♦Mapa zesłań♦




Do Młodych!

Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się
od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

.

czwartek, 15 czerwca 2017

O pobycie na zesłaniu - Karol Malinowski


                                                                                

                           ♦O pobycie na zesłaniu - Karol Malinowski♦

Karol Malinowski urodził się 10 listopada 1931 r. we wsi Chorłupy (gmina Ołyka, powiat łucki, województwo wołyńskie) w rodzinie policjanta. W 1936 r. zaczął edukację szkolną, przerwaną 17 września 1939 r., zaraz po radzieckim ataku na Polskę. Wraz z matką i pięciorgiem rodzeństwa 13 kwietnia 1940 r. został deportowany do Kazachstanu. Do Polski wrócił w czerwcu 1946 r. Początkowo zamieszkał w Kłodkowie, małej wiosce na terenie Pomorza Zachodniego. W 1947 r. przeniósł się do Trzebiatowa, w którym mieszkał do śmierci (2010), nie licząc okresu nauki i służby wojskowej. Początkowo uczęszczał do gimnazjum ogrodniczo-pszczelarskiego w Drawsku Pomorskim. W 1952 r. został absolwentem Liceum Ogrodniczego w Pruszkowie. Przez następne trzy lata przebywał w wojsku. Po jego opuszczeniu podjął pracę w Instytucie Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa oraz rozpoczął studia zaoczne.

Tytuł inżyniera uzyskał w Wyższej Szkole Rolniczej w Szczecinie, natomiast tytuł magistra w szczecińskiej Akademii Rolniczej. Tam też zaproponowano mu pracę nad doktoratem, z czego jednak nie skorzystał, decydując się na pełne poświęcenie się pracy zawodowej. Przez następne lata zatrudniony był w Gospodarstwie Przemysłowo-Rolniczym oraz pełnił funkcję prezesa Spółdzielni Kółek Rolniczych. Kilkakrotnie wybierano go na radnego miejskiego. W 2001 r. został przewodniczącym koła Związku Sybiraków w Trzebiatowie. Obowiązki te starał się wypełniać najlepiej, jak potrafił.1 Zmarł 3 września 2010 r.

                                                                                       Anna Szymczak

*

W 1920 r. mój Ojciec Andrzej Malinowski oraz jego trzej starsi bracia przenieśli się na Kresy Wschodnie, do miejscowości Chorłupy. Kupili tam 4 działki, po 10 hektarów ziemi każda, za pieniądze ze sprzedaży majątku rodziców w Zalesiu w województwie łódzkim. 2 Na Wołyniu musieli pracować od początku, od zera, aby stworzyć z niczego swój nowy dom. To w nim właśnie Tata zamieszkał z żoną Elżbietą i w nim urodziliśmy się my: Władzia (ur. 1924), Marysia (ur. 1926), Stefcia (ur. 1929), Zygmunt (ur. 1930), ja i Danusia, która w chwili deportacji miała tylko 9 miesięcy. Dwaj wujkowie, w odróżnieniu od taty, nie potrafili zaaklimatyzować się w nowym



miejscu, więc opuścili Wołyń. Ojciec przejął po nich ziemię. Ciężko pracował, ale jego wysiłek przy-nosił efekty: szybko zbudował dom i budynki gospodarcze. Wszystkie środki inwestował w ziemię. Dobre czasy skończyły się we wrześniu 1939 r. Początkowo byliśmy pełni wiary, że pokonamy niemieckiego wroga. Po wkroczeniu na polskie ziemie wojsk radzieckich to się zmieniło. Szybko zorientowaliśmy się, że sowieci czują się tu jak u siebie, a Polaków mają zamiar traktować jak przestępców, inaczej tego nazwać nie potrafię. Wkrótce ludzie zaczęli opowiadać, że na stacje kolejowe podstawiane są coraz to nowe wagony towarowe. Pojawiły się plotki o wywózkach na Sybir, ale jeszcze do 1940 r. mieliśmy nadzieję, że nas one ominą. W lutym jednak wywieziono rodziny osadników wojskowych, sąsiadująca z nami wioska opustoszała. Mama suszyła więc suchary, Tata zabił świnię, z której mięso i słoninę zabraliśmy do Kazachstanu.

Po ojca enkawudziści przyszli 12 kwietnia 1940 r. Mieli broń, otoczyli i przeszukali dom. Tata został aresztowany, ale nikt nie powiedział, ani za co, ani po co? Wozili go od więzienia do więzienia. Osadzono go w Łucku. Później przeniesiono do Lwowa, następnie do Kijowa, a wreszcie do Charkowa, gdzie dowiedział się, że skazano go na osiem lat w przymusowym obozie pracy. I tak mógł mówić o sporym szczęściu, bo był to najniższy z możliwych wyroków.3

Ojciec został skierowany do obozu koncentracyjnego, do łagrów peczorskich,4 gdzie pracował przy budowie jakiejś linii kolejowej. Jeśli wykonał normę, za swoją niewolniczą pracę dostawał codziennie porcję 500 gramów chleba. Współwięźniowie nauczyli go jednak, by normy nie wykonywał, gdyż oznaczało to szybką śmierć z wyczerpania. Ojciec ich posłuchał i przydzielano mu odtąd już tylko 250 gramów chleba.5 Po pewnym czasie, podczas transportu do nowego obozu, wszystkim Polkom kazano wystąpić z szeregu. Byli pewni, że czeka ich śmierć, tymczasem jednak usłyszeli wiadomość o amnestii ogłoszonej po podpisaniu układu Sikorski-Majski. Tata załapał się do armii Andersa, choć nie bez przeszkód. Najpierw podróżował przez ZSRR uczepiony wagonów ko-lejowych, później od polskiej komisji poborowej usłyszał, że nadaje się nie do wojska, ale do trumny. Nic dziwnego, młody nie był, a po opuszczeniu łagru ważył jedynie 45 kilogramów.6 Ostatecznie Ojciec został sanitariuszem w wojskowym szpitalu medycznym w Aleksandrii, gdyż z powodu silnego osłabienia organizmu nie mógł walczyć na froncie. Wrócił do Polski z Anglii w 1947 r. Po nas enkawudziści przyszli w nocy, 13 kwietnia 1940 r. Z bagnetami
na karabinach. Obudziłem się pierwszy. Zobaczyłem, że dom otoczono. Mimo to pobiegłem szybko po sąsiada. To on pomógł mi zaprzęgnąć konie do wozu. Wszyscy płakaliśmy. Mama źle się poczuła albo udawała, że jest jej bardzo słabo i cały czas leżała w łóżku, licząc na to, że enkawudziści zostawią nas w spokoju. Ci jednak nie mieli litości. Okłamywano nas, że pojedziemy do ojca. Na spakowanie więcej niż 30 minut nam nie dali. Braliśmy, co wpadło w ręce. Dobrze, że wśród bagaży znalazła się pościel, bo było się potem czym okryć i chleb, który Mama upiekła kilka godzin wcześniej. Ruszyliśmy na stację kolejową w Równem. Zostawiliśmy za sobą już na zawsze nasz dom i dorobek życia naszych rodziców. Na stacji czekały na nas wagony. Ciasne, ciemne. Wmontowano tam 3 rzędy drewnianych prycz. Zabito i otoczono drutem kolczastym okna, zaplombowano drzwi, ustawiono stanowiska ogniowe. Wagon mógł zmieścić około 50 ludzi,7 jednak wpakowano do środka 80 osób. Smród
niesamowity. Za toaletę służyć miał otwór w podłodze, niczym nieosłonięty. Ludzie krępowali się z niego korzystać, ale co było robić. Ogrzać miał nas maleńki piecyk umieszczony na środku wagonu.

Zamknięto drzwi. Na stacji czekaliśmy jeszcze trzy dni, bo ciągle dowozili ludzi. Nie dano nam w tym czasie jedzenia ani wody. Raz udało mi się prze-cisnąć przez jakąś szparę w oknie. Enkawudzista udał, że mnie nie spostrzegł. Pobiegłem po wodę, żeby nas trochę podratować. W końcu transport ruszył. Początkowo nie dostawaliśmy nic do jedzenia, a na większych stacjach mieliśmy prawo wyjść jedynie po kipiatok – gorącą wodę. W miarę jak oddalaliśmy się od Europy, zaczęto wydawać posiłki, np. zupę z kaszą. Na szczęście, nie pamiętam, żeby w naszym wagonie ktoś zmarł. Dowieziono nas do Pawłodaru w Kazachstanie. Było to 1 maja 1940 r. Stamtąd jechaliśmy 150 kilometrów ciężarówką na fermę w sowchozie pieszczańskim, w rejonie maksymogorskim, gdzie potrzebowano taniej siły roboczej.

Wszyscy Polacy musieli tam pracować, nawet kilkuletnie dzieci, chociaż taki obowiązek oficjalnie ciążył tylko na dorosłych.8 Traktowano nas jak niewolników. Mama opiekowała się świniami, Marysia cielętami. Reszta z nas kilkakrotnie zmieniała zajęcie. Kradzieże w miejscu zatrudnienia były powszechne, ponieważ bez nich najpewniej byśmy nie przeżyli. Kradziono zatem wszystko: siano, mleko, otręby, paszę, jaja, okradano z warzyw i owoców pola sowchozowe, czasami prywatne ogródki. Za pracę płacono nam marnymi groszami, za które nic lub niewiele można było kupić, tylko taki dziwny chleb z dodatkiem piołunu. Pracownicy wyrabiający normę dostawali kilogram twardego, ciężkiego chleba,9 osoby niepracujące pozostające na ich utrzymaniu 200 gra-mów. Później jednak dawali nam już tylko mąkę.10 Nawet z okazji najważniej-szych świąt nie mieliśmy dnia wolnego od pracy. Mimo to zawsze w święta zbieraliśmy się na wspólną modlitwę i śpiewy. Kolędowali z nami nawet Ukraińcy, tylko że w swoim języku. Mama wypiekała opłatek, cieniutki placek, a na Wielkanoc dekorowała jajka. Podczas świąt wszyscy płakali z tęsknoty za Polską. Mieszkaliśmy w ziemiankach, norach z ziemi, z darni i nawozu zwierzęcego. Do pierwszej naszej lepianki nie można było wejść, tak mocno była zapchlona. Później przenieśliśmy się do półziemianki, z takim jakby gankiem z trzciny, które dzieliliśmy z kilkoma innymi rodzinami. Wreszcie, gdy się spaliła, zamieszkaliśmy w drewnianym budynku. Meble? Tam nie było mebli! Spaliśmy w pościeli rozłożonej na klepisku albo na drewnianych pryczach. Zwykła skrzynia była naszym stołem, szafą i krzesłem. Pomieszczenia oświetlaliśmy łuczywem albo lampką, zwaną kopciłką, butelką z tłuszczem, w który zanurzano szmatkę lub sznurek pełniący rolę knota.
Do szkoły, oddalonej o 5 kilometrów, w takim ubraniu, co żeśmy mieli, nie można było dojść. Zresztą, słyszeliśmy od innych, że dzieci są tam indoktrynowane. Zmuszano je, by prosiły Boga o cukierki. Gdy ich nie dostawały, miały o to samo prosić Stalina. Wtedy przez dziury w suficie zrzucano słodycze. Z Polski nie pozwolono nam zabrać żadnych książek, więc języka ojczystego Mama uczyła najmłodszą z moich sióstr za pomocą książeczki do nabożeństwa oraz pieśni i opowiadań po polsku.

Cały czas głodowaliśmy. Podstawą przeżycia było ziarno, z którego robiło się mąkę i kaszę, a z nich placki lub zupę zacierkową. Staraliśmy się zbierać po-zostawione na polach kłosy, ale tego zabraniano i to grożąc więzieniem lub egzekucją. Kłosy więc gniły, a ludzie umierali z głodu. Pewnego razu Mama i deportowany wraz z nami Ukrainiec zebrali od wywiezionych rzeczy na sprzedaż i po-jechali do kołchozu, aby wymienić je na zboże. W drodze powrotnej złapała ich burza śniegowa. Wykończeni i zdesperowani zostawili sanie ze zbożem na drodze, a sami ruszyli za wyprzęgniętym z nich bykiem, który znalazł drogę do jakiegoś osiedla. Tam udzielono im gościny, mimo że, ze strachu przed kradzieżą, Mama nie podała prawdziwego powodu, dla którego ruszyła w tak niebezpieczną podróż. Dopiero na drugi dzień, przekonawszy się, że ma do czynienia z uczciwy-mi ludźmi, przyznała się, że ryzykowała życie dla zdobycia ziarna. Jej gospodarze byli urażeni jej wcześniejszymi podejrzeniami co do nich. Ta eskapada na szczęście skończyła się pomyślnie, ale nie zawsze wszyscy ruszający po jedzenie mieli tyle szczęścia, co Mama. Największy głód gnębił nas ostatniej zimy. Wojna dopiero się zakończyła, kraj był wyniszczony, nikt nie miał zapasów, nie było możliwości, by kupić cokolwiek. Mama kazała mnie i bratu szukać kłosów na stepie. I rzeczywiście, znaleźliśmy pod śniegiem coś, co wyglądało jak kurhan, a okazało się górą źle wymłóconego zboża. To znalezisko uratowało życie nam i mieszkańcom fermy, z którymi podzieliliśmy się ziarnem..

Drugim podstawowym produktem żywnościowym były ziemniaki. Z czasem kradzież ich przestała być konieczna, bowiem pozwolono na ich sadzenie. Kartofle piekliśmy, smażyliśmy, gotowaliśmy, zawsze ze skórką, żeby nie tracić choćby odrobiny jedzenia. Starty ziemniak służył do zagęszczania zup lub robienia placków. Jaja można było czasami wybrać z gniazd dzikich ptaków. Udało nam się też kupić dubeltówkę, więc ustrzeliliśmy czasem jakąś kaczkę. Za surówkę służyły rosnąca na stepie lebioda, szczaw, dzika cebula, czyli ług albo mlecze. Nie gardziliśmy też korzeniami tych roślin. Sól, przyprawa i środek konserwujący przy suszeniu ryb, zbierana była ze słonych jezior. Mieliśmy szczęście, że mieszkaliśmy nad Irtyszem i blisko jeziora, w którym łowiono ryby. Ja i mój rosyjski przyjaciel Wania pomagaliśmy rybakom, za co oni częstowali nas pieczonymi nad ogniskiem rybami przyprawionymi ziołami. Wkrótce Wania ukradł sieć i tak zaczęliśmy nasze samodzielne łowy. Wcześniej wędkowaliśmy sznurkiem uwiązanym na kijku. Zimą w skutym lodem jeziorze robiło się przerębel, do którego spragnione powietrza ryby podpływały, a wtedy można było je chwycić w ręce lub zgarnąć czerpakiem. Latem było łatwiej o jedzenie, coś tam się wtedy podkradało z upraw.

Upały były straszne, sięgały 40 stopni. Zimą było 40 stopni mrozu. Opału praktycznie nie było. Do pieca dorzucaliśmy niedojedzone przez zwierzęta siano lub trzcinę. Najlepszym środkiem opałowym, występującym w małej ilości, był kiziak tj. wysuszone na słońcu odchody zwierząt. Burze śniegowe nieraz za-sypywały ziemiankę. Wtedy musieli odkopywać nas sąsiedzi. Kiedy wychodziło się na takie zimno rano, wystarczyła chwila, aby nos, uszy i policzki robiły się zupełnie białe. Żeby nic sobie nie odmrozić, trzeba było szybko natrzeć twarz śniegiem. Zimą nie chodziłem, ale biegłem, żeby nie zamarznąć. Jeśli ktoś nie został w czasie buranu w ziemiance, to gubił drogę do domu. Jego zwłoki znajdowano później w stepie albo tuż przy domu, który podczas zamieci był po prostu niewidoczny. O szczęściu może mówić mój znajomy, którego udało się w porę odnaleźć po takim buranie. Niestety, musieli mu obciąć obie ręce.

Wyglądaliśmy jak łachmaniarze. Pracującym przydzielano jakieś kufajki, ale w zasadzie tylko donaszaliśmy przez te 6 lat zsyłki ubrania z Polski, z których szybko wyrastaliśmy i które niszczyły się podczas ciężkiej pracy. Mama własnoręcznie przerabiała znoszone płaszcze na sukienki lub koszule albo szyła nam ubrania z czego tylko się dało. Jeżeli ktoś pracował przy strzyżeniu owiec, starał się ukraść trochę wełny. W domu przędło się ją ręcznie, a następnie robiło się z niej na drutach swetry, chusty, pończochy, skarpetki. Trochę podratowały nas paczki z UNRR-y11 i od ojca, które wysyłał, gdy dostał się po wojnie do Anglii. Na nogach nosiliśmy łapcie z kawałków skóry, takie trochę jakby skarpety wiązane wokół nogi sznurkiem, do których wpychało się czasem siano i czekało, aż polany wodą but zamarznie, aby się nie rozsypał. O walonkach tj. obuwiu z wełny, jedynym, jakie nadawało się na tamtejsze mrozy, mogliśmy sobie pomarzyć. Kiedy wróciliśmy do Polski, wszystkie swoje ubrania i rzeczy spaliliśmy, tak były zawszone. Brakowało nam wody i wszystkiego, co normalnie jest potrzebne do utrzymania higieny osobistej i porządku. Z łaźni, z tzw. bani, mogliśmy korzystać co tydzień. Później ją zamknięto. Latem kąpaliśmy się w jeziorze lub w rzece, zimą myliśmy się w misce. Wodę pitną powinniśmy byli czerpać ze studni i tak też niektórzy robili. Szybko jednak okazało się, że była ona skażona gnojowicą, a ludzie zaczęli chorować. Wodę przynosić musieliśmy zatem z jeziora, gdzie była czysta, ale cuchnęła rybą. Stary Kazach, aby uchronić nas przed zawszeniem, golił nam głowy. Do prania dodawało się ług, czyli przegotowany popiół albo kłącze tataraku. Ubrania najczęściej jednak po prostu gotowano we wrzącej wodzie. Potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy w polu, a zimą za domem, gdyż tam było bliżej.

Strasznie chorowaliśmy na odmrożenia, wszawicę, choroby układu po-karmowego, krzywicę, szkorbut, kurzą ślepotę, zapalenie płuc, czerwonkę. Najstraszniejsze były tyfus i malaria. Wiele osób zmarło właśnie na nie, wśród ofiar było szczególnie dużo deportowanych przez Rosjan Niemców Nadwołżańskich, Czeczenów, Inguszów. W szpitalu pracowała lekarka, Polka, dzielna i dobra kobieta, która starała się ratować wszystkich pacjentów, bez względu na ich narodowość. Praktycznie jednak nie miała ona nas czym leczyć, zresztą, na-wet chinina przestała pomagać. Ostatnią deską ratunku dla mnie, gdy zachorowałem na tyfus, były zalecane przez panią doktor wywary z piołunu. Na bóle stawów pomagało natomiast siedzenie w oparach z nagrzanego kamienia czy kawałka żelastwa polanego wodą, również przez nią zalecane. Niestety, podczas swojej pracy zaraziła się ona od jednego z pacjentów tyfusem i zmarła. Jednak nie wszyscy spotkani w ZSRR lekarze byli dla swoich podopiecznych tak dobrzy. Kiedy Zygmunt zachorował na zapalenie płuc, został przewieziony do szpitala. Tam, jak leżał na korytarzu, znalazła go Marysia. Powiedział jej, że kazano mu wracać do domu, jednak naszej siostrze wystarczył jeden rzut oka, by zorientować się, iż Zygmunt nie może opuścić szpitala, bo już pluł krwią i miał całkiem sine paznokcie. Tylko dzięki jej interwencji pozostawiono go na oddziale, co uratowało mu życie. Traktowano nas jak śmiecie! Mogło się zginąć i nikogo to nie obchodziło. Zresztą, byliśmy tam, by zginąć. Zdychał człowiek na oczach Europy! Wielu zmarło z głodu, ze zmęczenia, z zimna. Jedna nasza znajoma była tak słaba, że tylko leżała w łóżku razem ze swoim 12-letnim synkiem. Któregoś dnia chłopiec po prostu już się nie obudził, a matka dokładnie nawet nie wiedziała, kiedy umarł. Wkrótce zmarła i ona. Pewnej Polki nie miał kto pochować, więc nasza Mama zarządziła, że zrobią to Zygmunt i Marysia. Zwłoki ubrano w cieniutki płaszczyk przewiązany sznurkiem, bo zmarła już nic innego nie posiadała. Zygmunt pochował ją bez trumny, w płytkim grobie, który pewnie rozkopały wilki. Tak kończyli życie najsłabsi: dzieci, starcy i osoby niezaradne, żony oficerów nieprzyzwyczajone do ciężkiej pracy albo takie, które nie znalazły dla siebie żadnego zajęcia, a jedynie wymieniały przywiezione z Polski rzeczy na jedzenie. Te szybko się kończyły i przychodziła śmierć głodowa.

Przez krótki czas, po podpisaniu układu Sikorski-Majski, władze radzieckie traktowały nas łagodniej, nie jak wrogów. Mama została mężem zaufania na naszej fermie. Do jej obowiązków należało rozdzielanie między deportowanych paczek z UNRR-y. Z zadania wywiązywała się uczciwie, uwzględniając także Ukraińców, których wywieziono z nami, mimo że sowieci nakazali, by nie traktować ich już jak obywateli polskich. Po zerwaniu stosunków dyplomatycznych między rządem Polski a rządem ZSRR Polacy byli przymuszani do przyjęcia radzieckiego obywatelstwa. Jeden ze środków przymusu to zamykanie w więzieniu.

Mimo tego wiele zawdzięczamy pomocy zwykłych obywateli ZSRR. To oni nauczyli nas, jak postępować, by nie umrzeć z głodu, przymykali oko na nasze kradzieże. Mówili, by żyć, jak tylko się da, by robić, co tylko się da i współpracować, z kim tylko się da. Kiedyś zobaczyłem na ziemiance suszące się kurty-serki wielkości pięści robione przez Kazachów. Byłem bardzo głodny, więc siadłem na dachu i się nimi zajadałem. Gdy zeskakiwałem na ziemię, z lepianki wyszła Kazaszka. Spostrzegła, co zrobiłem, ale nie nakrzyczała na mnie, tylko się uśmiechnęła. Między nami a Rosjanami i Kazachami nie było żadnych po-ważnych konfliktów. Liczyło się tylko to, jaki był człowiek, a nie jego narodowość. To byli dobrzy ludzie, jedynie system, w jakim żyli, był zły. Gdy spalił się nasz dom, pod swój dach przyjęła nas Rosjanka, mimo że nasza rodzina liczyła aż siedem osób, ona zaś dysponowała tylko jednym pokojem, w którym mieszkała z trzema córkami. Kiedy do Marysi zalecał się pewien Czeczen, którego bardzo się bała, jej brygadzista wezwał chłopaka do siebie, kazał mu zostawić ją w spokoju, wreszcie przeniósł go na inną fermę.

Z kolei nasza Mama po przygotowaniu jakiegoś skromnego posiłku z okazji świąt częstowała nim wszystkie dzieci, jakie tylko przybiegały pod nasz dom. Zawsze zresztą powtarzała, że innym trzeba pomagać i pomimo swojej biedy dzielić się tym, co się posiada. Wszyscy przyjaźniliśmy się z rosyjskimi dziećmi, zawsze udało nam się wymyślić jakąś wspólną zabawę. Danusia często udawała nauczycielkę, a swoich ,,uczniów’’ przymuszała do posłuszeństwa siłą, ponieważ chciała być szefem dziecięcej bandy. Nikt jednak z jej przyjaciół nie miał jej tego za złe. Nasz kierownik sowchozu uratował mi nawet życie, kiedy podczas wieczornego powrotu do domu omal nie rozszarpałyby mnie wilki, chwycił mnie za kołnierz, wrzucił na swoje sanki i szybko odjechał, przy tej okazji wyzywając mnie ze zdenerwowani i przejęcia od durniów.

Z wilkami miałem nieprzyjemność spotkać się jeszcze kilka razy. Kiedyś nawet jeden wszedł do ziemianki, więc omyłkowo wziąłem go za psa. Wilki atakują całą watahą, a ten był sam, więc wybrał ucieczkę. Innym razem moje siostry w ostatniej chwili schowały się w domu przed goniącą je sforą. Za sobą usłyszały tylko, jak rozpędzone wilki z impetem rozbijały się o drzwi. Od czasu do czasu słyszałem, że ktoś został przez nie rozszarpany.

Cały nasz wysiłek włożony został w codzienną walkę o przetrwanie, a całą naszą siłą była nadzieja na powrót do Polski. W drogę powrotną ruszyliśmy w maju 1946 r. Rosjanie pożegnali nas bardzo serdecznie. Gdy wchodziliśmy na statek parowy, zgromadzeni na przystani, nie patrząc na enkawudzistów, krzyczeli: ,,Powiedzcie ludziom, jak my tu żyjemy!’’. Większą część drogi po-wrotnej przebyliśmy tak samo, jak podczas deportacji w bydlęcych wagonach, tym razem jednak nie zaplombowanych. W jednym z nich przemycono, po przekupieniu enkawudzisty konserwą wieprzową, dziewczynkę, która nie posiadała żadnego dowodu na to, że była Polką i że miała prawo do repatriacji. Wróciliśmy w końcu zatem do Polski, do kraju zupełnie innego od tego, który znaliśmy wcześniej, ale do kraju będącego wytęsknioną ojczyzną. Spełnienie tego największego marzenia stało się możliwe tylko dzięki naszej mamie, każdego dnia tak dzielnie walczącej o nasze życie, które, nam, dzieciom, wrogom Związku Radzieckiego, chciano odebrać w okrutny sposób.

.................

1 Relację tę zanotowałam będąc studentką Uniwersytetu Szczecińskiego. Dzięki staraniom K. Malinowskiego kolejne osoby zrzeszone w Kołach Związku Sybiraków powiatu gryfickiego zgodziły się na udzielenie informacji z pobytu na zesłaniu. Dzięki temu powstała praca magisterska poświęcona życiu codziennemu zesłańców latach w 1940-1946 deportowanych na Syberię, do Kazachstanu i w inne rejony byłego Związku Radzieckiego. Obecnie jestem doktorantką US i kontynuuję wcześniejsze badania. Relacja K. Malinowskiego jest ważnym źródłem informacji, mimo pojawiających się w niej pewnych błędów i nieścisłości.

2 Informacja ta nie musi być całkowicie zgodna z prawdą. Być może A. Mali-nowski stał się właścicielem tej działki nie jako zwykły kupiec, ale, będąc wcześniej członkiem tzw. Legionów Piłsudskiego, jako osadnik wojskowy.

3 Nie jest to informacja zgodna ze stanem faktycznym. Co prawda, Polacy najczęściej skazywani byli na co najmniej 10-letni pobyt w łagrze, ale zdarzało się, że obywateli polskich uznawano za element społecznie niebezpieczny (tzw. SOE) i skazywano na maksymalnie 5-letni pobyt w ZSRR, P. Żaroń, Ludność polska w Związku radzieckim w czasie II wojny światowej, Warszawa 1990, s. 121.
4 Mimo wielu podobieństw niemieckie obozy koncentracyjne oraz tzw. łagry, radzieckie obozy pracy przymusowej, nie powinny być ze sobą utożsamiane. Rozważania na ten temat przeprowadził m. in. A. Sołżenicyn w swoim dziele Archipelag Gułag.

5 Najprawdopodobniej również ta informacja nie jest prawdziwa, bowiem racje żywnościowe dla łagierników oficjalnie ustalone zostały w innej wielkości. Jednakże podczas wcześniej prowadzonych badań autorka tekstu miała okazję stwierdzić, że rzeczywiste działania władz radzieckich niejednokrotnie znacznie odbiegały od litery prawa, w wyniku czego przyznawane łagiernikom porcje jedzenie miały różną wagę. Szerzej zob. A. Szymczak, Życie codzienne w ZSRR w latach 1940-1946 na podstawie wspomnień Sybiraków z powiatu gryfickiego, Szczecin 2009 (praca magisterska)

6 Jest to bardzo ważna informacja, bowiem w większości relacji rzadko poruszane jest zagadnienie nieżyczliwości przedstawicieli władz polskich wobec deportowanych, zwłaszcza tych pragnących wstąpić do tworzonego w ZSRR polskiego wojska pod dowództwem gen. W. Andersa.

7Aleksander Gurjanow, z moskiewskiego „Memoriału” podaje, że przepisy obowiązujące NKWD przewidywały, że na wagon powinno przypadać od 25 do 30 deportowanych. W istocie nie trzymano się tych wytycznych i wagony deportacyjne przepełnione były w znaczny sposób. co znajduje potwierdzenie w wielu relacjach.

8 Oficjalnie pracować musieli wszyscy deportowani, którzy ukończyli 16 lat, jak już jednak zaznaczono wcześniej, przepisy prawa radzieckiego nie zawsze były stosowane http://www.sciesielski.republika.pl/sov-dep/polacy/specprac.html 20. 12. 2009.

9 Również i ta informacja może być błędna, bowiem tak duże ilości chleba nie przysługiwały nawet najlepiej opłacanym w ZSRR robotnikom -górnikom, którzy otrzymywali 700 g chleba, S. Ciesielski, Polacy w Kazachstanie w latach 1940-1946, Wrocław 1997, s. 126.

10 Najprawdopodobniej nastąpiło to po niemieckim ataku na ZSRR dokonanym 22 czerwca 1941 r., który znacznie pogorszył i tak już bardzo trudną sytuację życiową mieszkańców Związku Radzieckiego.

11 Pomoc udzielana zesłańcom przez rząd polski od 1941 r. często jest błędnie identyfikowana przez nich ze wsparciem udzielonym im przez UNRR-ę (Organizację Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy - United Nations Relief and Rehabilitation Administration, stworzoną dopiero w 1943 r.), podczas gdy pochodziła ona z innych źródeł, P. Żaroń, op. cit., s. 203.
..........................

/Źródło : Zesłaniec /


RELACJE Z ZESŁANIA

By czas nie zatarł śladów naszych doświadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzyć nowy dział po-święcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłają propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” poświęcony Matkom-Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

W przyszłości podobny monograficzny numer naszego pisma chcemy przeznaczyć na opisanie losów polskich dzieci na zesłaniu. Wiemy też z napływającej do redakcji korespondencji, że z artykułów publikowanych na łamach „Zesłańca” korzystają uczniowie oraz nauczyciele historii, uważając publikowane w nim teksty za ważny materiał uzupełniający podręczniki szkolne.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje w pewnym sensie do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz do serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Głównego Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane są także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth, przewodniczącej tamtejszej Komisji Historycznej. Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacimy polską historiografię o cenne źródła dotyczące zesłań Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony byłego Związku Radzieckiego. (red.)


♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękujemy za czas, który poświęciłeś, aby być tu z nami.
Mamy nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.