♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

niedziela, 4 czerwca 2017

Relacje sybiraczek – żołnierzy Pomocniczej Służby Kobiet - Adam Cz. Dobroński


                                                                              


 ♦Relacje sybiraczek – 
żołnierzy Pomocniczej Służby Kobiet - Adam Cz. Dobroński♦

Podczas kwerendy archiwalnej w londyńskim Instytucie Polskim i Muzeum Władysława Sikorskiego natrafiłem na teczkę 49 w kolekcji 191. Znajdują się w niej relacje zebrane w 1946 roku przez dowództwo PSK. Interesujące teksty przekazały: kapral Irena Bereśniewicz z plutonu Bari, starsza ochotniczka Teresa Bryl, ochotniczka Irena Jankowska z plutonu zapasowego (zeszyt szkolny), starsza ochotniczka Aleksandra Pindelska z plutonu przy baonie dowodzenia Centrum Wyszkolenia (z tego samego plutonu relacje złożyły st. sierżant Maria Koźnieńska i sierżant Gabriela Kaczmarczyk a z powodu choroby w późniejszym czasie wspomnienia miała nadesłać plutonowa Urszula Stefanowska- Kozłowska), ochotniczka Maria Pędzińska z 316 kompanii transportowej (też zeszyt szkolny). Ponadto mniej obszerne zapisy zebrano w 17 kompanii za-pasowej od: ochotniczki Janiny Czerwińskiej, starszej ochotniczki Wiktorii Ja-dźwińskiej oraz ochotniczki Julii Rabiasz. Z tej samej kompanii relację przekazała Lucyna Seroczyńska, ale z odniesieniem się do wydarzeń 1944 roku, w tym zwłaszcza działalności Armii Krajowej. Podobnie prezentują 



się teksty Marii Koźmińskiej, Gabrieli Karczmarczyk i Janiny Świtniewskiej ze Lwowa. Natomiast Irena Wilczyńska już w1940 roku znalazła się na terenach zajętych przez Niemców.

Nie ulega wątpliwości, że relacji przekazanych przez żołnierzy (ochotniczki) z Pomocniczej Służby Kobiet było więcej, nie powstała jednak na ich podstawie zbiorcza praca. W większości są to opisy wywózek z ziem polskich w latach 1940-1941, tragicznych losów w oddalonych regionach ZSRR, walki o przeżycie a w finale o radości, jaka towarzyszyła włożeniu mundurów polskich.

Zapisy te mają znaczącą wartość historyczną i osobliwy klimat. Są cenne zwłaszcza dla odtworzenia warunków życia w posiołkach i kołchozach przedstawicieli młodszego pokolenia i ich relacji z rodzicami. Jest w nich świadectwo wielkiej wrażliwości na ból najbliższych, przyjaciół i sąsiadów, ale również do-wód niezwykłej ciekawości świata. Podziwiać zaś należy, jak szybko dziewczyn-ki wyrwane z domowych pieleszy przedzierzgnęły się w zaradne panienki, które musiały podjąć morderczą pracę zarobkową. Cierpiały nie tylko z powodu upokorzenia, chorób ich dopadających, zmęczenia, głodu, zimna i wielu innych plag syberyjskich (kazachstańskich), ale może jeszcze bardziej wskutek niemożności przyjścia z pomocą młodszym dzieciom i osobom w starszym wieku, rodakom i rodaczkom gasnącym daleko od stron rodzinnych, bezradnym wobec okrutnego systemu i dolegliwości natury. Często niespodziewanie musiały przejmować – mając zaledwie lat kilkanaście – przewodnictwo w zdekompletowanej rodzinie, walczyć o jedzenie, pocieszać upadających na duchu, podtrzymując nadzieję na przetrwanie. Tak zahartowane stały się wspaniałymi żołnierzami, a jeśli zostały potem na emigracji, to wyróżniały się aktywnością społeczną.

Potwierdzeniem tej opinii jest bez wątpienia relacja kpr. Ireny Bereśniewicz, literacka i bardzo autentyczna zarazem, wzruszająca. Ją przytaczam w całości z niezmienionym stylem autorskiej narracji Wcześniej jednak chcę podać wybrane fragmenty z innych wspomnień, by mocniej zaakcentować wartość tych tekstów i potrzebę sporządzenia portretu zbiorowego młodocianych sybiraczek polskich okresu II wojny światowej. Kto podejmie ten trud?

Procesy, zdarzenia, osobowości

Teresa Bryl została wywieziona z matką 13 kwietnia 1940 roku (ojca NKWD wzięło już 5 X 1939 r.) ze Starej Wilejki. Obie pracowały w kołchozie w Kazachstanie, tym samym podlegały dobrze już opisanym w literaturze cierpieniom. Po tak zwanej amnestii 130 osób załadowało się do kilku wagonów. Myśleli, że jadą do wojska, ale zawieziono ich do kołchozów w Uzbekistanie na zbieranie bawełny. Tam matka Teresy zmarła na tyfus a ona uciekła nocą i po trzech dobach dotarła do miejsca tworzenia się 9 Dywizji Piechoty, 27 marca 1942 roku wstąpiła do PWSK. „Chociaż nie miałam już nikogo z rodziny, czułam się bardzo szczęśliwą a koleżanki, które już były w wojsku oraz żołnierze byli i są nadal dla mnie wielką moją rodziną”. Tak młode sybiraczki rekompensowały sobie w części straty zadane ich otoczeniu przez wojnę i sowieckiego okupanta.

*
Również Irenę Jankowską zabrano z domu w Wołkowysku 13 kwietnia 1940 roku. W Kazachstanie zmarł jej brat. „Pomału przychodziliśmy do normalnego (niby) trybu życia, zdobywając niektóre rzeczy za wymianę fatałaszków. Ludność poznała nas, że jesteśmy tacy sami, jak oni i zmieniła swoje nastawienie, i stosunek do nas. Łatwiej można było coś kupić, dostać, oczywiście w drodze wymiany a nawet nieraz darmo coś człowiek zdobył.” Niestety, autorka relacji też zachorowała. „Choroba moja zrobiła wielki wyłom w naszych zapasach – masę rzeczy powędrowało na wymianę, mama posiwiała, zestarzała się. Wiedziałam, że okłamuje nas, sama nie je chowając dla nas. Przez chorobę straciłam pracę, na moje miejsce przyszedł jakiś pan Polak, który miał na utrzymaniu chorą żonę i 3 dzieci.” Po wyzdrowieniu, z konieczności Irena poszła do brygady prowadzącej wyrąb drzew w lesie. Tam było bardzo ciężko, Polka myślała nawet o samobójstwie. I wówczas dowiedziała się o amnestii. „Radość nie do opisania, że jesteśmy wolnymi obywatelami. Całowaliśmy się wzajemnie, ja szalałam, lecz co te-raz robić, jaki ratunek znaleźć da mamy i siostry, gdzie jechać? Pomału zaczęli wracać ojcowie i synowie, może Tatuś lub brat zawita do nas. Mijały dnie w daremnym oczekiwaniu, nikt nie wracał. Co robić?”

Pomógł dobry przypadek, I. Jankowska spotkała rodaka, który przyjechał po rodzinę. Z nimi pojechała do Jangi-Julu, tam odnalazła ojca. Ściągnęli rodzinę a ona akurat 3 maja 1942 roku założyła mundur. „W wojsku odczuwałam, że Bóg naprawdę jest litościwym, byłam spokojna o mamę, siostrę, chleb i jutro. Powodziło się nam dobrze, odżyliśmy po 2 prawie latach. W parę miesięcy później nastąpiła ewakuacja wojska i ludności cywilnej do Persji. W liczbie ich znalazłam się i ja, mama, siostra i tatuś. W polskim mundurze przekroczyłam granicę Persji – z dumą i radością oraz przeświadczeniem, że nie trzeba nigdy tracić nadziei.”

*
Maria Pędzińska spędziła dzieciństwo w pow. sokalskim. Stąd zabrano ją i rodzinę 10 lutego 1940 roku. Nie wystarczyła jedna lokomotywa, trzeba było sprowadzić drugą, by pociągnąć na wschód ponad sto wagonów z nieszczęśnikami. Podróż trwała miesiąc, dopiero na stacji Siniga. Maria spotkała się z siostrą i szwagrem, którzy jechali w innym wagonie. Deportowanych przez tydzień zabierano na samochody, te się psuły, stały godzinami na mrozie. „Bardzo dużo matek, które wiązały swe dzieci w becikach i poduszkach, po przyjeździe do miasta Wielsk znalazły swoje dzieci nieżywe, tj. zamarznięte lub uduszone. Rozpacz tych matek nie miała granic, gdyż bojcy przychodzili i zabierali a raczej wydzierali ciała tych dzieci, których już więcej żadna z matek nie widziała”. Ostatni etap, to trzydniowa jazda saniami do posiołku oddalonego o 150 km od Wielska. A potem tak charakterystyczne baraki, w których spano nie tylko na łóżku, ale również na stole i ławkach. Trzeba było chodzić 15 km na miejsce wycinki lasu a wiosną nastał spław kloców. Wręcz odpoczynkiem stało się przecinanie drogi traktorowej.

„Niedziela, czyli inaczej wychodnoj – schodzili się bracia, mężowie i synowie z dalekich punktów. Szli całą noc, ażeby w niedzielę być z rodziną. Zwykle rano zaczynały się modlitwy, które kończyły się pieśnią Boże coś Polskę i za to matka moja została ukarana 7-dniowym aresztem, gdyż ona zawsze zaczynała modlitwy. Mimo to, gdy ludzie przestali chodzić do baraku naszego, to w innych trwały modlitwy. Dokąd się nie dowiedzieli i kogoś znów nie wsadzili do ciemnicy, gdyż areszt był bez okien i na wodzie, tak że trzeba było siedzieć w kucki na pniu, bo inaczej woda dochodziła do kolan. Taka walka trwała kilka tygodni, aż pewnego wieczoru przyjechało kilku milicjantów i aresztowało trzech mężczyzn: Nowickiego, Ozgę i Cieńskierewskiego (?) jako buntowników.”

Zaczęły się sianokosy, autorka wspomnień przeziębiła się i odwieziono ją do szpitala. „Szpital był maleńki, miejsc nie było, gdyż bardzo dużo było (osób) z pomrożonymi rękami, nogami i twarzami. Więc mnie położono w korytarzu, gdzie był wielki przeciąg i robiono mi okłady gorące, nic więcej. Po trzech tygodniach zostałam wypisana ze szpitala i ledwie się trzymając na nogach mu-siałam iść piechotą 8 km do posiołka. Gdy przyszłam do baraku ostatkami sił matka z powrotem położyła mnie do łóżka i tu dopiero doszłam do zdrowia.” Niestety, wkrótce zmarli oboje rodzice. Lekarstw nie było, Polce proszącej o nie odpowiedziano, że „staryk wsio rawno pomriot”. Maria po wielu przygodach dotarła do obozu wojskowego, potem była szkoła junaczek, Persja, a od maja 1942 roku już służba w PSK.

*
Ciekawy był przypadek 18-letniej Janiny Czerwińskiej. Wojna 1939 r. zastała ją w Krzemieńcu Podolskim u cioci i uniemożliwiła powrót do domu w Dąbrowie Górniczej. „W lutym 1940 r., w związku z ogłoszeniem udałam się do miejscowego komisariatu milicji, aby zameldować się, a jednocześnie zgłosić się na powrót do domu. W komisariacie namawiano mnie, abym zrezygnowała z chęci powrotu do domu, żebym lepiej wyjechała do Rosji, że będzie mi tam dobrze itd. Ja od swego zamiaru nie ustąpiłam, podano mi wówczas, że w połowie czerwca przyjedzie Niemiecka Komisja Repatriacyjna i zabierze wszystkich zgłaszających się na powrót do okupacji niemieckiej. Rzeczywiście, 10 czerwca 1940 r. wezwano mnie do komisariatu milicji celem odebrania dokumentów na wyjazd. Zgłosiłam się o godz. 18.00, kazano mi czekać. Czekałam do godz. 1.00 po północy, kiedy 6 milicjantów udało się ze mną do mieszkania mojej siostry, żeby przeprowadzić rewizję. Następnie już jako aresztowana wróciłam z tymi milicjantami do komisariatu. Kilkanaście dni przesłuchań obracających się koło tego samego pytania – dlaczego chciałam wracać i wy-jazd do więzienia w Tarnopolu a następnie w Gorkach. W sali było nas kilka Polek. Trzymałyśmy się razem, tym bardziej, że „siedzące” razem z nami Rosjanki dokuczały nam bardzo i naśmiewały się z naszego zachowania, z modlitw…”. Zapadł wyrok 3 lata pobytu w obozie pracy, okazało się, że najczęściej przy ładowaniu drzewa do wagonów. „Jednego dnia w czasie pracy, gdy rozpłakałam się nad swoją dolą, podszedł do mnie nadzorca i pocieszając mnie powiedział o „amnestii” dla Polaków. Nie bardzo mu wierzyłam sądząc, że to jedno kłamstwo więcej. Jednak po dwóch dniach w czasie prowierki zaczęli wyczytywać do zwolnienia.

*
Przeraża na pozór bardzo spokojny „życiorys z pobytu w Rosji” ochotniczki Julii Rabiasz z Waniowa w pow. Sokal. Została ona wywieziona 10 lu-tego 1940 roku z rodzicami i czteroma braćmi. „Wyjechaliśmy z domu prawie bez niczego, ledwie ubrani, bo nie pozwolili nic zabrać ze sobą.” Na miejsce osiedlenia dotarli 8 marca. Zaraz potem umarł z powodu przeziębienia jeden z braci. Julia pracowała z ojcem przy wyrębie lasu, często o całodziennym głodzie, bo po zupę trzeba było stać w kolejce od pierwszej w nocy a i chleba nie starczało dla wszystkich. „Pamiętam jeden fakt, jak zabrali matkę od małych dzieci i zamknęli ją do aresztu za to, że nie poszła dwa dni do pracy, bo się źle czuła. Dzieci zostawione bez żadnej opieki płakały za matką i z głodu. Czasem tylko się ktoś (nimi) zaopiekował. Aż wreszcie zachorowały i po kilku dniach umarły. I wiele innych takich faktów było. W r. 1940, w grudniu, zmarł mój oj-ciec z wycieńczenia i przeziębienia. Mamusia nie mogła pracować, bo słaba była na zdrowiu. Ponieważ w domu byłam najstarsza, musiałam ciężko pracować, aby utrzymać rodzinę. Pomagał mi tylko młodszy brat. W tej ciężkiej pracy i głodzie bardzo dużo dzieci i dorosłych ginęło.

W r. 1941 w sierpniu nastąpiła u nas amnestia. Wielka też była radość, kiedy w zgrupowaniu wolno nam było zaśpiewać Jeszcze Polska nie zginęła! Bo przedtem nie wolno było ani mówić słowem, że Polska będzie jeszcze. Jeśli ktoś powiedział, od razu zabierali go od rodziny i w nocy wywozili do więzienia i łagrów. Po amnestii wolno było wyjeżdżać, gdzie kto chciał w ZSRR; za granicę nie wolno. Więc wyjechaliśmy z tego posiołka w r. 1941, przy końcu października. Bez kawałka chleba, obdarci i prawie bosi, a tu zima wielka, śniegi i mrozy, że trudno wytrzymać. Wracaliśmy tą samą drogą. Zdawało się nam, że już nie wrócimy, że przyjdzie się nam skostnieć w tych lasach. Szliśmy cały tydzień a noce spędzaliśmy w lesie przy ognisku. Z wielkim trudem doszliśmy do stacji, ale brata prawie konającego wnieśliśmy do wagonu i za kilka dni umarł. Po kilku dniach jazdy umarł mi trzeci brat w wagonie. Zostało nas tylko troje: mamusia, brat i ja. Jechaliśmy sześć tygodni i tak samo po kilka dni bez jedzenia. W każdym wagonie leżały po dwa i po trzy trupy, bo nie można je było nigdzie zostawić.

Dwudziestego czwartego grudnia przyjechaliśmy do Uzbekistanu. Podczas podróży zachorowała mi mamusia i zaraz po przyjeździe do kołchozu umarła. Zostałam z małym bratem. Tu było już całkiem źle. Dostawaliśmy dwadzieścia gram grysu stęchłego, przygotowanego dla wołów i to było całe nasze pożywienie. Tego grysu nie było można jeść w żaden sposób. Zbierałam trawę i gotowa-łam, i tak było przez dwa i pół miesiąca. Wreszcie już z łóżka nie mogłam wstawać i brat był chory. Nie było się komu nami opiekować, bo nikogo nie było z polskich rodzin. Kilkanaście km od nas organizowała się polska szósta dywizja. Szczęście, że przyjechali do nas żołnierze z pomocą i przywieźli nam po małym kawałku chleba. Brata zabrali do szpitala, a później dowiedziałam się, że był w junakach. Niestety, już się z nim więcej nie widziałam. W Persji dowiedziałam się, że umarł w szpitalu - ostatni mój brat. Polscy żołnierze opiekowali się mną aż do wyjazdu za granicę 28 marca 1942 r. W Persji leżałam dłuższy czas w szpitalu. Dnia 13 czerwca 1942 r. w Teheranie wstąpiłam do wojska.”

*
Ze Lwowa do Kazachstanu trafiła Aleksandra Pindelska, wywieziona 13 kwietnia 1940 roku wraz z 15-letnim synem. Podczas pierwszej odprawy ta nauczycielka gry na fortepianie wywołała złość pytaniem o rodzaj pracy zgodny z posiadaną specjalnością. Kiedy uzbrojona w kij pędziła byki brygadier ją pocieszał, że zwierzęta lubią muzykę. Po ewakuacji lwowianka została świetliczanką, syn szkolił się a potem walczył w 2 Korpusie Polskim. „Czekam wiadomości, nieraz bez tchu. Z pola walki przychodzą coraz nowe wieści o bohaterskich wyczynach naszych żołnierzy. Drżę o los syna, ale gdyby nie był tam, gdzie wszyscy, nie chciałabym żyć. Wojna zakończona, ale nie dla nas. Nie wolno nam się załamywać, żadna demobilizacja nie osłabi w nas ducha, będzie-my pracować jak kto umie i ile nam sił starczy, będziemy trwali, ale nie utopią i frazesami, ale twardą i upartą wolą. Dziś 15 VI 46, pamiętny dla nas dzień. Uroczysta Msza Święta, wszystkie serca łączą się w jednym pragnieniu. Ślubujemy, że w walce o wolną Polskę nie ustaniemy.”


/ Źródło : Zesłaniec/

RELACJE Z ZESŁANIA


By czas nie zatarł śladów naszych doświadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzyć nowy dział po-święcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłają propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” poświęcony Matkom-Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

W przyszłości podobny monograficzny numer naszego pisma chcemy przeznaczyć na opisanie losów polskich dzieci na zesłaniu. Wiemy też z napływającej do redakcji korespondencji, że z artykułów publikowanych na łamach „Zesłańca” korzystają uczniowie oraz nauczyciele historii, uważając publikowane w nim teksty za ważny materiał uzupełniający podręczniki szkolne.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje w pewnym sensie do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz do serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Głównego Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane są także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth, przewodniczącej tamtejszej Komisji Historycznej. Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacimy polską historiografię o cenne źródła dotyczące zesłań Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony byłego Związku Radzieckiego. (red.)



♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.