♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zesłanie na Sybir 1940 . Moje Wspomnienia - Helena Wołoch Antolak


                                                                         


                             Zesłanie na Sybir 1940 . Moje Wspomnienia 
                                                
                                            - Helena Wołoch Antolak-

Droga Na Wschód

Kiedy patrzę wstecz, co widzę?



Helena Woloch Antolak
Pogoda w lecie, 1939 r. była ciepła. Świeciło słonce jakby chciało nas ogrzać na wiele lat przyszłych, które miały być takie ciężkie. Któż mógłby pomyśleć wtedy że tysiące Polaków zginie w dzikiej Azji, że będziemy wypędzeni na daleką, zimną Syberię? Ale stało się! I tak moje życie załamało się, jak na rzece cienki lód. 

Przyjechałam do domu ze szkoły na wakacje, i po przywitaniu się z moimi rodzicami, siostrą i bratem, ojciec chcąc mi zrobić przyjemność oznajmił że będzie zabawa w Radziwiłłowie, że przysłali zaproszenie, i że ja mogę iść. Była to dla mnie bardzo miła niespodzianka, ponieważ to była moja pierwsza zabawa. Bal wojskowy! Wojsko jechało na zachód, bliżej granicy niemieckiej: jak to oni nazwali "generalne manewry". Była dobra okazja do zabawienie się. Więc zaczęliśmy 



przygotowywać się, no i pojechaliśmy na miejsce, a było to kilka kilometrów od naszego domu w Radziwiłłowie koło Brodów.

Jak tylko zaczęliśmy wysiadać przed salą balową, wyszło dwóch panów do nas. Znałam ich; byli starsi panowie, przyjaciele mego ojca. Wzięli mnie pod ręce z wielką gracją i zaprowadzili na salę. Byłam bardzo młodą, a że to był mój pierwszy bal, no i że to byli starsi panowie (jeden nawet miał bródkę) myślałam ze cały świat na mnie się zawalił.

Sala była przepięknie udekorowana, i całe miasto jakby żegnało naszych Polskich oficerów, którzy szli na wojnę, z której wiele miało nie wrócić. Widziałam różne plakaty: "Nie oddamy nawet guzika!"; "Jesteśmy Silni, Zwarci, Gotowi i Spokojni!" Itp. Wszystko było jak w bajce! Panie w pięknych sukniach balowych, a nasi oficerowie tacy młodzi, przystojni. Widzę ich teraz jeszcze, falujących w tańcu. Bawiliśmy się cudownie!

Zabawa skończyła się, niestety. Jak wszystko dobre, nie trwa długo. Było lato, przy końcu wakacji, a za kilka dni zaczęła się WOJNA! Niemcy Polskę zaatakowali!

Ojciec mój był powołany do wojska; ale odwołany w ostatniej chwili, gdy już wsiadał do pociągu. (Ktoś musiał zostać na służbie w Krzemieńcu). W pierwszych kilku dniach, zaczęły samoloty bombardować linię kolejową. Pamiętam jak 9 samolotów leciały nad naszym torem kolejowym. Jeden oderwał się i skierował się w kierunku naszego domu. My zaczęliśmy uciekać w las, ale on nas zauważył i odrazu zaczął lecieć za nami. Kilkanaście metrów w lesie ulokowaliśmy się pod drzewami, a tu samolot grzeje do nas z karabinu maszynowego. Przylgnęliśmy się do drzew każdy z nas. Baliśmy się patrzeć, myśląc, że reszta rodziny już nie żyje! Samolot zawrócił, aby się upewnić że nas wszystkich wykończył i znów strzelał niemniej z karabinu maszynowego! Kule zaorały ziemię naokoło. Nareszcie odleciał. Wyglądał jak czarna żmija, lecąc tak nisko, że aż ziemia się trzęsła pod nim. Bałam się spojrzeć! Ale to był cud, że przeżyliśmy!

Tor kolejowy został zupełnie zbombardowany. Drzewa stały połamane, spalone, wyglądając jak ludzie z poobcinanymi ramionami, nogami stercząc ku niebu. Słyszałam wybuchy. Czułam jak ziemia się trzęsła. Sodoma i Gomora! Ludzie ranni. Jęki. Inni biegali to w tą, to w tamtą, stronę. Panika!

W Brodach eksplodował pociąg z amunicją i wszyscy my myśleli że to już front tak blisko: że to już Niemcy o dziesięć kilometrów od nas. Taki popłoch, że nie do opisania! Ludzie, którzy uciekali przed Niemcami z zachodu aż na kresy wschodnie, nie mieli gdzie uciekać. Skończyła się droga! Pamiętam jak jedna młodziutka żona sędziego trzęsła się jak listek; a mąż ją gładził po włosach i uspokajał. Ale powiedział potem do mego ojca, że idą z powrotem w stronę frontu - “żeby raz już wszystko skończyło się! Ponieważ on myślał że to się zanosi na wojnę straszną i długą z obu stron: z zachodu i wschodu.


Jakiś oddział żołnierzy schronił się w naszym lesie. Ludność cywilna była w strachu że jak nadlecą samoloty zrównają nas z ziemią. Już można było słychać jak ziemia lekko zaczynała drzeć. Samoloty leciały nad nami, ale tym razem nas nie zauważono. Ale jeden żołnierz nie wytrzymał nerwowo, i wystrzelił z karabinu. Oficerowie zaraz jego schwycili,, zabrali mu karabin, odpięli mu pas, i powiedzieli że pójdzie pod sąd polowy. Bardzo mnie było go żal.

Trwało to dwa tygodnie. Bomby wybuchały naokoło. Ludzie wystraszeni. Pełno uciekinierów. Słowo: popłoch nie do opisania!

Aż jednego dnia cisza! Nie słychać warkotu ani rozrywających się bomb. Jakżesz dobrze! Ojciec mój poszedł na tor kolejowy zobaczyć kogoś ze znajomych na bloku kol., - a może oni coś wiedzą? Czekaliśmy z niecierpliwością. Ojciec wrócił i oznajmiał że wojna skończona, dodając że wojska sowieckie przekroczyły Polską granicę. “Czy to prawda,” zapytała mama moja, “że już niema Polski?” Ojciec nie zdołał jej odpowiedzieć gdyż złapał go za gardło skurcz, a nie widziane dotąd łzy u niego zaczęły ściekać po policzkach. My także zaczęliśmy płakać, a on sam blady, wystraszony, chciał nas pocieszyć mówiąc: “Przynajmniej bomby nie będą się walić na nasze głowy!”

Moja mama nic nie jadła, tylko piła. Więcej bała się niżeli my. Pamiętała jak po skończonej pierwszej wojnie światowej, granicę Polsko-Sowiecką zrobili 16 km od Białotyna, więc ludność Polska nie chciała zostać po Rosyjskiej stronie. Mój dziadek, Ludwik Pulkiewicz, i inni zrobili listę, iż nie zgadzają się na taki stan, i zrobili podpisy aby granica była trochę dalej. Dziadka aresztowano, ale jakoś udało mu się uciec do Polski, a jego córka Maria po kryjomu zaniosła tą listę do innych Polaków do podpisania. Przyjechało sowieckie wojsko w nocy, obstawiono wszystkie okna i drzwi, zastukano i powiedzieli: “Jest Twoja średnia córka Maria?” Więc Oni się naradzali, że jeżeli Oni Marii nie zaaresztują, to może jej ojciec wróci i wtedy będą ich mieli dwoje razem. Radzili tak aż do obiadu; odjechali a zostawili jednego chłopa żeby ją pilnował. On powiedział mojej mamie że ją pilnuję. Ona obróciła niby w żart mówiąc że chyba musi być bardzo ważna że On ją pilnuje. (Ale to był miejscowy człowiek), i wyszedł. A wtedy mama chwyciła jakąś chustkę, nakryła głowę, i boso żeby nikt nie zauważył, poleciała bardzo szybko aż do granicy. Miała znajomych w mieście Ostrogu, i tam pracowała w hotelu i połączyła się ze swoim ojcem (a moim później dziadkiem) i nigdy już nie wrócili do rodziny. I tak zostali w Polsce. Dlatego moja mama we wrześniu 1939 r. więcej bała się niżeli my!

Ludzie, t.j., uciekinierzy, jechali samochodami z rzeczami wypakowanymi, spiesząc się żeby zdążyć uciec przed Niemcami; a tu z frontu (to jest, ze strony Sowieckiej) jechały czołgi wypakowane wojskiem. Jechali Komuniści ze wschodu, a Hitlerowcy z zachodu, tak że Ci ludzie (uciekinierzy) nie wiedzieli co począć - jedni dobrzy a drudzy jeszcze lepsi!

W ciągu następnych paru dni, nie było u nas żadnej władzy. Uciekinierzy z zachodu zaczęli wracać z powrotem do domów. Zaczął się bardzo ciężki czas. Jak już wspomniałam, mieszkaliśmy na Wołyniu, to jest na ziemiach wschodnich, między Ukraincami. Byli to ludzie bardzo wrogo usposobieni do nas Polaków, (ale nie wszyscy Ukraińcy). Nazywano nas “Lachi”. Czuliśmy się jak we lwiej jamie!

Natychmiast sprowadziło się do nas dwóch młodych Ukraińców bez pytania do domu, i zaczęli się rządzić. Był dom ten własnością Liceum Krzemienieckiego. Ojciec mój był leśnikiem lasów Licealnych. Mając w domu dwóch wrogich uzbrojonych w karabiny ludzi, czuliśmy się bardzo źle. Czas był bardzo ciężki. Byliśmy w bezustannym strachu. Każde skrzypnięcie drzwiami było zapowiedzią jakiegoś nieszczęścia. Nie mieliśmy spokojnego dnia ani nocy! Bandy Ukraińskie grasowały całą parą. Męczyli ludzi, zabijali, i nie wiadomo było kto następny i kiedy. Cały czas słychać było strzały, a następny to pewnie będzie jeden z nas!.

Ci dwaj uzbrojeni młodzi Ukraińcy przynosili mnie do czytania jakieś broszury - gazety ukraińskie - i kazali mnie je czytać na głos. Musiałam czytać a oni słuchali. Było to bardzo dla mnie nieprzyjemne, i nie mogłam tego znosić. Między innymi, czytałam że rosło sobie drzewo silne: była to Polska. A naokoło tego drzewa rośnie dużo trującego ziela: to są Polacy. Drzewo to zostało już zniszczone, a to ziele trujące koniecznie potrzeba wyrwać z korzeniami i spalić ażeby nie zostało znaku po nim. I tak codzienne czytanie trwało. Było to dla mnie tortury. Obiecywali, że powiozą nas gdzie są białe niedźwiedzie, i będziemy je paść.

Pewnego dnia przyszedł do nas jeden z naszych stałych pracowników Ukraińców. Rozmawiał z moją mamą i chwalił sobie życie, (a raczej więcej marzył), jak to będzie w przyszłości w tym Raju Sowieckim. "Będziemy pracować z pieśniami,” mówił, “a wracać będziemy z pracy nie na piechotę, a tylko autem. A w domu jak to będzie dobrze! W dużych szafach będzie wszystko, tylko ręką ruszyć!” Myślałam, że mu się pomieszało w głowie. Tak ich wprowadzili w błąd! Aż w pewnym momencie przybiegł do pokoju mój 7-mioletni brat. On go schwycił, i trzymając wciąż, pytał z diabelskim uśmiechem: “Powiedz mi, kto ty jesteś teraz?”, mocno akcentując to ostatnie słowo. Przy tym, chłopczyk wystraszony nie wiedział co mu ma odpowiedzieć, bo mama nas dzieci prosiła żebyśmy za dużo teraz z tymi ludźmi nie rozmawiali. Ja zamarzłam ze strachu, patrząc na małego swego braciszka. On jednak się przemógł i powiedział: “Ja jestem Polakiem!” A ten Pan Bieroza na to: “O ni! Ty tepir Bolszewik! Ha, ha ha!” I zaczął się śmiać. Z jaką pogardą patrzyłam na niego! Czułam, że czekają nas gorzkie lata i żarło mnie uczucie bezsilności.


Pewnego dnia nie przyszli robotnicy do nas do pracy a przysłali jednego 14-stoletniego chłopca, który nam oznajmił, że wszyscy dorośli mężczyźni poszli na drogi rozbrajać naszych Polskich żołnierzy którzy wracali z frontu, (i on też później pójdzie). I kiedy już będą mieli karabiny, to będą strzelać Lachów (to jest nas) „strilaty Lachiw”. A robili to jak najgorsi zbóje. Łapali żołnierzy którzy wracali z frontu do domu, rozbierali ich biedaków prawie do naga, zabierali ich ubranie, bieliznę, i tak niektórych puszczali do domów. Po tej klęsce wrześniowej, żołnierz wracał zbiedzony, bez grosza. Obszukiwali im kieszenie, a gdy znaleźli nawet jednego papierosa to im zabierali. Nieraz wywlekali ludzi w bieliźnie, kłuli ich igłami i włóczyli po drogach aż zamęczono. Przeważnie robili to policjantom.

Przez ten czas, zanim Sowieckie wojska objęli władze, działy się rzeczy nieraz straszne. Jedna rodzina która mieszkała niedaleko od nas na chutorze (a byli to Ukraińcy z jakiejś religijnej sekty) zaproponowali memu ojcu żeby przyszedł do nich, a oni go ukryją w stodole między snopami, ponieważ słyszeli że zbliża się niebezpieczeństwo. Ojciec mój w tej stodole słyszał jak zebrało się, pod tą samą stodołą, kilku mężczyzn którzy uciekli z więzienia. Rozmawiali tak: “Mamy już karabiny, więc zaraz pójdziemy się rozprawiać z osadnikami i legionistami Piłsudskiego. A potem pójdziemy do Wołocha!” (to jest, do mego ojca!). I tak się cieszyli jak to oni będą wszystkich zabijać, aż przyjechał na rowerze jeden z ich kolegów krzycząc, że muszą przestać; że jakiś kapitan Rosyjski robił zebrania w kilku miastach i mówił żeby czekać, i to koniecznie, aż Sowiecka władza obejmie rządy. ”Wtedy będziecie robić co Wam się będzie podobać” mówił, “a teraz wstrzymajcie się, bo to będzie śmierć za śmierć!” Więc trochę się wstrzymali. No, i ten “Rosyjski kapitan” był właśnie jakiś Polski żołnierz przebrany na bolszewickiego komisarza. Kapitana tego wkrótce złapano i rozstrzelano. On uratował nam życie i sam zginął. Ale ileż on żyć ludzkich uratował! Cześć Ci dzielny kapitanie! Bo może Tobie także, moje życie zawdzięczam!

I zaczął się nowy rozdział w naszym życiu pod okupacją Sowiecką. Najpierw w Radziwiłłowie nie można było nic kupić. A jeżeli coś się cudem dostało, to za bajońskie sumy. Nie było można nic prawie dostać w sklepach, wszystko było rozchwytane przez sowieckich sołdatów.

Ileż to razy studenci polscy, i inni ludzie, nocowali u nas, aby przejść przez granicę i walczyć dalej. Żołnierze nasi, którzy dostali się do niewoli bolszewickiej, pracowali na drogach w letnich mundurach w czasie zimy. Strasznie marzli, i głodowali. Musieli ciężko pracować; a który miał odmrożone nogi i nie mógł nadążyć, został zastrzelony. My, cywile, wybłagaliśmy u sowieckiego naczelnika coś gorącego do zjedzenia, i jakoś pozwolił nam dać tym jeńcom, jak oni to nazywali „wojennoje plenni”: “Mogut pakuszać odin raz diennie,” powiedział.

Trwało do 10-tego Lutego 1940 r. Aż jednej niezapomnianej nocy, ojciec akurat był w domu, słyszymy silny głos: „Otwieraj!” Naturalnie weszli Bolszewicy. Dwóch ich było z NKWD z rewolwerami, i jeden miejscowy dziadżko Ukrainiec. Serca nam prawie zamarły. Myśleliśmy że i wybiła nam ostatnia godzina. Ojca posadzono pod „scienku” w bieliźnie, trzymając go pod rewolwerem, a nam kazali się ubierać ciepło i jedzenia wsiąść na kilka dni. Spisali wszystko: ile pokoi, co w pokojach. Kazali ojcu podpisać i pozwolili mu się ubrać. Obiecywali, że wszystko dostaniemy tam gdzie jedziemy.

Remus, nasz wilczur, żałośnie wył i ja poprosiłam tego zbója żeby mi pozwolił pożegnać się z naszym psem. Więc poszedł ze mną i pilnował mnie. Pies przeczuwał że stanie się coś złego, bo wył od kilku dni. I kiedy ojciec mój siedział tak pod ścianą, krótkim spojrzeniem obrzuciłam ojca twarz: szarą powleczoną zmartwieniem tak głębokim, że zgasła jej barwa. Chociaż byłam młodą dziewczyną, zdawało mi się przez kilka sekund, że ojciec spojrzał jakby w przyszłość i zobaczył straszną przyszłość swoich dzieci!

Wyprowadzono nas na dwór, posadzono na dwoje sanek zaprzężonych w konie, i kazano jechać! Było to 10 Lutego 1940 r. Nikt nie widział jak oni nas wykradli nocą i wypędzili w świat. Sanki ruszyły po niskim białym śniegu. Noc była taka cicha, spokojna. Tylko śnieg z lekko padał, ślady za nami zasypywał. Jadąc, tak się rozglądałam dookoła jakbym chciała mocno te strony zapamiętać, te strony moje, gdzie spędziłam swoje dziecinne lata, do których już miałam nigdy nie wrócić. Przymknęłam oczy, nie podnosząc powiek i drżałam wewnętrznie, nie wiedząc gdzie nas wiozą i co z nami zrobią?

Nie odrazu można się było zdobyć na ocenę sytuacji, w jakiej my się znaleźli. Przywieziono nas na stację kolejową w Radziwiłłowie (stacja Michajlówka). Tam już było dużo Polaków z rodzinami, przestraszonych i płaczących jak i my, (przeważnie osadników wojskowych). Stało dużo wagonów towarowych a naokoło pełno sowieckich żołnierzy z karabinami. Zaczęli nas ładować do tych wagonów. Trwało to aż do rana. Ponieważ był to Luty, więc marzliśmy. Ludzie siedzieli na śniegu, nie zważając że się przeziębią, myśląc że i tak już będzie koniec z nami.
Prawie już przy końcu ładownia do tych wagonów szli, a raczej pędzono, naszych Polskich jeńców do pracy na stacji kol. Gdy Oni nas zobaczyli, zaczęli krzyczeć: „Gdzie Was bracia oni wiozą”? Płakali oni i my, aż żołnierze odpędzili ich dalej. Jedna pani staruszka uklękła na kolana w największej kupie śniegu, wniosła ręce do nieba i modliła się (a raczej wzywała pomsty, i uroczyście przeklinała Rosjanów). Natychmiast ją aresztowano; ale po długich prośbach wypuszczono ją; a to dlatego że nasi mężczyźni powiedzieli Bolszewikom, że ona już dawno była umysłowo chorą tj., po rosyjsku „z uma soszła”. Była to bardzo inteligiętna pani, która jechała na ochotnika. Syna jej wywożono, a ona ich prosiła żeby ją też zabrali, bo ona jako matka chce jechać za synem “jak Matka Boska na Golgotę”. No i zrobili jej tą przyjemność - rozwalono jej jechać za synem. Nazywała się Pani Bednarska..

Załadowano nas jak sardynki, na stojąco. Były to rodziny z dziećmi. W środku tego wagonu stał piecyk, krata w małym oknie, i dziura w wagonie, którą to my zasłoniliśmy kocem (i to był nasz klozet). Zaryglowano drzwi, nie otwierając trzy dni. Dzieci bez wody mdleli. Mężczyźni bili w drzwi, ale nic nie pomagało.

Byliśmy zamknięci! Czego aż tak długo? Mieliśmy nadzieję jednak, że czym dłużej postoimy na stacji to może świat dowie się o tym, i nie pozwoli nas przemocą wywozić. Boże jakże my się na darmo łudzili!

Po trzech dniach drzwi otwarli i sołdaci zakrzyczeli: “Wychaditie na prohutku”, tj., na spacer. Wyszliśmy na świeże powietrze na 10 minut pod karabinami, i po tym włóczono nas spowrotem do wagonu, zaryglowano drzwi głośno, i tak nam się zdawało jakby wieko od trumny za nami się zamknęło. Żołnierze z karabinami przy każdym wagonie. Słychać płacz tłumu z innych wagonów. Może stanie się cud. Może Rosjanie nie zdążą nas wywieźć! Może inne państwa dowiedzą się, i nie pozwolą na ten gwałt? Szczęk buforów! Syk pary. Lokomotywa zagwizdała i z wolna rusza transport. Kierunek wschód! Straszny krzyk się zrobił w naszym wagonie, i chociaż koła wagonów robiły rumor, głośniejszy był krzyk i płacz ludzi. Cały transport lamentował. Wysyłał straszną skargę do Boga. Do Ciebie Panie bije ten głos. Skarga to straszna, jęk to ostatni, od takich modłów bieleje włos!: pieśń jak żadna inna oddaje ducha tego umęczonego narodu, i z plombowanych wagonów wybuchł potężny śpiew: “Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy!” Śpiew bez rozkazu. Stoimy stłoczeni, głowa przy głowie, wymęczeni i śpiewamy płacząc. Gwiżdzią parowozy. Melodia hymnu biegnie nad opustoszałymi polami, gubi się w rowach i zagajnikach - niknie i kona w pustce i w przestrzeni.

Przez jakiś czas nie rozumiałam z tego co się działo. Płacz ludzi., śpiew, i ten stuk kół wagonu, ciemność, oddechy ludzi których twarzy nigdy przedtem nie widziałam. Ruszałam ramionami, chciałam się obudzić z tego złego snu, bo przecież musiał być sen! Ale nie! Obudziłam się, sen trwał, przerażający i duszny od stłoczonych nas płaczliwych głosów!

Dnie i noce, dnie i noce toczył się pociąg po szynach. Przystawał czasami na stacjach, i jechał dalej.

Przeładowano nas na szersze tory do rosyjskich wagonów t.j., pulmanów. Kazali nabrać wiadro wody do każdego wagonu, (a było nas 74 osób) i jazda dalej. Maleńkie dzieci miały miejsce na tych dwóch pryczach, a reszta musieliśmy stać na zmianę, przy oknie lub piecyku.

Granicę Rosyjską przekroczyliśmy w nocy (Szepetówka). Podróż tą odbywaliśmy w strasznych warunkach. Zmęczenie fizyczne zabijało wszelkie inne uczucia. Nie do zniesienia był bezsilny żal do losu, że akurat nas miało to spotkać. Nie mając dostatecznej ilości wody, powietrza i wypoczynku, ludzie zaczęli chorować. Pulmany rosyjskie miały małe okienka wysoko, bez krat, więc opuszczaliśmy jakiś naczynie przez okno na sznurku żeby zaczerpnąć trochę śniegu, który topiliśmy na piecyku i mieliśmy chociaż trochę wody. Ale i to nie trwało długo. Zobaczyli Ci żołnierze którzy jechali z nami prawie przy każdym wagonie, i kategorycznie zabroniono nam i tego luksusu. Zresztą, na tyle ludzi w wagonie, trzeba by było topić śnieg bez przerwy żeby można było wystarczająco ugasić pragnienie.

Pociąg nami szarpał niemiłosiernie. Dzieci, które leżały nawet na pryczach spadały na nas stojących. Nigdy nawet nikomu się nie śniło że pociąg tak może szarpać. Ależ to było robione złośliwie. Transport nasz zatrzymywał się przeważnie na stacjach towarowych, więc nie można było rozmawiać z ludnością Rosyjską, nawet przez okno. Czasami, kiedy pociąg jechał w zwolnionym tępię, Ci Rosjanie którzy nas widzieli, to widać było że nam współczuli. My, którzy znaliśmy język, krzyczeliśmy przez nasze okna i dawaliśmy im znać że nas wyrwano siłą z domów i że dzieje się nam krzywda! Cóż oni? Nie pierwszy raz oni to oglądali takie obrazy! Wskazywali na swoje uszy i oczy, kręcąc głowami. Miało to znaczyć że oni są niemi i niewidomi! Oni to widzieli nie pierwszy raz!

Jeszcze kilka stacji przejechaliśmy. Za nami został Kijów, Oreł, Smolensk... Oglądamy tak wrogą nam ziemię, i jedziemy dalej i dalej! Nie mieliśmy mapy.

Nareszcie pociąg stanął. Zeskoczyli nasi żandarmi ze swoich przybudówek, otworzyli drzwi i, “Stupaj na progołku!”, wrzeszczą. Wyszliśmy, kto mógł jeszcze wyjść o swoich siłach, a kto nie to pomagaliśmy im wyjść na świeże powietrze. Zaczęliśmy pomału ruszać nogami żeby sprawdzić że żyjemy. Jeszcze żyjemy, ale jak długo? Zakrzyczeli, że spacer skończony i dawaj, „paszli” z powrotem do wagonów. Znowu zawrzeszczeli: po dwóch z każdego wagonu wyjść natychmiast. Nie wiemy kto ma wyjść i po co? Dowiadujemy się, że mamy iść po zupę i po węgiel. Prowadzili tych ochotników pod karabinami, i po niedługim czasie wrócili przynosząc zupę i węgiel. Węgiel i woda były nam bezcenne, ale co się tyczy tej zupy to nie było ochotników. Było to lura! Ale nam nie chciało się jeść!

Wciąż jedziemy. Pytam się żandarma, gdzie jedziemy? Odpowiedział, że "maszyna znajet kuda jediet!" Jednej nocy zaczął się krzyk w naszym wagonie, ale nie bardzo wiedzieliśmy co się stało. Mężczyźni machali czapkami przez okienko i krzyczeli: "doktora, doktora!" Inne wagony podchwycili i cały transport wrzeszczał. A oni na złość nic. Kiedy na sznureczku opuściliśmy wiaderko czy puszkę zaczerpnąć śniegu żeby ugasić pragnienie, oni zobaczyli natychmiast, ale doktora to nie ma? Ale jakoś przyszła jakaś sanitariuszka po godzinie może. Za chwilę usłyszeliśmy kwilenie jakby chorej ptaszyny, i żal nam było która to narzeka na los. Dowiedzieliśmy się, że urodził się nam w wagonie chłopczyk! Kobieta ta nie tyko że nie miała łóżka, ale nawet miejsca na podłodze nie było. Ścisnęliśmy się trochę ciaśniej na ile nas było stać. Chłopaczkowi nadano imię Krzysztof podróżnik.

Nieraz a wiele razy widzieliśmy przejeżdżające transporty wypchane ludźmi, kierunek ten sam. Było nam bardzo ciężko że taki los wypadł nam jak innym przed nami (jak mówi nam historia).

Czuliśmy, że zbliżamy się do celu naszego przeznaczenia. Dzieci, które spały na zmianę na tych pryczach, nie mogły wstać, ponieważ włosy ich przymarzały do ściany wagonu. Potrzeba było im włosy ucinać. Mróz był silny (i był to Luty 1940 r.)

Spotykaliśmy inne transporty Polaków na naszej drodze. Krzyczeliśmy nawzajem kiedy n.p. na jakiejś stacji pociągi zwalniały. Wołaliśmy: “A skąd? A kiedy?” Po aresztowaniu nas, nie od razu można się było zdobyć na ocenę sytuacji w jakiej my się znaleźli. Ale człowiek był bezradny, gdy się zobaczyło te transporty jadące w tym samym kierunku. Aż tyle! Jakaż rozpacz! Ileż nas umarło wcześniej od swoich pragnień. Jednak byli tacy między nami, silni, wspaniali ludzie, którzy dodawali nam otuchy. Bo jeśli ma się choćby odrobinę nadziei że nasz los będzie lepszym, lżejszym, już należy uważać że stawka jest warta wielkich wysiłków!

Wciąż jechaliśmy dalej. Zaczął się drugi tydzień, wciąż nie wiedząc gdzie jedziemy. Wiedzieliśmy że wiozą nas gdzież na północ. Tylko ciemne chmury widzieliśmy, ciężko wiszące nad lasem. Coraz robiło się ciemniej i straszniej, a lasy, lasy bez końca. Jedziemy przez te lasy już trzy dni. Ani ludzi się nie spotyka, ani stacji, żadnych osiedli, dróg. I wciąż jedziemy! Aż po upływie prawie czterech tygodni, pociąg stanął. Myśleliśmy że zakrzyczą znów, “Wychadi,” na spacer, na powietrze, na 10 minut. A tu nic. Cisza. Drzwi otworzyli, a sami gdzież się ulotnili. Straż nasza zginęła i nawet nie zauważyliśmy kiedy.

Pociąg dojechał do końca toru kolejowego. Droga skończona. Dojechaliśmy aż do Archangielskiej obłaści, Lałski rajon, (Chrystoforów, 16-toje oddielenje). Chcieliśmy wyjść, ale śniegu tak dużo, że niema mowy o wyjściu, no i strasznie zimno, więc czekamy co to będzie dalej.

Ktoś odważny wyszedł i zobaczył po drugiej stronie naszego transportu jacyś ludzie. Wychodzili z baraku, niosąc ze sobą zwinięte jakieś łachy. Zrozumieliśmy, że to tu właśnie nasze miejsce przeznaczenia. Podjechało kilka sań i zaczęliśmy się ładować po kilku osób na te sanki, i pojechaliśmy do baraków.

Sybir

Wpakowano nas do małego baraku przy linii kolejowej, zbudowanego z okrąglaków. Następne 70 ludzi umieścili w większym baraku przy tym; a reszta ludzi powieźli o 3 kil. dalej w las.
Był to baraczek nieduży, może 5m przez 5m. Po środku był wymurowany piec, na którym to wiecznymi lokatorami były czerwone, duże z białymi brzuchami, karaluchy. A naokoło tego pieca dopiero gnieździliśmy się 37 osób. Nazwiska innych w naszym baraku były: Kotlarz, Langner, Zeman, Jarosz, Rosa, Brederowa, Młynarczyk i Lech.

Baraczek był zbudowany z okrągłego drzewa, wkładane jeden na drugim, a pomiędzy każdym drzewem pozatykany był mech, w którym to mnożyły się pluskwy. Była to plaga. Łaziły całymi stadami, a nawet fruwały. Wydzielały jakiś specyficzny pluskwi zapach. Strasznie nas gryzły. Czuliśmy się jakbyśmy byli w mrowisku.

W pierwszym rzędzie zapaliliśmy w piecu, bo mróz straszny aż trzeszczały drzewa. Porozkładaliśmy swoje rzeczy na podłodze i ułożyliśmy się do spoczynku, jedno prawie na drugim, ale przynajmniej leżeliśmy - nie tak stojąco jak przez te cztery tygodnie w wagonie.

Rano natychmiast po przebudzeniu się, nasi mężczyźni zaczęli budować trzy-piętrowe prycze ażeby można było swobodniej poruszać się w tym naszym lokum. Natomiast, kobiety topiły śnieg na wodę i robiły coś do zjedzenia. Mieliśmy coś niecoś prowiantów z Polski. Kiedy wszystko było w baraku już urządzone, byliśmy bardzo pomęczeni. Wpakowaliśmy się po brzuchach na prycze jak śledzie w beczce; ale każdy z nas przynajmniej miał miejsce. Okrywaliśmy się, co kto miał - koce, kołdry, a nawet płaszcze. Zasnęliśmy. A tu ktoś świecił nam latarką w oczy i pytał każdego o imię i nazwisko itd. Sprawdzali czy wszyscy są, nikt nie uciekł! Po skończeniu tej, “prowierce”, odetchnęliśmy z ulgą. Nie na długo, bo znów zakrzyczeli nam żeby stawać, i to natychmiast, iść na tor kolejowy i jak najszybciej załadować drzewo, (ponieważ lokomotywa przepchała wagony). Cóż mieliśmy robić? Wyszliśmy.

Krzyczą: “Poskarej!” O jakież to było zimno i ciemno! Wiatr wył niemiłosiernie! Zapędzono nas do ładowania bardzo surowego, ciężkiego drzewa. Były to szpały pod szyny kolejowe. Skończyliśmy, ale prawie już byliśmy wykończeni. I tak przeszła noc! Niewyspani, zmęczeni, przyszliśmy do naszego wspólnego domu na wpół-żywi. Byliśmy głodni, chłodni i zmęczeni. Kilka godzin odpoczynku i znów na dworze wrzask: “Dawaj na rabotu!” Tor kolejowy był zasypany i musieliśmy iść do odrzucania śniegu.

Na drugi dzień, tylko w tych dwóch naszych barakach, kilkoro dzieci zmarło. Zawieźliśmy te martwe dzieci, na saneczkach, trochę dalej w las, i ponieważ było niemożliwością dokopać się do ziemi, zagrzebaliśmy ich w śniegu.

Po przepracowaniu już pierwszego dnia, marzyłam o niedzieli przez cały tydzień i przez wszystkie jego twarde dni. Tydzień był jednak potwornie długi, a niedziela, czyli “wychadnoj”, przechodziła nam jak krótkie mgnienie. Ten brak proporcji między marzeniem a rzeczywistością wydawał się mnie jeszcze jedną krzywdą. Jednakże dni przeszły szybciej niż mogłam się spodziewać! Wracałam po przepracowanym dniu do baraku po 10-tej godz. i zwalałam się na pryczę, zasypiając natychmiast. Budzono nas w nocy z latarką (i to każdej nocy), nie przepuszczono ani jednej. Liczyli i sprawdzali! Zdawało nam się, że gorzej być nie może. Ale niedługo potem, z dziesięciu godzin pracy zamienili na 12-cie, i nie mieliśmy już żadnych dni wolnych. Musieliśmy pracować na “gosudarstwo”, tj., na państwo.

Mówiłam nieraz, że niemożliwością jest tak żyć, że człowiek nie wytrzyma. Rosjanie na to zawsze powtarzali, “Przyzwyczaisz się! A jak nie przyzwyczaisz się to padochiniesz!” I tak było. Z każdym dniem nas ubywało. Umierali starsi, ale najwięcej, to młodzież. Wieźliśmy ich, naszych drogich znajomych i przyjaciół, sankami po nocy ażeby ich zakopać w śniegu. Kilkoro nas ciągnęło sanki a kilkoro pchało. Ktoś trzymał naftową latarnię a inni kopali dół. Wiatr wiał ze śniegiem niemiłosiernie, a my śpiewaliśmy: “Serdeczna Matko Opiekunko ludzi. Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi. Wygnańcy do Ciebie wołamy”. Rzeczywiście był to płacz bardzo gorzki, przyplątany śpiewem, i każde słowo tej pieśni jakby się odciskało w naszym mózgu. I zostawialiśmy najdroższe nam osoby w lesie, i odchodziliśmy. Za kilka dni, lub nawet na drugi dzień, wracaliśmy znów z następną ofiarą sowieckiego raju.
Jednego wieczora, przyszedł do nas do baraku Rosjanin z niedalekiego posiołka Chrystoforowa. Człowiek ten nazywał się Baranowskij. Siedział z nami, i opowiadał nam o jego przeżyciach przed 12-stu laty przed naszym przyjazdem na Sybir. Pocieszał nas jak tylko mógł i dawał nam rady. Opowiadał nam jak właśnie jego, i wielu innych z nim, wywieziono także z ich domów do tej Tajgi Syberyjskiej. Wyglądało nam z jego opowiadania, że oni mieli jeszcze gorzej niż my. Zwalono ich w las na goły śnieg. Dzieci i starzy wymarli pierw, a ci silniejsi dopiero zaczęli budować jakie-takie szałasy, aby wytrzymywać nakazie, aby do wiosny. Jednak trochę ludzi dożyło wiosny, a potem jakoż sobie radzili. Obiecał nam że przyjdzie na drugi dzien. Niestety, komendant dowiedział się o tej jego wizycie, i zabroniono mu przychodzić. Komendantem naszym był TOKMAKOW, a jego pomocnikiem był niejaki WORONIN. Byli to ludzie bez serca!

Wszyscy od lat 14-stu musieli iść do pracy, a dzieci chodzili do rosyjskiej szkoły. Ja zaczęłam pracować na torze kolejowym jako żeleżno-darożnik. Stworzono z nas kilka Polek brygadę. Z początku, całymi dniami, odrzucaliśmy śnieg, a później nauczono nas zmieniać gwoździe i zabijać ich dużym młotem do szpał, tak zwana, “pereszywka„.

Wszędzie trzeba było zrobić normę, bo inaczej to zmniejszali rację chleba. Budowaliśmy też nowy tor, który biegł dalej w las. I tak codziennie. Praca była bardzo ciężka. Prawie 9-miesięcy roku to było noc. Trzy miesięcy to dzień bez nocy! Można było często oglądać zorze polarne. Przychodziliśmy z pracy tak strasznie zmęczeni, że ledwo człowiek mógł się utrzymać na nogach. Nie można było odpocząć, ponieważ trzeba było iść 3 km. do oddalonego posiołka-osiedla ażeby stanąć w kolejce żeby dostać coś cokolwiek do jedzenia. Ileż to razy zabrakło i wracało się z niczym! Każdy z nas kładł się na tej pryczy, (na którą trzeba było włazić na brzuchu) zmarznięty, głodny, zmęczony, i marzył o zaśnięciu. Ale dużo było przeszkód. Pluskwy łaziły jak mrówki i gryzły, a potem znów to sprawdzanie, i to w nocy, czy nikt nie uciekł:, ale to byłoby marzeniem ściętej głowy! Bo nigdy nie można było przebrnąć tej nieprzemierzonej Tajgi bez jedzenia, i przez takich głębokich śniegów! A najgorszym wrogim przeciwnikami to były mróz, głód i wycieńczenie. Gdy się wyszło z baraku na zewnątrz to nie można było złapać tchu. Często był tak silny mróz, że momentalnie zlepiały się powieki, po prostu zamarzały się, i ktokolwiek krzyczał:”Twóje policzki!” czy , “Nos jest zupełnie biały!” trzeba było chwytać śnieg i rozcierać te zmarznięte miejsca aż nabrały koloru.

Nie można było spóźnić się do pracy, bo zaraz szło się na sąd. Rosjanie nazywali to nie spóźnienie, a „progóły”. Pan Rosa i drugi Ukrainiec zostali aresztowani za spóźnienie się do pracy. 6-ciu NKWD prowadzili tych dwóch, jakby to byli naprawdę zbóje. Za pierwszy progoł odtrącano 25% zarobków dla państwa. Za drugie spóźnienie się 50% itd. A jak doszło do 100% to już szło się do łagru.
Ależ mówię o zarobku, to było śmiesznie. Ileż oni nam płacili? Nie wystarczało nawet na ten wpół-surowy chleb. Gdybyśmy nie sprzedawali, a raczej mienili, jakiekolwiek rzeczy (może ktoś miał zegarek czy jakąś sukienkę lub nawet koszulę), to byłoby jeszcze gorzej z nami. A było i tak źle. Nie chcieli nam z początku płacić, a raczej wypłacać całego zarobku, a tylko dawali tzw., „awans” tj., kilka rubli na dziesięć dni, i to trwało dość długo. Niektóre rodziny, którym nie pozwolono dużo łaszków wziąć ze sobą przy ich aresztowaniu, mieli bardzo źle. Musieliśmy jedni drugim pomagać ażeby przeżyć do jutra! A jutro? Ileż nadziei pokładaliśmy w tym jutrze!

Przywozili do kooperatywy nieraz biskwity czy materiał jakiś, to najpierw wpuścili NKWD, nauczycieli czy doktora, (jeżeli jego można nazwać doktorem) i zamknęli się w sklepie. Oni sobie wzięli co oni chcieli a potem nas wpuszczali. To było takie kotłowanie się, że można było chodzić po ludzkich ramionach!

Każdy z nas robotników otrzymał kartkę roboczą. Na tą kartkę dostawaliśmy 700 gr. chleba dziennie, (jeżeli było za co ten chleb wykupić). Dzieci i starzy, czy chorzy, dostawali 300gr. chleba. Był to chleb na pół surowy, a to dlatego żeby więcej ważył. Porcję zupy tzw. “stałowoj”, tak samo. Pracujący więcej, (a dzieci i niepracujące) - połowa tego. Zupa to była taka “lura”, jak my to nazywali, (na ogromny kocioł jakiś sproszkowany groch). Śniadanie to prawie cały owies w skórkach czy łuskach i podawano na płytkim talerzyku.

Miałam 7-letniego brata, który w Polsce nie chciał jeść; po prostu go zmuszano do jedzenia. Ale w Raju Sowieckim zmienił się. Mama moja biedaczka chciała dać ojcu, jako dorosłemu, i mnie pracującej (już też prawie dorosłej), trochę więcej tego owsa na śniadanie. A mój braciszek siedzi i łzy się leją do tego talerza. Mama pyta, “Czego ty, Mieciu, płaczesz?” A on na to: “Tato i Hela mają więcej!” A przecież trzeba było ciężko pracować cały dzień tj., 10 godzin i jeszcze iść 3 km po zupę czy po chleb.

Zmuszali nas do wysłuchania różnych kazań. Po prostu przychodził NKWD i wypędzał na te zebrania. I cóż tam było ciekawego dzisiaj? To samo co zawsze i każdego dnia z osobna - jak to dobrze żyć w Sowieckim raju; kto wyrobił normę (a rzadki to był wypadek), a kto nie itd.; że musimy przyzwyczaić się; że powinniśmy chodzić na potańcówki; że Towariszcz Stalin chce nam stworzyć życie lepsze, i tak bez końca.

Mówiło się tylko o głodzie, śmierci i o całej tej grozie i beznadziejności. Zimno przenikało do kości, zabierało oddech, robiło się sztywnym.
Nadeszła wigilia Bożego Narodzenia. Dzieliliśmy się kawałeczkiem chleba. Życzyliśmy sobie rychłego powrotu pod własny rodzinny dach i że mogli znaleźć się tam znowu, wszyscy razem. Wierzyliśmy, bowiem że to zwłaszcza wyrażone w tak uroczystym dniu, musi się spełnić. A naokoło nas trzaskały pękające drzewa; temperatura dochodziła do 50 poniżej zera, i wszędzie leżał bardzo głęboki śnieg. Wiatr przeciągle wył i zawodził, jak jaka hiena. I my wszyscy w tym małym baraczku skazanych, związanych ze sobą tym samym losem, i złączeni jednym dachem i jedną sypialnią, bliscy i równocześnie nieznajomi, rozumiejący się i nie rozumiejący siebie, nawzajem poszukujący jedno w drugim oparcia i odpychający się, czy może nawet nienawidzący.

Wtedy przed oczyma mojej duszy zaczynał się rozwijać rozległy obraz rodzinnych stron. Tu i ówdzie błękitniał kawał lasu, skrzył się lustrzana tafla stawu, czy jeziora. Dalej duże sady, na wiosnę kędzierzawe od gęstych koron jabłoni i czereśni. Kopulasta wieża w środku wsi. Duży dom kryty czerwoną dachówką schowany niemal całkowicie w krzewach, Barwinkowy wieniec lasów ciągnących się na grzebie wzgórz. Wszystko jasne, uśmiechnięte. A nad wszystkim w górze, błękitne niebo przejrzyste jak szkło. Cały ten obraz spokojnie przepłynął przed oczyma i powoli rozpraszał się w mgłach. Och jakżeś chciałabym zobaczyć znowu!

Wokół naszych baraczków piętrzyły się zaspy śniegu, które wichura podczas ostatniej zamieci nawiała. Ciche drzewa wyglądały jak miotły. Gałęzie spowijał puszysty szron. Wisiały z nich śnieżyste festony i matowe sople. Codziennie wcześnie do pracy, i dni podobne jak krople wody. Praca siedem dni w tygodniu; 80 dkg chleba wpół surowego; zimno; mdleją ręce; boli krzyż od wysiłku - kiedy będzie koniec tej męki?

Zimą, kopało się rowy w śniegu żeby na wiosnę woda nie przerwała toru kolejowego. Był to rów w śniegu tak głęboki i wąski, że się widziało tylko troszkę nieba; i ten śnieg który się wywalało, spadał na głowę z powrotem, (bo było to bardzo wysoko)! O ileż to razy czułam się jak w grobie! Nie wolno było stanąć, bo by się zamarzło. Byłam mokra od tego śniegu i od moich łez! Ale, przeważnie, się wierzyło że może już niedługo coś się zmieni! Zmęczenie fizyczne zabijało wszelkie inne uczucia. Może to mnie uratowało. Nieraz płakałam, nie panując nad sobą. Nie chodziło przecież tylko o uczucie bólu; nie do zniesienia był bezsilny żal do losu, że akurat nas właśnie musiało to spotkać.

Wylazłam z tego rowu na godzinę przerwy na obiad. Nasi tzw., “pagrużczyki”, mężczyżni którzy ładowali wagony drzewem, rozpalali ogien i mogliśmy się trochę rozgrzać i zjeść kawałeczek chleba, (jeżeli się go miało). Chleb był zamarznięty jak kość, pomimo że go się trzymało za fufajką (taki watowany żakiet). Brało się ten kawałeczek chleba na patyk i w ogniu rozmrażało się. A po tym znów do tych rowów.

Trwało to wszystko aż dwa lata. Sądzę jednak, że wpłynęło to na całe moje życie. Przez całe moje życie widzę twarze znękane, wystraszone, patetyczne. Prześladuje to mnie aż do dziś.
Dużo znajomych, a raczej moich młodych towarzyszy niedoli, umarło w Syberii. Nie było czym leczyć. Lekarstw żadnych. Nawet nie było aspiryny. Do lekarza się szło tylko po tzw., „sprawku”, usprawiedliwienie, czyli zwolnienie. Dostawało się jeżeli się miało wysoką temperaturę. Ale jeżeli się było osłabionym tak jak niektórzy że ledwo mogli się poruszać (i szli jak pijani, że jeden podtrzymywał drugiego) to zwolnienia nie dostał.

W nocy zajadali nas po prostu pluskwy. Ale my też w zupie zjadaliśmy gotowane karaluchy. Wpadali po prostu do kotła. Wstrętne były, z białymi brzuchami, czerwone te karaluchy. No a po tą zupę nieraz trzeba było wystawać w kolejce po kilka godzin na zmianę, na strasznym zimnie.

Przed tym osiedlem stała taka sobie mała budka. Wyglądała tak jak dla żołnierza który stoi na warcie. A w tej budce częstym bywalcem była dzielna ta stara Pani Bednarska, ta która pojechała z swoim synem na ochotnika aż na Syberię. Zawsze biedaczka musiała cośkolwiek powiedzieć przeciwko Sow. Władzy. Zaraz ją zamykano do tej zimnej, ciemnej i ciasnej budki. Można ją było często widzieć wygrażającej im pięścią. Po kilku godzinach wypuszczano ją, może tylko na kilka dni i znów powtarzało się to samo w kółko.

Ja pracowałam jako robotnik kol. tj. “żelerzodarożnik” - robiłam wszystko jak mężczyzna. Zabijałam gwoździe ogromnym młotem, wyrywałam ogromne gwoździe, przykręcałam śruby, zmieniałam szyny, nosiłam tzw. “demokrata” - (była to ciężka maszyna na śrubach, którą podstawiało się pod szyny i kręciło się u góry, i tor ze szpałami się podnosił), - podsypywało piaskiem, i inne różne prace. Odrobiłam swoje godziny, i przychodziłam do domu ażeby za kilka godzin iść znowu.

Latem pracowałam na “pereszywce”, to znaczy, że trzeba było mierzyć szyny, wyjmować taką łapą gwoździe które trzymały szyny i po zmierzeniu odległości potrzeba było zabijać trochę dalej czy bliżej dużym młotem. Pracował ze mną Rosjanin. Nazywał się Paszka. Wolno było usiąść na kilka minut i odpocząć. Nazywało to się tak zwana “zakurką”. Paszka zrobił z gazety taką fajeczkę i nieraz mnie częstował mówiąc, “Jelena zakirim?” I ja naturalnie próbowałam. Była to jego machorka, ale On był bardzo gościnny i cieszył się. Żona jego też pracowała w naszej brygadzie i zawsze miała takie powiedzenie za każdym prawie słowem: “liszak”. Bardzo biedowali tam. Mieszkali w ogromnym baraku razem z innymi ludźmi. Nazywało to się “obszczeżycie”. Jedli w tak zwanej “stałowoj”, nigdy nie gotując, bo nie było żadnych produktów. I tak żyli. Innego życia nie znali w tej tajdze.

Natomiast mój ojciec był “pagróższczykom”: ładował wagony drzewem. Nieraz ładowano cały dzień: jeden pociąg odjechał załadowany i zaraz pryjeżdział drugi do ładowania. Drzewo było dopiero co ścięte, surowe i bardzo ciężkie. Poodbijał sobie ramiona tak mocno, że aż ciało mu odpadało od kości. Nareszcie go zwolnili z tej pracy i przyłączyli go do mojej brygady. Ale i tej pracy nie mógł wykonywać. Więc go zrobili koniuchem. W lecie pasł w nocy konie, a zimą woził chleb z piekarni do sklepu. Jeżeli ktoś miał konia pod swoją opieką to odpowiadał za niego życiem. Jeżeli coś się stało, mógł to być wypadek nie z jego winy, to szedł do sądu, bo koń to była własność państwa. Ale jeżeli człowiek był zabity przy pracy, to nikt się nawet o to nie pytał. Ojciec już był trochę więcej zadowolony.
Wymieniliśmy do tego czasu już prawie wszystkie rzeczy co mieliśmy, na jedzenie lub pieniądze, a pracowaliśmy teraz już nie dziesięć godzin a 12 godzi, dziennie; i już nie sześć dni a 7 dni w tygodniu. To jest cały tydzień; i to ekstra to była praca na państwo. Ludzie umierali jak muchy. Mleka nie było wcale.

Młodzi chłopcy, a także starsi mężczyźni, chorowali na kurzą ślepotę. A tu jednego dnia biegnie sobie pies. Oglądaliśmy go jak siódmy cud świata, bo to pierwszy pies któregośmy zobaczyli. Nasi mężczyźni rzucili się na tego biedaka jak lwy. Myślałam, że chcą go pogłaskać. Sama nie wiem co o tym mówić, ale złapali pieska, zabili, ze skóry zrobili bęben i mięso rozdali tym chorym na kurzę ślepotę. Wątrobę zjedli na surowo. I to ich uleczyło! Moja mama pytała Pana Zemana jak to było z tą surową wątrobą? - “Połknąłem jak mysz”! odpowiedział.

Byli między nami niektórzy ludzie, którzy widząc że załamujemy się, że taczamy się w dół, natychmiast zadziałali. Wszyscy potrzebowali jakiegoś pokrzepienia, coś co by nas podniosło na duchu. Na poczekaniu narobiło się dużo wróżbitów którzy nam wróżyli. Wszystkim wychodziło to samo:, że wkrótce wyjedziemy, i to przez morze! Jakżeż mieliśmy nie uwierzyć! Musiało coś w tym być mówiliśmy, kiedy wszystkim wychodzi to samo. Wywoływano duchy, tak że wszystko wskazywało na to, że zmiana nastąpi. Znów niby otrzymywano listy od rodzin w kraju w których pisano, że “ciocia Frania” i “ciocia Ania” nareszcie się ruszyły!! A przy innych zdaniach było kilka kropek i w tych kropkach była nasza nadzieja. Ci, którzy nie załamali się do tego czasu zaczynali się czuć lepiej.

Ja miałam znajomą Tatarkę na drugim sowieckim posiołku, i do niej wpadałam po cichu, i ona też dodawała mnie ołuchy tak nieznacznie, ale doskonale ją rozumiałam.

Naczelnikiem naszego toru kolejowego był Nikolaj Nikolajowicz. Był już w dość podeszłym wieku i pamiętał inne czasy. Nieraz, kiedy rozmawiając z nim, ( bo w naszej brygadzie ja jedna mogłam rozmawiać po Rosyjsku dość płynnie) narzekałam że tego niema lub tamtego. A on zawsze uśmiechnięty odpowiadał:, “Jelena Aleksandrowna” (tak mnie nazywano), “u nas to też bywało”.
Codziennie pracowało się ciężko o głodzie. Wiatr wył niemiłosiernie. W nocy pluskwy nas zajadały. Zdawało się że każdy dzień podobny do drugiego, a jednak codziennie walczyliśmy ze śmiercią, aby do jutra, a jutro to się zmieni. Mieliśmy nadzieję. Natomiast ludność Rosyjska nie miała nadziei na lepsze. Już z latami pogodziła się ze swoją niedolą. Ale życie takie żeby tylko żyć to nie jest życie! Tajemnicą życia ludzkiego to nie jest to żeby żyć: tylko po co żyć!

U nas tam byli żołnierze Sow. którzy walczyli na Finlandzkim froncie. Mieli poodmrożone palce u nóg i mieli je amputowane, i za jakąś karę przysłano ich na Sybir. Głębokie śniegi i to zimno okrutne, nie pozwalało im chodzić. Padali po prostu, tak im trudno było się poruszać. Żal było patrzeć na nich, jaką oni przechodzili męczarnię. Cierpieli fizycznie i psychicznie i nie wolno im było się poskarżyć nikomu. Swoim oni nie dowierzali, a nas Polaków uważano za wrogów. Bili się na froncie za swój kraj, oddali swoje zdrowie za ojczyznę, a tak im ona za to zapłaciła!
Naszym “dziesiatnikiem” w pracy na torze kolejowym był taki biedny, poczciwy Sybirak, nazwiskiem Czaszczyn, który tam się urodził. Nazywałam go “kamandir.” Strasznie był z tego dumny. Miał on, z żoną, dwuletnie jedne dziecko rachityczne, które to nie mogło nawet siedzieć normalnie, tak bowiem miało zdeformowane kości. Leżało to biedactwo blade, prawie bez ruchu, niedożywione. Właściwie bardzo rzadko widziało się tam dzieci. Po jakimś czasie dziecko to umarło, a żona mego komandira przyszła wieczorem do nas do baraku, bojąc się ażeby jej nie spotkało NKWD, i zaczęła mojej mamie coś szeptać. Dowiedziałam się później, że prosiła ją o święconą wodę ażeby móc poświęcić trumnę. Nie było jej dziecko ochrzczone. Biedna Rosyjska matka w wielkim sekrecie prosiła o pomóc dla swego dziecka, chociaż po śmierci, bo za życia nic nie mogła pomóc.

Jednego dnia zmienialiśmy szyny i posuwaliśmy tor żelaznym i łomami to w lewo to w prawo, i nasz diesiatnik podawał komendę krzycząc: “Raz, dwa, wziali! Iszczo wziali! Raz, dwa, podali,” itd. Z początku mnie to śmieszyło, a potem już mi to zbrzydło. Więc coś mnie skusiło! Zaczęłam naśladować jego głos. Podobało się wszystkim i o grozo, do końca mego pobytu w Rosji musiałam ja krzyczeć, “Raz, dwa podali”!

Torem kolejowym przyjeżdżali różni naczelnicy, gdy trafili jak lokomotywa pchała wagony do nas do ładowania. A czasami to musieli iść 18 wiorstw ze stacji Susułówka. I zawsze chcieli porozmawiać z pracującymi na torze Polakami. Nasz “kamadir” chciał mnie przedstawić w jak najlepszym świetle. A oni na to żeby on mnie nie wierzył, bo ja Polka! Były wypadki, tłumaczyli, że nawet zdawało się że się zakochała Polka z Ruskim, a potem mu nóż wsadzała w plecy.

I tak, na naszym torze kolejowym nieraz widzieliśmy marynarza z daleka, a było to w lecie. On w białej marynarskiej czapce szedł kilkanaście kilometrów z stacji Susołówki. Pewnie szedł do kogoś z rodziny w Chrystoforowie. Lubił z nami, Polakami, rozmawiać. To było kilka razy. Był dość przyjemny. Nawet odwiedzał nas w naszym baraku. Zastanawialiśmy się, że jemu wolno przychodzić do nas a innym zabraniano, więc czasami wkradała się nam myśl, że może on był wysłany do nas specjalnie. Ale lubiliśmy z nim rozmawiać. Jednego razu przyszedł i mówi: ”Jelena Aleksandrowna, wy już wkrótce stąd wyjedziecie!”
“Gdzie, do Polski?,” ja jego pytam.
“Nie, jeszcze nie,” odpowiedział. “Ale ja was odwiedzę tam kiedyś, to chyba mnie nie wypędzisz”? Marynarz odjechał a my dostaliśmy wolność. Marynarz ten nazywał się Lonia. Tylko tyle wiemy o nim. Do dzisiaj myślę czasami, kto ten Lonia był? Ale mile go wspominam.

W naszym baraku mniej więcej wszyscy znosili pokornie naszą niedolę. Ale jeden, Pan Langner, wiecznie narzekał. “Panie dobrodziejku,” mówił, “człowiek jest głodny, nie może się wyspać....” I tak bez przerwy i bez przerwy jedno i to samo, “Panie dobrodziejku...” A najgorzej to jak przyszły jakie święta np., Boże Narodzenie czy inne. Mówił jak to było u niego w domu; ile on potrafił zjeść, i co jadł, jak ta potrawa była przygotowana i z całą dokładnością. Opisywał nam jedno danie po drugim, i jak to mu smakowało! I miał takie powiedzenie:, że to miało 18 smaków itd. Po kolei ktoś następny znów opowiadał o innych smakowitych daniach, i tak my byliśmy zajęci, że chociaż na chwilę odrywaliśmy się od tego marnego, nędznego dnia i przenosiliśmy się myślą do domu i marzyliśmy ażeby jak najprędzej znów tam wrócić. Np., chcieliśmy się wspólnie pomodlić jak Majowe nabożeństwo czy coś innego. Komendant od razu o tym wiedział i zaraz krzyczał ordynarnie i groził, że nas pozamyka. Pamiętam jak mój brat mały, siedmioletni, zebrał kilku malców takich jak sam, zawiesił białą-czerwoną szmatę i maszerował (jak to dzieci) torem kolejowym po szpałach, (bo innej drogi tam nie było) i udawali żołnierzy. Przybiegł natychmiast nasz milicjant Woronin, rozpędzając przestraszonych malców. Ojca mego zaraz wezwał na komendaturę i powiedział, że jeżeli to się powtórzy to on się inaczej z nimi rozprawi.

Zbrzydło już nam wszystko bardzo, ale dowiedzieliśmy się jakimś cudem, że Niemcy wydali Rosjanom wojnę i to nas bardzo ucieszyło. Nawet pies nie zginął na marne, bo chorzy mieli mięso, po którym poczuli się lepiej, a my zdrowsi młodzi mieliśmy bęben z jego skóry, na którym stary Pan Rosa wybębniał nam codziennie. Przedtem, a raczej zawsze, Sowieci nas namawiali żebyśmy się zabawiali i pomału przyzwyczajali się do życia w Sow. Sojuzie. Nigdy tego nie robiliśmy! Natomiast teraz, kiedy wiedzieliśmy że Rosjanie mają kłopoty, to robiliśmy zabawy i tańczyliśmy im na złość! I kiedy komendant pytał, co to wszystko znaczy, odpowiadaliśmy, że teraz właśnie rozumiemy wszystko i zaczynamy przyzwyczajać się do Sow. raju. Jeśli ma się choćby odrobinę nadziei że będzie kiedyś los lepszym, lżejszym, już należy uważać że stawka warta jest nawet wielkich wysiłków.

W niedługim czasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli. Ale cóż, kiedy nie mieli czym leczyć. Przez znajomość z jedną młodą lekarką, wzięło mnie na rosyjski posiołek do szpitala. Kilka miesięcy temu sprzedałam jej nocną koszulę za pieniądze. Koszulę tą ona nałożyła jako sukienkę wieczorową. I teraz miałam otwartą drogę do szpitala. Pani doktor powiedziała mi, że lekarstw niema, ale przynajmniej raz w tygodniu dostanę zupę mleczną. A to też miało wielkie znaczenie. Miałam wysoką temperaturę, to oni mnie obniżali chininą, ale skąd dostali tego nie wiem. Niedługo jednak, moja dobra doktor nie mogła mnie tam trzymać. Wypisali mnie i kazali przychodzić raz w tygodniu na badanie. Czułam się coraz gorzej. Trudno mi było chodzić, a o spaniu nie było mowy. Dusiłam się. Nie mogłam oddychać na leżąco, a tylko w pozycji siedzącej.

Jedna pani, która mieszkała z nami w tym samym baraku miała bańki, więc po przyjściu z pracy późno wieczorem, stawiała mnie te bańki. Wtedy tylko, kiedy bańki trzymały się mego ciała mogłam oddychać łatwiej i tak mnie było dobrze. I tak znowu jutro i dzień następny, czekałam na tą moją współlokatorkę, kiedy ona biedna wróci zmęczona z pracy. Bez żadnej skargi od razu zabierała się znów do stawiania tych baniek.

To trwało kilka tygodni. Kiedy siedziałam w baraku chorując, zawsze przypominali mi się Ci wszyscy moi znajomi, młodzi jak kwiat, którzy umarli a którzy mogli też żyć, których musieliśmy sami wieźć sankami do lasu i sami ich w śniegu zakopywać po ciemku? Była straszna zawieja, ciemno, śnieg i nieprzenikniona tajga. A my mieliśmy jedną latarnię i kilka nas osób chcieliśmy śpiewać, “Serdeczna matko opiekunko ludzi, niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi wygnańcy do Ciebie”. Wołaliśmy, ale wiatr głuszył nasze słowa. I znów czuliśmy się naprawdę sierotami zagubionymi!

Na moją chorobę nie było już rady. Było gorzej. Ta staruszka, Pani Bednarska, która pojechała za synem na ochotnika do Syberii, też chorowała. Miała ona córkę lekarkę w Warszawie. Córka starała się różnie pomagać swojej matce. Przeszła na stronę rosyjską ze strony niemieckiej, i jakimś cudem, wystarała się o paszport rosyjski i potrzebne papiery upoważniające ją do leczenia gdzie będzie jej odpowiadało. Doktor od razu kupiła bilet do Archangielska, wsiadła do pociągu, i przyjechała do nas, leczyć matkę. Piękny cel, ale niestety za późno! Matka zmarła 7 dni przedtem, i była już zakopana! Biedaczka Dr. Wanda tyle się natrudziła zanim załatwiła te wszystkie formalności, a mamy swojej już nie zastała. Napisała tylko wierszyk na grobie: ”Tęskno mi, Panie, do kraju tego!”

Pani Wanda przywiozła ze sobą trochę lekarstw i zaczęła leczyć. Sowietki też przychodziły do niej. Pomagała wszystkim jak mogła. Mnie też wyleczyła. Ale nie podobało się to naszym NKWD!. Odebrano jej paszport i została z nami na zsyłce, na tych samych prawach co i my. Straciła wolność! Musiała iść do pracy fizycznej; ale że nowo przybyła, miała jeszcze odporność psychiczną (nie mówiąc już o sile fizycznej) i jakoś trwała. Bo my niektórzy już nawet nie czuliśmy nienawiści po jakimś czasie. Nienawiść jest zła, ale czasem dodaje jeszcze trochę siły. Jeżeli kiedy straci się nadzieję na to, co się czeka całą duszą że się ziści, i jeżeli ta nadzieja zawodzi, myślę, że nienawiść jeszcze trochę daje bodźca. Ludzie, którzy nie mają ani nadziei ani nawet nienawiści, nie reagują na nic i zapadają w nicość.

Przyszło lato pełno komarów, pluskiew, karaluchów, głodno, a najgorsze to, że nie było nocy. Tak zbrzydła nam zima, a także ciężko było latem, gdy nie było nocy. W baraku ciasno, duszno, nie można spać, bo zajadają komary. Ludzie kilka tygodni nie spali, tylko musieli chodzić owinięci chustkami i z gałązkami w ręku odpędzali te jęczące komary. Ale nie spiąć bez wypoczynku, potrzeba było iść do pracy, i to też nas wykańczało. Aż jednego dnia po pracy, jakoś czuliśmy się nieźle i komendant znów wypędzał nas na zebranie. Zawsze nie z chęcią szliśmy na te zebrania. Ale w ten pamiętny wieczór, chętnie poszliśmy to 3 km do tego osiedla. Weszliśmy na salę i zobaczyliśmy przyjazne twarze tych komisarzy! To nawet było ciekawe. Wstali oni i oznajmili nam, że jesteśmy wolni! Podawali nam ręce. Gratulowali!!!.....

My zaniemówiliśmy na chwilę, i nie trwało to długo. Wszyscy sobie padaliśmy w objęcia i płakaliśmy ze szczęścia. Ktoś zaintonował “Jeszcze Polska nie Zginęła!” Jak jeden mąż zawtórowaliśmy szlochając. I wtedy, co się działo na tej sali trudno opisać! Po prostu nie mogło się nam pomieścić w naszych na-wpół-zdrowych głowach, że to jest prawda. Prawie dwa lata wbijano nam do głów, że oni nas oswobodzili, że skończyło się nasze panowanie. Nazywano nas krwopijce robotniczego narodu, że jak nie podochniesz to żyt budziesz i przwykniesz. Noc posuwała się ku końcowi, my więc chodziliśmy jak pijani i wciąż nie mogliśmy uwierzyć. A może to jakiś tryk?

Na drugi dzień wydano nam dokumenty, t.z,, "udostwierenja", i mogliśmy wyjeżdzać gdzie kto chciał za wyjątkiem Moskwy. Ale miejscowe władze namawiali żeby zostać i pracować w Syberii. Płacili nam ostatnio lepiej. Ale my rwaliśmy się w podróż całą siłą. Gdzie to na pewno nie wiedzieliśmy. Nie było to łatwo jechać bez kartki roboczej, na którą to tylko można było dostać chleb czy jakiekolwiek jedzenie. Ludzie którzy nie mieli pieniędzy nie mogli się ruszyć. Kilku rodzinom szczęście dopisało. Ponieważ nam wypłacili wszystko co nam się należało i pojechaliśmy na 3-ci dzień wyzwolenia. Pani Doktor z bratem wyjechała dzień przed nami. Ale był to tor kolejowy zbudowany tylko do przewożenia drzewa. Nikt nigdy nie widział pociągu osobowego na tej linii. Więc załadowaliśmy się do tych okrutnych wagonów, a raczej platform, usiedliśmy koło załadowanego drzewa i czekaliśmy. Całą noc przeczekaliśmy, ale lokomotywa nie przyszła nas zabrać. Rano nareszcie przyszła jakaś lokomotywa, zabrała wagony z nami razem, i jedziemy.

Jakżeśmy się cieszyli! Niestety niedługo. Lokomotywa odwiozła nas tylko jakie 2-3 kilometry w las i stanęła. Zamarliśmy. Lokomotywa odczepiła się. Przyszli do nas ci z obsługi lokomotywy mówiąc: “Musicie zejść. Dalej nie możecie jechać. Jest to pociąg towarowy i ludzie takim pociągiem nie jeżdżą! Jeżeli nie zejdziecie z tych wagonów to pójdziecie pod ścienku, ponieważ to jest wojenny czas to was od razu rozstrzelają.”
Lokomotywa się odczepiła od tych załadowanych wagonów i odjechała na stację kol. Sosołówki, odległej 18 m. rosyjskich. Już dwadzieścia, czy nawet więcej, lat tak właśnie ludzie jeździli na tą stację pociągami towarowymi czy to na sąd, czy to spowrotem. Takie wyższe ryby z Moskwy czy z NKWD właśnie jeździli tak, a ci kolejarze zadecydowali, że my nie możemy jechać! Byliśmy w strachu, ale nam było już wszystko jedno. Wracać nie mieliśmy zamiaru. Poradziliśmy się i zadecydowali, że jeżeli nas rozstrzelają to niech strzelają. Siedzieliśmy dalej w tych wagonach, w cichym lesie, i czekaliśmy, co będzie dalej.

Niedaleko stała budka kolejowa a w niej pracowała Rosjanka sygnalistka, moja znajoma, nazywała się Lizka. Był tam telefon. Gdy pracowało się w pobliżu to wolno było zajść, zjeść kawałek chleba w czasie obiadu. Tam był piecyk, i często kładliśmy kawałek zamrożonego chleba żeby się rozmroził. Poszłam do niej i pytam, dlaczego lokomotywa odjechała? Lizka nie wiedziała. Przeszło chyba z godzinę. Zadzwonił telefon do tej budki oznajmiono Lizce, że lokomotywa wyruszyła ze stacji Susułówka i jedzie po wagony. Jak ta kula poleciałam do wagonów i powiedziałam rodzinie, i moim towarzyszom niedoli, że lokomotywa jedzie!! Pożegnałam Lizkę, usiedliśmy i czekaliśmy, co będzie dalej.

Lokomotywa zaczepiła wagony i zagwizdała, Ruszyliśmy. Byliśmy w strachu że na stacji będą robić jakieś fochy. Przyjechaliśmy na stację (jeszcze nie byliśmy tak daleko) wysiedliśmy i zobaczyliśmy że załoga lokomotywy jest inna, a tamtą załogę prowadzono do aresztu.

Kupiliśmy bilet do Kotłasa! Pamiętam nawet, że kosztował 120 rubli. Weszliśmy do osobowego pociągu i odjechaliśmy. Spojrzałam w tą stronę poza siebie po raz ostatni, i wstąpiło we mnie życie!


Droga do Wolności


Dojechaliśmy do Kotlasu, wysiedliśmy z wagonu, a tu widzimy kilka rodzin Polskich z innych obozów. Poznaliśmy że to nasi rodacy, a oni od razu poznali w nas Polaków. Wyciągnęli jeden do drugich ręce, biegli żeby wpaść sobie w ramiona, płacząc z radości że należeliśmy do tych wybranych.

W Kotłasie, ojcowie naszej grupy poszli gdzieś do władzy tego miasta, opowiedzieli im jak sprawy stoją i (o dziwo!), dali nam pociąg bezpłatny! Stacja ta była takim punktem “zbornym” jak oni to nazywali, bieżency uciekinierzy. Nazbierało się nas sporo. Jechali także Sowieci z nami, uciekinierzy ze Stalingradu.

Na każdej stacji, kiedy pociąg stał kilka minut, biegliśmy żeby dostać t.z. “kipiatku”: jest to gotowana gorąca woda. Można było sobie popić gorącej wody, i jazda dalej. Dołączyło się do nas więcej ludzi wypuszczonych z łagrów. Byli to ludzie samotni, w jednej tylko, więziennej koszuli; na nogach, strzępy nie buty, i do kompletu każdy mocno trzymał “kotiełok”. Było to puszka po konserwie z przyczepionym kawałkiem drutu u góry i wyglądało to jak małe wiaderko. To był cały ich majątek. My, ludzie z rodzinami z posiołków, mieliśmy chociaż małe tłumoki, kilka łachów, coś niecoś do przykrycia się; a ci więźniowie nic - ani pieniędzy, ani jednego łacha - tylko wszy. Zimno było, a tych biedaków trzeba było czymś w nocy okryć.

Pamiętam raz w Czeljabinsku, pociąg miał stać trochę dłużej, więc wzięliśmy kilka rzeczy i poszliśmy na bazar żeby te rzeczy wymienić na cokolwiek do jedzenia. Ludzie w kołchozach nie mieli nic do ubrania się, więc przynosili coś z warzyw i zamieniali na ubranie. Za pieniądze rzadko kiedy można było coś kupić A co powiedzieć o tych biednych, gołych naszych ludziach, którzy wyszli z łagrów? Pomagaliśmy im coś nie coś.

W jadalniach kol. nieraz widziało się, że ludzie coś dostawali przy okienku zanim pociąg stanął. Zanim my dobiegliśmy, ustawiliśmy się w ogonku z nadzieją że coś kupimy, (cokolwiek, przynajmniej kawałek chleba) zamykało się okienko i mówili:”Nietu!” Nie było już nic, i trzeba było wracać. Biegłam spowrotem do pociągu! Jeden pociąg jechał w tą stronę, drugi w tamtą stronę a mój stał na piątym torze. Chociaż pociągi jechały przez stację wolnym tempie, było bardzo niebezpiecznie przebiegać pod wagonami. Jakoś mnie się udało. Ależ zgrozo, mego pociągu nie było ani śladu! Pytałam jednego, drugiego, dziesiątego - nie było mowy! Nikt nie chciał powiedzieć gdzie, w którą stroną pociąg odjechał, bo nie wolno było powiedzieć: była wojna. I było to tajemnicą! Mój pociąg był zwrócony w kierunku południa, więc schwyciłam pierwszy lepszy na biegu, i jechałam z bijącym sercem. Może ich napędzę - ale Boże Mój, pociąg mógł pojechać zupełnie gdzie indziej. Ale nic innego nie mogłam wymyśleć.

Przyjechałam tym pociągiem na jakąś stację i wyskoczyłam. Ani śladu! Pytałam ludzi. Nikt nic nie wiedział gdzie mój szalon pojechał. Bałam się, co ja teraz zrobię sama w tym obcym, wrogim kraju? Rozglądałam się na około, i widziałam maszerują oddział sowieckich żołnierzy. Każdy z nich niósł kilka bochenków chleba. Musiałam pewnie patrzyć na ten chleb, lub na tych sołdatów, sama nie wiem jak, bo ostatni żołnierz krzyknął do mnie, “Łap!” I rzucił mi bochenek dobrego chleba. Nawet nie oglądając się, pomaszerował dalej poza stacją. Nie pamiętam czy mu nawet podziękowałam, ale strasznie się ucieszyłam. Potem podeszłam do torów kolejowych i czekałam na cud. Może jakaś towarówka będzie jechać, to wskoczę i pojadę dalej na poszukiwanie. Stałam długi czas i słuchałam. Nareszcie jechało cos: pociąg osobowy. Myślałam: dobrze jest. Weszłam do środka i szukałam jakiegoś wolnego miejsca żeby stanąć, ściskając ten mój darowany chleb. Ależ widzę, że jadą sami oberwańcy. Słucham, rozmawiają po Polsku. Poszłam do następnego wagonu. I zrozumiałam, że to mój transport napędził mnie!

Strasznie się ucieszyłam, że znalazłam swoich! Oni siedzieli i płakali. Mieli mnie za zgubioną jak tyle innych ludzi zostało zgubionych i nigdy się nie odnaleźli. Ależ i rodzina moja miała uciechę. Najważniejsze, że przedłużyliśmy sobie kilka dni życia tym bochenkiem chleba. Było nam raźniej i jechaliśmy dalej aby odjechać, chociaż trochę, od tego miejsca gdzie nas wywieźli.

Napadli nas wszy, i tak gryzły że nie mogliśmy wytrzymać. Nie było gdzie umyć się i czym, a ubikacja tak się zapchała, że wylewało się po schodach. Brud, smród i głód. Nieraz byliśmy kilka dni głodni, nie jedząc nic a nic. W jednym miejscu poszli nasi mężczyźni do naczelnika, i prosili go żeby cokolwiek nam dano do jedzenia, ponieważ my jesteśmy oswobodzeni z posiołków i z łagrów już kilka tygodni; głodujemy, dzieci umierają po kilkoro dziennie; wyrzucają te umarłe dzieci na stacji i nawet rodzice nie wiedzą jak się ta miejscowość nazywa; i proszę zrozumieć ból takiej matki, która widzi jak drugie dziecko umiera z wycieńczenia czy jakiejś choroby.

Naczelnik “goroda”, to jest miasta, zebrał nasze dokumenty i przydzielił trochę chleba na nasz cały transport! Udało nam się tak tylko jedyny raz!
Byliśmy już tak zmęczeni i chorzy, że niemożliwym było jechać dalej. Aż na jakiejś stacji spotkaliśmy jednego dyrektora sowchozu z Saratowa. Gdy on się dowiedział że jadą Polacy, ucieszył się, ponieważ wszyscy prawie mężczyźni sowieci pojechali na wojnę, i nie było komu mu tam pracować. Wiec namówił nas żebyśmy przepracowali zimę u niego w Sowchozie, a na wiosnę pojedziemy dalej. I nam się zdawało, że jest to dla nas jedyne wyjście, bo nasi ojcowie nie chcieli od razu jechać dalej aż do Azji. Mówili, że w ciepłym kraju (i gdy się zjedzie dużo ludzi,) wybuchają różne choroby, i szybszej wykończymy się.

Zostawiliśmy ten transport, i kilka rodzin załadowali się na duże ciężarówki, przyjechaliśmy do tego sowchozu. Zostawiono nas w jakiejś budzie na noc, a na drugi dzień przyjechało kilka dziewcząt wołami i zabrały nas, 4 rodziny, na jedno oddielenie, jak to oni nazywają, a drugie 4-ry rodziny pojechali trochę dalej o kilka kilometrów.

Przywieziono nas tymi wołami do wsi, która nazywała się Merlino-Woskresienka, w Saratowskiej Obłaści nad Wołgą. Rozmieścili nas po domkach z rodzinami rosyjskimi. Mieszkaliśmy razem. Najważniejszym to było żeby nas nie jedli wszy! Chętnie nas każda rodzina chciała przyjąć - łatwiej było o opał jak duże rodziny mieszkają razem. Nie było czym palić absolutnie. Drzewa tu nie było na lekarstwo, a zima też była ciężka, nie taka ostra jak tam w Kotłasie, ale była ostra.

Zamieszkaliśmy w domu z jedną młodą dziewczyną kombajniorką. Jeździła w lecie na kombajnach a zimą pracowała przy krowach w sowchozie. Była to sierota, i miała małego brata 10-cio letniego. Nazywała się Katia, a brat jej Miniok. Domek się składał z jednej izby, do której się wchodziło przez chlew, przez nawóz, gdzie stała młoda jałówka. Po środku tej izby stał piec. Na piecu spała Katia i jej brat Miniok. My natomiast spaliśmy na ziemi. Pościeliliśmy słomę, jakieś tam szmaty jakie mieliśmy, i nakrywaliśmy się swoimi płaszczami (czy co kto jeszcze tam miał). Palić nie było czym, i nie było czym gotować. Śnieg zasypał już pola i trzeba było chodzić w tym śniegu, a raczej zapadać się po pas, i szukać łodyżek ziela piołunu, który gdzie niegdzie wyglądał ze śniegu. Namęczył się człowiek przy tym poszukiwaniu tego piołunu, co niemiara. Przyniosło się do domu, ależ czy można było przy tej wiązce się nagrzać? A gdy się ugotowało jakim cudem kartofle w tym piołunie to były one takie gorzkie jak piołun.

Miniok miał jeden płaszcz, w którym chodził codziennie, i w którym spał. Nigdy nie widziałam żeby kiedykolwiek go zdjął. Całymi dniami siedział na piecu razem z moim bratem i siostrą, i opowiadał im bajki. Strasznie mu się podobała bajka o Dr Doolittle, jak on rozmawiał ze zwierzętami. Prawdopodobnie on tylko znał tą jedną bajkę. Może słyszał od swojej mamy, gdy był jeszcze maleńki, ale ona już nie żyła od kilku lat.

Strasznie nam ta zima dała się we znaki. Najgorsze, że nie było czym palić. Jeść tez nie było co. Jedliśmy otręby z prosa i kradliśmy buraki cukrowe, które były zasypane śniegiem. U nas w domu to na pewno świnie by tego nie jadły. Co noc, gdzieś po północy, Rosjanki do nas pukały do okna, a my z mamą byłyśmy już gotowe, ubrane i tylko brałyśmy sznury i hak, i szłyśmy daleko w pole gdzie stał ogromny stóg słomy. To było własnością tego sowchozu. Wiatr gwizdał, wilki wyły w jednym wąwozie, ale trzeba było iść do tej słomy, ażeby jej naciągnąć po omacku prawie, związać i uciekać żeby nas nie złapano. Nieraz błądziliśmy w polu, ponieważ pole i niebo były białe jednakowe i nie można było trafić. Jeżeli przynieśliśmy tą słomę szczęśliwie, to na drugi dzień mogliśmy się trochę ogrzać i ugotować coś ciepłego.

Za cały tydzień pracy płacono nam 5 funtów zboża. Zrobiliśmy taką tartkę na stupku, i tak obracaliśmy w tą i tamtą stronę, i wychodziły takie krupy i to jedliśmy. Za mało tego było, ale cóż poradzić? A w polu leżało żyto, pszenica, słoneczniki, buraki - wszystko zasypane śniegiem. Tysiące, tysiące hektarów. Mogli to dać ludziom żeby sobie wzięli, bo to i tak się zmarnowało. A ludzie tak głodowali! Nie było komu zbierać zboża - była wojna i ludzie byli powołani do wojska.

Była mobilizacja młodych kobiet i tą Katię powołano kopać okopy na froncie. Poszła, a braciszka swego Minka musiała zostawić. My się nim opiekowali.

W tym sowchozie była kuchnia gdzie gotowano taką zupę traktorzystom, nazywała się ta zupa “szczi”. Ja przyszłam do tej kuchni po wodę, bo my pracowaliśmy w polu przy wybieraniu ziemniaków i chciałam przynieść na pole trochę wody. Kucharka zaczęła ze mną rozmawiać, I między innymi zapytała czy ja nie chciałaby w tej kuchni pracować? Ja naturalnie szybko się zgodziłam. Kucharka, jej mąż,, dwoje dzieci i ja spaliśmy w jednym pokoju na podłodze przy kuchni. Do kuchni przychodzili traktorzyści.

Między innymi mieszkali także dwaj braci. Nazywali się “Chowańscy”. Ich matka była w więzieniu za to, że ich babcia tych młodocianów mieszkała w Ameryce. Przysyłała do tych jej wnuków listy pisane po Polsku. Oni nie umieli czytać po Polsku biedacy. Wydostali te listę prosząc mnie o przeczytanie. Jakże Oni się cieszyli że babcia ich kocha, i chociaż Ameryka była daleko, ale ktoś był który ich kochał i myślał o nich biednych sierotach!

I tyle serca doznałam od tej kucharki i jej męża! Dzieliła się ze mną nawet kawałkiem podłogi na której spaliśmy! Ja nawet nie znam jak Oni się nazywali.

Zimą pozwolono nam (tylko Polakom) naścinać trochę słoneczników, które były zasypane śniegiem: tysiące hektarów pod śniegiem. Naścinaliśmy kilka fur. Ale je trzeba przywieźć! Po pracy, kiedy woły były wolne można było wyprosić w sowchozie sobie, i przywieźć tych naścinanych słoneczników. Ale było już ciemno. Słoneczniki leżały daleko w polu, my zmęczeni, (a także i woły). Naładowałyśmy z moją mamą na sanie, związałyśmy żeby nie zleciały, i jedziemy. Ale cóż, niebo wygląda szaro-białe na górze, i na dole śnieg takiego samego koloru, i bądź mądry człowieku w polu i znajdź kierunek do domu. Zbłądziłyśmy, ale nic dziwnego. Jedziemy, jedziemy. Wiatr wyje, mrok, a z boków wiatr wieje w twarz, jakby szpilkami kłuł. A my z mamą brniemy w śniegu po zaspach, ledwie nogi wyciągamy. Nagle zaczęło coś zgrzytać. Sanki przechylały się to w prawo to w lewo, i o mało co się nie wywróciły. Jechałyśmy dalej i nie wiedziałyśmy gdzie się naprawdę znajdujemy. Brniemy dalej, śnieg wali nam na głowy i co tu robić? Może jeździmy w kółko? Skakałam jak koń, ześlizgiwałam się, zapadałam głęboko w śnieg, łapałam się sań, lazłam nawet na czworakach. Ale skończyło się dobrze. Zobaczyłyśmy z mamą maleńkie światełko w oddali! Byki nas zaprowadziły do tej wioski gdzieśmy mieszkały. I co za uciecha, mieliśmy czym palić, ugotować, a pestki ze słoneczników mogliśmy jeść.

Zachorował mój ojciec bardzo ciężko. Co jemu było nikt nie wiedział. Miał bardzo wysoką temperaturę, i strasznie mu popękał język. Ja się obawiałam, że mu się rozleci w kawałki. Zawołałam jakiegoś starego doktora żeby coś poradził. Ale on powiedział że nic nie może poradzić, bo niema lekarstwa żadnego. Ojciec leżał na ziemi i bałam się bardzo że on umrze i nie będzie trumny dla niego. Zabrano go dość daleko do szpitala. Miał tam chociaż łóżko i herbatę z cukrem.

Dwa tygodnie potem, przyjechało do nas dwóch oficerów, naszych Polskich oficerów z armii Generała Andersa. Byli umundurowani z Polskimi orzełkami na futrzanych czapkach. Zabierali nas ze sobą do Tatiszczewa pod opiekę Wojskową. Dali nam dwa dni do zebrania się. Jakież to była radość że widzimy nareszcie Polskich żołnierzy, i że się organizuję nasza Armia! Zadzwoniłam z kancelarii naszego, “uprawlajuszczego sowchoza” do szpitala. Pytałam ojca co mamy robić? Powiedział mi żebyśmy jechali na stację z tymi oficerami, i że on też pojedzie: “Ja nie chcę zostać!”

Zabraliśmy swój majątek, te kilka łaszków nędznych, i pojechaliśmy wołami na stację kol. Ekatirynówka. Po przybyciu na stację, oficerowie nasi zaczęli się starać o jakikolwiek wagon dla nas, ale nie było mowy o tym. Sowieckie władze nie chcieli dać. Rozłożyliśmy się na cementowej podłodze i czekaliśmy. Chociaż była zima przenocowaliśmy tam jedną noc. Oficerowie znów biegali, telefonowali. A oni odmawiali. Czekaliśmy dalej. Nie było co jeść, bo my nie pracowali, więc chleba nie dostawaliśmy. Patrzymy, wchodzi mój ojciec. Szedł jak pijany, biedaka! Nie chcieli jego ze szpitala wypuścić, więc wyszedł sam na swoją odpowiedzialność. Przeszedł 20 wiorst rosyjskich na piechotę z gorączką po takim śniegu! Położył się od razu na tej zimnej podłodze cementowanej, i zasnął.

Na trzeci dzień dalej nic nie było słychać o transporcie. Poszłam do tej ich kuchni i opowiedziałam jak sprawy stoją:, że siedzimy tutaj na tej zimnej stacji, mamy chorych ludzi, itd.; że w Sowieckim Sojuzie przecież dbają o ludzi. Więc po prostu żądałam coś do jedzenia, (chociaż dla małych dzieci i chorych). Nie bardzo im było przyjemnie słuchać, ale jakoś skąbinowali kilkanaście porcji zupy! Było nam trochę raźniej.

Na szósty dzień naszego pobytu, oficerowie nasi znaleźli na stacji taką małą przybudówkę w wagonie towarowym. Szybko zapakowali mojego tatę, i nas z nim, do tego wagonu i pociąg ruszył. Ale to nie znaczyło że na pewno zajedziemy do Tatiszczewa, do naszego wojska. Władze kolejowe nie wiedziały że my wpakowaliśmy się do tego pociągu: to było zrobione po cichu. Ale jedziemy. Co raz otwieraliśmy drzwi ażeby nie przegapić tej stacji? Ale, O dziwo! Pociąg zahamował na jakiejś stacji. Nie wiedzieliśmy czy to już tu! Widzimy jak podchodzą do nas żołnierze, z kocami! Nasi żołnierze! Czekali na nas na stacji i w każdym wagonie szukali nas aż znaleźli! Zawinięto nas, posadzono na sanki, i wio!

Przyjechaliśmy do obozu. Był to ogromny barak z trzypiętrowymi pryczami, załadowanymi cywilami. Jakże nas ślicznie przyjęto! Ubrali nas jak to się mówi “od stóp do głów”. Nakarmiono nas, i była opieka lekarska: słowem, raj! Karmiono nas dosyta, mieliśmy gdzie spać, a najważniejsze, że Polskie wojsko. Czuliśmy się bardzo dobrze u naszych żołnierzy.

Po jakich dwóch tygodniach, oznajomo nam że wyjeżdżamy z Tatiszczewa do Azji rosyjskiej. Cieszyliśmy się że jedziemy razem z wojskiem. Załadowano nas po kilka rodzin do każdego wagonu i było nam wygodnie. Wyglądało, że to transport wojskowy, ponieważ kilka wagonów jechało z wojny. W drodze, kuchnia wojskowa gotowała posiłki smaczne: słowem, opiekowali się nami jak mama swoimi dziećmi. Jechaliśmy naprzód, dalej od tego piekła!

A tu, jednego ranka budzimy się i z dziwieniem stwierdzamy że stoimy, i że wojskowych wagonów ani śladu! Nikt nam nic nie powiedział i my do dziś nie wiemy co się stało. Prawdopodobnie Sowiecki kolejarz odczepił nasze wagony. Wojsko pojechało, a my zostali na bocznych torach.

Znaleźliśmy się w bardzo skomplikowanej sytuacji. Co my mieliśmy robić? No, właśnie co? Nasi ojcowie napisali kredą na wagonach po rosyjsku jakieś tam miasto. Kolejarze przeczytali, przyczepiono nas między inne wagony towarowe które jechały w tym kierunku i jechaliśmy do tego, czy innego, miasta. Ale jaka była różnica! Teraz musieliśmy myśleć o zdobyciu jakiegokolwiek jedzenia. W tym czasie była wojna, więc nikt nie mógł się dopytać gdzie my jesteśmy. My chcieliśmy dojechać do jakiegoś ośrodka wojskowego. Mężczyźni chcieli zaciągnąć się do armii. Ale gdziekolwiek przyjechaliśmy, wszędzie było przepełnienie i musieliśmy jechać dalej.

Pociąg zatrzymywał się w stepach gdzie nie było nawet stacji. Stanął sobie i stał! Po obu stronach ciągnęły się nieprawdopodobne stepy i pustkowia. Zapytaliśmy maszynisty czy będzie długo stał. “O tak,” odpowiedział, “ 4 godziny.” Przyszło do wagonów kilku Mongołów i pytali czy mamy herbatę czy mydło na zamianę. Mama moja wiozła jeszcze jeden kawałek mydła, trzymała to jak bardzo coś ważnego. Ależ to było ważne, bo nigdzie ze świecą nie można było jego dostać! Zamieniła to za kilka marchewek i ucieszyliśmy się tym bardzo. Narwaliśmy trochę trawy i jakieś grube łodygi leżące w jakich roślin, rozpaliliśmy ognisko, i przy torze zawiesiliśmy swoje puszki na jakiś hakach-patykach cośmy mieli w wagonach ze sobą, i gotowaliśmy tą marchewkę pokrajaną w plasterki z wodą. Gdy tylko ta woda z tą marchewką zdążyła się zagrzać, pociąg cichutko bez zatrąbienia, powoli ruszył; a ja zaczęłam z tą puszką na patyku biec. Ci z wagonu wyciągnęli ręce, chcąc mnie wciągnąć i jakoś na szczęście wciągnięto mnie. Ja jeszcze czuję dzisiaj ten smak wspaniałej niedogotowanej marchewki w wodzie! To był luksus!

Jechaliśmy już trzy miesiące w wagonie, bardzo głodni z miasta do miasta, i nigdzie nie było miejsca. W jednym miejscu nas zatrzymali w nocy i dali nam zupę po wiadrze na wagon. Było to w Samarykańdzie. Dowiedzieli się jakimś cudem że jadą Polacy, i na prośbę Polskiej Opieki Społecznej, pociąg się zatrzymał i my się pożywili. Nawet pamiętam nazwisko tego kierownika opieki społecznej: nazywał się Szymczyk. W jednym tylko jedynym miejscu dostaliśmy coś do jedzenia.

Objechaliśmy szmat drogi i jechaliśmy dalej i dalej. Mnie się zdawało że my się nawet już nie zatrzymywali. Cztery dni nie jedliśmy nic absolutnie. Nie było co! Aż gdzież na Uzbekistanie pociąg stanął na chwilkę, i Uzbek miał kawona. Chciał zamienić na coś, ale my nie mieliśmy już nic do zamiany. Mieliśmy tylko pieniądze jeszcze. Ale Uzbek nie chciał pieniędzy. Musieliśmy wyglądać nędznie, kiedy zlitował się nad nami i sprzedał nam pół kawona za rubla. Podzieliliśmy na kilka części, i to był nasz pierwszy posiłek po pięciu dniach.

Za kilka dni przyjechaliśmy do Taszkientu i dowiedzieliśmy się, że niedaleko był obóz polski, i że nie był jeszcze pełny. Wysiedliśmy na stacji która się nazywała “Guzar”. Pociąg odjechał, a my usiedliśmy nędzni, brudni, zmęczeni śmiertelnie; i radziliśmy się co mamy robić. Wybraliśmy naszych kilku przedstawicieli, którzy poszli dowiedzieć się czy nas tu przyjmią do wojska. W Opiece Społecznej mieli kilka lepianek zapełnione naszymi ludźmi. Leżeli tutaj nie tylko w tych małych domkach, ale nawet na ulicach pod płotami. Prawie wszędzie znajdywało się ludzi umierających. Wszyscy chorzy na tyfus, cholerę i dyzenterię krwawą. Ci ludzie przyjechali zaraz po naszym zwolnieniu, a że to kraj gorący (Uzbekistan) więc wybuchły różne choroby, i umierali strasznie. Od rana do wieczora całe kadry żołnierskie kopały doły, i nie mogli nadążyć ludzi tych zakopywać w wspólnych grobach. Rzucali tak, jeden na drugiego, bez trumien i okrycia, i zasypywano wapnem.

Był też obóz wojskowy gdzie przyjmowano do wojska. Nikt tutaj jeszcze nie był umundurowany. Zabierano dzieci sieroty do t.z., “Diet Doma” (Dom Dziecka) i tam wychowano sobie nasze polskie dzieci na obywateli komunizmu. Ja z siostrą zastałam przyjęta do szkoły junaczek, a brat mój do sierocińca.

Mieszkałyśmy po 10 junaczek w namiocie, i czasami, gdy padał deszcz, pływałyśmy na naszych siennikach. Codziennie dostawałyśmy kawałek chleba (albo suchara) i kawałek cukru. Najgorsze było to, że trzeba było dzielić na 10 części, i nie zawsze można było akuratnie rozdzielić. Patrzyliśmy na tą dzielące głodnymi oczyma, i dużo było różnych przytym kłótni. Raz dziennie też, szłyśmy ze swoim kociołkiem po zupę jaglaną. Czasami jakiś chory człowiek oddał nam swoją porcję zupy.

Mój ojciec wstąpił do wojska w Guzarze, na Uzbekistanie, ale któryś z żołnierzy tam zachorował na czerwonkę, więc cały namiot był na kwarantannie.

Chodziły pogłoski że junaczki wyjadą do Indii. Byłyśmy w tym obozie kilka tygodni i nareszcie, wymarzony dzień wyjazdu!. Jechaliśmy z ochotniczkami t.z., “pestkami”. Jeżeli która zachorowała na jakę chorobę infekcyjną czy padała z wycięczenia, to inne podtrzymywały ją, żeby tylko nie zauważono że jest chorą, bo mogliby zostawić w Rosji.

Dojechaliśmy do Krasnowodska. Był to port nad morzem Kaspijskim i ostatnie miejsce w Sowieckim Sojuzie. Załadowano nas na sowieckie dwa okręty i odbiliśmy od raju sowieckiego. Orkiestra zagrała nasz Hymn Narodowy. Płynęliśmy do Persji.

Nie będę mogła opisać tej sceny, bo dzisiaj wielu lat później, gdy wspominam, to tak samo prawie jak wtedy, przeżywam tą radosną chwilę. Jechaliśmy 6 i pół godzin przez Morze Kaspijskie i oto brzeg Iranu. Dobiliśmy do portu Pahlevi!

I tu właśnie ludzie na wolnej ziemi umierali zaraz nad wodą, niektórzy może nawet z radości, a niektórzy z przejedzenia. Bardzo dobrze wiedzieli że to może im zaszkodzić, ale wygłodzeni ludzie, słaniający się na nogach nie mają silnej woli.

Naszą całą szkołę junaczek wykąpano, przebrano, niektóre dziewczynki mniejsze musiały być ostrzyżone, a nasze ubrania zostały spalone. Komendantka zaprowadziła nas do namiotów i powiedziała, “A teraz moje dziewczynki weźcie koce i po chleb, jazda!” Komendantka nasza była jedna pułkownikowa rodzona we Francji. Idąc do namiotu prowiantowego, jeden z żołnierzy rzucił nam puszkę mleka skondensowanego a inni rzucali w nas pomarańcze! W namiocie prowiantowym dano nam cały koc chleba świeżutkiego, (bardzo smacznego). Myślałam że to na cały tydzień, ale nauczycielki nasze jak mogły, starały się nas upewnić że chleb będzie znowu jutro. Jakoś nie mogły myśmy im uwierzyć! Ale rzeczywiście, jutro dali nam chleba i obiad z wojskowej kuchni na ziemi Perskiej. Wszystkiemu nie można się było nadziwić. Tak jak by się widziało coś pierwszy raz w życiu ten chleb! Dzisiaj już jestem stara i zawsze chleb dla mnie jest na pierwszym miejscu!

I tak wyrwaliśmy się z tego domu niewoli. Persja przyjęła nas, chorych zbiedzonych, bardzo serdecznie! Odnalazłyśmy mamę i brata w Teheranie (w pierwszym obozie) a nasz ojciec został z innymi chorymi w Guzarze.

Dalsze Losy

Jak już wspominałam, w Guzarze (na Uzbekistanie) ojciec mój zapisał nas z siostrą do szkoły junaczek. Po wydostaniu się z tego sowieckiego raju, O Boże jak byłyśmy szczęśliwe! Po miesiącu wysłali nas do pierwszego obozu przejściowego w Persji. Było nas 107 junaczek i sześć nauczycielek. Persowie bardzo nas mile przyjęli i dano nam dużą salę wyścielaną Perskim dywanem i spałyśmy na nim wszystkie wraz z personelem nauczycielskim. Cieszyliśmy się bardzo po tych przejściach w Rosji, tu naprawdę oddychałyśmy całą piersią.

Obóz ten znajdował się niedaleko Teheranu. Były same kobiety i dzieci. Wszyscy mężczyźni wyjechali do Iraku do wojska. Mieszkałyśmy prawie rok w tym obozie. Ale nadszedł czas że zaczęli wysyłać wszystkich (tj., ludność cywilną) do Afryki. Mama moja zabrała moją siostrę z junaczek i brata z sierocińca i wyjechała; a ja zostałam na razie! Po miesiącu zmieniłam zdanie i zaczęłam starać się także na wyjazd.

Ojciec mój był w wojsku w Guzarze, ale w jego namiocie ktoś zachorował na czerwonkę “krwawą”, więc cały namiot musiał zostać na kwarantannie. I ja, kiedy dowiedziałam się o tym, to zadecydowałam że wyruszam za mamą! Jechałam za mamą, ponieważ byłam jej starszą córką a Ona była chorą. Myślałam że będę jej potrzebną. Ale stało się później inaczej.

Mój transport był przyspieszony. Jechało się przez góry, i każda góra miała kilka tuneli (a gór było wiele), ale jakoś dojechałam do zatoki Perskiej; ale mamy tam już nie zastałam. Tego samego dnia drugi okręt odpływał, i mnie wsadzono i jazda! Nie pamiętam jak długo płynęłam, ale dojechałam do Karaczi tj., w Indii (a obecnie Pakistan). I tu właśnie spotkałam mamę.

Był to obóz położony gdzieś daleko od ludności hinduskiej na jakieś pustyni, i tylko po nocach wyły szakale czy hieny. Nie możliwe było zasnąć. Bałam się że hiena pociągnie mnie za nogi. W dzień widziało się bardzo duże jaszczury, podobne do krokodyli, i też straszyły nas i podchodziły do naszych namiotów. Jedzenie było bardzo skąpe.

Po trzech tygodniach znów zawieźli nas na okręt i znów jedziemy. Okręt był mały i skakał na morzu jak mała łupinka od orzecha. Leżałam na pokładzie i bardzo źle przechodziłam tą morską podróż. Jeść nie mogłam przez całą podróż, za wyjątkiem cebuli, którą mnie przynosił starszy pan Hindus z obsługi.
Ale jakoś dojechaliśmy do portu Derasalam w Wschodniej Afryce: Tanganika, obecnie Tanzania. I znów duża sala i spanie na podłodze jak sardynki, i po całych nocach paliło się światło i karmiono nas chininą przeciwko malarii. I znów przeszły trzy tygodnie. Załadowano nas na małe “dzippy” po 10 osób i cały transport ruszył w tym Afrykańskim słońcu piekącym, i w czerwonym kurzu dojechaliśmy do Włoskiego klasztoru Tosamaganga. Przenocowaliśmy w tym klasztorze i cały transport ruszył rano w daleką drogę znów.

Dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia. Były to chatki małe zbudowane z gliny kryte trawą. Nasz obóz nazywał się obóz “A”. Okna były, ale bez szkła: była to taka klapa drewniana, w dzień podpierana kijem, a na noc opuszczana. Nie było żadnych krzeseł, stołków czy szafek, tylko łóżka, (jeżeli można było tak nazwać), i to było nasze “przeznaczenie”.

Nic długo nie wiedziałyśmy o naszym ojcu! Pisałyśmy do Dowództwa Wojskowego: gdzie stawał na komisję i kiedy, kategoria i.t.d. Nic! Aż nareszcie napisałam do Duszpasterstwa, i odpisali że zmarł w Kermine na Uzbekistanie. I tam jest pochowany razem z innymi żołnierzami we wspólnym grobie. (Ale mogli nas zawiadomić). Mama bardzo śmierć ojca przeżywała. Przeszliśmy tą gehennę a tu u końca prawie drogi musiał zastać! Ale cóż, to nie zależało od nas. Niektóre rodziny stracili po kilka osób. W Teheranie pamiętam jedną kobietę. Siedziała pod murem w pierwszym obozie i biła głowę o ten mur, i tak strasznie zawodziła z pretensją do Boga: czego On zabrał wszystkich z jej rodziny, i czego nie zabrał jej też (to tak jak ten Arab z Słowackiego utworu, że rodzina zmarła a On samotny wracał bez żony i dzieci). To była rozpacz niejednej rodziny.

Przysłano nam nauczycieli i zaczęła się nauka. Zaczęliśmy nadrabiać stracony czas. Młodzież która chciała uczyć się w gimnazjum to musiała wyjechać do drugiego osiedla Kitugala. Przyjeżdżali na wakacje i wyjeżdżali znów na cały szkolny rok i t.d. Mieliśmy szpital, kilka lekarzy, szkołę powszechną i mały ołtarz gdzie ksiądz Krawczyk odprawiał nabożeństwa. Mieliśmy świetlicę Polska YMCA. Mieliśmy radio gdzie codziennie słuchaliśmy komunikatów, słuchając wieści z frontów gdzie nasi żołnierze walczyli.

Robiliśmy przedstawienie, a była to scena, że Hitler i jego sztab po przegraniu wojny znaleźli się w szpitalu psychiatrycznym. W innej scenie Hitler chodził po ulicy i malował płoty. Kobieta z córeczką przechodząc nie bardzo ładnie wyraziła się o Hitlerze. Na tym przestawieniu obecny był kierownik angielski i cały personel osiedla, jak zawsze na każdej imprezie. Był też obecny angielski komisarz. Reżyserem tej sztuki byli bardzo poważni ludzie. No i wszystkim się podobało. A niestety komisarz wstał i kazał natychmiast zakończyć to przedstawienie mówiąc, że Hitler jest geniuszem i my nie mamy prawa mu ubliżać. Był to rok 1943. Było nam bardzo nie przyjemnie.

Życie w tym osiedle było nudne. Murzyni po całych nocach bili w bębny i śpiewali. Lwy wyły podchodząc pod nasz obóz. Czasami jakiś murzyn zastukał do drzwi pytając czy nie chcemy kupić kalangę (t.j., orzeszki ziemne), my nazywaliśmy fistaszki. Nauczyliśmy się trochę mówić ich językiem “Iswahili”. Nieraz pytali nas o naszym kraju I nie mogąc się nadziwić, że w naszym kraju żyją biali ludzie a kto pracuje pytali?

Helena Woloch Antolak 1944
Zorganizowaliśmy harcerstwo. Robiliśmy zbiórki, ogniska i.t.p. Ja również należałam do harcerstwa a także miałam 160 zuchów, które prowadziłam. Bardzo często przyjeżdżali delegaci, a nawet minister z Londynu lub z Nairobi konsul czy też inni. Robiłam defilady z zuchami, delegaci przyjmowali defilady, robili fotografie itd. Robiliśmy ogniska i moje zuchy popisywały się deklamując wiersze czy śpiewając. Jednego razu zaszczycił nas Prof. ksiądz Wargowski. Bardzo mu się podobało; a nawet przysłał mnie list z Nairobi dziękując za bardzo mile spędzony czas.

Dr. Brzozowska wraz z innymi lekarzami zorganizowali kurs pielęgniarski, na który ja uczęszczałam. Po tym był apel Polskiego rządu, że nasi ranni żołnierze potrzebują opieki i Polskiego słowa. Więc ja zgłosiłam się. A także myśląc, że ja jako najstarsza w rodzinie po śmierci ojca a także, że po wojnie pojadę do Polski i przygotuję dom na przybycie naszej rodziny. Więc, ja i kilka pielęgniarek z naszego obozu Ifunda pojechałyśmy. Jechaliśmy jakąś wojskową ciężarówką przez dżunglę. Jechał z nami młody chłopiec do Nairobi zmienić sztuczną nogę. Jechaliśmy dwa dni aż ciężarówka zepsuła się. W nocy przy wyciu dzikich zwierząt z pomocą murzynów pchaliśmy trochę ten wóz myśląc że może ruszy. Nadjechała cudna limuzyna, a w niej Angielka. Myśleliśmy że może ona da jakąś radę, a ona powiedziała,:”Czemu Ci Polacy się plączą tu i tam?”. I pojechała sobie bardzo ważna. Na szczęście jakaś inna ciężarówka jechała I pomogła nam dojechać do Aruszy a stamtąd z innymi pielęgniarkami dojechałyśmy do Mombasa. Przenocowaliśmy jedną noc w jakimś szałasie i rano załadowano nas na okręt Czerwonego Krzyża i płynęliśmy nie wiedząc gdzie to będzie nasze przeznaczenie.

Będąc na okręcie, nasz doktor, który nas miał zawieść do celu, a było nas 73. Wtedy upadło powstanie w Polsce: było nam bardzo smutno! Kapitan tego okrętu zaprosił nas, i zadowolony, chciał nam zrobić herbatkę, chciał nam zrobić przyjemność że to powstanie upadło. Ale my mu tłumaczyliśmy, że my się nie cieszymy z tego, pomimo że ludzie zginęli, ale była jakaś nadzieja że zwyciężą. Kapitan był zdziwiony że my byłyśmy smutne.
Reswallie House, Forfar, Szkocja.
Płynęliśmy przez Morze Czerwone i dobiliśmy przez Suez do portu Port-Sajd. Umundurowano nas, odpoczęliśmy dziesięć dni i płynęłyśmy z dużym konwojem aż do Wielkiej Brytanii. Sprawdzono nasze dane w porcie i już czekał na nas przedstawiciel ze szpitala Polskiego No. 1 i zabrał nas do Szkocji. Był to oficer oświatowy (por. Stańczyk) z szpitala Polskiego w Taymouth Castle, Aberfeldy. Pracowałam w tym szpitalu jeden miesiąc a później w domu inwalidów w Forfar. Byli to ranni żołnierze którzy potracili nogi, ręce, oczy na froncie we Włoszech, Monte Cassino, Ancona i inne. Bardzo ciężko było nam patrzeć na młodych chłopców którzy oddali wszystko co było im bardzo drogie. A za to cóż? Nasi alianci zdradzili nas! Bo dużo naszych żołnierzy są w grobie na miejscu Anglików. Pamiętam jak Jerzy VI z Churchillem odwiedzali naszych żołnierzy wychwalając ich odwagę, i że nigdy nie zapomną Polakom itd. A potem sprzedał nas w Jałcie. Mieszkając tutaj cały czas, przypominamy to wszystko. No, ale cóż!

Mamę, siostrę i brata sprowadziłam do Szkocji. Mama moja dużo lat później umarła w Szkocji. Ja również mieszkam teraz w Szkocji. W Aberfeldy spotkałam żołnierza bez nogi, który został moim mężem (on już nie żyje). Ja nie mogłam do Polski wrócić, bo mój dom jest już na Ukrainie. Mój dziadek, Ludwik Pulkiewicz, był zamordowany w Androszówce, koło Szumska (Łuck) w 1943 r. Dowiedziałam się o tym dopiero po różnych poszukiwaniach w 1996 r.

Dużo mogłabym opowiadać o tych krajach przez które przyjeżdżałam i w niektórych żyłam, n.p., Persja, Afryka (Tanzania), India, Pakistan, Egipt.... Obecnie żyję w Szkocji, i jestem już stara. Tutaj mieszkam z moimi dziećmi, i nie zdolna już do niczego.

W tych latach tułaczach po różnych obozach, jedna myśl była przewodnią: żeby wrócić do kraju naszego! Nasi żołnierze walczyli po obcych krańcach świata - musi być jakaś sprawiedliwość! Ale nic z tego. Wojna się skończyła, a my musieli zostać w obcym kraju; a do naszego domu nie było nam dane wrócić! Została nam gorycz i żal. Czasami w rozmowie z tubylcami pada pytanie: Dlaczego nie wracamy? Cóż mam powiedzieć? Oni i tak nie zrozumieją! A o tym wszystkim trzeba pamiętać! I nie da się zapomnieć.

Wspomnienia opublikowane za zgodą syna p. Ryszarda Antolaka




♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.