♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

niedziela, 4 czerwca 2017

Wspomnienia- Irena Bereśniewicz


                              
                                          ♦Wspomnienia- Irena Bereśniewicz♦

Trwoga 10 lutego 1940 roku.

W nocy z dziesiątego na jedenastego lutego nie spał nikt w sąsiedztwie. Już z wieczora rozeszła się wieść, że do najbliższego miasteczka nadciągnęły dziesiątki chłopskich wozów i całymi korowodami oczekiwały na rozkazy przed tamtejszym NKWD. Drobni osadnicy, sąsiedzi zza lasu, zebrali się u tatusia i długo w noc prowadzili rozmowy próbując cokolwiek zrozumieć, wywnioskować. Jedynymi wiadomościami, jakie były jakieś niezrozumiałe, to pełne politowania słowa Żydów, ale ci znając tajemnicę, nie wydali jej jednak. Mężczyzn może zabiorą do wojska? Czyli tatuś i brat, który ledwie uciekł z sowieckiej niewoli i krótko był w domu? Więc uciekać? Dokąd? Po stronie niemieckiej tak samo. Na południe? I wiem, że zapadło postanowienie, że ktoś musi zostać w domu prócz kobiet – może jednego tylko wezmą, w takim wypadku drugi zostanie, by na chleb zarobić.

Zajadłe szczekanie psów postawiło nas na nogi. Widziałam jak rodzice przeszli przez pokój – ubrani, jak z wieczora – nie kładli się spać tej nocy. Brat mój, osiemnastoletni chłopak, zmęczony jeszcze niedawnym więzieniem, spał jak i ja, i zerwał się również na walenie w drzwi. Dobrze znajome słowa: – otkrojtie! Tyle razy już byli tak nocą, czy późnym wieczorem i znów – po co te-raz? Patrzyliśmy z bratem na siebie nie podnosząc się nawet z pościeli. Wwalili się do naszego pokoju: enkawudzista i „nasza” milicja uzbrojona w karabiny. Broni już dawno nie było w domu prócz jednej dubeltówki, ale oni muszą prze-prowadzić rewizję. Siedząc 



nieruchomo na łóżku patrzyłam jak rozeszli się po pokojach. Tatuś jeszcze coś mówił do tych ludzi, których znał tak dobrze, którzy tu przychodzili po pracę w lesie i po swą zapłatę za tę pracę, którzy nawet w najstraszniejszych czasach grabieży okolicznych osad i majątków nas oszczędzili – tatuś znał ich rodziny, ich domy, bywał tam nieraz w potrzebie, nieraz z pomocą. Dziś wszyscy byli obcy, milczący.

Po rewizji pozwolono nam poruszać się i ubrać. Kiedyśmy zebrali się razem, enkawudzista kazał nam uważnie słuchać: Ukaz o przeniesieniu naszej całej rodziny do Wschodniej Białorusi. Będziesz tam pracował – zwrócił się do tatusia – jak tutaj, jako leśniczy, dzieci starsze, jak nie zechcą się uczyć, będą pracowały. Dostaniecie wszystko: dom, odzież, jedzenie, pieniądze.

Za dwie godziny trzeba było się zabrać. Milicja pomagała składać odzież, starając się byśmy przypadkiem wszystkiego nie wzięli. Jedzenie tylko na drogę - mówili. A ile dni miała trwać ta droga? Na to odpowiedzi nie było. Enkawudzista spojrzał po ścianach, kazał zdjąć obrazy. Niechęć we mnie wezbrała: po co? – pytałam hamując wybuch złości. Rozpadało się przecież wszystko, co dotąd istniało

– kończyło się. Czułam przecież, pamiętałam na podstawie opowiadań rodziców, że teraz idziemy śladami tych, co kiedyś, przed laty tak samo szli, to nie był wy-jazd do Wschodniej Białorusi… I tak patrząc na wszystko, co się pakowało, milczałam i tylko zdawało mi się, już i życie się kończy nawet, i przecież od tej chwili nie będzie już nic potrzebne. Ktoś podniósł ze stołu haftowaną serwetę – popatrzyłam już tym razem z wściekłością, to bolszewik zdejmował wszystko, co mu nawinęło się pod rękę i rzucał wszystko w otwartą walizę. Wyrzuciłam z powrotem. Po co to wszystko? Po co te drobiazgi? Życie się kończy, dom trzeba rzucić, a wszystko to należy do domu – w obcym lesie niepotrzebne. Bolszewik zaś podniósł to wszystko raz jeszcze z ziemi i włożył z powrotem mówiąc, że i to się przyda… Czy miał w sobie coś ze współczucia może? Czy też robił to tylko dlatego, że znał swój kraj, że wiedział, że za te rzeczy może kiedyś można będzie dostać kawałek chleba? Bo w szerokiej Rosji tych przedmiotów nie ma, bo nie ma na nie czasu… Temu właśnie „ludzkiemu” enkawudziście zawdzięczaliśmy potem, że o parę miesięcy mniej było strasznego głodu. Inni bowiem nie pozwalali zabrać nawet najpotrzebniejszych do życia przedmiotów.

Stanęły przed domem sanie załadowane rzeczami. Milicjanci wynosząc na nie rzeczy kradli co się dało. Za nami został dom pusty, mróz przez pootwierane drzwi tylko wchodził. Rozrzucone meble i sprzęty. Psy przypadły nam do nóg. Siostra moja, jedenastoletnie dziecko, z płaczem tuliła do siebie małe kociątko: – Sybiraka nie zostawię, mamo. Mamusia podniosła wzrok na bolszewika. – Niech bierze, byle tylko innym w wagonie nie przeszkadzał. Na prośbę dziecka i psy z nami poszły, odprowadziły nas do stacji i wróciły do pustego domu.

Mróz tego dnia był straszny, ponad 40 stopni. Słońce wstało czerwone, płomienne, a zimno straszliwe. Śnieg głęboki leżał – od lat takiego nie bywało – mienił się iskrami i zwisał ciężko na świerkach i sosnach. Czy to rzeczywiście ostatni raz tą drogą kazano rodzicom iść. Lecz mama chora na serce nie uszłaby i dziesięciu kroków, więc usiadła na saniach. Tatuś szedł może pół kilometra i nagle zestarzały, zgarbiony – jeszcze parę miesięcy temu na czterdzieści lat nie wyglądający mężczyzna – oparł się na sanie i iść już nie mógł dalej.

Trzydzieści parę kilometrów do stacji Stołpce jechaliśmy cały dzień. Co-raz dołączały do nas szeregi furmanek wioząc osadników, gajowych, leśniczych. Wśród osadnictwa jechała straszliwa nędza: malutkie dzieci od dwóch dni do roku prawie wszystkie zmarły uduszone często brakiem powietrza, gdy matki chroniły je od mrozu. Odbierano małe trupki, by rzucić nie wiadomo gdzie. Parę osób uciekło po drodze. Brat spojrzał na ojca, gdy przejeżdżaliśmy prze las …, zawahał się … i został.

Na bocznym torze długim szeregiem stały wagony. Był wieczór, kiedy załadowali nas do jednego z nich, Byli tam już inni. Zaledwie zdążyliśmy obejrzeć się, jak było nas siedem rodzin, ponad 35 osób w wagonie. Ciemno, tłok, płacz dzieci i starszych. Przepychamy się wzajemnie lokując się, jak można, na piętrowych pryczach po obu stronach wagonu. W środku był mały żelazny piecyk, po obu stronach zatłoczone rzeczy. Ktoś wyciągnął lampę. Zabłysło małe światełko, by do reszty przerazić wyglądem przerażonych, zmęczonych nie-ludzko starszych i dzieci. Gdy pierwszy strach minął, ludzie zaczęli oglądać się za jakimś miejscem, gdzie można było się jakkolwiek ulokować.

Byliśmy w wagonie z samymi osadnikami, część z nich to Białorusini mówiący po białorusku i nie zawsze przyznający się do Polski. Szczególnie tu nie było to wygodne, lepiej było być Białorusinem. Przywykli do ciężkiej pracy i prawie surowych warunków życia, szybko rozgościli się w wagonach uzyskując przewagę nad nami.

W nieznane

Którejś nocy zachwiały się koła wagonów po śniegu i pociąg ruszył. Dokąd? Nie wiedzieliśmy. W drodze żyliśmy prawie wyłącznie tym, co nam przy-nieśli do wagonu. Byliśmy zamknięci w wagonach i prawie nas nie wypuszcza-no. Ludzie zaczęli chorować. W drodze do Moskwy kraj był jeszcze zaludniony. Jechaliśmy na Wołogdę. Ślady życia były coraz rzadsze. Na niewielkiej stacji Wożegda stały furmanki kołchoźników. Na sanie wsadzano tylko chorych i dzieci maleńkie. Starsi szli piechotą, W ten sposób pognano nas na miejsce przeznaczenia.

Barak długi i mroczny, przedzielony tylko deskami na maleńkie klitki szerokości trzech, czterech metrów. Środkiem był korytarz, po obu jego końcach drzwi, najczęściej otwarte. W naszym kącie okienko było półmetrowe, z małych szybek złożone, zawiane śniegiem u dołu. Zdobyliśmy gdzieś jakieś ko-zły, trochę desek, więc też urządziło się wspólne na pięć osób posłanie. Chleba już nie było, zapas zabrany do pociągu skończył się. Od paru dni żyliśmy gotowaną kaszą bez okrasy. Zmęczeni nieludzko całodzienną drogą odbytą piechotą za pędzącymi saniami, nie pomni już na głód, układaliśmy się spać na tym prze-znaczonym już miejscu zamieszkania.

Następny dzień zbudził nas gwarem rozmów. Ludzie już domagali się chleba. Tego dnia okazał się cel naszego pobytu w lesie: kto chce jeść musi pracować. Tę odpowiedź usłyszały kobiety, matki kilkorga dzieci, które tu przy-wiezione same bez mężów, co zginęli gdzieś na wojnie albo zostali aresztowani, pierwsze poznały głód. Pierwsze też stanęły do pracy z siekierą w ręku, bo innej pracy nie było. Ubrane lekko, bo nie na tutejszy klimat, wyszły w las, pierwszy raz trzymając siekiery i piły, pozostawiając na opiece Bożej tylko małe dzieci. Czasem było ich siedmioro, a najstarsze dwunastoletnie. Śnieg głęboki, mróz, zimno, kilka kilometrów drogi do działki, którą przeznaczono rąbać. Nikt tam nie uczył. Stawały po trzy przy drzewie, nie wiedząc od czego zacząć. Szybko się nauczyły, by dać chleb maleństwom, co głodne, w brudzie i tłoku czekały na matkę – lesoruba, co wróci wieczorem z pracy, otrzyma awansem dwa lub trzy ruble, by za to kupić 2 kilo chleba na siedem osób. Czasem było święto – biały chleb – wtedy za trzy ruble było tylko półtora kilo, a gdy był jeszcze lepszy – to i jedno kilo.

Podobno od jedzenia można się odzwyczaić. Tak też i przywykły nawet dzieci do kromki chleba na dzień, a czasem – gdy kobiety poznały trochę pracę

– wyszły z niemi dwunastoletnie i dziesięcioletnie dzieci. Za to wieczorem matka dostała trzy ruble, chłopak 2 i było pięć. Za parę dni jednak bolszewicy na-uczyli się, dawali matce 2 a dziecku rubla i dalej było to, co na początku.

I tak przez pierwsze dnie nikt nie zmuszał do pracy. Na płacz kobiet i dzieci była jedna odpowiedź: - pracuj. Więc też powoli coraz to kogoś innego głód wyganiał do pracy. Mężczyźni szli sami, zresztą byli to przeważnie osadnicy, przywykli do pracy fizycznej, znali też pracę w lesie. Żony ich mogły zostać w domu przy dzieciach i te miały przynajmniej kąt jakiś ciepły, bo drzewa tu brak nie było, baraki śniegiem zasypane trzymały ciepło i … zaduch.

Codziennie odbywała się inspekcja posiołka. Szedł komendant, milicjanci. Na 12 metrach kwadratowych często mieszkało 12 osób i ta ciasnota potęgowana plagą wszy czyniła życie nieznośnym. Pracujące kobiety zostawiały swoje dzieci bez nadzoru i opieki – wszy je zjadały i rozchodziły się po całym baraku, po ścianach już wędrując. To wszystko nie obchodziło przeprowadzającym inspekcję. Jedyną ważną rzeczą było, aby była myta podłoga. Na pytanie czy dobrze wam się mieszka, wszędzie była odpowiedź, że ciasno. Popatrzyli po na-tłoczonym kącie i mówili, że to są zupełnie dobre warunki i że za parę lat, jak zbudujemy tu własne domy, będzie nam lepiej.

Kwiecień miał się ku końcowi. Czuć było, że jakaś zmiana następuje w tej krainie śniegów. Dnie stawały się długie, śnieg osiadał i na działkach wyrosły spod niego całe masy złomów i wywrotów. Wszystkie czarne, bezładne, po-łamane – strachem napełniały nas przywykłych do innego krajobrazu. Idzie lato i jakie ono będzie?

Wtedy któregoś wieczora zawołano nas jak zwykle na zebranie i odczytano listę nazwisk – na spław drzewa przeznaczeni. Starsi niechętnie odchodzili od rodzin i tak samo niechętnie opuszczali swe dzieci. Rodzice moi załamywali ręce, gdy usłyszeli, że i ja idę. A chciałam iść jak i moje współtowarzyszki, bo nas ciekawiła nawet ta wołogodzka tajga, skrawek jakiegoś świata poza posiołkiem, który był dotąd zakazany. Nie wolno nam było iść dalej, jak za obręb działki, którą rąbaliśmy. Chciałyśmy zobaczyć ludzi tutejszych, porozumieć się z nimi, może coś sprzedać, by nie żyć wyłącznie na trzech marnych rublach awansu, których na sam chleb nie starczało. Łudziliśmy się, że tam zarobimy więcej niż w lesie – tak nam zresztą mówili, a my ciągle nieuleczalni marzyciele sądziliśmy prawie wszyscy, że tak źle wiecznie traktować nas nie będą, że może wreszcie będzie zrobiony rachunek i dostaniemy wypłatę, tak upragnione ruble.

Intrygowała ta myśl o obiecanym lepszym zarobku i o zobaczeniu czegoś poza posiołkiem, z którego właściwie nawet wymknąć się nie było można, bo niedaleko się zaszło – dróg nie było. Były tylko trzy, zawiane śniegiem, rzadko kto nimi chodził czy jeździł. A gdyby zajść nawet do jednego kołchozu znajdującego się względnie blisko, to ludzie sami głodni obcemu jeść nie dali. Czyli o ucieczce nie było mowy, nie długo można iść będąc głodnym. Żadne państwo na świecie nie ma tak sprzyjających warunków do trzymania ludzi w niewoli, tu sama natura pomagała. Lasy, w które nas rzucili były podmokłe i puste, aż martwe. W zimie niedźwiedź śpi a poza nim nie ma tu prawie innych zwierząt. Czasem – parę razy w ciągu zimy – widziało się ślad zająca. Nawet wilki nie miały co tu robić i tak stały te olbrzymie puszcze niestrzeżone, dzikie, umarłe. Zimą zaraz za granicą posiołka, na każdym skraju lasu, stał głód – nie było po co iść, A wiosną potem, czy latem nie było drogi z puszczy, co rosła na bagnie. Jedyna droga, łącząca nas ze światem, stawała się bagniakiem – obejść ją to znaczyło zabłąkać się w ciemnym na pół uschniętym świerkowym lesie, tak podmokłym, że i mchy często nie chciały rosnąc, a ptaków się nie słyszało. Były w tej pustyni oazy, wzgórza, gdzie rosły brzozy i osiny, i przecudne, bujne, nie-północne życie wrzało. Było dużo tych oaz nie tak przy posiołku, gdzie już nasi poprzednicy Ukraińcy las wyrąbali, lecz dalej – setkami kilometrów ciągnęły się wciąż jednakowe lasy świerkowe bez śladu drogi czy osiedli. Gdzieniegdzie wśród nich błota kwaśną trawą porosłe, puste, bez krzaczka, bez krzewu. To już nie do przejścia nawet dla zwierząt. Łosie tam jedynie żyły i miały swe chody. Te łosie, których jeszcze nie dali rady wymordować tutejsi przywódcy ludu.

W takim więzieniu zamurowani, młodzi, wciąż jeszcze żądni wrażeń, choć głód zaglądał w oczy, ze strachem często wracający do domu, bo właśnie nie było awansu i w domu chleba nie będzie - nie dostanie go chora matka, ani mała siostra – szliśmy poza posiołek z radością prawie, że pewno tam będzie lepiej. W domu głodni nie będą, ponieważ [jeśli] ktoś odchodzi na spław, to było obiecane, że rodzina każdego dnia dostanie zań swoje trzy ruble awansu.

Śnieg jeszcze leżał, lecz droga zalana wodą. O parę kroków za posiołkiem stanęliśmy przed olbrzymim bagnem, na którym nie było pomostu, ani ścieżynki z kęp i korzeni. Od czasu do czasu krzaki, złomy w poprzek leżące albo śnieg czysty, biały a najzdradliwszy, bo nie wiadomo, jakie dziury pod nim pełne lodowatej wody. Na przedzie szedł przewodnik – brygadier, który odszukiwał prawdziwy szlak w tym labiryncie dróg jakichś niby, które nigdy drogami nie były, przeświecających się polanek, błędnych prześwitów i rozlanych gdzieniegdzie wód.

Szybko trzeba było zdecydować się, by nie zostać od innych w tym nie-znanym lesie. I tak moje sznurowane buciki, jedyne z Polski obuwie, jakie nadawało się niby do pracy, pogrążyły się w rozmiękłym śniegu i zimnej, lodowatej wodzie. Za parę chwil byłam już po kolana w wodzie i biegiem już prawie, by zdążyć za innymi. Lepiej już było tak biec po błocie, zapadać się na śniegu niż skakać na kępy, uciekające spod stóp. Na plecach zaczął uwierać za-wiązany tobół, a przewodnik pędził dalej, szybki i zwinny, w wysokich butach gumowych (które też chyba musiał mieć pełne wody, co nas pocieszało). Szyb-ko zniknęło pragnienie zobaczenia czegoś poza posiołkiem. Nogi kostniały od zimnej wody, ramion nie czułam od tobołu z [resztkani] bielizny, ubrania, Najcięższe były koce i ta siekiera, którą ciągnąć trzeba było. Przy końcu podróży nie chciało się już nic, tylko odpocząć. I głód już nawet nie dokuczał. Na wzgórzu baraki, takie same jak nasze, tak samo długie i niskie. Wskazano nam jeden,wszyscy tam mieliśmy być razem: kobiety, mężczyźni i podrostki po lat czternaście. Stały tam łóżka drewniane, na środku dwa duże piece.

Spław drzewa

Było już popołudnie. Nie zdążyliśmy zrzucić z siebie tobołów, jak za-miast odpoczynku czy pożywienia kazano nam zbierać się do pracy. Poszliśmy nad rzekę. Płynęła niedaleko, bo może z kilometr drogi tylko. Niezbyt szeroka, kręta, czasem płytka, czasem głęboka Na brzegach jej ciągnęły się długie do stu metrów stosy drzewa, raz leżące równo, czasem złożone na świeżo wyrąbanych działkach, gdzie rosły jeszcze młode drzewka. Dużo łez, bezsilnego żalu, zmęczenia i gniewu spowodowały te na pozór nieznaczące, wysoko ścięte, wiotkie zdawałoby się brzózki i osiny. Brygadier dał nam do rąk kije, kazał zaostrzyć siekierą i spychać nimi drzewo do wody. Pierwsze bierwiona na urwistym brzegu spadły nierówno i utknęły, za nimi inne zwaliły się same, na krzyż i w poprzek. Tak niespodzianie, że ledwo zdążyliśmy uskoczyć, by nam nóg nie poła-mały i nie zepchnęły swym ciężarem do wody. Długo męczyłyśmy się zanim puściłyśmy na prąd pierwszy zwał, Mokre już po pas od lodowatej wody, wszystkie sześć, jak stanowiłyśmy brygadę, po szesnaście lat zaledwie liczące, patrzyłyśmy na siebie, to na wodę, którą lód spływał wraz z bierwionami, to na stos drzewa, którego koniec był gdzieś daleko pomiędzy drzewkami w zapadniętej, pewno podmokłej dolince.

Następne dni przyniosły takie znużenie, że pracowałyśmy tylko jak auto-maty nie widząc, co się dzieje, śpiąc prawie. Budzono nas o w pół do trzeciej rano, zjadałyśmy w stołówce szczupłą porcję kaszy, najczęściej bez chleba, a o trzeciej długim sznurem schodziliśmy wszyscy nad rzekę. Wczesne północne zorze wstawały. Chłód przejmował, bo nocami przymrozki bywały, ścinające błoto, susząc nam ścieżynki, byśmy nóg nie zmoczyły zbyt wcześnie. Wysuszone na kość przy piecu buciki uwierały na nogach, ale były jeszcze przyjemne – suche. Tylko czasami już z rana trzeba było przeprawiać się na drugą stronę. Kładek ani łódek nie było. Były za to ciągle płynące cienkie i grube bierwiona, śliskie, czasami zbite przez prąd jak tratwa, czasem ruchliwe, rozrzucone. Po kilku dniach i paru nieprzyjemnych kąpielach umiałyśmy już przedostawać się na drugą stronę nie zmoczywszy się nawet. Takie proste – biegnie się tylko nie zatrzymują się ani na moment, bo kto się zatrzymał, był po pas lub z głową w wodzie, a suszyć się przy ognisku można było tylko pół godziny, nie dłużej i już trzeba było potem suszyć się na słońcu lub na chłodnym wietrze, gdy chmury niebo przysłoniły.

Godziny popołudniowe wlekły się niesamowicie długo. Czasem bywało cieplej, bo już śnieg schodził i nawet pierwiosnki wyrastały spod niego. O wtedy, gdy brygadier odchodził wzdłuż brzegu, kładłyśmy się na zmianę na stosie drzewa, gdzieś pomiędzy olbrzymie, dość rzadko ułożone osiny i zasypiałyśmy jak kamień. Pod spodem był lód jeszcze, a po wierzchu biegały już olbrzymie masy jaszczurek, bo w kraju tym życie nie czekało nigdy aż ostatni lód i śnieg zginie. Smutno było, gdy przyłapano którąś na takim odpoczynku. Wieczorem nie otrzymywała awansu i głodna musiała iść spać, a czasami nawet szło sprawozdanie do komendanta posiołka i już na pewien czas cała rodzina dostawała awans co parę dni tylko. Przed obiadem już nie jeść się chciało tylko zasnąć, za-snąć. Obiad przywożono nad rzekę: po porcji nieśmiertelnej kaszy owsianej i –dla nas – zapachu ryby, którą zjadali kołchoźnicy i Ukraińcy, nasi poprzednicy. Ci zawsze byli pierwsi, a mieli już inne prawa, bo przychodzili później i wcześniej szli do domu, i w czasie obiadu mieli dwie godziny odpoczynku – my tylko jedną. Potem dowiedziałyśmy się, że im płacą inaczej za osiem godzin roboczych, inaczej za nadliczbowe. Pracowali zresztą jak chcieli nie przejmując się, że nie dostaną pieniędzy. Szczególnie Ukraińcy, wysocy, silni, zdrowi, bo zagospodarowani już od dziesięciu lat i nawet w tym ubogim kraju umieli postawić swe kołchozy tak, że nie mieli biedy tak skrajnej jak nasza. Dalszego zesłania się nie bali, przywykli do tego.

Po krótkim posiłku padałyśmy na stosy drzewa i za godzinę budził nas brygadier. Pierwsza godzina. Słońce wysoko, dokuczać już zaczynało. Stawałyśmy po obu stronach stosu drzewa, by toczyć do rzeki bierwiona po umiejętnie już ułożonych podkładach, które też jednak nieraz nie wytrzymywały ciężaru i właśnie te najcięższe sztuki zapadały się w błoto, między pnie, gdzieś kilkadziesiąt czasem metrów od brzegu. I dziś nie wiem, czy rzeczywiście tak mało zarabiałyśmy – 45 kopiejek dziennie – za 16 godzin pracy, czy też umiejętni brygadierzy liczyli nam tak dobrze naszą pracę, zapisując w książce skrupulatnie nu-mer stosu i długość jego, lecz licząc 100 metrów w głąb ciągnący się stos po ce-nie zrzucania do wody z pięciu metrów od brzegu. Czyli cały trud włożony w pracę ciągania tego drzewa tak daleko, czyli dalsze 95 metrów licząc proporcjonalnie, zarabiali na nas – mieli pracę za darmo. Kto miał upomnieć się o to, gdy nam nie wolno było mówić, by nie stracić i tego, co dawano? Brygadier i milicjant mieli nieograniczoną prawie władzę nad nami, w każdym razie mogli w każdej chwili wtrącić do więzienia – jak się też wielu zdarzyło – a kto by wtedy zarobił na chleb dla tych, co nie mogli pracować? Za podejrzliwość spojrzenia, za okazanie niechęci czy opieszałość kara była szybka: brak awansu, czyli głód. Słabszym robotnikom nie .przysługiwało prawo do cukru czy oleju, które czasem, raz na miesiąc lub dwa wydawano. Zacinałyśmy więc zęby, by milczeć, by nie pozbawić chorej matki czy ojca odrobiny słodkiej herbaty czy oleju słonecznikowego. Chyba tylko młodość i strach przed tymi represjami dawały nam siły, że nie padłyśmy ze zmęczenia, dorównałyśmy w ciągłości pracy nawet mężczyznom.

Już dawno zeszli z rzeki kołchoźnicy, słońce mocno chyliło się ku zachodowi, a raczej północy, gdy odzywał się gwizdek – zejście z pracy. O tej porze zmęczenia nie odczuwałyśmy. Na wyścigi, nie czekając na przypływ większej ilości drzewa, po tak cieniutkich bierwionach, że dziwne było, że nawet przez ułamek sekundy może utrzymać człowieka, przebiegałyśmy koryto rzeki. Buciki mokre, (bo) nie trzeba było zadawać już sobie trudu z wybieraniem ścieżki na grząskim błocie, co zalało groblę łączącą nas z posiołkiem. Już nawet zimno nie było. Około godziny dziewiątej stawałyśmy w baraku. Potem mycie się, pranie szmat, którymi się nogi okręcało wkładając buciki, rozwieszanie tego jak się dało przy dwóch piecach mocno napalonych i pobieranie pieniędzy, i chleba. Najczęściej nie starczało ich na całodobowe utrzymanie w stołówce (kaszę), więc wieczorem był tylko chleb i kipiatok (wrzątek). I jak mogliśmy, tak szyb-ko szłyśmy spać. Ale w rojnym, osiemdziesięciu ludzi mieszczącym baraku nie było ciszy. Kilku niesfornych podrostków, którzy w dzień potrafili umiejętnie oszukać brygadiera i wyspać się, obecnie zaczynało harce – tak jak umówili się z bolszewikami, by już zupełnie pozbawić (nas) snu. Rzadko kiedy cisza następowała o godzinie dwunastej. Czasem nowe zorze zaczynały już wstawać, a barak jeszcze huczał gwarem głośnych rozmów lub dyskusji, Często w drzwiach małego przepierzenia stawał milicjant. Nie lubił, gdy starcy prowadzili dyskusje starając się rozwikłać za co i jak nam płacą. Nie znając polskiej mowy poznał jednak zawsze o co chodzi w dyskusji i poznał zawsze, gdy śpiewano jakieś pieśni kościelne.

Tak miesiąc minął. To nieprawda, że człowiek nie może wytrzymać takiej pracy. Przeżyliśmy wszyscy i ci, co kpiąc z awansu (gdy otrzymywali po-moc z Polski) pracowali nie bojąc się ani kary, ani represji, i ci, co drżąc o każdego rubla w półśnie, półprzytomni snuli się bez końca z bierwionami ku brzegu gdzieś zza krzaków lub z drugiego brzegu: – nu czemu stoisz – dawaj rabotaj! Kiedy drzewo było średnio grube i równe – świerki, jodły czy sosna; bardzo rzadko tutaj – praca szło znośnie, widać było ją choć, co nas cieszyło, bo zdawało się ciągle, że przecież nam to policzą, że za trud ten dostaniemy pod koniec spławu wypłatę – pieniądze. I już w domu nie będą głodni choć czas pewien, nie będzie łez w oczach mamy, która chora będąc, zajmując się tylko domem, sobie najmniejszą zawsze część przydzielała i wiedziałam, że czasem była bardzo głodna a jeszcze oddawała mi wieczorem ostatni swój nie zjedzony na obiad kawałek chleba: – jedz Iruś, ty pracujesz… A gdy mała siostrzyczka wpadała do domu: – mamo jakbym coś zjadła – widziałam, jak odwracała głowę do okna, a po twarzy zniszczonej, schorowanej płynęły łzy jedna po drugiej. Wtedy to małe zaczynało też płakać, a ja zrywałam się zostawiając wszystko, uciekałam gdzieś mówiąc, że się spieszę, bo jest zebranie i być muszę, i gotowa byłam pracować jeszcze dziesięć godzin, byle mi dali za tę pracę, to co mi się należy. Słaba nie byłam, pracować się nauczyłam, nie była mi obca już ani siekiera, ani piła, ani olbrzymie żelazne haki do układania drzewa – pracowałam prawie na równi z mężczyznami w sile wieku, przywykłam nawet do ciężkiej pracy, mniejszy był mój rezultat pracy, lecz czyż tak bardzo o wiele, że gdy przychodził termin wypłaty mówiono, że ja jeszcze jestem winna, że zbyt dużo brałam awansu… A oto teraz pracowałam już nie 10 a szesnaście (godzin) i co dzień [z nadzieją], że tę pracę już chyba zapłacą nareszcie.

A to już drugi miesiąc się zaczął… Znużenie dochodziło do kresu, zdawało się ciągle, że następnego dnia nie będę już w stanie wstać, gdy odezwie się głos milicjanta: – nu dawaj, wstawaj i odzywał się jednocześnie patefon z melodią jakiejś sowieckiej pieśni, Jeszcze dźwięczą mi w uszach słowa jednej: pomniat psy atamany, pomniat polskije pany – jak bolszewicy zwyciężali w 20-tym roku… O tak, pamiętają dobrze hetmani kozaccy, co tu właśnie w tych pustyniach swe przekleństwo za zniszczenie życia przekazali dzieciom i dobrze pamiętają polskije pany, bo jeszcze dzieckiem będąc znałam historię bolszewizmu, tak jak znali ją wszyscy na wschodnich ziemiach polskich.

Tak to uprzyjemniano nam wstawanie z rana. Na brzegach rzeki było co-raz mniej drzewa. Wtedy otrzymaliśmy wszyscy bosaki i stanęliśmy do prze-puszczania drzewa, które zawaliło całą rzekę. Na ostrych i płytkich zakrętach powstawały olbrzymie spiętrzenia, które trzeba było rozrywać, rozrzucać, gdy tymczasem z góry pędziły nowe i coraz to niszczyły i jeszcze bardziej komplikowały już wykonaną pracę. Wtedy na takie miejsce spędzano całe brygady silnych Ukraińców, którzy stawali do pracy i przez dwa dni czasami usuwali załom. Nasłuchaliśmy się ich klątw, gdyż uważali, że winę za to wstrzymanie pracy stanowiła nasza nieumiejętność lub brak siły do usunięcia załomu w zaczątku.

Łzy smutku i radości

W lipcu kazano nam wrócić na posiołek, gdzie wrzała już nowa praca. Walono las na budowę. Powstawały nowe baraki, budowano szkołę i szpital. Szpital chyba dlatego, że niewiele osób poszło na cmentarz założony w głębi lasu – nie wiadomo (czy dlatego?).

Umierało niewiele, lecz choroba szerzyła się strasznie. Prawie 1/3 posiołka leżała już albo w izbach albo w nowym szpitalu. Choroba objawiała się bardzo wysoką gorączką powtarzającą się co parę dni i niesamowitym bólem głowy. Wybuchła jeszcze epidemia krwawej dyzenterii. Tutaj można było się domyśleć, że przyczyną były jagody i trawy, którymi zastępowano brak pożywienia. Po powrocie ze spławu zastałam rodziców chorych i na małym skrawku ziemi przed barakiem, przeznaczonym na mały ogródek pracowała mała siostrzyczka. Wszyscy mężczyźni stanęli do budowy, nas wzięto na sianokosy. Sianokosy były w głębi lasu. Właściwie po tak ciężkiej pracy na spławach był to dla nas odpoczynek. Po dwóch tygodniach wszystkie kosiłyśmy jak starzy kosiarze.

Przyszła jesień, dnie chłodne i deszczowe. Na posiołku mówiono nam o wypłacie. Ciągły głód dokuczał tak, że mowa ta napełniała nas jakąś nadzieją, że może wreszcie skończy się to codzienne żebranie awansu, że dostaniemy tyle, aby chleba mieć pod dostatkiem. I oto nadszedł dzień wypłaty. Po powrocie ze swej pracy nie skończyłam jeszcze kolacji, gdym mama powiedziała mi cicho, bym szła już, bo może pierwsza dostanę pieniądze, jak pójdę wcześniej. Długo w noc trwała wypłata. Wywoływano nazwisko i odczytywano ile wybrał awansu i ile mu się należy. Pięć osób na dwustu robotników dostało wypłatę, inni byli winni jeszcze państwu. Dostali ci, co umieli być wszystkim, czego chcieli bolszewicy. Tatuś był winien około 200 rubli, ja mniej więcej trzysta, brat niewiele, bo nie brał prawie awansu. Patrzyłam na innych. Kobiety matki nielicznych dzieci, które najwięcej pracowały i pierwsze poszły do pracy były zadłużone najwięcej, po 700 i 900 rubli. Te nieszczęsne matki i dzieci, co żyły jagodami i zajęczym szczawiem, były jak kamienie zmartwiałe albo… śmiały się, gorzki to był śmiech.

Nie chciałam wracać do domu. Wolałam uciec gdzieś – wiedziałam, że mama czeka i marzy o tym, by kupić sobie kozę i mieć trochę mleka, bo ostatnie miesiące wyczerpały ją tak, że nie była w stanie chodzić. Wiedziałam, że je-żeli nie dostanie lepszego pożywienia, nie będzie żyła i ja to wiedziałam, bo słyszałam jak mówił posiołkowy felczer. A oto teraz stałam przed drzwiami domu znów bez grosza, za tę pracę bez chwili wypoczynku, w którą wkładałam wszystkie siły. Ani bunt, ani żal nie pomogły. Skończyły się złudzenia, teraz już wiedziałam czego się spodziewać dalej. Teraz wiedziałam, że pracą tu się chleba nie zdobędzie, że trzeba pójść na służbę do bolszewików, zdradzać swoich, to była jedyna droga, by dostać wypłatę. Zatrzymawszy się we troje przed domem długo w noc radziliśmy, co teraz, co dalej? Było jeszcze trochę ubrania. Trzeba było iść do ukraińskiego kołchozu i za to ubranie kupić kozę – innej rady nie było. Tak też i stało się, gdy otrzymaliśmy pozwolenie.

Gdzieś przed Bożym Narodzeniem tatuś ciężko zachorował i zostałam sama przy pracy. Wtedy przydzielono mnie do stachanowskiej brygady. Z przerażeniem szłam do lasu wiedząc, że będą miała do czynienia z robotnikami najbardziej wychwalanymi przez bolszewików. Ale to już rok czasu prawie upłynął od chwili, gdy ci ludzie stanęli do pracy na ziemi sowieckiej i już poznali dość dobrze wszystkie sowieckie metody, na tyle dobrze, że prze cztery miesiące wspólnej pracy nie usłyszałam od nich złego słowa. Pracowaliśmy niezwykle dużo, ale też nie popędzał mnie nikt, gdy nie zdążyłam wykonać swej pracy. Stawaliśmy bowiem do walenia drzewa we troje, potem ja przygotowywałam ogniska do palenia suchych gałęzi a oni sękowali, cięli w sztuki. Czasem trzeba było przy tym pomóc, a czasem oni pomagali mnie jeszcze.

Tymczasem coraz gorzej było z żywnością, coraz gorzej i trudniej, bo po kilka dni nie było awansu, a na wypłatę przestałam już liczyć. Moi współtowarzysze pracy starali się jak mogli, bym zdążyła jeszcze w ich brygadzie wyrobić normę, co oznaczało około 120 rubli premii na sezon. Patrzyłam na tych ludzi co do niedawna wydawali każde, nawet lekkomyślnie wypowiedziane słowa i zaczynałam rozumieć, jaką to szkołę przeszli, skoro z najbardziej zaciętych komunistów stawali się w mowie Polakami, a w postępowaniu z ludźmi solidarni, a nawet pełni dobrych chęci pomocy i zrozumienia.

Cztery miesiące nie wiedziałam co jest wypoczynek. W niedzielę pracowało się również. Nie iść do pracy na jeden dzień znaczyło stracić zarobek dni po-przednich. Wstawałam rano o 6 godz. Mama dawała mi jakąś strawę, czasem z kartofli lub grochu a najczęściej sławny rosyjski kipiatok i tak szłam do pracy. W lecie, gdy rozpoczął się sezon jagód, zaczęliśmy uciekać z pracy w niedzielę, bo zamiast pracować za darmo (w niedzielę pracowało się za darmo – na państwo i niby dobrowolnie) lepiej było mieć trochę jagód, którymi przecież żyć można. Tyle rodzin na posiołku żyło tylko jagodami. Szły w las sześcio lub siedmioletnie dzieci i znosiły do domu całe kosze jagód. Często błądziły i niejeden był wieczór, gdy cały posiołek biegł do lasu szukać dzieciaków, które zabłądziły.

I tak kiedyś poszedł w las dziesięcioletni chłopczyk i sześcioletnia dziewczynka. Wieczór nadszedł, matka wróciła z pracy, a dzieci nie ma. Kazano bić w gong. Głos gongu brzmiał całymi godzinami, w lesie hukali poszukujący ludzie. Mrok zapadł, ludzie wrócili do domu, by odpocząć po ciężkiej pracy a dzieci nie było. Matka błąkała się po lesie całą noc. Dzień następny wstał, trudno było czekać na powrót dzieci, bo jak znaleźć drogę, gdy całymi setkami kilometrów ciągnie się puszcza nie przecięta żadną drogą. Jak wyjść z tej puszczy, czarnej po bagnach i topieli? Dzieci tymczasem płakały całą noc przytulone do siebie i tak za-snęły. Z rana poszły nie wiedząc w jaką stronę idą. Koło południa stanęły na jednej z dwóch dróg o 10 kilometrów od posiołka. Poszły dalej przed siebie i zaszły do kołchozu, skąd litościwi ludzie przyprowadzili je do domu.

Wojna z Niemcami! Jak czekaliśmy tej chwili, by wreszcie ktoś uderzył w tego kolosa na słomianych nogach. Tygodnie ciągnęły się a w nas rosła nie-cierpliwość, że teraz coś musi się stać, że teraz na pewno stanie się coś niezwykłego. Na darmo czekaliśmy, a w duszach naszych budowana nadzieja wyrwania się z tej przeklętej tajgi upadała i coraz trudniej było podnieść rękę do pracy. I coraz trudniej było iść w każdy nowy dzień, a myśl pozostania tu już na wieki prowadziła nas do rozpaczy. Nierzadko powstawały myśli samobójcze. Bo po co żyć?

Wojna obcięła nam racje żywnościowe. Teraz już nawet mały zarobek był dużym, gdyż chleba nie sprzedawano. Ja już nie mogłam więcej pracować. Z przerażeniem wracałam do domu. Widok głodnych, patrzących wyczekująco na mnie doprowadzał do rozpaczy. Pracowało nas troje, 600 gramów chleba miało wystarczyć na pięcioro. Czekaliśmy aż dojrzeją kartofle na wykarczowanym pod oknem polu. Siostra chodziła po jagody z dnia na dzień, lecz ostatnie już się skończyły. Nadzieje na przewrót w Rosji znikły i dzień stawał się nie-skończenie długi.

Aż przyszedł dzień, gdy powiedziano nam: - jesteście wolni. Możecie jechać gdzie wam się podoba i osiedlić się w Rosji, gdzie chcecie. Wolni! Szaleni wolnością a już przerażeni co teraz, co dalej. Zaczęły przychodzić wieści z innych posiołków, że na południu gdzieś jest polskie wojsko... Buzułuk, ktoś mówił… Transporty idą na południe… Trzeba uciekać z tego przeklętego kraju. Na południu jest nasze wojsko, nasz rząd, tam nareszcie będzie można żyć. Już powołali tych, co służyli w 39 roku. I na następny dzień brat mój przygotował się do wyjazdu. Ojciec patrzył na to niechętnie. Zmęczony, schorowany, sił nie miał wcale, kto będzie pracował? – pytał. Wtedy, zwykle spokojna, mama po-wiedziała: - niech jedzie, jeśli uważa, że trzeba. Olek niech jedzie a my też potem pojedziemy. Zebraliśmy ostatnie nasze rzeczy, sprzedaliśmy je, aby mieć pieniądze na podróż. NKWD wystawiła nam zaświadczenia i wypisała cel podróży: Tockoje. Powiedziano nam, że tam jest właśnie ta stacja, gdzie tworzy się polskie wojsko. I to już nas upewniło, że zaledwie z więzień wypuszczono zmęczone szeregi naszych, a już jest myśl i wola, i siły zbrojne.

Podróż obliczano na 2 tygodnie. Pociągi towarowe wiozły z północy najrozmaitszych ludzi, moc nędzy i brudu. Bałam się takich warunków dla rodziców. 600 rubli wpłaciłam na bilety do pociągu osobowego i po jednej nocy przespanej na stacji, skąd nas właściwie wyrzucono, bo nie wolno tam było nocować, a żaden z mieszkańców miasteczka nie chciał nam drzwi otworzyć, znów nadeszła noc bezdomna i straszna. Widziałam spojrzenie ojca, które mi mówiło, że to moja wina, że nie mają gdzie głowy złożyć do snu.

Jeszcze dzień przesiedzieliśmy na stacji i wreszcie następna noc zastała nas już w wagonie. Na dokument podróży można było dostać 200 gramów chleba na osobę, a i to było wiele. W Wołogdzie powiedziano nam, że pociągi osobowe dalej nie idą. Trzeba iść do pociągu, który wiezie wszelkich wysiedleńców, uciekinierów z linii walki, głodnych, obdartych, wystraszonych – prze-ważnie same kobiety i dzieci. Uciekało to wszystko na północ. Przeraźliwe zbiorowiska ludzi stłoczonych w olbrzymich halach stacji. Za stacją na dworze i śniegu rozbijających się o miejsce w pociągu, by tylko jechać dalej – nikt z nich nie wiedział dokąd i po co, ani co będzie tam dalej, czy nie jeszcze gorzej?

Tak zaczęła się podróż nasza wzdłuż północnych tajg. Zapas chleba przy-gotowany na posiołku i suchary skończyły się, i głód zajrzał w oczy, a pociąg tymczasem zatrzymywał się w szczerym polu w śniegu. Głód nie dawał oczu zamknąć, choć sen morzył. Czasem pociąg w nocy zatrzymywał się na stacji. Mama budziła mnie z półsnu: – idź Iruś, może coś dostaniesz, może choć wody przyniesiesz. Złaziłam z pryczy szybko i biegłam w stronę, gdzie i inni biegli. Nie wiedziałam dokąd i czy zdążę przed odejściem pociągu wrócić, bo tu nigdy nie mówiono, kiedy pociąg odjedzie. Przemykałam się pod stojącymi, czarnymi pociągami, zawsze tak szczęśliwie, że jeśli pociąg ruszył, byłam już na drugiej jego stronie. I nieraz tak było, że wracałam z połowy drogi i łapałam uchodzący mój pociąg. Czasem udawało mi się coś przynieść do zjedzenia, trochę zupy albo chleba. I tak półgłodni, zjedzeni przez wszy w straszny sposób, nie mając gdzie nawet spocząć, dojechaliśmy do Mołotowa. Potem jechaliśmy dalej aż do Buzułuku.

W Buzułuku spotkał nas na stacji polski żołnierz. Patrzyliśmy z zachwytem na ciemnozielony mundur. Z Buzułuku kazano nam jechać dalej do Turkiestanu, ale nie zgodziłam się. Nastraszono mnie, że trudno jest tu o mieszkanie. Rodzice byli tak chorzy, że nie mogli jechać dalej i na punkcie zostałam prze-mocą. Dano nam jeść. Konserwy wydawały się nam błogosławieństwem. I tylko moi chorzy już jeść nie mogli. Patrzyli tylko na jadło z zachwytem. Po miesiącach głodu: chleb, cukier, gorące obiady, które przynosiłam ze stołówki garnizonowej, ale nie było komu jeść. Po miesiącu jednak przyszli do zdrowia i wtedy nastąpił wyjazd do Guzar. Wojsko przeniosło się na południe. My cywile jechaliśmy razem przez wojsko żywieni i odziewani. Koncentracja wojska na południu zapowiadała jakieś zmiany do naszej przyszłości. Uzbeckie miasto Guzar wyglądało strasznie już z okien pociągu. Deszcz padał. Wokoło tylko niskie lepianki. Ze zgrozą rozglądałam się, by dojrzeć choć coś podobnego do prawdziwego domu. Ludność cywilną rozmieszczono w strasznych uzbeckich lepiankach. Przy pierwszym poborze do wojska kobiet stanęłam na komisję. Sądziliśmy, że będzie lepiej, gdy choć jedna będę ubrana, w moją starą odzież ubierze się siostra. Pozostawiłam matkę i siostrę prawie bez opieki, lecz zanim jednak zdążyłam odejść mama zachorowała na zapalenie płuc. Za ostatnie pieniądze wy-nalazłam straszną uzbecką norę. Przeniosłam mamę z siostrą i rzeczy, jakie jesz-cze były przeniosłam, lecz mamusia ranka już nie doczekała.

Pochowaliśmy ją na cmentarzu nad rzeką. Stary cmentarz uzbecki z po-zapadłymi mogiłami – rzeka wciąż zmywała brzegi. Na takim urwisku w deszczowy dzień zostawiliśmy małą mogiłę bez krzyża nawet, bo tu nie było drzewa. Bez trumny, w stare koce owiniętą. Jak wyrzut skierowany nie wiadomo przeciwko komu poszła za mną myśl, że nawet mogiły mieć nie będzie, bo za dni parę bydło uzbeckie stratuje tu ziemię, woda może podmyje i kości nawet rozniesie. Wraz z nami jakieś dziewczynki chowały ojca. To było zaledwie ty-dzień po przyjeździe i to był początek strasznego żniwa śmierci, jaki tam nastą-pił. Dziewczynkę zostawiłam na opiece kobiet i sama poszłam do wojska. W miesiąc po śmierci mamy przyjechał tatuś. Zabrałam go na cmentarz. Powie-dział mi tylko: – Och, my tutaj mamy nie zostawimy, zabierzemy ją gdy tylko będzie można. I sam został na cmentarzu w Szachrisabz w parę miesięcy później. Wyjechał tam wtedy zabierając ze sobą siostrę, gdyż mógł dać jej lepsze warunki niż ja. I tak skończyła się moja rola opiekunki. W marcu powiedziano nam, że jedziemy do Persji. Nie chciałyśmy wierzyć. Lecz oto nadszedł dzień wyjazdu. Najpierw do Krasnowodzka, a potem do Pahlevi. W Teheranie odnalazłam brata. Tatusia nie było już, miesiąc przed wyjazdem zmarł. Potem ode-słano mnie do Palestyny na kurs, skąd wyniosłam miłe, pierwsze od czasu wojny, wspomnienia.


Kpr. Irena Bereśniewicz, 476 Sekcja Wydawnicza


/Źródło: Zesłaniec/


RELACJE Z ZESŁANIA


By czas nie zatarł śladów naszych doświadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzyć nowy dział po-święcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłają propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” poświęcony Matkom-Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

W przyszłości podobny monograficzny numer naszego pisma chcemy przeznaczyć na opisanie losów polskich dzieci na zesłaniu. Wiemy też z napływającej do redakcji korespondencji, że z artykułów publikowanych na łamach „Zesłańca” korzystają uczniowie oraz nauczyciele historii, uważając publikowane w nim teksty za ważny materiał uzupełniający podręczniki szkolne.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje w pewnym sensie do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz do serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Głównego Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane są także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth, przewodniczącej tamtejszej Komisji Historycznej. Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacimy polską historiografię o cenne źródła dotyczące zesłań Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony byłego Związku Radzieckiego. (red.)



♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.