lata. Zresztą, szukamy do dziś… Choćby śladów…

W Teheranie..

– Radziłam sobie jak umiałam i jak mogłam. Czując się w pewnym sensie głową rodziny, zadbałam najpierw o losy młodszego rodzeństwa. Natalia znalazła się pod dobrą opieką, w sierocińcu w Afryce, a bracia – w Junackiej Szkole Kadetów.
– posługując się małym kłamstewkiem (dopisałam sobie jeden rok życia) – zostałam żołnierzem.
– Snując marzenia o kierowaniu wojskowym samochodem, wstąpiłam do Pomocniczej Służby Kobiet, przy Armii Andersa. Służyło tam około 7 tysięcy ochotniczek. Niestety, marzenia o zostaniu tzw. „drajwerką” w Kampanii Transportowej – spełzły na niczym. Według dowództwa, byłam bardziej potrzebna w szpitalach wojskowych.
Ukończyłam więc stosowne szkolenia i rozkaz wykonałam, czyli „zapomniałam” o wojskowych pojazdach i zajmowałam się rannymi. To tu, to tam…

Sanitariuszki – pani Krystyna wraz z koleżanką (Gaza w Palestynie
Bywały spokojniejsze, jaśniejsze chwile...

– Ale dzisiaj wspomnę tylko jedną z nich. Tę najważniejszą.
Pewnego dnia, los chciał, że na żołnierskim szlaku spotkałam ojca…To było w Iraku. Wciąż nie znajduję słów na określenie radości, jaką wówczas czułam. Proszę mi wierzyć, że nie bacząc na to, co działo się wokół nas, a także na to, kim wówczas byliśmy – wskoczyłam mu na kolana. Jak za dawnych czasów. Jak w DOMU… Później okazało się, że zmierzamy w jednym kierunku: – Egipt – Włochy.

Braliśmy udział w bitwie pod Monte Cassino...Każdy na swój sposób…To były bardzo trudne dni..

Wreszcie wojna też się skończyła. Przyszło nowe życie…



– Do DOMU nie mogliśmy wrócić. Ziemia, na której stał – nie należała już przecież do Polski…

W ojczystym kraju – zawirowania polityczne… Hm, pojawiła się miłość, mąż, nastały wzruszające spotkania z rodzeństwem. A potem na świat przyszły dzieci…Najpierw zamieszkaliśmy w Anglii, która ofiarowała nam pomoc w rozpoczęciu nowego życia, a w 1955 roku, będąc wdową z czwórką dzieci,przybyłam do USA, do New Britain.

Przez wiele lat tańczyłam w zespole ludowym Gwiazdy, który działał w Hartford. Byłam jego prezesem, a także inicjatorem i organizatorem jego pierwszej wyprawy na Światowy Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych, który odbywał się w Rzeszowie. Nie pamiętam, w którym to było roku, ale wiem na pewno, że suitę śląską odtańczył z nami wówczas mój mąż, Amerykanin


Bo…są we mnie dwa polskie światy. Ten utracony… i ten odzyskany, którym chcę cieszyć się do końca moich dni ...


/ Panu Adamowi dziękuję za przesłany materiał na e-mail/



♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.