♦Mapa zesłań♦




Do Młodych!

Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się
od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Wspomnienia- Maria Sobiecka


                                                                             

                                     ♦Wspomnienia - Maria Sobiecka ♦ 

                              za zgodą w wnuka Macieja Bernatowicza


Maria Sobiecka-zdjecie przesłane przez Macieja Bernatowicza

Przyszli do nas o trzeciej w nocy, 13 kwietnia 1940 roku uzbrojeni Rosjanie. Kazali wziąć trochę rzeczy, ubrać się, zabrać suchy prowiant. Wzięłam książkę, której nie zdążyłam przeczytać. Było w niej moje świadectwo ukończenia czwartej klasy, na szczęście, bowiem jak się później okazało , był to jedyny dokument z kraju. Dwie godziny później , o świcie wyruszyliśmy na punkt zborny. Moja 28 letnia Mama, ja dwunastoletnia, siostra dziesięcioletnia i siedmioletni brat żegnani przez zrozpaczonych dziadków i ciocię. Drewnianą furą jechaliśmy do odległego o 12 kilometrów Radziechowa w woj tarnopolskim. Kazano nam stawić się na stacji kolejowej .

Ojciec mój, komendant policji w Czortkowie, na dwie godziny przed wkroczeniem Armii Czerwonej 17 września 1939 roku zdążył wyjechać do Rumunii. Nas wyrzucono z magistratu, w którym zajmowaliśmy służbowe mieszkanie. Mama, nie mając gdzie się podziać z trójką dzieci, wzięła nas do swoich rodziców na wieś. 



Sądziła, że uda się jakoś przeżyć razem tę wojnę. Jednak i tam nas odnaleźli.
Wagony na stacji w Radziechowie stały jeszcze jakiś czas. Zewsząd, pod strażą dowożono wciąż nowych ludzi i wpychano po 60 osób do jednego wagonu. Nas wciśnięto na górną półkę wagonu. Tłok był okropny. Tego dnia dzięki dziadkowi i cioci mieliśmy jeszcze ciepłe, gotowane jedzenie. Przyjechali na stację i na moment dopuszczono ich do nas. Na stacji była tylko wrząca woda do zdobycia. Nocą wyruszyliśmy w nieznanym kierunku. Było bardzo ciężko. Wszyscy zaraziliśmy się świerzbem, nie było warunków do mycia, załatwiania potrzeb fizjologicznych. Usiłowaliśmy zasłaniać się wzajemnie w takich momentach i mimo wszystko było nam lepiej niż tym, którzy wyjechali 2 Lutego. Wtedy chorzy i dzieci pozamarzali.

Ciasnota, smród i świerzb towarzyszyły nam w tej drodze. Dla mnie, dziecka dwunastoletniego najgorszy do zniesienia wtedy był świerzb. Po trzech tygodniach jazdy pociągiem wyładowaliśmy się z wagonów w Pawłodarze.
Byliśmy w Kazachstanie. Przewieziono nas promem przez rzekę Irtysz i stamtąd w okolice Majkainu. W Majkainie znajdowała się kopalnia złota, natomiast nas odstawiono do odległej o 18 km, należącej do kopalni cegielni. Początkowo mieszkaliśmy w baraku, Było to duże pomieszczenie w rodzaju świetlicy. Potem mieszkaliśmy w pokoju z małym oknem, płytą kuchenną i piecem. Miejsca było mało i wypadało po trzy deski na osobę. W tym pokoju mieszkały z nami jeszcze trzy rodziny. Mama na kozłach ułożyła dwanaście desek i to było miejsce dla naszej czwórki.

Mama pracowała w cegielni przy ręcznej prasie, my dzieci / od 10 do 16 lat/ woziliśmy cegły wagonikami od prasy do suszarni, tam układaliśmy je na deskach do wysuszenia. Pracę tę wykonywaliśmy gołymi rękami, choć cegły były ciężkie, mokre, brudne i zimne. Pracując, byliśmy klasą robotniczą i mieliśmy prawo do chleba i obiadu. Było lato, upały w dzień nie pozwalały stanąć boso na ziemi, bo parzyła stopy. Pewnego razu przeżyliśmy koszmar. Przez jakiś czas upał był tak wielki, że w stepie wybuchł pożar. Step płonął, ogień zbliżał się, a my w drewnianych barakach. Gdy pożar był około trzech, czterech kilometrów od nas, nadjechały traktory i orząc step skutecznie odcięły ogień od naszych baraków. Byliśmy uratowani.
Deszcze padały bardzo rzadko, dokuczały nam dotkliwie pchły i pluskwy. Szybko pojawiły się też wszy. Mydła nie dostawaliśmy, latem chodziliśmy na gliniankę i tam robiliśmy pranie używając gliny zamiast mydła. Gliną pocieraliśmy brudne miejsca. Jedynym środkiem dezynfekcyjnym był wrzątek. Co jakiś czas wynosiliśmy deski na dwór i laliśmy wrzątek we wszystkie szpary, Skutek był chwilowy. Pluskwy przechodziły ze ścian, spadały z sufitu wprost na twarz, nawet przy zapalonych żarówkach, Gdy było pogodnie wychodziliśmy spać na powietrzu.

Zima nadeszła szybko i niespodziewanie. Zima okrutna, nieznana. Węgla nie było. My dzieci, siedzieliśmy na pryczach pod przykryciem. Kiziaków było mało, trzeba je było oszczędzać, aby mieć na czym wodę zagotować, śnieg roztopić na mycie. Matki chodziły po kilkanaście kilometrów, aby odśnieżać drogę. Brały łopaty, kawałek chleba na drogę i wracały nocą, przynosiły zamarznięty chleb schowany na piersiach, pod koszulą,

Mróz 50 stopni, burze śnieżne. Raz taka burza zwana przez miejscowych buran zasypała nasz barak powyżej dachu. Kazachowie nas odkopali, z góry przekopali do głównych drzwi coś w rodzaju studni. Resztę robili sami Polacy. Należało odrzucić śnieg od ściany baraku, do góry.
Boże Narodzenie, Nowy Rok. Naczelnik, Rosjanin o nazwisku Kowalczuk powiedział Polakom przy odśnieżaniu, że prędzej mu włosy wyrosną na dłoni niż oni wrócą do Polski. Podły to był człowiek. Barak był zwykłym, letnim barakiem i zimą na wewnętrznych ścianach był zamarznięty śnieg, choćby na sankach zjeżdża. Między pryczami mogła przejść tylko jedna osoba. Obok w baraku Żydówka z piątką rozwrzeszczanych małych dzieci. Były to maluchy, rok po roku urodzone, Nie wiem co się stało później z nimi i z nieszczęsną matką. Za kradzież wiaderka węgla z cegielni, Polak został skazany na rok więzienia.

1 1 maja 1941 roku jeszcze leżał śnieg, w połowie maja już było po zimie i zaczęła się ponownie praca w cegielni. Cieszyliśmy się, kiedy można było narwać lebiody. Mama ją gotowała. Nie było soli, choć słone jezioro było 30 km od nas. Kopalnia węgla była 18 km od nas, a my zamarzaliśmy po pracy. Zaczęliśmy chodzić w step po kiziaki, braliśmy worki i zbieraliśmy, aby zrobić zapasy na zimę. Ciepła z tego było tyle co po spaleniu słomy, ale Innej możliwości nie było. Upychaliśmy je w baraku po sufit. Chodziłam do Kazachów aby wymienić herbatę na mleko. Herbata była prasowana, przydział miała tylko mama, i wynosił on 12,5 dkg miesięcznie. Kazachowie przepadali za tą herbatą, a nam potrzebne było mleko, choćby po to, aby zupę zabielić. Każda ich rodzina miała krowę, a od nas za mleko mogli dostać wszystko. Przy każdej lepiance zły pies, lepianki niepozorne, ale wewnątrz całkiem dobrze urządzone. Podłóg nie mieli, na ziemi leżały maty, był niski, okrągły stół, samowar. Parzyli herbațę i pili ją z dodatkiem mleka. Na łoju baranim smażyli coś w rodzaju pączków, no i oczywiście baraninę, którą dostawali od swoich z kołchozu.

Byli świetnie przystosowani do warunków klimatycznych. Malutkie dzieci nie miały zakładanych pieluch, dziecko w kołysce leżało skrępowane, pod wyciętą dziurę był podstawiany co jakiś czas opróżniany słoik. Kazachowie nie mieli też bielizny pościelowej. Mieli natomiast pikowane kołdry, które były czyszczone przez Kozaczki w osobliwy sposób. W miejscu, gdzie na kołdrach gnieździły się wszy, czyli na rowkach, Kazaszki gryzły raz koło razu przegryzając i następnie wypluwając robactwa. Gdy czyściły sobie nawzajem głowy rzecz miał się identycznie, znaleziona wesz była przegryziona a następnie wypluta. Takie obrazki widzieliśmy często, u nich nie było to niczym wstydliwym. Zajęcia te wykonywano na powietrzu, gdyż w lepiankach było dość ciemno.

Piliśmy kumys, obrzydliwe, sfermentowane wielbłądzie mleko. Piłam to obrzydlistwo płacząc, ale Mama kazała, bo byliśmy całkiem bez witamin. Nie było nic do chleba, nie było ziemniaków, cukru, tylko 15 dkg landrynek na dziecko miesięcznie. Dorośli dostawali ciut więcej. Na 1 maja i 7 listopada dorośli dostawali po pół litra wódki z cysterny po nafcie.

Wtedy można było wymienić ją u Kazachów. Jesienią, po rozpoczęciu wojny 1941 roku ostatecznie cegielnie zamknięto. Była wojna, mężczyzn zabrano na front, nas przewieziono do Majkainu do baraków. Były gorsze, bo nie było elektryczności ani wody w pobliżu. Chodziliśmy po wodę do jedynego we wsi zbiornika. Należało mieć talon, wtedy pani odkręcała kurek i pobierało się tym sposobem wodę od wiosny do jesieni. Zimą topiliśmy śnieg. Beczką wożono wodę do szpitala, stołówki, piekarni i do naczelników. Władza miała swój sklep, żyło im się nieźle, a byli to przeważnie Rosjanie, którzy za różne przewinienia zostali wydaleni z pracy. Kierowano ich na stanowiska nadzorcze. Pilnowali, aby Polacy dobrze pracowali, W Maikainie była kopalnia złota. Ziemia wokół była niemal czerwona.

Moja Mama pracowała w tej kopalni 60m po ziemią, a w dół schodzono po drabinach. Rudę wywożono na powierzchnię i transportowano do tak zwanej fabryki, a tam wypłukiwano rudę na taśmach i w słońcu błyszczały drobinki złota. Do dalszego, dokładnego czyszczenia odsyłano rudę do Moskwy. Tak nam mówiono. Mama moja została Górnikiem, kilofem rąbała ziemię, taczkami woziła ją do szybu, a tam wrzucała do pojemników. Raz miała straszny wypadek i cudem uniknęła śmierci. Ogromny, około 50 kg kamień spadł z góry na pochylone plecy Mamy. Długo potem cierpiała, lecz sądzone Jej było żyć jeszcze trochę. Praca była bardzo ciężka, z kopalni wypuszczano po wyrobieniu normy, a trwało to 10, a czasem 12 godzin na dobę. Zależało od siły człowieka. Wolny był co 10 dzień, bo „wojna". Po pracy Mama niosła na plecach stare, zużyte podpory. Były to kawałki drewna, wiązała je do siebie, aby móc wyjść z kopalni na powierzchnię o własnych siłach i przynieść drewno do domu. Zimą wracała do baraku ledwie żywa, bo mróz był taki, że tylko oczy można było zostawić odkryte. Czoło, nos, policzki trzeba było chować. Czekaliśmy na Nią wieczorami, rozbieraliśmy, rozcieraliśmy ręce i nogi. Podsuwaliśmy do ust coś ciepłego do picia; pod ziemią była o suchym chlebie.

Byłam najstarsza, rąbałam to drewno od wiosny, nosiłam ludziom wodę na pranie po kilkanaście razy dziennie. Latem prażyło słońce, krew ciekła mi z nosa. Byłam umęczona ale zatykałam nos szmatkami i szłam po raz kolejny wiedząc, że za to dostanę trochę chleba dla nas od Kazaszki. Nie mogliśmy jeść przydziału Mamy, bo ciężko pracowała. Chleb był żytni albo z prosa. Ciemny, lepki, ciężki jak cegła z łuskami kaleczącymi jelita. Tak długo dorabiałam aby go zdobyć, że pewnego razu wróciłam do naszego „domu" na kolanach. Nie miałam czucia w nogach, nie mogłam wstać. Mama z jakąś kobietą zaciągnęły mnie do lekarza. Jakiś czas nie czułam że mam nogi, leżałam, coś łykałam, na szkorbut dostałam 1 kg cebuli i tran na receptę. Wtedy byłam najsłabsza w rodzinie. Naszym domem była wówczas lepianka porzucona przez Kazachów. Dla odseparowania się od sąsiadów Mama zamurowała do połowy okienko / szyb nie było , postawiła kuchnię i w ten sposób wreszcie byliśmy sami. Wyzdrowiałam, gdy bratu udało się ustrzelić z procy wróbla, mieliśmy rosół. Głód był taki, że i wróbel był zdobyczą, a rosół z niego, choć bez soli, był czymś niezwykłym. Wielu chłopców polowało w ten sposób, Pamiętam, latem, Mama z jakąś kobietą kupiły u Kazachów wysuszoną skórę z krowy. Wszyscy mieliśmy zajęcie bo skórę należało osmalić, pociąć na pasy, a potem moczyć i moczyć bez końca. Później cały dzień gotowała się na dworze, na kamieniach. Nie mogliśmy się doczekać aż wreszcie zmięknie. Dokładaliśmy wciąż do ognia. Potem żuliśmy długo, a najgorsze było to, że nie było soli.

Tak niewiele brakowało, aby Mama wymieniała na mleko swoją odzież, bieliznę pościelowa. Garnitur Ojca wymienia na kilogram łoju i pud kaszy-był to zapas na zimę. Zdarzyło się ze w czasie burzy śnieżnej z pieca wydobywał się dym wprost na nasze pomieszczenie. Spaliśmy, i gdyby Mama się nie ocknęła, nie byłoby nas wśród żywych. Mama doczołgała się do drzwi, otworzyła je i zaczęła nas wyciągać na powietrze. Ocaleliśmy.

Swój obiad Mama przynosiła do domu, abyśmy mogli zjeść razem. Na nas dzieci było po pół litra zupy, dla mamy dodatkowo kasza. Brała to czasem do jednej bańki i przynosiła do domu. Pewnego wieczoru w zimie wracałam sama i napadły na mnie wygłodniałe psy. Podniosłam bańkę do góry, a one skakały wokoło, gdyż poczuły zapach jedzenia. Kręciłam się dookoła, machałam bańką, żeby je odegnać. Wykorzystując dogodny moment skierowałam się w stronę lepianki, z której dochodziło światło. Wpadłam do ciemnej sieni, znalazłam drzwi i weszłam do środka, Mieszkali tam Polacy. Sąsiedzi pocieszyli mnie, że nic gorszego mi się nie przytrafiło. Byłam przybita sytuacją. Siedziałam skulona przy piecu, patrzyłam w ogień i płakałam. Po pewnym czasie odnalazła mnie Mama, uzbrojona w duży kij dla obrony przed psami. Szczęśliwie wróciłyśmy z całą zupą do domu.

Mój brat chodził do rosyjskiej szkoły, strzelał do wróbli, zbierał z nami kiziaki, których wciąż było mało, a były naszym jedynym opałem. Kolejnej zimy padły z głodu konie Kazachów. Sprzedawali koninę po 15 rubli za kilogram. Mama kupiła trochę mięsa i jedliśmy kotlety bez jajka, bez soli, bez przypraw. Do dziś zadaje sobie pytanie jak się to mięso trzymało. Cudownie by było, gdy była sól. Do herbaty też. Herbatę parzyliśmy ze spalonej skórki chleba lub ze spalonych łusek jęczmienia.

Najgorsze do przetrwania były zimy z powodu chronicznego braku opału. Opał zgromadzony latem nieraz nie wystarczał na przetrwanie zimy. Mieszkańcy zdobywali go w różny sposób. Dlatego na wiosnę, często Kazachowie nie mogli doliczyć się swoich płotów. Zimą zdarzały się straszne rzeczy. Pamiętam Polkę, panią Marcinkowska, która pracowała w szpitalu. 17 grudnia 1943 roku wyszła ta Pani, matka trojga dzieci, po pracy do domu. Ponieważ była burza kobieta zabłądziła. Znaleziono ją na początku lipca 1944 roku w stepie, w odległości 10 km od osiedla. Siedziała skulona, a buty miała rozsznurowane. Nie widziałam jej ciała, pamiętam tylko, że Mama była na pogrzebie.

Tej wiosny, od maja, zaczęłam pracę w miejscowej spółdzielni krawieckiej „Krasnyj Szwiejnik". Ela Marcinkowska robiła tam swetry i chusty na drutach. Po trzech miesiącach nauki zawodu powierzono mi odpowiedzialną pracę. Jako wykonująca pracę lekką, raz w miesiącu dostawałam 3 kilogramy prosa. Moja siostra pracowała wówczas w fabryce złota przy spłuczce. Dawało to jej przywilej otrzymywania chleba na kartkę. Proso, które dostawałam należało utłuc, a Kazachowie kazali sobie płacić za wypożyczenie stępła. Łuski prosa nie chciały się oddzielić od kaszy. Łatwiej było z owsem czy jęczmieniem, ale nie każdego stać było na to. Za 4 kilogramy pszenicy oddawano złotą obrączkę. Trzeba było rozsądnie dzielić to co było w posiadaniu. Niewiele można było zabrać z domu na tułaczkę.

Był i taki dzień, że drogę zasypało i mąki nie dowieziono do piekarni, nie było kaszy, nie było rybich głów na zupę rybną, Nie mieliśmy nic, ani odrobiny kapusty nawet. Mama wzięła obrus, a gdy wróciła miała tylko litr mleka. Dolała do tego gotowanej wody i wypiliśmy to. Było to nasze jedyne pożywienie w ciągu dnia, a przecież trzeba było pracować. Gdy mój brat zachorował na zapalenie opon mózgowych, majaczył w domu, nie zabrano go nawet do szpitala. Mama rozpaczała, modliła się i modliła o życie dla niego. W lipcu Mama zachorowała na tyfus i na trzynasty dzień zmarła. Był to dzień 21 lipca 1944 roku. Leżała w szpitalu jak wielu, ale leków dla Polaków nie było. Miała 33 lata; mówiono mi, że zrywała się z łóżka i chciała iść do dzieci. Wtedy ją przywiązano. Rano, przed pójściem do pracy pobiegłam do szpitala, stanęłam pod oknem i zobaczyłam puste łóżko, Tknęło mnie złe przeczucie, weszłam do sali. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do kostny. Mama leżała naga, z ogoloną głową. Przed pójściem do szpitala zdjęła obrączkę, kolczyki i powiedziała, że mam ją ubrać w czarną suknie. Sukni tej nie wymieniła, trzymała ją na śmierć. Tak też zrobiłam. Oderwałam od sukni kokardę. Nogi miała bose, bo nie miałam butów. Ktoś litościwy zbił skrzynkę, ktoś zrobił krzyż z kawałka rury i tabliczkę. Następnego dnia wieczorem zawieźli trumnę na cmentarz, było nawet trochę ludzi. Ze szpitala zabrałam poduszkę, którą Mama miała w domu, coś do picia w kubku i suchary. Zjedliśmy to we troje, potem położyliśmy się na tej poduszce, Chcieliśmy umrzeć. Nikt z nas nawet nie zachorował.

Następnego dnia przyszła do nas znajoma Mamy, pani Markowa była z Czortkowa, tak jak my. W drodze do Kazachstanu pani ta poroniła i nie miała dzieci. Powiedziała, że będziemy razem, zamieniła nasze pomieszczenie i wróciliśmy do baraku. Ona właśnie była tym chwalebnym wyjątkiem i zawdzięczam jej bardzo wiele. W tym wielkim nieszczęściu mieliśmy odrobinę szczęścia.

Byłam najstarsza, miałam szesnasty rok i dwoje rodzeństwa pod opieką. Pani Markowa pomagała mi jak mogła. Starała się o to abym dała sobie w życiu radę. Trudno mi było matkować rodzeństwu. W wolne od pracy dni chodziliśmy na cmentarz. Wciąż trzeba było poprawiać grób, okładać kamykami. Jesienią zabrano młodzież i zaczęto szkolić, przygotowując do wyjazdu na front. Chodziłam na te ćwiczenia dwa miesiące. Pani Markowa kazała mi napisać podanie o zwolnienie z ćwiczeń. Bała się, że w razie gdy rnne wezmą na front, dzieci zostaną bez opieki. Zwolniono mnie ze służby; w końcu okazało się, że nikt z tej grupy nie został powołany.

Do pracy chodziłam na siódmą rano. Zimą księżyc świecił, ziąb był w baraku okrutny, palce grabiały. Maszyny stały pod oknami i było ich kilka. Siedziałyśmy na ławie, był tam też długi stół do prasowania i płyta na której grzały się żelazka. Pod płytą należało ogień trzymać latem i zimą.

Kierownikiem i krojczym był pan Kalenda-mistrz, krojczynią pani Czapor. Brat jej rozwoził wodę specjalną beczką, a nocą pracował jako stróż. Co jakiś czas i na mnie przypadał nocny dyżur. Trzeba było zostać na noc w zakładzie i zawsze bardzo się tego bałam.

W 1945 roku dostaliśmy dary amerykańskie: płaszcz wojskowy, koc, po jednej puszce skondensowanego mleka na osobę i jajka w proszku.

Z puszek Kazik Czapor zrobił nam kubeczki, zrobił też walizkę z dykty. Mówiono coś o zakończeniu wojny, o powrocie do Polski . Należałam do Związku Patriotów Polskich, Napisał do nas stryj Staszek Mogielnicki i przysłał paczuszkę. Był w niej kupon materiału. Uszyłam sobie z tego płaszcz na drogę i ubranko dla brata. Robiłam to po godzinach pracy. Inne dziewczyny też coś dla siebie szyły. Od starszych uczyłam się polskich piosenek.Pamiętam, jak zebraliśmy się w dużej sali kinowej, Nauczycielki opowiadały nam o historii Polski, o języku polskim i o tym, że wrócimy do kraju, tam poznałam Irenę Bujalską i jej siostrę.

1 listopada 1945 roku w dzień Wszystkich Świętych chcieliśmy pójść na cmentarz, ale wielkie zaspy śniegu zmusiły nas do powrotu. Wcześniej, jesienią, zdążyliśmy zrobić sobie zdjęcie przy grobie Mamy. Kosztowało to 800 rubli. Były to duże pieniądze; ja miałam miesięcznie 150 rubli. Za tak sumę można było kupić kilogram chleba na placu, a było już przecież po wojnie o Kazachowie dostawali od swoich z frontu ogromne paczki. Była w nich odzież, bielizna, firanki, wsypy, buty. Była też żywność, dlatego sprzedawali swój przydziałowy chleb.

Minęła ostatnia zima w Kazachstanie. W lutym 1946 roku zapowiedziano że jeśli ktoś ma jakiś dokument z Polski, może zgłosić się do urzędu po kartę repatriacyjną, Poszłam i ja. Miałam ze sobą jedynie świadectwo ukończenia czwartej klasy. Nie wiedziałam czy uznają ten dokument. Na szczęści uznali. Droga do Polski była dla nas otwarta, nie w rodzinne strony wprawdzie, ale do Polski, Z naszych nędznych przydziałów chleba zaczęliśmy robić suchary na zapas. Lęk przed głodem był ogromny. Nie braliśmy pod uwagę tego, że dadzą nam coś na drogę, że po wojnie nikt już z głodu nie umrze, Dostałam nawet na siebie i siostrę po 3 metry materiału na sukienki. Był to kreton, Dostaliśmy też tenisówki.

Napięcie było ogromne, tylko radio Moskwa nadawało wiadomości. Niewiele wiedzieliśmy na temat tego, kiedy naprawdę wyjedziemy. Śniegi wreszcie roztajały. Wybraliśmy się na cmentarz aby pożegnać się z Mamą i wziąć trochę ziemi z Jej grobu do Polski, Za nami biegła pani Markowa wołając, aby wracać. Na naszą ulicę podjechały samochody. Dobrze, że byliśmy od jakiegoś czasu spakowani, bo wszystko odbyło się bez jakiegokolwiek planu. Każdy wolał jak najprędzej zabrać się na punkt zborny, który znajdował się nad rzeką Irtysz. Zawróciliśmy, wrzuciliśmy na samochód worki z resztkami pościeli, suchary i garnki. Żegnały nas polskie dziewczyny, którym nie dane było wrócić, gdyż nie posiadały dokumentów z Polski. One to automatycznie stawały się obywatelkami radzieckim.

Rozgrywały się prawdziwe dramaty. Pewna dziewczyna, która ze mną pracowała, imieniem Irena, targała z rozpaczy swoje piękne, długie warkocze, Zrozpaczonych było wielu. Ich los został przesądzony.

Długo jechaliśmy nad Irtysz. Nie wiem, czy było to 200 czy 500 km. Na miejscu było już bardzo dużo Ludzi. Czekaliśmy na pozostałych a potem przeprawę promem przez Irtysz. Rzeka zaczęła rozlewać się szeroko i nastrój był niewesoły. Wreszcie nastąpiła przeprawa, a potem znów upychano nas do wagonów. Znaleźliśmy się razem, dzieci bez matek. My troje, dwie Bujalskie, razem na górnej półce w jednym wagonie. Mama Ireny Bujalskiej została 1944 roku skazana jako tzw. wróg ludu na śmierć, karę zamieniono jej na 10 lat obozu, skąd wróciła do Polski dopiero w 1956 roku bardzo chora. W trakcie tej podróży były postoje, bo wciąż dowożono Polaków z różnych stron. Wychodziliśmy na krótko do miasta, jeżeli było na trasie. Dostaliśmy chleb na drogę. W Moskwie postój trwał cały dzień. Wyszłam z innymi aby poszukać chleba. Udało się, kupiłam chleb bez kartki i to było wielkim dla mnie szczęściem. Nękał nas żal, że wracamy bez Mamy jako sieroty, ale to trzeba było ukryć. Patrzyłam na ludzi ze zdziwieniem, na szerokie ulice, drzewa, zieleń, Był już czerwiec; było spokojnie i cicho

W Skarżysku Kamiennej część repatriantów oddzieliła się . Nasz transport Nr 123 odjechał na zasiedlenie w szczecińskie. My z panią Markową pojechaliśmy do Krakowa na spotkanie z Ojcem. Ojciec nasz pracował wtedy w Urzędzie Repatriacyjnym. Radość ze spotkania była wielka. Szczęście trwało 10 dni ; Ojciec nasz zmarł tego samego miesiąca. Miał 50 lat. Jest pochowany na cmentarzu Rakowieckim w Krakowie, Siostra moja zmarła w 1965 roku, a brat w 1981.

Od 1950 roku mieszkam w Kątach Wrocławskich, mam siedmioro dzieci i dziewięcioro wnucząt.


♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękujemy za czas, który poświęciłeś, aby być tu z nami.
Mamy nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.