♦Mapa zesłań♦




Do Młodych!

Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się
od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

.

czwartek, 15 czerwca 2017

Wspomnienia wojenne. Rozrzuceni po świecie - Stanisława Siomkajło


                                                                           

                    Wspomnienia wojenne. Rozrzuceni po świecie - 
                                                 Stanisława Siomkajło

Pierwszy wrzesień 1939 r. Niemcy napadli na Polskę – wojna. 17 września Rosjanie wkroczyli do Polski witani radośnie przez Ukraińców. Początkowe złudzenie, że nas obronią przed Niemcami, rozwiało się szybko, weszli by zająć część ziem polskich. Rodzina Jana i Michaliny Siomkajło z ośmiorgiem dzieci mieszkała w posiadłości Sielec, oddalonej 15 km od Stanisławowa i 2 km od Jezupola. Bomby padały niedaleko na stację kolejową, również niemieckie samoloty latały nisko, strzelając dokoła, raniąc ludzi i bydło. Młodszy syn Tadeusz, 22 lata i siostra Eugenia, 25 lat uciekli z wojskiem polskim na Węgry. Reszta rodziny została w niepewności jutra. Ukraińcy zaczęli napadać na polskie rodziny, rabując i mordując.

Deportacja

Przyszedł niezapomniany dzień 10 lutego 1940 r. W nocy, o 230, gdy wszyscy jeszcze spali, zajechali przed nasz dom Rosjanie z Ukraińcami, w dwie pary sań i kazali być gotowymi za godzinę do wyjazdu. Wkładaliśmy na siebie po kilka ubrań, trochę żywności. Trzeba było wszystko zostawić dom, gospodarstwo, zwierzęta. Zima tego roku była ostra i śnieżna. Takie to było dziwne…, ilu nas było, nikt ani słowa nie powiedział, nikt nie zapłakał i mogło wyglądać, że jedziemy na wycieczkę. Ludność okoliczna powychodziła na ulicę 



patrząc ze zdziwieniem, że jedziemy wesoło, bez żadnych narzekań. Myśleli, że zobaczą nas zapłakanych, a tymczasem…! Nie chcieliśmy pokazać Ukraińcom, że jesteśmy przygnębieni.

Na stacji w Jezupolu załadowano nas do dużego wagonu towarowego, jak śledzie w beczce, tak, że przejść nie było można. W wagonie były dwa otwory w rogach, jeden na wychodzenie za potrzebą, drugi miał służyć za kuchenkę do gotowania. Ale co tu gotować? Zwłaszcza, że wody nie było. Pociąg towarowy stał na stacji przez całą niedzielę, w poniedziałek ruszył. Tatuś po-wiedział: „Wywożą nas na Sybir”. Wszyscy zaczęli płakać i modlić się.

Ta okropna jazda trwała 20 dni. Kilka razy dano nam we wiadrze coś w rodzaju zupy z kapusty, można było policzyć liście i kawałeczek czarnego chleba. Było strasznie zimno, dzieci i niemowlęta płakały, matki płakały razem z nimi. Zapasy żywności wyczerpały się, zostało trochę kartofli, które zamarzły w wago-nie. Najstarsza siostra Aniela kroiła je w plasterki i piekła na piecyku. Były one słodkie, jak to zmarzłe kartofle, jedliśmy je i dzieliliśmy się z innymi.

Kazachstan

W Czelabińsku rozdzielono transport. Nasze wszystkie bagaże przepadły, pojechały w inną stronę a my zostaliśmy tylko z tym, co mieliśmy na sobie. Po-ciąg zatrzymywał się na różnych stacyjkach, wysiedleńców stopniowo skierowywano do kołchozów. Nam dostało się „lepsze” miejsce w mieście, w kopalni złota. Nikt nas tu nie pilnował, jak to bywało gdzie indziej. Było to miasto Dżetygara w Kustanajskiej Obłasti (Kazachstan). Dookoła miasta była prawie pustynia, gdzieniegdzie trochę trawy i dzika pora.

Na dziewięć osób dostaliśmy jedną izbę i parę tapczanów ze słomą. Tatuś i mamusia byli uważani, że są za starzy by pracować. Brat Józef z żoną Micha-liną, siostry: Aniela, Joanna i Julia, która miała zaledwie 17 lat, musiały pracować w głębi kopalni. Amalia, jako chorowita, nie pracowała a najmłodsza Stanisława (12 lat) miała chodzić do szkoły.

Każdy z pracujących miał wpisane w książeczce po dwie osoby nie pracujące. Na podstawie takiej książeczki dostawało się pół funta chleba na osobę, a zdarzało się, że zanim doszło się w kolejce do sklepu to już nic nie było. Praca w kopalni była bardzo ciężka. Przerzucanie łopatą ciężkich kamieni był to trud po-nad siły. Po prostu kamień nie chciał iść na łopatę. Jednego dnia Aniela pokłóciła się z dozorcą, że tak mało płaci za robotę, chociaż starają się pracować sumiennie, może lepiej niż mężczyźni. Od tego czasu zaliczono tę grupę niewiast do „stachanowców”, ponieważ wyrabiały 100% normy. Otrzymały zapłatę „stachanowców” i tyleż premii. Aniela miała teraz więcej pieniędzy, mogła kupić materiał i poszyć trochę odzieży, kupiła też watę i materiał na kołdry. Był kłopot z opałem. Czasem przynosiły z kopalni parę kawałków drzewa, które służyły do robienia stempli w kopalni. Stasia chodziła po stepie szukając „kiziaki”, to znaczy suche wydzieliny zwierzęce, którymi paliło się w piecu, dodając trochę suchej słomy – tak robili Kazacy. W ten sposób można było coś ugotować.

W kopalniach były nieraz takie miejsca, gdzie trzeba było pracować na leżąco, wybierać przez godziny kamienie i przerzucać je z miejsca na miejsce. Praca była na 3 zmiany. Co dwa tygodnie wypadało pracować w nocy, co było bardzo uciążliwe, bo trudno było przestawić się na spanie w dzień. Świąt nie było, był tylko „wychodnyj” co 6 dni, gdy dzień wolny wypadł w niedzielę by-iśmy zadowoleni, ale to często się nie zdarzało. Na Boże Narodzenie, na Wielka-noc i inne święta, pracowało się jak co dzień, jeśli nie wypadł „wychodnyj”. Najwięcej nacierpieliśmy się w zimie z powodu wielkich mrozów, 40 stopni poniżej zera. W drodze do pracy nie można było iść normalnie, tylko biegiem, bo groziło zamarznięcie. W lecie, przy wychodzeniu z kopalni, byliśmy zagrożeni utratą wzroku z powodu oślepiającego blasku słońca i wielkich upałów. Trzeba było przymykać oczy, by je chronić przed rażącymi promieniami.

W pracy naszej byłyśmy stale narażone na utratę dziewictwa. Umyślnie rozdzielano nas pojedynczo i namawiano do złego. Łaska Boża strzegła nas w tym niebezpieczeństwie. Aniela najbardziej lękała się o najmłodszą siostrę Stasię, gdyż była pozostawiona samej sobie. Rodzice pozostawali w domu, a ona musiała stać w kolejce za chlebem. Zdarzyło się, że pewna Rosjanka zaproponowała Stasi pracę w swym domu w charakterze opiekunki do dzieci. Aniela ucieszyła się z tej propozycji w nadziei, że przynajmniej nie będzie cierpieć głodu. Lecz wkrótce potem żałowała, że się na to zgodziła, myśląc że naraziła Stasię na wielkie niebezpieczeństwo. Na szczęście Rosjanka nie było zadowolona z jej pracy i odprawiła do domu. Wieczorem musiałyśmy ryglować drzwi, bo się do nas dobijano. Na każdym kroku groziło nam niebezpieczeństwo, ale Pan nas obronił.

W tym czasie zachorowała nasza mamusia na tyfus. Chcieliśmy oddać ją do szpitala, ale nie chciała się na to zgodzić. Lekarstw nie było żadnych, nie było również nic do jedzenia. Stan mamy pogarszał się. Spałyśmy razem na jednej pryczy. Do pracy musieliśmy chodzić, nikt nie mógł zająć się chorą. Dnia 26 marca 1941 r. Aniela dała mamie trochę chleba z mlekiem, zjadła ten posiłek, choć od kilku dni nic do ust nie wzięła. Wybieraliśmy się do pracy, wtem Mama wstała, podeszła do Anieli mówiąc: „zawieź mnie do szpitala”. Widzieliśmy na jej twarzy cień śmierci, więc poprosiliśmy by się położyła, tłumacząc, że nie miałaby siły do tej jazdy. Położyła się i pytała czy nie mamy wiadomości od Tadeusza i Gieni. Stasia zaczęła głośno płakać. Tatuś uspokajał ją mówiąc, że to przeszkadza mamusi umrzeć. Mama poprosiła Anielę, by położyła jej rękę na sercu i trochę potarła, w tej chwili serce przestało bić. Została pochowana na cmentarzu miejscowym, pomodliliśmy się nad grobem; w tym mieście nie było żadnego kapłana. Tatuś nie był na pogrzebie, był za słaby.

Amnestia

W tych kamieniołomach byliśmy rok i parę miesięcy. Nastąpiła amnestia (dzięki generałowi Sikorskiemu) można było jechać, gdzie kto chciał. Ludzie naradzali się dokąd jechać? Mówiono, że będą razem wyjeżdżać z Syberii, tym - czasem okazało się, że wyjeżdżają grupami, cichaczem. Obawialiśmy się, że zostaniemy tu sami, ale czy tatuś przetrzyma taką podróż? Po naradzeniu się z tatusiem postanowiliśmy jednak udać się w tą nieznaną drogę. Spakowaliśmy rzeczy i pojechaliśmy na stację Brieby koło Czelabińska, na granicy z Kazach-stanem. Była tam masa narodu różnego kalibru a najwięcej Żydów. Nikt nie wiedział dokąd jechać. Co jakiś pociąg nadjechał, wszyscy tłoczyli się do niego i nie dopuszczali do wejścia. Udało nam się kupić kilka ładnych bochenków chleba. Nadjechał pociąg, do którego pozwolono nam wejść. Weszliśmy i szukaliśmy naszego chleba, nigdzie nie ma! Ktoś się nim uraczył, chwycił, gdy wrzucaliśmy do wagonu nasze pakunki. Gdzie go szukać? Każdy był głodny, więc cieszył się taką zdobyczą, a nam do głowy nie przyszło, że ktoś nam za-bierze chleb. Jechaliśmy tak blisko 3 miesiące prawie bez jedzenia. Raz udało nam się kupić kawałeczek chleba i kawałek pieczonego kurczęcia i to Aniela dawała tatusiowi. My chrupaliśmy po trochę suchy groch. Jechało się na ślepo, nikt nie wiedział dokąd jedzie. Trudno powiedzieć, ile razy wyrzucano nas z pociągu, wtedy mieszkaliśmy pod gołym niebem, czekając co dalej będzie. Przydały nam się wtedy kołdry poszyte na Syberii. Służyły jako przykrycie, zwłaszcza gdy padał deszcz lub śnieg.

Wreszcie znów kazano nam pakować się do jakiegoś pociągu i dalej ta sama historia. Czasem pociąg stawał na jakiejś stacji, więc ludzie po upewnieniu się, że postój potrwa kilka godzin, wychodzili na zakup żywości, a tu pociąg ruszał i rodziny rozbijały się. Widząc to, uważaliśmy bardzo, by się nie rozdzielać. Jechało się tak bez zmiany bielizny, ubrania, bo nie było gdzie i jak prać. W wagonach były półki do spania, na których spali Żydzi, a my siedzieliśmy po kątach, jak i gdzie się dało. Z górnych półek sypały się wszy jak groch. Całe towarzystwo było zawszone do ostateczności; było to jedno „mrowisko” wszy.

Na pewnej stacji pociąg stał kilka dni, a do jedzenia nic nie było. Ludzie rozeszli się po polach, gdzie były stosy makuchów, rosła tam bowiem wata. Z nasienia wytłaczano olej, a łuski z ziaren zbijano w kształcie cegły, które dawano bydłu. Zgłodniali ludzie usiłowali jeść te makuchy, poszliśmy więc i my pozbierać trochę. Gdy mieliśmy już zebrany pewien zapas, poszliśmy do wagonu a Aniela jeszcze została. Zaledwie odeszliśmy przychwycono Anielę na tej „kra-dzieży” i zaprowadzono do jakiegoś budynku, w którym było sporo żołnierzy ładujących karabiny. Aniela myślała, że ją zabiją a my z tatusiem pojedziemy dalej i nawet nie będziemy wiedzieli, co się z nią stało. Pytają ją dlaczego zbierała ma-kuch. Udając, że go je, zaczęła robić im wyrzuty, że trzymają nas tak długo w polu i bez jedzenia, więc cóż mamy robić? Po długim śledztwie wypuszczono ją. Z radością biegła do wagonu, zdążyła na czas. Część naszego transportu, w tym większość Polaków, przeznaczono do kołchozu poza rzeką Amu-Darią.

Okropna rzeka Amu-Daria

Wieziono nas barkami do transportu zwierząt, zatłoczonymi po brzegi. Padał deszcz, był mróz, ślisko. Ludzie jak muchy wpadali do rzeki, czasem ktoś się ześlizgnął ale nikt go nie szukał. Umierali masowo, trupy wrzucano do rzeki. Czasem zatrzymywano się przy brzegu i do jakiejś jamy przybrzeżnej pakowano trupy, takie były pogrzeby. Jechało się tym statkiem dwa tygodnie i znów bez jedzenia. Gdy dzisiaj to wspominamy, wierzyć się nie chce, że tak było i że człowiek to przetrzymał.

Wyładowano nas w kołchozie Marks, gdzie mieliśmy być zatrudnieni przy zbieraniu waty. Umieszczono nas w ciasnych komórkach, podobnych raczej do psiej budy niż do izby mieszkalnej. Raz czy dwa dano nam małe lepioszki, pieczone na górnej części pieca. Piece były okrągłe, mocno rozgrzane, na górną ich powierzchnię rzucano trochę ciasta, które po upieczeniu samo od-padało. Korzystając z tygodniowej przerwy w podróży, popraliśmy naszą bieliznę i odzież. Mogliśmy nareszcie pozbyć się insektów.

Jednego dnia Aniela wybrała się w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, idąc przez długi most spotkała polskiego żołnierza, który zapytał o cel jej wędrówki i powiedział, by natychmiast wracała i pakowała rzeczy, gdyż oni zbierają Polaków. I znów jechało się przez tę straszną rzekę przez dwa tygodnie bez jedzenia. Była mała kuchenka, na której można było gotować, jeśli ktoś miał coś do gotowania. Narodu była masa, wiele rodzin z dziećmi i one miały pierwszeństwo. Raz tylko udało się Anieli spuścić na sznurku garnek i nabrać trochę wody, w której ugotowała trochę mąki. Zrobiła się taka „mazia”, lecz to był dla nas specjał. Zjedliśmy po trochę tej niby zupy i dalej nic… Niektórzy ludzie byli trochę lepiej zaopatrzeni. Mieli w torbach jakieś suchary, nie wiadomo skąd. Kilka razy udało się Anieli wyjąć parę sucharków komuś z torby i podzielić z rodziną. Gdy się chciało dostać trochę wody, trzeba było spuszczać wiadro na sznurku i nabrać tej brudnej wody. Gdy się wiadro wyciągnęło, trzeba było wodę wylewać, tyle w niej było odchodów ludzkich. Próbowało się raz, drugi i trzeci, aż się wyciągnęło trochę niby czyściejszej wody i to się piło. Dobrze jeszcze, gdy się dało ugotować wodę, ale trudno było docisnąć się do kuchenki. Nic więc dziwnego, że później wszyscy pochorowali się na tyfus. W drodze po-wrotnej znów nabawiliśmy się wszy od towarzyszy podróży.

Uzbekistan

Po zejściu z tych barek zostaliśmy rozrzuceni po kołchozach w terenie, tak, że jedni o drugich nic nie wiedzieli. Wieziono nas na wielbłądach, wysadzono już późnym wieczorem pod jakimś domem uzbeckim i tak spędziliśmy noc, a deszcz padał. Rano przydzielono nam jakąś izbę, w której nic nie było, tylko gołe ściany. Na środku była dziura, w której tubylcy palili i w ten sposób ogrzewali domki, lecz mieli całe dachy, nasz dach był dziurawy. Nasze kołdry i materace znów się przydały. Ułożyliśmy je na ziemi i tak jedno przy drugim leżeliśmy. Było to w grudniu, padał deszcz ze śniegiem. Jako pożywienie dawano nam mieszaninę różnego gatunku zboża razem z prosem. Wiozło się do młyna, z mąki gotowało się zupę lub piekło placki bez tłuszczu, bez soli, bez cukru.

W kołchozie Kizykuszim (koło Kitabu), w którym nas zatrzymano, mieliśmy być zatrudnieni przy zbieraniu waty, jednak zaraz po przybyciu Jula zachorowała na tyfus, a po niej tatuś i siostra Amalia. Julia po miesiącu wyzdrowiała, choć nie było lekarstw ani dobrego odżywiania. Tatuś i Amalia dalej chorowali. Serce nam się krajało, że nie mieliśmy co dać jeść tatusiowi. On raz powiedział do Anieli: „Czy nie mogłabyś jakiegoś psa zabić i dać trochę do zjedzenia?” Udało się Anieli kupić trochę koniny, zgotowała rosół i dawała tatusiowi po łyżeczce. Stan jego stale się pogarszał, charczało mu w płucach i bardzo cierpiał. Aniela prawie całą ostatnią noc przesiedziała przy tatusiu. Rano Aniela była sama, inne siostry były zajęte zbieraniem waty. Poszła po brata Józefa, który mieszkał z żoną w izbie obok. Dała jeszcze trochę rosołu tatusiowi, ale w tej chwili umarł 13 stycznia 1942 r. Józef ubrał tatusia w jego ładne ubranie. Miejscowi ludzie oburzali się, że takie ubranie dajemy do grobu. Daliśmy mu co miał najlepsze. Uzbecy mają zwyczaj chowania zmarłych bez trumny. Nie mogliśmy się na to zgodzić. Wreszcie znalazł się jakiś Żyd, też wywieziony z Ukrainy, który wytłumaczył im nasze zwyczaje, zbił z desek trumnę, potem wy-kopał grób, jeśli to można nazwać grobem, parę kroków od naszej „budy”, na małej łączce wygrzebał dziurę i tam tatuś został pochowany. Zrobiliśmy krzyżyk z patyków i chodziliśmy się tam modlić, dopóki jeszcze trzymaliśmy się na nogach. Za parę dni zachorowałyśmy wszystkie, na nogach była tylko Julia, która już wyzdrowiała po tyfusie, brat Józef i jego żona Michalina.

Uzbecy przychodzili do nas, bo przecież miałyśmy pracować przy wacie, a widząc naszą sytuację, siadali wokół nas w kucki, mówiąc: „hamusyn kasał, ha-musyn kasał”, co znaczyło: wszystkie chore. Leżałyśmy wszystkie na ziemi, Aniela zaczęła na nich krzyczeć: „dajcie nam łóżka, dajcie piecyk, jak tu mamy żyć?” I rzeczywiście dostałyśmy dwie prycze i piecyk. Miejscowi ludzie jakoś i bez tego obchodzili się, palili na środku chałupiny, w której mieszkali i tam też gotowali. Nad pryczami rozciągnęłyśmy koce w formie dachu, gdy padał deszcz. Chroniłyśmy się na pryczach, gdyż na ziemi płynął potok. Na jednej pryczy było nas trzy a na drugiej dwie, to jest najmłodsza Stasia i Amalia, która niedługo po tatusiu umarła. Aniela chociaż chora nie mogła się położyć, tylko siedziała na pryczy, bo Julia, jedyna, która trzymała się na nogach, płakała, gdy tylko Aniela położyła się. Jula mówiła: „Ty umrzesz a z kim my zostaniemy i co same zrobi-my?” Aniela musiała udawać zdrową. Brat i siostry zdawały sobie sprawę, że zbliża się koniec życia Amalii, która zachorowała jednocześnie z ojcem. Nie mogliśmy jej w niczym pomóc. Leżała Amalia na pryczy razem ze Stasią, która mając wysoką gorączkę o Bożym świecie nie wiedziała. Wstawała od czasu do cza-su, by po błotnistej podłodze dowlec się do wiadra i zaczerpnąć dzbanuszkiem trochę zimnej wody. Nie piła jej nawet, ale chciała ją mieć przy sobie. Aniela też cierpiała z pragnienia, ale miała na tyle przytomności, że jej nie piła. Wodę braliśmy z rowu, który był niedaleko, ale jak woda postała, to pół wiadra było samego błota. Trzeba było wodę gotować, ale i tak nie była zdrowa do picia. Jednej nocy, gdyśmy z trudem pozasypiały, bo niełatwo jest zasnąć przy wysokiej gorączce, nasza siostra Amalia umarła, było to 15 lutego 1942 r. Aniela z wysiłkiem zwlekła się z pryczy, by ubrać naszą biedną Amalię. Zapytała się Stasi, czy da Amalii swoją ładną sukienkę, którą bardzo lubiła. Wyraziła swą zgodę, ale okazało się, że wcale tego nie pamiętała i później, po wyzdrowieniu, szukała swojej sukienki, nie wiedząc, gdzie się podziała. Zrobiliśmy katafalk z chrustu i patyków, położyliśmy na nim Amalię, która leżała tak kilka dni, aż znów ten sam Żyd wykopał dół obok grobu tatusia i tam ją pochował. Żadna z nas nie mogła wziąć udziału w tym pogrzebie, choć odległość wynosiła zaledwie kilka kroków, był tylko brat Józef z żoną. Oni jakoś przetrwali, a właściwie przetrwała tylko bratowa Michalina, bo brat umarł w Teheranie w Persji.

Gdy jako tako przyszliśmy do zdrowia, zostało nas tylko cztery: Aniela. Joanna, Julia i Stanisława oraz brat Józef z żoną. Chodziliśmy do pobliskiego miasteczka Kitab przez rzekę, by na targowisku sprzedać resztki naszego dobytku, za co można było kupić trochę cebuli i kobylego mleka, które było tak kwaśne, że wykrzywiało twarz przy piciu. To wszystko pomogło nam do odzyskania nieco sił po tym strasznym tyfusie. Dowiedziałyśmy się tam od ludzi, że gdzieś zbierają się grupy na wyjazd z Rosji, ale nie wiedziałyśmy, gdzie są te punkty dla Sybiraków. Aniela wybrała się jednej niedzieli z bratem Józefem i jego żoną, by się czegoś pewniejszego dowiedzieć, Deszcz tego dnia padał bez przerwy. Rano udało się przejść w bród przez rzekę do wskazanego przez ludzi miejsca. Po cało-dziennym deszczu rzeka tak wezbrała, że nie można było przebrnąć przez nią. Szliśmy za jednym Uzbekiem, który znał dogodne przejście, ale w pewnym miejscu napotkaliśmy okropny wir. Uzbek zawrócił i nam kazał zrobić to samo. Szliśmy w ubraniu i butach, bo i tak wszystko na nas było przemoknięte. Szliśmy wszyscy troje, trzymając się pod ręce i w pewnym momencie brat Józef upadł do wody i woda zaczęła wszystkich unosić. Aniela krzyknęła: „Jezus Maryja, idzie-my z wodą”. I o dziwo, Aniela podniosła brata i wrócili do tego samego brzegu. Okazało się, że trzeba iść około 2 km w przeciwnym kierunku od naszego mieszkania by znaleźć bród, gdzie na koniu przewożono ludzi przez rzekę. Zimno było niesamowite i to nie dawno po chorobie, ale jakoś nic złego nam się nie stało po tej kąpieli i przejściu 6. km w mokrym ubraniu.

Droga do wolności

Gdy dowiedzieliśmy się, gdzie ludzie zbierają się do wyjazdu z Rosji, po-prosiliśmy naszych Uzbeków by nas odwieźli do danej miejscowości. Dali nam rzeczywiście wóz o dwóch kołach, bo innych tam nie ma, zaprzęgniętych w dwa woły. Gdy już władowaliśmy wszystkie nasze rzeczy, Uzbecy zwrócili się do nas w tych słowach: „Nigdzie nie pojedziecie. Myśmy was karmili a wy nie pracowaliście”. Karmili nas co prawda takim zbożem, że bydłu daje się lepsze, ale co począć? Zaczęliśmy zrzucać z wozu co się dało, uzbieraliśmy cały stos tych rzeczy, dodaliśmy jeszcze skrzypce tatusia. Powiedzieli, że dosyć. Zgodzili się nas podwieźć, więc ruszyliśmy w drogę. Na środku rzeki woły odprzęgły się i poszły sobie a my zostaliśmy na wozie. Wszyscy jakoś przeszli przez wodę i dotarli do brzegu. Aniela była za słaba, więc jakiś mężczyzna ją przeniósł. Uzbecy połapali woły, zaprzęgli je i dowieźli rzeczy do brzegu. Gdyśmy dotarli do punktu zbiorczego dla uchodźców polskich w Krasnowodzku, odpadło już wiele trosk. Otrzymaliśmy jedzenie, ubranie i nawet trochę pieniędzy i już było bardziej „po ludzku”. Do Persji, do Pahlevi jechaliśmy okrętem przez Morze Kaspijskie. Była burza na morzu, wszyscy byli chorzy.

W kwietniu 1942 r. wysiedliśmy z olbrzymiego statku ledwo żywi. Na początku była kwarantanna, trzeba było przejść przez dezynfekcję, wykąpać się i przebrać się w czyste ubrania z darów amerykańskich. Wierzyć się nie chciało, że jesteśmy już na wolności. Niektórzy całowali tę wolną ziemię. Na brzegu czekały już na nas namioty. W Pahlevi byliśmy krótko, pojechaliśmy kilkoma transportami do Teheranu. Podróż była okropna. Góry wysokie a drogi wąskie. Ciężarówki pędziły z wielką szybkością. Były wypełnione po brzegi tobołami, na których trzeba było siedzieć, trzymając się „powietrza”. Kierowcy byli przeważnie pijani i pędzili prawie na ślepo, bo sami się bali, więc pili dla dodania sobie odwagi. Drogi były tak wąskie i strome, że w głowie się mąciło patrząc w dół.

W Teheranie mieszkaliśmy pod namiotami. Brat Józef chorował całą drogę i zaraz po przyjeździe do Teheranu zabrano go do szpitala i tam umarł 20 kwietnia 1942 r. Dowiedziałyśmy się później, że przed śmiercią prosił, by od-szukano mu żonę i siostry, ale nikt nie mógł tego dokonać w tym natłoku, gdzie więcej było chorych niż zdrowych. Z Teheranu zawieziono nas do Ahvazu, gdzie temperatura była wprost zabójcza +50º C. Ahvaz w języku perskim zna-czy piekło. Leżeliśmy pod namiotami, nie można było wyjść na zewnątrz w tym upale. Byłyśmy tam 5 miesięcy. Wracając jeszcze do Pahlevi i Teheranu. Persowie nosili w koszach gotowane jajka i rzodkiewki. Ludzie zgłodniali kupowali i nieraz jedli za dużo na raz i potem chorowali lub umierali.

Afryka – Tanganika – Kenia

W sierpniu wyjechał transport do Karaczi w Pakistanie. Byliśmy tam miesiąc. Następnie okrętem przewieziono nas do Afryki przez port Dar-es Salaam nad Zatoką Zanzibar do osiedla Kidugali. Było to osiedle przygotowane przez Anglików dla polskiej ludności. Domki były chyba specjalnie dla nas budowane, bo niepodobne do murzyńskich szałasów plecionych z bambusów. Sypiali oni na matach rozłożonych na ziemi, chodzili nago, lecz straż pilnowała, by Murzyni zatrudnieni w osiedlu, nie chodzili nago. Prosili nas o jakieś szmaty lub worki, w których wycinali dziurę na głowę i już koszula była gotowa. Chociaż dobrze pilnowano naszego osiedla, to jednak odwiedzali nas niekiedy Murzyni lub Murzynki całkiem nago, ale wtedy odprowadzano ich poza nasz teren.

Wieczorem nie można było wychodzić bez światła, bo lwy podchodziły pod domy. Gdy udało się tubylcom upolować lwa, była wielka radość w całym ich osiedlu. Murzyni oprowadzali procesjonalnie wóz z zabitym lwem tańcząc z radości. Simba, czyli lew zabity stanowił dla nich dzień święta. Bywały też polowania na boa-dusiciela. Wieszano go na wysokim drzewie a był tak długi, że sięgał aż do ziemi. Zdarzało się, że wydobywano z niego żywcem połkniętego zwierzaka.

Domki nasze były pokryte dachem, ale nie miały sufitów. Ponieważ było nas 4, więc przydzielono nam domek o czterech łóżkach. Wszyscy byli zatrudnieni odpowiednio do swoich umiejętności. Łazienki i toalety były wspólne dla wszystkich mieszkańców. Kuchnia też była wspólna, trzeba było iść z naczynia-mi po obiad i kolację. Wracając do toalet, był to duży hangar pokryty dachem,wewnątrz deski ułożone wzdłuż nad dziurami. W ten sposób kilkanaście osób mogło korzystać z toalety, ale nie było to bardzo przyjemne. Po zorganizowaniu szkoły, Stasia przerabiała kursy gimnazjalne i licealne w przyspieszonym tempie, by nadrobić czas stracony w Rosji. Uczyła się również haftu razem z Julią, nawet płacono za wykonane roboty, uczyła się również grać na fortepianie. Aniela pracowała w szwalni a Joanna była zatrudniona jako łączniczka.

Był w osiedlu duży kościół, który dawniej należał do protestantów. Był ksiądz, Niemiec, na msze św. przychodzili też Murzyni i bardzo ładnie śpiewali, ale w krótkim czasie kierownik osiedla, Anglik, zabronił Murzynom przychodzić na mszę św. razem z białymi i niedługo potem ksiądz Niemiec wyjechał. Parę miesięcy czekaliśmy na polskiego księdza.

W międzyczasie przez Czerwony Krzyż, dowiedzieliśmy się, że nasza siostra Eugenia została na Węgrzech, gdzie zawarła „białe małżeństwo” (zapłaciła za to) by otrzymać obywatelstwo węgierskie. Potem studiowała rzeźbiarstwo, lecz nie mogła w tym zawodzie pracować nie mając karty komunistycznej. Skończyła więc szkołę pielęgniarską i pracowała w szpitalu na dyżurach nocnych, miała trochę więcej czasu w dzień. Tam wstąpiła do Sióstr Serwitek Matki Boskiej Bolesnej, które na razie pod komunistami musiały się ukrywać. Brat Tadeusz przez Francję udał się do Anglii i tam ożenił się z Angielką Barbarą.

W tym czasie przyszło zawiadomienie, że dziewczęta mogą się zgłaszać do wojska żeńskiego jako „Pestki”. Postanowiłyśmy zgłosić się wszystkie, ale Stasia była za młoda, do Anglii pojechały tylko Joanna i Julia a Aniela i Stasia zostały w Kidugali. Pewnego dnia przyjechał do osiedla ksiądz Słapa na wizytację szkoły i na lekcji religii oznajmił, że w Kenii znajdują się zakonnice, które też przeszły przez Rosję i które przyjmują zgłoszenia do zakonu. Nie znałyśmy tych sióstr, ale napisałyśmy obydwie o przyjęcie. Gdy rozeszła się wiadomość po osiedlu o naszym postanowieniu, powstało wielkie zdziwienie. Nie mogło się to ludziom w głowie pomieścić, bo nie różniłyśmy się niczym od innych, chyba tylko tym, że chodziłyśmy co dzień na mszę św. Z wyborem Anieli łatwiej im było się pogodzić, ale po co bierze ze sobą dziecko? (Stasia miała 18 lat). Nawet jedna rodzina chciała zaadoptować Stasię, byle tylko nie jechała do zakonu.

Wyjazd do Kenii

W niedługim czasie przyszło do kierownika osiedla zawiadomienie, że ma nas wysłać do Kenii, do Rongai. W ostatni wieczór urządzono nam piękne pożegnanie przy obficie zastawionym stole, przeciągnęło się ono do późnych godzin i z nadmiaru wrażeń zapomniałyśmy nakręcić budziki. Obudził nas Murzyn, który miał nas zawieźć na stację. Tam spotkałyśmy pannę Wiktorię Malenczak, późniejszą s. Krystynę, z osiedla Ifudy, która też jechała jako kandydatka do zakonu. Podróż trwała około 2 tygodnie, ale nie miałyśmy żadnych kłopotów, gdyż koszta podróży, jak i wyżywienie, były z góry przez kierownictwo zapłacone. Dnia 15 lipca 1946 r. stanęliśmy na miejscu. Po raz pierwszy zobaczyłyśmy Siostry Nazaretanki, nigdy wcześniej ich nie widziałyśmy ani nie wiedziałyśmy, że takie istnieją. Ubrane były w białe fartuchy, prawdziwe habity nazaretańskie zobaczyłyśmy dopiero 15 sierpnia, gdy 10 sióstr składało śluby wieczyste. Welonik postulancki otrzymałyśmy 20 lipca a razem w nami była też przyszła s. Danuta i s. Elżbieta. Nie pamiętam imion wszystkich Sióstr. Przełożoną była Matka Regina a s. Alfonsa mistrzynią nowicjuszek. W Rongai byłyśmy około roku.

W 1947 r. władze angielskie zaczęły likwidować obozy. 8 sióstr pojechało do Polski, 2 miały jechać do Ameryki a 8 Sióstr i 5 postulanek do Anglii do szkoły w Pitsford. 26 sierpnia okręt Langiby Castle wypłynął z Mombassy. Ponieważ Morze Czerwone i Śródziemne były pełne min, okręt płynął dookoła Afryki. Miałyśmy szczęście zwiedzić wszystkie miasta portowe i wszędzie spotykałyśmy przyjaznych ludzi. Do Anglii, do Londynu, przyjechałyśmy 9 listo-pada. Witano nas serdecznie w Enfield, gdzie przełożoną była Matka Ancilla. Na drugi dzień udałyśmy się do Pitsford, gdzie czekały na nas s. Beata i s. Bonoza oraz około 20 dzieci. Wielkie wrażenie zrobił na nas ten książęcy pałac i park, ale dość obrabowane podczas wojny. Zaraz na drugi dzień poszłyśmy zbierać ziemniaki na polu.

Wyjazd do Rzymu i do nowicjatu nastąpił w marcu. Po rekolekcjach miałyśmy obłóczyny 19 marca 1948 r. w Albano. Nie prosiłyśmy o imię: Aniela otrzymała imię Klemensy a Stasia Alicji. Przeżyłyśmy bardzo głęboko te ceremonie. Po nowicjacie pierwsze śluby miałyśmy w Albano w dniu 25 marca 1950 r. s. Klemensa po ślubach pełniła przez 5 lat obowiązek szafarki w domu paryskim a s. Alicja w Rzymie, na Machiavelli, uczyła się języka włoskiego, muzyki oraz była towarzyszką na wyjścia do miasta. Pomagała też Matce De Lourdes pisać na maszynie i na powielaczu konferencje Naszej Matki Założycielki. Pod koniec 1955 r. pojechałyśmy obydwie do Nowicjatu do Albano na przygotowanie do wieczystych ślubów, które złożyłyśmy w Rzymie na Via Machiavelli w Domu Macierzystym 17 marca 1956 r. Siostra Klemensa została na Via Machiavelli pełniąc funkcję ekonomki do 1964 r., następnie była ekonomką w nowym domu generalnym na Via Nazareth aż do śmierci 17 maja 1987 r. Siostra Alicja po wieczystych ślubach była w Albano organistką i ekonomką. W An-glii była pod koniec 1957 r, i w r. 1958 by zastąpić s. Benedyktę, która była wychowawczynią gimnazjum a która pojechała na przygotowanie do ślubów wie-czystych. Po powrocie s. Benedykty, s. Alicja wróciła do Albano, gdzie była ekonomką i organistką a równocześnie jeździła do Rzymu, by zastąpić chorą organistkę M. Krystynę. W 1960 r. otrzymała licencjat muzyki i śpiewu gregoriańskiego. We wrześniu 1965 r. została wysłana do Francji do Sallaumines na prze - łożoną. Musiała uczyć się dopiero języka francuskiego, zwyczajów tego kraju i regionu, sposobów uczenia katechizmu itd. Dom w Sallaumines był otwarty w 1959 r. Na początku było 5 sióstr, potem 4, potem 3. Na końcu zostało nas tylko dwie s. Ewa i s. Alicja. Byłyśmy we dwie przez 6 lat. Pracy było dużo w parafii: katechizacja, odwiedzanie chorych itd. Siostra Ewa umarła nagle 11 lipca 2002 r. Siostra Alicja nie mogła zostać sama, bo życie zakonne jest we wspólnocie, prze-niosła się do Paryża do Sióstr na rue de Vaugirard.*

*Redakcja „Zesłańca” serdecznie dziękuje Pani Prof. dr hab. Elżbiecie Treli-Mazur z Uniwersytetu Opolskiego za przekazanie nam wspomnieć s. M. Alicji przebywającej w domu zakonnym w Paryżu.

Wojna rozproszyła nas po całym świecie: Mama umarła i jest pochowana w Kazachstanie; Tata i siostra Amalia umarli i są pochowani w Uzbekistanie; brat Józef umarł i pochowany był w Teheranie; Aniela, siostra Klemensa, pochowana w Rzymie; Eugenia, siostra Filipa, pochowana na Węgrzech; brat Tadeusz pochowany w Anglii. Żyjący: Joanna, s. Dolores, mieszkała w Ameryce, New Jersey (zmarła 11.06.2006 r.); Julia z mężem Michałem Szypowskim są w Kanadzie w Kingston (syn i córka), oboje zmarli w 2007 r.; Barbara, bratowa jest w Anglii (1 córka, 2 wnuczki).

                          + Ufam, że wszyscy spotkamy się w niebie.



/ Źródło : Zesłaniec/


RELACJE Z ZESŁANIA


By czas nie zatarł śladów naszych doświadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzyć nowy dział po-święcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłają propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” poświęcony Matkom-Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

W przyszłości podobny monograficzny numer naszego pisma chcemy przeznaczyć na opisanie losów polskich dzieci na zesłaniu. Wiemy też z napływającej do redakcji korespondencji, że z artykułów publikowanych na łamach „Zesłańca” korzystają uczniowie oraz nauczyciele historii, uważając publikowane w nim teksty za ważny materiał uzupełniający podręczniki szkolne.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje w pewnym sensie do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz do serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Głównego Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane są także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth, przewodniczącej tamtejszej Komisji Historycznej. Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacimy polską historiografię o cenne źródła dotyczące zesłań Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony byłego Związku Radzieckiego. (red.)




♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękujemy za czas, który poświęciłeś, aby być tu z nami.
Mamy nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.