♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

niedziela, 29 października 2017

Wspomnienie o Witoldzie lub Wiktorze Skwarczewskim, synu ziemi podlaskiej,ur. w 1870 r., który za działalność patriotyczną w 1902 r.został skazany na katorgę i zesłany na Sybir bez prawa powrotu do Ojczyzny- Tadeusz Konopacki


                                                                     

Wspomnienie o Witoldzie lub Wiktorze Skwarczewskim, synu ziemi podlaskiej,ur. w 1870 r., który za działalność patriotyczną w 1902 r.został skazany na katorgę i zesłany na Sybir bez prawa powrotu do Ojczyzny- Tadeusz Konopacki


Po zawarciu umowy między emigracyjnym rządem gen. Władysława Sikorskiego, a rządem Związku Radzieckiego w 1941 r. Polacy – zesłańcy Sybiru otrzymali zezwolenie na opuszczenie Syberii, prawo do wstępowania do tworzącej się armii gen. W. Andersa, a tym samym na wyjazd do azjatyckich republik Związku Radzieckiego, gdzie istniały znośniejsze warunki do poprawy nędznego bytu. Na południu było cieplej, a natura mogła sprzyjać w zdobywaniu żywności na rozległych stepach.
Syberyjski posiołek 1 (osadę) o nazwie Jużno Wagriańskij Wostok 98

w obłasti 2 Swierdłowsk po 2 latach pobytu, opuściliśmy pod koniec lutego w 1942 r. Pociągiem towarowym (już bez straży NKWD) przejechaliśmy kilku-tysięczną trasę wiodącą przez: Swierdłowsk, Czelabińsk, Karagandę, Ałma Atę,

..............
1 Ros. поселок – osada, osiedle.
2 Ros. область – obwód (jednostka podziału administracyjnego, odpowiednik województwa).
..................
Frunze3, Taszkent, Ferganę, Samarkandę i Bucharę dojechaliśmy do Aszchabadu. Następnie już wozami dowieziono nas do stepowej osady oddalonej od Aszchabadu ponad 70 kilometrów, a leżącej blisko granicy z Iranem. Po upływie 10 dni powróciliśmy do Aszchabadu i pociągiem przez kilka dni jechaliśmy na wschód i o poranku dojechaliśmy do Frunze stolicy Kirgizji.

Na stepowym placu przylegającym do kolejowego dworca stały 4 grupy jedno i dwuosiowych wozów zaprzężonych w woły, wielbłądy i konie oraz luźno stojące osły i wielbłądy. Z bratem Józkiem, wiedzeni chłopięcą ciekawościa weszliśmy w te grupy ludzi, wozów i zwierząt. Tu z narastającą obawą zauważyliśmy, że Kirgizi spoglądają na nas z pogardą, niektórzy z nich mówili do nas „Ursjaman” 4. Dopiero po upływie kilku tygodni dowiedzieliśmy się, że te słowa znaczą: Rosjanin jest złym człowiekiem, a nawet wrednym.

Po skromnym posiłku wydanym przez Polską Służbę Sanitarną odbyło się spotkanie przedstawicieli każdego wagonu z urzędnikiem polskiego konsulatu, których poinformowano o dalszej podróży. Około 1500 Polaków podzielono na 4 grupy i kolejno kierowano do już [k. 1] gotowych do drogi zaprzęgów i zwierząt. Nasi rodzice i liczne grono znajomych i sąsiadów z Polski zostali przydzieleni do pierwszej grupy


tego dziwnego stepowego transportu. Naszych rodziców i 6 starszych osób posadzono na dwuosiowym wozie zaprzężonym w dwa młode woły, natomiast bracia Paweł i Staszek dosiedli garbatego wielbłąda, a Józio i ja otrzymaliśmy piękne osiołki, które nie posiadały siodeł, a tylko małe kawałki wojłoku. Przed południem długi „wąż” wozów i zwierząt ruszył w drogę wiodącą przez bezkresny step. Nasze osiołki dreptały tuż za przewodnikiem, który jechał na pięknym i dobrze utrzymanym koniu, a nas poniosła ułańska fantazja znana nam z żołnierskich piosenek. Osiołki równie ż okazywały nam zwierzęcą uległość, gdyż ich grzbiety już dawno nie wiozły tak lekkich, bo wychudzonych i bardzo łagodnych jeźdźców. Byliśmy tam bardzo mile zaskoczenie, bo tak przewodnik i woźnice, jak i poganiacze, nas Polaków darzyli życzliwością i chętnie pomagali osobom chorym i starszym.

Po trzech jednogodzinnych nocnych popasach, rano spostrzegliśmy, że na stepowej drodze już pozostała tylko nasza pierwsza grupa. W południe zarządzono popas, co nas „ułanów” bardzo ucieszyło, gdy ż odczuwaliśmy już ból odparzonych pośladków spowodowany dług ą jazdą na oślich grzbietach. Tu od naszej grupy odłączono połowę wozów i skierowano je na w lewo ku widniejącej na rozległej dolinie osadzie. Teraz pomniejszony pierwszy człon naszej grupy, już jako ostatni, ruszył ku dolinie, która leżała u podnóża wysokich i ośnieżonych gór. Nasze osiołki szły obok siebie i tuż za jadącym na ładnym koniu przewodniku. Przewodnik, pięknym głosem zaczął śpiewać bardzo dziwną, bo jak gdyby wyjącą, a przy tym i skoczną melodię. Słuchaliśmy go z uwagą, gdyż jego miły głos śpiewanej stepowej piosence wskazywał na to, że jest mu wesoło.

Po pochyłej drodze w dół, kolumna przyspieszyła dotąd monotonne tempo jazdy, tylko wozy ciągnione przez woły, wyraźnie pozostawały z tyłu. Nagle nasz przewodnik ruszył galopem, a nasze osiołki truchcikiem poszły za nim, więc całą uwagę skupiliśmy na tym, żeby nie spaść z ich grzbietów. Przed nami
.....................

3 Nazwa Biszkeku w latach 1926-1991 nazwanego tak na cześć komunisty Michaiła Frunzego urodzonego w tym mieście w 1885 roku.
4 Z kirgiskiego орус жаман dosł. Rosjanin jest zły.

.........................

ukazała się grupa jeźdźców na koniach, w śród których dreptały trzy objuczone osiołki. Zbliżaliśmy się do nich w dużym tempie i spotkaliśmy się z nimi w odległości około dwóch kilometrów [k.2] od osady. Jeźdźcy hałaśliwie przy-witali się z przewodnikiem, a następnie rozdzielili się i pogalopowali do wolno jadącej kolumny. Nas powitał Kirgiz w średnim wieku, ale nie jego mowa łamanym rosyjskim językiem, lecz trzymany w ręku placek skupił na sobie naszą całą uwagę. Kirgiz spojrzał na nas dobrotliwie, wyciągnął ku nam rękę z trzymanym plackiem i powiedział:

– Na, twaja bieri. Nu, bieri i twaja kuszaj. Wy malczyki, wy bieri i kuszaj lepioszku. Lepioszka charoszaja, nu bieri5.

Józio pierwszy wziął do ręki zarumieniony krążek dziwnego placuszka, którego wielkość dorównywała powierzchni dwóch złączonych dłoni dorosłego człowieka. Teraz ja łakomie spoglądałem na to, co w ręce trzymał braciszek, ale dobry Kirgiz zaraz trącił mnie w ramię i z pełnym szczerości uśmiechem, ofiarował mi taki sam krążek stepowego chleba. Chwyciłem podany mi placek i z grzecznym pokłonem, po rosyjsku wypowiedziałem słowa podzięki, a następnie z niedowierzaniem patrzyłem na tak smakowicie pachnący krążek. Placek wyglądał jak ten obwarzanek z odpustowego kramu w Polsce, tylko że jego środek wypełniała cienka warstwa pikowanego ciasta.

– Nu, kuszaj, ty Malczyk lepioszku kuszaj, eto charoszaja, nu ty poruszaj wsjo6– życzliwie zachęcał dobrotliwy Kirgiz.

Drżącymi z wrażenia palcami przełamałem krążek i ugryzłem duży kęs, a rozdrabniany w ustach, jego wspaniały smak i zapach stale się potęgowały. Boże drogi! Jak to fajnie smakuje, a ten smak przypomina mi mamałygę z drobno zmielonej kukurydzy oraz pyszności zawarte we wszystkich kaszach i mące. Kirgiz widząc nasz podziw dla ich smakowitego pieczywa, mile do nas się uśmiechnął i jeszcze obdarował nas po gałce suszonego sera o wielkości gęsiego jaja, po czym wsiadł na konia i odjechał do zbliżającej się kolumny wozów. My, radosnym spojrzeniem porozumieliśmy się bez wypowiedzenia nawet jednego słowa i nie korzystając z osiołków, pobiegliśmy do wozu, na którym jechali nasi rodzice.

Mama nas już wypatrywała i nawoływała, żeby dać nam po kawałku lepioszki, a te jej kochane i zawsze głodne urwisy, jakoś się zagubiły w tej rozwlekłej karawanie. Tym, że od niej niczego nie chcemy, a jeszcze dajemy duże kawałki [k.3] lepioszki i dwie gałki suszonego sera, była bardzo zaskoczona i wzruszona. W oczach mamy pokazały się łzy szczęścia, gdyż dopiero tu, na tym obcym i gołym stepie, jej dzieci miały dosyć chleba. Takim okruchem ludzkiej życzliwości został dokonany wspaniały gest przez mieszkańców kołchozowej osady, która nazywa się Majdamtał7. Tu, na tym tułaczym i zagubionym w stepie szlaku, witali nas życzliwi oraz gościnni ludzie. Ci, jeszcze nieznani nam ludzie, każdą Polską rodzinę obdarowali stepowym chlebem, trzema gałkami suszone-go owczego sera i czterema kilogramami pszennej mąki.

.................
5 Tekst wpisany błędnie w języku rosyjskim tu: „No bierz to twoje, bierz i jedz swoje. Chłopcy bierzcie i jedzcie lepioszkę (rodzaj chleba wypiekanego z mąki, wody
i tłuszczu bez dodatku drożdży). Lepioszka jest smaczna, bierzcie”.
6 Jw. „No, jed ź chłopcze lepioszkę! To dobre! Zjedź wszystko!”.

7 Dzisiejsza nazwa ani położenie wspomnianej miejscowości nie zostało ustalone.
................................

Do gościnnej osady przyjechaliśmy po trzydziestogodzinnej podróży i tu wszystkim tułaczom zapewniono dach nad głową. Naszej rodzinie przydzielono małą lepiankę, za którą przepływał płytki rów nawadniający pola i dostarczał pitną wodę. Lepianka była zbudowana z kamieni i glinianej mieszanki ze stepową roślinnością. Jednoizbowa lepianka, swoją powierzchnią nie przekraczała 12 metrów kwadratowych, a jej wysokość nie przekraczała 180 cm. Do wnętrza lepianki prowadziły małe sztachetowe drzwiczki o wymiarach 60 x 130 cm. Po prawej stronie na wysokości drzwiczek był mały otwór, który spełniał rolę okna i wywietrznika, przez który podczas dnia słoneczne promienie ogrzewały jego wnętrze. Podłoga składała się z glinianego podłoża i kilku warstw równo rozprowadzonego i wyschniętego krowiego łajna. Tak nałożone warstwy naturalnego surowca, po wyschnięciu stanowiły doskonałą izolację od podłoża i nie wydzielały już żadnej przykrej woni, więc dało się żyć. Jak wstępnie ocenił nasz ojciec: „w Polsce, takie dziwo kompromitowałoby nawet skrzywdzonego przez los pogorzelca, a tu zapewniało schronienie i spokój”. Z tej sytuacji najbardziej zadowolona była nasza mama, bo nareszcie skończyła się męcząca jazda na podskakującym na stepowych wertepach wozie, a jej dzieci już nie musiały odparzać chudych tyłków na oślich i wielbłądzich grzbietach. Cieszyło ją równie ż i to, że ta mała lepianka była starannie pobielona prawdziwym wapnem, co zapewniało czystość i brak robactwa. O połowę mniejszą lepiankę dano starym i schorowanym Żydom, którzy teraz byli naszymi sąsiadami. Korzystając z bliskości i zasobności strumyka, Paweł sprawnie zorganizował nam polo-wy system kąpieli oraz trzepanie odzieży.

Po godzinnym pobycie w lepiance, odwiedził nas Kirgiz, ten sam, który na drodze częstował nas lepioszką. Kirgiz, pozdrowiwszy tatę, przedstawił się jako prjedsjedatel8 (zarządca) kołchozu a mówiąc stale świdrował wzrokiem nasze tobołki i skromny dobytek. Jego uwagę [k.4] skupiło blaszane wiaderko, które wskazując nam ręką, powiedział:

– Nu, wot da. Wy malczyki bieri etoja i poszoł za noj, mają wam łapszu9 dam. Wy budjetje kuszał. Ponimajesz?

Prjedsedatel wypowiadając „kuszał” 10, otwierał usta, a następnie głośno siorbał. Staszek w mig pojął, co on chce nam przekazać, a także do czego za-prasza prjedsjedatjel kołchozu. Wziął wiaderko i poszedł do strumyka, by go starannie wypłukać. W tym samym czasie, Kirgiz wskazując na Józia i mnie wyprowadził nas z lepianki, my od Staszka wzięliśmy wiaderko i posłusznie poszliśmy za władzą kołchozu. Kirgiz prowadził nas na północny skraj o sady, więc mijaliśmy chałupinki bardzo podobne do naszej lepianki, a także i to, co wzbudzało nasz podziw po wjeździe na step, a teraz mogliśmy je nawet dotykać, okrągłe jurty. Przy lepiankach i jurtach płonęły ogniska, na których Kirgizki gotowały strawę. Paleniska były zbudowane z pomysłowo ułożonych kamienie, a nad płomieniem zwisały lub leżały na kamieniach, różnej wielkości naczynia podobne do garów i mis.

...............
8 Ros. председатель – przewodniczący.

9 Ros. лапша – dosł. makaron lub zupa z makaronem.

10 „Tak to. Chłopcy we źcie to i chodźcie za mną. Dam wam łapszy. Będziecieje-dli. Rozumiesz?”.

....................

Zatrzymaliśmy się obok okazałej lepianki, przy której płonęło ognisko z wiszącym nad nim dużym kotłem. Ognisko doglądały trzy młode kobiety, które były odziane w pasiaste okrycia i długie kwieciste spodnie, a spod okrągłych czapeczek zwisały im na plecy, czarne, grube i bardzo długie pojedyncze warkocze.

Kobiety wokół Kirgiza zachowywały si ę z szacunkiem i starannie mieszały gotującą się oraz pachnącą zawartość kotła. Wkrótce za nami ustawiła się długa kolejka rodaków, którzy byli systematycznie d oprowadzanie przez miejscowych wyrostków. Kirgizi, między sobą prowadzili rozmowy w niezrozumiałym dla nas języku, ale z ich tonu, zachowania i spojrzeń, odczuwaliśmy okazywaną nam życzliwość i współczucie.

Jedna z kobiet podeszła do nas, wzięła wiaderko, do którego przy pomocy drugiej kucharki nalała pachnącej i gęstej strawy. Kiedy wiaderko znalazło się w naszym posiadaniu, Kirgiz wskazał nam kierunek do naszej lepianki, a my z pokłonem spełniliśmy jego gest. Mama z radością rozdzielała przyniesioną strawę tutejszych ludzi, którzy nazywali ją „łapsza”. Według oceny naszej ma-my, ci gościnni Kirgizi obdarzyli nas ponad czterema litrami pysznej i pożywnej strawy. Ta azjatycka strawa składała się z cienko rozwałkowanego i pokrojonego w kwadraciki ciasta, ugotowanego w tłuszczu razem z rozdrobnionym baranim mięsem.

Rano, wszyscy dorośli Polacy zostali zwołani na zebranie, które [k. 5] odbyło się na wolnym powietrzu, a właściwie na równo wyłożonym glinianym placyku. Cała powierzchnia tego placyku przypominała nam gospodarskie klepisko w Polsce. W pobliżu i wokół tego placyku znajdowały się liczne kopczyki butwiejących plew i odpadów polowych upraw. Na pięknym osiodłanym koniu przyjechał zarządca kołchozu, który po zejściu z konia i przekazania go młode-mu Kirgizowi zbliżył się do zebranych i przez krótki czas przyglądał się stoją-cym Polakom, a następnie rozpoczął swoje przemówienie. Jego słaba znajomość języka rosyjskiego, była znacznie bogatsza od wiedzy prezentowanej w Aszchabadzie przez Turkmenów i dzięki temu, każdy w miarę dobrze zrozumiał to, co Kirgiz do nich mówił:

– Ja jestem zarządcą tego kołchozu, nazywam się Cygandyk, a nasz kołchoz Majdamtał. Naszym najbliższym sąsiadem jest kołchoz o nazwie Italia. Do tego kołchozu jest 6 kilometrów, a w odległości następnych 10 kilometrów znajduje się duży kołchoz, który nazywa się Sauron. Tam w kołchozie Sauron jest poczta, jak będą jakieś pisma albo listy, to listonosz szybko przywiezie na wielbłądzie. Nasz oraz inne sąsiadujące z nami kołchozy podlegają władzy rejonu i obwodu, a siedzibą tych władz jest miasto Frunze. Jak już wiecie do Frunze prowadzi ta droga przez pagórki i step, a je j długość wynosi 81 kilometrów. Nasz kołchoz jest ostatni ą miejscowością leżącą przed tymi wysokimi górami, które granicz ą z Chinami. Do zadań naszego kołchozu należą: uprawa pszenicy, kukurydzy, jęczmienia, bawełny, kawonów 11, melonów i tytoniu oraz wypas dużych tabunów koni i wielbłądów, a tak że stad owiec. Wszystkie pola są uprawiane systemem nawadniania i w związku z tym, wszyscy mieszkańcy

...............
11 Kawon – arbuz, słowo charakterystyczne dla przedwojennej polszczyzny Małopolski i Kresów Wschodnich, od tureckiego kawun – melon.

..............
są zobowiązani do wykazywania troski o stałe funkcjonowanie głównych kanałów i rowów doprowadzających wodę do pól. W tych górach i nad strumieniem rosną krzewy i kilkadziesiąt drzew, których nikomu nie wolno łamać lub ścinać. Gałęzie z krzewów i drzew s ą używane tylko jako materiał do budowy tam, które spiętrzają wodę i doprowadzają tam, gdzie jest potrzeba. Wszyscy przybyli do nas ludzie będą zatrudnieni przy kopaniu nowych kanałów i rowów oraz przy pogłębianiu i poszerzaniu tych, które już są. Za swoją dobrze wykonaną pracę, każdy otrzyma taką samą zapłatę jak moi kołchoźnicy, ale pod warunkiem, że pracę wykona zgodnie z obowiązującą normą. Oddane wam w użytkowanie lepianki w naszym języku nazywają się kibitkami i są własnością tych pasterzy w górach i na stepie, więc o te kibitki należy dbać. [k. 6] Już wkrótce będziecie mogli zbudować własne kibitki, a moi ludzie pomogą wam i nauczą jak zdobywać opał, jak należy posługiwać się w stepie ogniem i jak należy zachowywać się w stepie i w górach. My Kirgizi już wiemy, że wy nie jesteście Rosjanami, równie ż wiedzą i to, że przybywacie z dalekiego kraju. W naszym kołchozie jest jeden grażdanim (obywatel), który to niby jest ruski, a ruski nie jest, bo jak mówi nam o sobie, to on należy do waszego narodu. Tego grażdanina każdy tutejszy człowiek dobrze zna i poważa go jak swojego. Ten nasz i wasz grażdanin już wkrótce powróci z gór, to wami si ę zajmie i na pewno dużo wam pomoże.

Zaraz po przemówieniu zarządcy nastąpił podział ludzi na brygady, ale dopiero po dokonaniu wstępnej oceny wyglądu i kondycji fizycznej. Zapadał kolejny azjatycki wieczór. W małej lepiance, bez ławki, stołu, pryczy, łóżka i jakiejkolwiek półki, jak w bez meblowej klatce siedzieliśmy w kucki, albo leżeliśmy na boku na badylach bawełny i z uwagą słuchaliśmy tego co mówił nam ojciec.

– Jak już wiecie, moi synkowie, nędza ma swoje liczne rodzeństwo. Nędza syberyjska jest bardzo zimna, zachłanna i bezlitosna. Natomiast nędza azjatycka musi być jej młodszą siostrą. Tutejsza nędza też jest okrutna, a od syberyjskiej różni się tym, że ona jest cieplejsza, ale my jeszcze nie wiemy jaka okaże się gorąca. Jednak najważniejsze, że ona jeszcze nie zdążyła popsuć tych dobrych ludzi i pozbawić ich wrażliwości na naszą niedolę. Więc, moje dzieci, już od dzisiaj będziemy Pana Boga gorąco prosić, żeby ta, azjatycka nędza po-została taką, jaką jest. Sami widzicie, że już po trzech minionych dniach pobytu w tym kołchozie, wszyscy poczuliśmy ludzką życzliwość i ofiarność tych ludzi w niesieniu nam pomocy. Toteż powinniśmy o tym pamiętać, że oprócz otrzymanej tu pomocy, zawsze i wszędzie będziemy sami sobie pomagać, tak zwyczajnie, jak brat bratu, jak Polak, Polakowi.

Tę, tak interesującą wypowiedź taty, nagle przerwały dolatujące odgłosy kaszlu i szmery, a już po chwili wszedł nasz sąsiad, stary Żyd. Zasapany staruszek chciał tacie coś powiedzieć, ale był tak zmęczony i czymś mocno wzruszonym, że nie mógł nic powiedzie ć. W tym samym czasie przez mały otwór, do wnętrza lepianki wcisnęła się mocno pochylona postać olbrzyma. Olbrzym kucną i korzystając ze światła lampy naftowej przez chwilę bacznie przyglądał się naszemu tacie. [k.7]

Przybysz był bardzo wzruszony, więc wolno i drżącym głosem zaczął mówić po polsku.


– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Dobry wieczór wam, moi drodzy, moi polscy bracia.

Przybysz z trudem powstrzymywał wzruszenie, ale łzy i tak obficie spływały po jego starczej twarzy. Ojciec przesunął się bliżej przybysza i zapytał.

– Człowieku! Kto ty jesteś i dlaczego płaczesz?

Przybysz wcale nie wstydził się swoich łez, a patrząc na tatę głośno i wyraźnie powtarzał.

– Bracie! Ja te ż jestem Polakiem! Ja jestem takim samym Polakiem jak ty, mój bracie! Ja z krwi i kości jestem Polakiem, jak i wy, moi drodzy rodacy! Moi kochani bracia!

Najpierw podali sobie dłonie, a już po chwili, siedząc w kucki, bo ze względu na niską kibitkę, nie mogli stanąć na nogach, trzymali się w objęciach. Tak los połączył dwa strapione polskie serca i dusze, które okrutnie doświadczone przez los, teraz się odnalazły, aż na stepie dalekiej Kirgizji. Ze względu na panującą w lepiance ciasnotę, wzruszony tym niezwykłym wydarzeniem stary Żyd wyszedł i razem ze starym współlokatorem poszli do swojej kibitki. Natomiast uszczęśliwiony spotkaniem z rodakami przybysz, zaczął szczerze wylewnie mówi ć o sobie.

– Ja nazywam się Skwarczewski 12 , urodziłem się koło Białegostoku w 1870 roku i mam już 70 lat. 40 lat temu, bo w 1902 roku zostałem aresztowany i skazany na katorgę. Byłem bardzo daleko na wschodzie, i chociaż tam w kopalni było mi bardzo ciężko, to dzięki Panu Bogu, jakoś zostałem przy żywych. Potem, zaraz po wybuchu wojny z Japońcami był nabór do wojska, więc zgłosiłem się na ochotnika. Tamta wojna była bardzo ciężka i krwawa, ale za odwagę, celne oko i silne ręce zostałem ułaskawiony, a potem skierowano mnie do Taszkentu. Rewolucja bolszewicka, też nie była dla mnie łaskawa, bo aż dwa razy prowadzili mnie na rozstrzelanie, ale łaska Pana Boga zawsze była przy mnie, więc dzięki temu ocalałem. Już od dziesięciu lat ja jestem w tym kołchozie. Moja żona z pochodzenia jest Rosjanką, mamy jedyną córkę i kochanego wnuka, taki sam jak o ten – wskazał na mnie . – Moja żona pracuje przy hodowli kołchozowych świń, a ja poluję tam w tych wysokich górach, a upolowane mięso dostarczam dla władzy rejonu we Frunze. W tych wysokich i rozległych górach jest dużo dzikich świń i innej zwierzyny, a do polowania mam strzelbę i dwa konie. [k. 8] Teraz wam powiem, że tutejsi ludzie nie lubią Rosjan, ale oni z natury są dobrzy, tylko ich wiara jest inna niż nasza. Ich wiara dla nas ma wiele bardzo trudnych do zrozumienia praw oraz obyczajów. Mnie i moją żoną oni nawet lubią, ba nawet szanują. Tylko nikt z tych ludzi nam nie poda ręki. Ta sytuacja nie wynika z jakiś tam zawiści, czy obrazy, a tylko z ich religii, która surowo zabrania jeść wieprzowinę, jak równie ż dotykać tego, kto je lub dotyka świni. Oni równie ż cenią nas za to, że my tych świń doglądamy, a tym samym wyręczamy ich od obowiązku, który stoi w sprzeczności z wiarą.

...........
12 Nazwisko Skwarczewski nie występuje obecnie w pobliżu Białegostoku. Według objaśnień zawartych w pracy Jana Bystronia, a tyczących się nazwiska „Skwarczewski” jest ono spolonizowanym nazwiskiem ruskim „Skwarczenko”. M żna choćby na tej podstawie domniemywać, iż bohater powyższej opowieści urodził się na obszarze pozostającym obecnie poza granicami Polski, a jednocześnie w pobliżu Białegostoku np. na Grodzieńszczyznie; J. S. Bystroń, Nazwiska polskie, Warszawa 1993, s. 139

..................

Bo jak widzisz mój bracie, tak czy inaczej, ten kołchoz musi hodować świnie i rocznie odstawiać do rejony około tony żywca, bo taki jest deputat. Jak wam już mówiłem, ci ludzie s ą dobrzy i gościnni, ale niechaj Bóg broni tego, kto Kirgizowi wejdzie w drogę. Najbardziej są wrażliwi na stare obyczaje obchodzenia się z kobietami, potem są sprawy religijne, a dalej, to oni nie mają żadnej litości dla złodzieja. Oni, zanim komuś zaufają, przedtem wystawią go na prób ę, a robią to bardzo chytrze i po kilka razy. Kirgizi swoich kibitek ani jurt nigdy nie zamykają, a każdego przybysza przyjmują i ugoszczą.

Rodak na chwilę przerwał swoją wypowiedź i głęboko się zamyślił, a po chwili mówił dalej.

– Ja wam już tyle nagadałem, a teraz proszę powiedzcie wy. Mówcie mi dużo o sobie, mówcie mi o mojej ukochanej Polsce i tak mojemu sercu bliskiej ojczyźnie. Jak już wiecie, ja jej lat 40 nie widziałem, a moje serce i dusza są tak bardzo stęsknione, że w środku boli i mocno ściska, a w gardle tak dławi. Oj tak ściska i dławi.

Po tej wypowiedzi rodaka Skwarczewskiego, zaczął mówi ć nasz ojciec. Mówił o sobie, a następnie o ziemi i kraju ojczystym, który przez lat 20 był wolny, syty i pełen nadziei na przyszłość. Teraz nasza ojczyzna jest zbroczona krwią bohaterskich Polaków, cierpi niewolę, ale wytrwale znosi obce kajdany, a nasz polski żołnierz znowu przystępuje do walki o jej niepodległość.

Opowiadanie taty było barwne i rzeczowe, ale ostrożne, bo kto może wiedzieć, co mówi ć żeby nie popełnić błędu, który może drogo kosztować. Jednak przybysz okazał się uważnym i wrażliwym słuchaczem, więc wszystko dokładnie zrozumiał. Pan Skwarczewski serdecznie dziękując, wyraził przekonanie, że jeszcze nie raz będzie prosić o dalsze i tak jego sercu miłe rozmowy. Teraz rodak zwrócił się do naszej mamy.

– Siostro. Na nasze pierwsze i tak miłe spotkanie, ja tobie w [k. 9] podzięce przyniosłem mały poczęstunek, ot taki z gór.

Rodak nie wstając przesunął się bliżej drzwi, a po ich otwarciu ręką sięgnął po coś, co leżało na zewnątrz, tuż przy ścianie lepianki. W taki oto, nie-spodziewany sposób staliśmy się posiadaczami prawie trzech kilogramów świeżych wnętrzności i czterech nóżek z upolowanej w górach dzikiej zwierzyny. Rodak opuszczając lepiankę, jeszcze raz rodzicom serdecznie podziękował, a na nas chłopaczków mile spojrzał. Pan Skwarczewski wyszedł w towarzystwie taty, z którym jeszcze przez kilkanaście minut rozmawiał na osobności.

Nasz wspaniały rodak Skwarczewski, swoim autorytetem sprawił, że Kirgizi z tego kołchozu i innych osiedli, dla nas Polaków stali się przyjaźni, a nawet bardzo pomocni w znoszeniu bólu tułaczej niedoli. Ci, zniewoleni przez imperium carów, a teraz przez bolszewizm Azjaci nie stracili uczucia niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. Natomiast tą osobą, która zrozumienie i zgodne współdziałanie miejscowych Azjatów – islamistów z Europejczykami – chrześcijanami z powodzeniem rozwijał i utrwalał. Jednak rzadko, ale powstające nieporozumienia na styku obyczajów i religii, skutecznie łagodził. Nam, polskim dzieciom kazał zwracać się do siebie dziadku, co go bardzo cieszyło i łagodziło tęsknotę za rodzinną ziemią i za ojczyzną.

Nasz rodak Skwarczewski uratował życie naszemu ojcu i bratu oraz kilkudziesięciorgu Polaków, którzy odmówili podpisania obywatelstwa radzieckiego zaraz po zerwaniu stosunków dyplomatycznych p rzez ZSRR z polskim rządem na emigracji. Ci, którzy posłuchali rady rodaka Skwarczewskiego – przeżyli, a następnie już w szeregach 1. Dywizji gen. Zygmunta Berlinga prze-szli szlak bojowy od Lenino do Berlina. Natomiast osoby w starszym wieku, kobiety i dzieci w 1946 roku powrócili do ojczyzny, a obecnie należą i aktyw-nie uczestniczą w Związku Sybiraków.

Po wielu latach w rozmowie z ojcem dowiedziałem się, że nasz wspaniały „dziadek” i rodak Skwarczewski zginął tragicznie na polowaniu w Górach Kirgiskich w 1945 roku.

Szanowni Państwo, mieszkańcy Białegostoku i okolic. My bracia Józef (ur. 1930) i Tadeusz (1932) Konopaccy spełniamy obowiązek poinformowania Państwa o tragicznych losach zesłańca Sybiru, katorżnika, człowieka o zwyczajnie ludzkim sercu, o Polaku i patriocie.

***

Tadeusz Konopacki, syn osadnika wojskowego, ur. 1932 roku w Żelechowie k. Kamionki Strumiłowej w woj. tarnopolskim. Deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku do rejonu sierowskiego w obwodu swierdłowskiem. Na mocy umowy Sikorski-Majski podobnie jak tysiące Polaków znajdujących się na terytorium ZSRR, objęty „amnestią” i zwolniony ze spiecposielenija. Rodzina Konopack ich przeniosła się wówczas do Kirgizji, a w lipcu 1942 roku wraz z armią gen. W. Andersa ewakuowała się do Persji. Tadeusz Konopacki podjął tam naukę w szkole junackiej. Wiosną 1943 roku trafił do Obozu Cywilnego w Oudtshoorn w Południowej Afryce, gdzie przebywał do 1948 roku, następnie powrócił do Polski. W powojenne Polsce podjął służbę w Marynarce Wojennej awansując ostatecznie do stopnia komandora. Obecnie mieszka w Ustce.

Maszynopis relacji pochodzi ze zbiorów Muzeum Pamięci Sybiru,

O. Muzeum Wojska w Białymstoku; oryginał sygn. DBZiD/W/47

Źródło:Zesłaniec , 59(2014)


RELACJE Z ZESŁANIA


By czas nie zatarł śladów naszych do świadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzy ć nowy dział poświęcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłaj ą propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” po święcony Matkom Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Głównego Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane były także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth. Obecnie zesłańcze relacje drukuje też rocznik „My Sybiracy” wydawany przez Oddział Związku Sybiraków w Łodzi.

Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacamy naszą historiografię o cen-ne źródła dotyczące deportacji Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony Związku Radzieckiego. (red.)


♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.