♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

środa, 3 maja 2017

Wagony na szerokich torach - Czesław Kisły


                                                                                 

                           Wagony na szerokich torach - Czesław Kisły


Zamiast wstępu

Niniejsze wspomnienia są nieprofesjonalnym, prostym zapisem wydarzeń, przeżyć i doznań z mojej syberyjskiej tułaczki w latach 1941 - 1946.
Wspomnienia te poświęcam moim rodzicom i tym wszystkim ofiarom stalinowskiego reżimu, którym nie udało się przeżyć katorżniczej niewoli.
Czas zaciera fakty i odchodzą na zawsze naoczni świadkowie tamtych mrocznych dni. Zatem niech moje wspomnienia będą świadectwem martyrologii narodu polskiego na bezkresnych obszarach dalekiej Syberii.

                                                                                                                Czesław Kisły

Moja mała Ojczyzna

Malowniczo położona Zołwica była o każdej porze roku wyjątkowo piękna. Dookoła nowo zbudowanego domu rósł wieloowocowy sad. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni stale tam coś kwitło i owocowało. Z okien domu rozpościerał się widok na pobliski las, uprawne pola i tajemnicze jezioro Uklańskie, które latem o wschodzie słońca mieniło się blaskiem tęczy i budziło ze snu krzykiem mew. Wieczorem jego rozległą toń pokrywała mgła i słychać było jedynie pluskanie ryb i trzepotanie skrzydeł wodnego ptactwa. Przyroda tętniła tu swoistym życiem. Właśnie w tym cudownym otoczeniu ujrzałem po raz pierwszy świat.
Okres dzieciństwa w Zołwicy w powiecie brasławskim, w wileńskim województwie, kojarzy mi się do dziś ze słońcem, radością i bezgraniczną miłością, jaką darzyli mnie, mojego brata i siostrę nasi rodzice. Byli to ludzie wyjątkowo pracowici, skromni i uczciwi. Zgodnie prowadzili gospodarstwo rolne. Ojciec również aktywnie uczestniczył w pracach Rady Parafialnej w Kościele Rzymskokatolickim w Ikaźni. Mama była chórzystką w tym kościele.
Dom nasz był zawsze gościnny i otwarty. Bywali w nim często liczni krewni, znajomi i przyjaciele. Nasi goście chętnie spędzali wolny 



czas na łonie pięknej przyrody. W spotkaniach tych uczestniczyli również nasi najbliżsi sąsiedzi - państwo Pożarscy. On, typowy Sarmata, ojciec siedmiorga dzieci, piłsudczyk i zasłużony legionista; ona zaś przeurocza, spokojna, miła pani, zawsze uśmiechnięta, z dobrotliwym wyrazem twarzy. Lubiłem ich bardzo, zwłaszcza pana Jana, który barwnie opowiadał o wojnie polsko - bolszewickiej, śpiewał pieśni wojskowe i roztaczał przede mną obrazy bohaterskich czynów polskich legionistów.
Przyjaźniłem się z młodszymi dziećmi państwa Pożarskich. Często razem łowiliśmy ryby, zbieraliśmy grzyby i jagody, a nieraz po prostu całymi godzinami łaziliśmy po uroczej okolicy otaczającej Zołwicę. Były to wyjątkowo piękne tereny, o urozmaiconym krajobrazie. Myślę, że nastąpiło tu unikalne połączenie rozległych jeziornych obszarów z licznymi wzgórzami, lasami, ogromnymi torfowiskami i urzekającymi malowniczymi miejscowościami.
Najczęściej chodziliśmy do tak zwanej „Mszary". Były to bagna i rozlewiska. Niepowtarzalny świat ryb, ptactwa i dzikich zwierząt. Gnieździły się sic tam czaple, żurawie, cietrzewie, kaczki oraz mnóstwo innych gatunków rzadko spotykanych ptaków. Z dużym zainteresowaniem obserwowaliśmy tokujące cietrzewie, majestatycznie wędrujące losie i tarzające się w biocie dziki. Nie ukrywam, łapaliśmy nieraz kłapaki, a w dużych oczkach wodnych, dorodne liny i karasie.
Okolice Zołwicy oraz cały brasławski powiat to nie tylko piękno przyrody. Były one też swoistą mozaiką religijną - narodowościową. Mieszkali tam Polacy, rosyjscy staroobrzędowcy, Białorusini, Żydzi i wielu innych. Jednak liczebnie zdecydowanie przeważały rodziny polskie. Jak mi dziś opowiadają dawni mieszkańcy Brasławia, wszyscy żyli tam w miarę zgodnie. Stanowili swego rodzaju narodowościowy, religijny i kulturalny konglomerat. Stojące obok siebie świątynie różnych wyznań w zasadzie nikomu nie przeszkadzały. Na przykład w Ikaźni, mojej niewielkiej parafialnej miejscowości, był dom modlitewny Żydów, cerkiew prawosławna i kościół katolicki.
Cerkiew pod wezwaniem Świętego Mikołaja zbudowano w 1905 roku, w stylu rosyjsko-bizantyjskim, a niemalże obok niej górował nad niską zabudową miasteczka kościół katolicki pod wezwaniem Bożego Ciała. W nim właśnie byłem ochrzczony. Wyróżniał się on bogactwem architektonicznych detali. Jego dwie wysokie wieże widoczne były z daleka. W uroczystych chwilach rozlegał się z nich piękny dźwięk umieszczonych tam dzwonów.
Pamiętam, że oprócz świątyń, szczególnie interesowały mnie i moich kolegów ruiny zamku ikaźnieńskicgo, zbudowanego • przez Jana Sapiehę. Zamek ten niegdyś odgrywał istotną rolę jako jedna z pogranicznych twierdz brasławszczyzny. Zniszczony na początku XVIII wieku w czasie Wojny Północnej, nigdy nie był odbudowany. Jego ruiny były miejscem naszych „walk" z przeciwnikiem. Z drewnianymi mieczami w ręku broniliśmy twierdzy przed nacierającym wrogiem. W zaciekłej potyczce byłem nawet „ranny" - z łuku zostałem postrzelony w pośladek przez kolegę z grupy atakującej.
Wielokrotnie jeździłem też z rodzicami do Brasławia. To malowniczo położone miasto pomiędzy jeziorami stale mnie urzekało. Jego początki sięgają IX wieku. Prawa miejskie Brasław uzyskał w 1500 roku z rąk Aleksandra Jagiellończyka. Zawsze był - i jest obecnie - miastem powiatowym. Pamiętam, że z masywu Góry Zamkowej roztaczał się wspaniały widok na zabudowę i urozmaiconą linię brzegową otaczających miasto jezior.
W samym mieście podobał mi się szczególnie kościół, zbudowany przez Kazimierza Jagiellończyka. Piękne wnętrze świątyni zdobiły liczne obrazy, a w ołtarzu głównym mieścił się cudowny obraz Matki Boskiej Brasławskiej.
W pobliżu kościoła stała cerkiew prawosławna pod wezwaniem Mikołaja Cudotwórcy. Wieńczyło ją pięć kopuł, zdobiły arkadowe portale, zaś w ikonostasie były stare, zabytkowe ikony.
Dzięki rodzicom, a szczególnie ojcu, który zawsze zabierał mnie ze sobą do różnych miejscowości naszego powiatu, poznałem piękno brasławszczyzny i mocniej pokochałem swoją małą ojczyznę, leżącą wówczas daleko na Kresach Wschodnich w województwie Wileńskim.
Zbliżał się rok szkolny. We wrześniu 1939 r. miałem po raz pierwszy w moim życiu rozpocząć naukę. W pierwszych dniach sierpnia ojciec poszedł ze mną do Uki. Pamiętam moją pierwszą rozmowę z dyrektorem szkoły. Wywarła ona na mnie duże wrażenie. Poczułem się uczniem tej szkoły. Pragnąłem z całego serca, aby jak najszybciej rozpoczęła się nauka. Rodzice kupili mi tornister, elementarz, zeszyty i nowe ubranie. Przymierzałem je kilkakrotnie. Cieszyłem się ogromnie na samą myśl, że będę pierwszoklasistą. Zamiast jednak początku roku szkolnego, pierwszego września rozpoczęta się tragiczna w skutkach, długotrwała II wojna światowa.

Nowe porządki i nowy ład

17 września wojska sowieckie wkroczyły na teren powiatu brasławskiego. W Ikaźni i innych miejscowościach pojawili się ludzie z czerwonymi opaskami na ramieniu. Ku naszemu zaskoczeniu byli to również nasi znajomi z Uki, Przebrodzia, Śniegów, Linkowszczyzny. Powstała nowa sowiecka władza i nowe okupacyjne porządki. Pożarskich i innych osadników wojskowych, funkcjonariuszy policji, polskich urzędników i nauczycieli, w tym również dyrektora szkoły w Ukli, wywieziono na Syberię.
W czasie deportacji jednemu z synów Pożarskich - dwudziestoletniemu Józefowi - udało się uciec do lasu. Biedak nie cieszył się jednak długo wolnością. Osaczonego w kryjówce rozstrzelano i ku przestrodze innym, ciało z napisem „bandyta", na długi okres pozostawiono przy skrzyżowaniu traktu brasławskiego. Wszystkim krewnym i znajomym, w tej liczbie i moim rodzicom, u których Józef bywał, NKWD postawiło zarzut tworzenia organizacji bojowej, mającej na celu zwalczanie władzy radzieckiej. Okrzyknięto ich wszystkich „wrogami ludu". Był to jeden z pretekstów do masowych aresztowań i późniejszych deportacji Polaków z powiatu brasławskiego. Rzekomym dowodem istnienia organizacji bojowej w ikazieńskiej gminie była tak zwana „lista spiskowców". Faktycznie był to jedynie wykaz członków Rady Parafialnej i niektórych darczyńców kościoła:
Wykaz ten enkawudziści znaleźli u proboszcza parafii w czasie jego aresztowania. Na liście byli również moi rodzice.
Wkrótce w życiu Zołwicy zaszły ogromne zmiany. W pięknym, bogatym gospodarstwie Pożarskich osiedlono rodzinę Białorusinów. Jak się później okazało, byli to agenci NKWD, którzy wszelkimi sposobami zbierali informacje o polskich mieszkańcach okolicznych miejscowości. Chociaż donosy te nie zawsze miały pokrycie w faktach, były jednak powodem przesłuchiwań i masowych aresztowań w gminie ikaznieńskiej.
Polaków mieszkających w okolicach Ikaźni traktowano szczególnie okrutnie. Jestem przekonany, że sowieckie władze doskonale pamiętały opór ludności tej gminy, zorganizowany przeciwko bolszewikom w 1919 roku pod przewodnictwem proboszcza lkaźni, Michała Buklarewicza. Wielokrotnie opowiadała mi o tych wydarzeniach moja mama. Minęło przecież zaledwie 20 lat od tamtych zajść. Żyli jeszcze uczestnicy walk. Znane były ich nazwiska - w tym nazwisko nieżyjącego już w I 939r. mojego dziadka -Antoniego Kisłego. Wprawdzie znaczna liczba ludzi, którzy z bronią w ręku w 1919 r. stanęli do nierównej walki z bolszewikami zginęła, ale część z nich przecież żyta. Żyli też ich potomkowie. Stąd może ta wyjątkowa zaciekłość NKWD.
W pierwszych dniach kwietnia 1941 r. wezwano na przesłuchanie również mojego ojca. Wrócił do domu całkowicie przygnębiony. Długo w tym dniu rozmawiał z mamą. Wyczuwało się wyraźny niepokój. Nie rozumiałem wówczas powodu, ale skutki były oczywiste. W pierwszy dzień Wielkanocy tego roku ojciec został aresztowany. W tym czasie byłem z mamą w kościele w Ikaźni. W dornu z ojcem został jedynie pięcioletni brat, Piotrek i trzyletnia siostra, Bronia. Oni byli świadkami bezprawnego aresztowania. Małe, wystraszone dzieci, pozostawione bez żadnej opieki spazmatycznie płakały. Ich płacz usłyszeliśmy z mamą wracając z kościoła. Zwiastował on nieszczęście, które zawisło nad naszą rodziną.
Nigdy już nie zobaczyłem ojca. Mama wielokrotnie starała się o „widzenie". Pomimo pozornego zezwolenia władz aresztu, nic udało się jej zobaczyć męża.
Komendant aresztu każdorazowo mówił mamie, żeby się nie przejmowała, że to na pewno jest pomyłka. Skoro ojciec jest niewinny, prędko wróci do domu, ponieważ władza radziecka jest sprawiedliwa i przyjazna ludziom. Niewinnych nie karze. Okazało się, że było zupełnie inaczej. Ludzie całkowicie niewinni, w wyniku tortur w czasie śledztwa, chcąc skrócić męczarnie, przyznawali się nieraz do rzekomych win. Odbywało się to zgodne z enkawudowską maksymą – „nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani” – stąd też powszechnie stosowano fizyczne i psychiczne znęcanie się nad aresztowanymi. Oficerowie śledczy NKWD wymyślali szczególnie okrutne metody tortur wobec Polaków, tzw. „przestępców politycznych”. Myślę, że chodziło o realizowanie programu wyniszczenia narodu polskiego na okupowanych ziemiach kresów wschodnich.
Zamiast zwolnić ojca z aresztu, 20 czerwca 1941 r. o świcie dom nasz otoczyli uzbrojeni enkawudziści. Rozlegały się niezrozumiałe dla nas rozkazy, strzały, łomotanie do drzwi. W mieszkaniu przeprowadzono złodziejską rewizję. Wszystko przewrócono i dokładnie przeszukano, a cenniejsze rzeczy zabrano bez żadnego pokwitowania. Dano nam przy tym zaledwie dwadzieścia minut czasu na spakowanie się. Cóż mogła wziąć z domu zestresowana, wystraszona 35-letnia kobieta z trójką małych dzieci? Kto w tak tragicznym momencie byłby w stanic pamiętać o niezbędnych rzeczach, jedzeniu, ubraniu?
Wyszliśmy - jak z płonącego domu - na podwórko, gdzie czekały na nas wozy. W drodze do stacji kolejowej, pod eskortą enkawudzistów, towarzyszył nam przenikliwy płacz mamy i nasza, może jeszcze nieświadoma rozpacz.

Szerokie tory na wschód

Na szerokich torach stacji kolejowej w Baranowiczach czekały na nas wagony towarowe z zakratowanymi oknami. Było już tam bardzo wielu podobnych nam zesłańców. Upchano wszystkich do poszczególnych wagonów i starannie pozamykano drzwi.
W naszym wagonie był straszny tłok. Wepchnięto do niego siła około pięćdziesiąt osób. Na pryczach brakowało miejsca, nie było czym oddychać. Na próżno ktoś błagał o wodę, ktoś inny wzywał pomocy lekarskiej. Enkawudziści stojący przy wagonach z bronią gotową do strzału nie reagowali na żadne prośby. Pociąg - widmo ruszył. Wtedy właśnie skończyło się moje pozbawione trosk dzieciństwo i zaczęła się, przepełniona okrucieństwem droga w dorosłe życie. Głód, śmierć i cierpienie towarzyszyły mi przez wiele lat syberyjskiej tułaczki.
Pamiętam, że pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji. Pojawiła się iskierka nadziei, że nas wypuszczą, że będziemy wolni. Ktoś głośno nawet mówił o mającej się rozpocząć wojnie niemiecko - rosyjskiej. Uważano, że po cóż by w tym wypadku mieli nas wywozić? Otwarto nawet szeroko drzwi wagonów, ale okazało się, że jedynie po to, aby siłą, w brutalny sposób, wyciągnąć wszystkich mężczyzn powyżej 17-go roku życia. Uformowano z nich długą, pieszą kolumnę, która pod eskortą uzbrojonych enkawudzistów, zmierzała na miejsce masowej kaźni w byłym klasztorze w Berezweczu, w pobliżu Głębokiego. Do dziś dnia brzmi w moich uszach rozpaczliwy płacz żon i matek oraz przejmujący krzyk osieroconych dzieci.
Później dowiedziałem się że, w Berezweczu był uwięziony mój ojciec. Jak inni, bezprawnie, bez żadnego wyroku i możliwości prawnej obrony, został tam rozstrzelany.
Ciocia Ania, mieszkająca w tym czasie w powiecie brasławskim, opowiadała mi, że bezpośrednio po wkroczeniu Niemców na te tereny, można było pojechać do Berezwecza. Ona właśnie tam była w nadziei, że odszuka swojego brata, a mojego ojca. Oczom jej ukazał się przerażający widok. Na dziedzińcu klasztoru leżały w części już rozkładające się ciała rozstrzelanych ludzi. Mnóstwo trupów. Dziedziniec klasztorny przesiąknięty został krwią. Była to masowa zbrodnia, ludobójstwa, popełniona bestialsko przez NKWD. Myślę, że zostanie ona w przyszłości w szerszym stopniu ujawniona - Berezwecz bowiem to jedno ze znaczących miejsc na mapie stalinowskich zbrodni. Nasz pociąg ruszył dalej. Wszystkim dokuczał upał, ciasnota i brak wody. Jedyny mały otwór w podłodze służył za ubikację dla tak wielu osób. Żadnych środków czystości. Unosił się okropny zapach, trudno było wytrzymać.
Powoli kończyły się skromne zapasy żywności. W wielu rodzinach zaczął panować głód. Wprawdzie dzielono się resztkami jedzenia, ale to przecież nic rozwiązywało ogólnego niedostatku żywności, a zwłaszcza wody.
Pamiętam płacz spragnionych dzieci. Każda kropla wody była na „wagę złota". Mimo to, że nieraz staliśmy na stacjach, ponieważ w przeciwnym kierunku szły transporty wojskowe, drzwi naszych wagonów były zamknięte. Wprawdzie od czasu do czasu podawano nam wodę w czterech wiadrach, ale jej ilość przypadająca na jedną osobę w wagonie nie była wystarczająca. Pamiętam, że dzielono ją szklankami. Nieraz udawało się dodatkowo „kupić" u roznoszących ze dwa wiadra wody, ale i tak jej nie wystarczało. Nie mogłem początkowo zrozumieć, jak w ogóle może brakować wody. Mieszkając w Zołwicy, nad brzegiem dużego jeziora, miałem jej zawsze pod dostatkiem. W wagonie, dopiero w warunkach ekstremalnych, zrozumiałem jej wagę i znaczenie w życiu człowieka.
Ludzie płakali, klęli i złorzeczyli sowieckiej władzy. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Mama wprawdzie pocieszała nas mówiąc, że prędko dojedziemy na miejsce, spotkamy tam ojca, ale myślę, że sama w to nie wierzyła. Myślę, że doskonale zdawała sobie sprawę z losu, jaki nam przygotowała sowiecka władza.
Nieco lżej było po przekroczeniu Uralu. W części azjatyckiej otwierano drzwi wagonu, a w czasie postoju kilka wyznaczonych osób mogło pójść po wodę. Nie oznaczało to jednak naszej pełnej swobody. W dalszym ciągu uzbrojeni enkawudziści pilnowali transportu. Poza wyznaczonymi osobami udającymi się po wodę, innym nie wolno było opuścić wagonu. Nikomu też z miejscowych nie pozwolono zbliżyć się do naszego pociągu. Pełna izolacja, żadnego kontaktu.
Po upływie wielu tygodni, fizycznie i psychicznie wyczerpującej podróży, dotarliśmy na miejsce. Część deportowanych jednak tej strasznej drogi nie wytrzymało. Ich ciała zabierano z wagonów na kolejnych stacjach. Nikt z nas, dziś żyjących nie wie gdzie i jak zostali pochowani. Jedno jest pewne - zaznaczyli oni swoimi ciałami drogę skazańców od Baranowicz na Wileńszczyźnie do Barnaułu w Ałtajskim Kraju.

Obóz przejściowy w Barnaule

Rozmieszczono nas w długich, drewnianych barakach, typowych dla syberyjskich łagrów. Mieściły się one na peryferiach Barnaułu - stolicy Ałtajskiego Kraju, leżącego na lewym brzegu rzeki Ob. Na prycze po obu stronach baraku upychano poszczególne rodziny. Obok nas zajmowała miejsce pani Milkiewicz z pięciorgiem małych dzieci. Męża jej oraz syna, razem z innymi mężczyznami, zabrano z wagonu do Berezwecza.
W baraku panowała straszliwa ciasnota. Nie było urządzeń sanitarnych, a okropny odór dawał się wszystkim we znaki.
Jedynie dozorujący funkcjonariusze NKWD mieli wydzielone pomieszczenia. Oni byli tu panami życia i śmierci. W tak zwanym pokoju przesłuchań bezkarnie gwałcili dziewczęta i młode kobiety. Tych, z którymi tzw. “przesłuchanie" poszło nie po myśli oprawców, kierowano do łagrów na „pierewospitanije”. Nie pomagały błagania matek i prośby krewnych. Po prostu nie było możliwości przeciwdziałania temu bezprawiu. Widziałem jak po powrocie z „przesłuchania", dziewczęta płakały. Zdarzały się nawet przypadki samobójstw. Niektóre ze zgwałconych kobiet później rodziły, a ich nowo narodzone dzieci najczęściej trafiały do sierocińców.
Poza „udostowirenijem", jakie otrzymaliśmy w czasie wywózki, nie mieliśmy żadnych dokumentów. Enkawudziści zabierali je w czasie rewizji. Właśnie pod pozorem braku dowodów tożsamości zarządzono spis wszystkich mieszkańców poszczególnych baraków. Myślę jednak, że nie chodziło o ustalenie personaliów. Przecież oni je mieli. Sądzę, że przyświecał temu zupełnie inny cel.
W czasie przesłuchań wmawiano ludziom, że nie są oni Polakami. Przyjechali tu przecież z Białorusi, a zatem są Białorusinami. Mówiono im, że jeżeli podpiszą obywatelstwo ZSRR będą całkowicie wolnymi ludźmi i otrzymają prawo swobodnego poruszania się itp.
Faktycznie deportowano nas z części polskich ziem województwa wileńskiego, włączonych po l 7 września 1939r. do ZSSR, ale przecież nigdy nie byliśmy Białorusinami.
Wielkie szczęście, że mimo grożącego niebezpieczeństwa, wśród deportowanych znaleźli się światli, odważni ludzie, którzy z narażeniem życia nawoływali wszystkich do nie podpisywania zgody na zmianę obywatelstwa. Mówili o prowokacji i enkawudowskiej obłudzie. Wskazywali na skutki nieprzemyślanej decyzji. Miało to ogromne psychologiczne znaczenie w warunkach terroru i zastraszenia.
Mimo to jednak niewielka część rodzin, oszukana przez NKWD złożyła oświadczenia na piśmie, że są obywatelami Białorusi. Była to dla nich tragiczna w skutkach decyzja. Nie objęła ich umowa generała Sikorskiego z rządem sowieckim z 30 lipca 1941 r.; nie mogli też oni, jako Białorusini, wrócić w l 946r. razem z nami do Polski. Wprawdzie część z nich, głównie ludzie młodzi, uciekła do zorganizowanej w ZSRR armii generała Andersa, ktoś trafił też pewnie do l Dywizji im. T. Kościuszki, część jednak pozostała w sowchozach i lesozagatowkach Syberii, a przecież faktycznie byli oni z dziada pradziada Polakami, obywatelami Rzeczypospolitej. Ich dzieci i wnuki tworzą obecnie, między innymi, pokolenie zesłańców w obwodzie Nowosybirskim, Ałtajskim Kraju i innych częściach ogromnej Syberii.
Kiedy dorosłem i uświadomiłem sobie ten fakt, byłem dumny ze swojej mamy, wdzięczny jej za mądrą decyzję, głęboki patriotyzm i odwagę. Bez względu na skutki oświadczyła enkawudzistom, że jest Polką i żadnego innego obywatelstwa ona i jej dzieci nie przyjmą. Dzięki temu w l 946r. wróciliśmy do Ojczyzny.
Wszystkich dorosłych polskich mieszkańców poszczególnych baraków zapędzono do katorżniczej pracy, głównie na terenie miasta, będącego istotnym zapleczem wojny i odgrywającego przecież ważną administracyjną - gospodarczą rolę w Zachodniej Syberii. Bezlitośnie wykorzystując bezpłatną siłę roboczą, rozwinięto tu bardzo szeroki zakres robót. Montowano zakłady przemysłowe, przerzucane z europejskiej części Rosji, rozbudowywano miasto, jego infrastrukturę. Jeszcze w czasie mojego pobytu Barnauł zmienił się w sposób zasadniczy. Ze starego, osiemnastowiecznego, niedużego miasta przekształcił się w nowoczesny ośrodek przemysłowy i administracyjno - gospodarczy oraz znaczący rzeczno - kolejowy węzeł komunikacyjny.
Nie wszyscy pracowali na budowach. Część zesłańców przydzielono do tak zwanych brygad obsługi. Moją mamę skierowano do pralni obozowej. Nie było łatwo ręcznie prać sterty brudnych ubrań. Nie skarżyła się. Przeciwnie, bała się, by nie stracić - w ocenie innych - bardzo dobrej pracy, chociaż faktycznie wracała wieczorem do baraku całkowicie wyczerpana.
Mnie natomiast przypadła rola niańki. Opiekowałem się młodszym rodzeństwem -- Piotrem i Bronisławą - oraz małymi dziećmi pani Czeronkowej. Miałem z tym poważne kłopoty. Mając osiem lat sam przecież potrzebowałem jeszcze opieki. Nie bardzo umiałem sobie poradzić, gdy dzieci często płakały z głodu. Opowiadałem im wówczas wymyślone bajki, ale to nie zastępowało przecież jedzenia. Wprawdzie czasami gotowałem im lurowatą zupę, nieraz udało mi się wyżebrać dla niech w stołówce obozowej kawałek chleba lub parę ziemniaków, ale najczęściej byliśmy głodni.
Okres ten w moim życiu na Syberii był bardzo trudny. Często żaliłem się mamie, narzekałem. Pamiętam, że ona przytulając mnie mówiła spokojnie, że sytuacja tego wymaga, jestem przecież najstarszy i ponoszę na równi z nią odpowiedzialność za naszą rodzinę. Jej słowa uspokajały i utrwalały mnie w przekonaniu, że muszę jak najlepiej wypełniać powierzone obowiązki. Starałem się ze wszystkich sił, chociaż mimo to nie zawsze dawałem radę. Często płakałem razem ze swoimi podopiecznymi.


Przetrwać zimę

Minęło lato 1941 r. W pierwszych dniach października rozpoczęła się surowa syberyjska zima. Nieszczelne baraki, ogrzewane były jedynie blaszanymi piecykami, ustawionymi w środkowym przejściu. Było niesamowicie zimno. Wilgotna pościel i ubrania przymarzały na pryczach do ścian. Ludzie zaczęli masowo chorować na zapalenie płuc, tyfus, szkarlatynę itp. Nie było żadnej pomocy lekarskiej ani leków. Widok zmarłych, ciągniętych na sankach do pobliskiego, gwałtownie powiększającego się cmentarza obozowego stał się codziennością. Nikogo to już nie szokowało. Nie było też uroczystości pogrzebowych. Ciała wrzucano najczęściej do wspólnych dołów i jedynie płacz krewnych i znajomych towarzyszył tym czynnościom.
Zmarła też moja trzyletnia siostra Bronia. Osłabiony wycieńczającą chorobą malutki jej organizm bronił się, chciał jeszcze żyć. Nie mogliśmy jej pomóc. Nie było żadnego ratunku. Złożyliśmy jej ciało do olbrzymiego dołu na obozowym cmentarzu, w którym było już wiele innych zwłok. Zdawałem sobie sprawę, że już jej nigdy nie zobaczę. Uporczywe pytania cisnęły się na usta - dlaczego tak się stało? Kto jest temu winien? Do baraku wróciłem milczący i przygnębiony. Pozostały jedynie rozpacz i bezgraniczny żal.
W krótkim czasie ciężko zachorowała też moja mama. Byłem przerażony. Nie chciałem dzielić doli polskich sierot zabieranych do domów dziecka, a przypadków takich było wiele. Osierocone dzieci płakały strasznie, tym bardziej, że w tym czasie ich dalszy los nie był znany nikomu Wśród zesłańców krążyły na ten temat jedynie różne wersje. Taka perspektywa przerażała mnie, ale cóż mogłem uczynić poza troskliwą opieką nad chorą mamą. Robiłem okłady, pomagałem pani Mickiewiczowej stawiać mamie bańki, przygotowywałem napar z ziół. Nastąpiło przesilenie, choroba powoli ustępowała. Na szczęście kryzys minął. Mama, ku naszej wielkiej radości, odzyskiwała zdrowie. Pozostaliśmy na razie we trójkę - całkowicie wycieńczeni i głodni.
Systematycznie zmniejszano nam racje żywnościowe w stołówce obozowej. Tłumaczono to potrzebami toczącej się wojny z Niemcami. Codzienne wyżywienie stanowiła nieosolona zupa z brukwi, zgniłe ziemniaki lub buraki pastewne oraz mikroskopijna porcja tzw. chleba. Były to niemal same otręby sklejone ziemniakami. Zaspokojenie głodu stawało się więc sprawą życia lub śmierci.
Z innymi dziećmi wędrowałem po śmietnikach. Nie dawało to prawie żadnego pozytywnego rezultatu. Pamiętam jednak, że w grudniowy, bardzo mroźny dzień, grzebiąc w jednym ze śmietników w odległym śródmieściu, znalazłem obierki ziemniaczane, które jak najdroższy skarb przyniosłem do baraku. Ugotowane i okraszone olejem załatwić w stołówce obozowej za obrączkę mamy, były najlepszym -przysmakiem w ówczesnym moim obozowym życiu.
Wigilia Bożego Narodzenia 1941 r. była wyjątkowo smutna i przygnębiająca. Szalała burza śnieżna. Śnieg wciskał się szparami do baraku. Piecyki rozgrzane do czerwoności ogrzewały jedynie parę metrów powierzchni. Siedzieliśmy z bratem na pryczy przytuleni do marny, głodni i zziębnięci. Łzy same napływały do oczu. Ludzie płakali i żarliwie modlili się. Jestem przekonany, że ta ucieczka myślami do Boga przynosiła wszystkim ulgę i pozwalała choć na chwilę zapomnieć o otaczającej rzeczywistości.
Ktoś zaintonował „Wśród nocnej ciszy”. Mieszkańcy baraku włączyli się do śpiewu. Cicho! ale jakże uroczyście popłynęła melodia pięknej 'polskiej kolędy. Z braku opłatka dzieliliśmy się okruchami chleba. Życzyliśmy sobie nawzajem powrotu do kraju, zdrowia oraz przetrwania strasznej syberyjskiej zimy.
Zima ta była bowiem wyjątkowo surowa. Utrzymywały się 30- 40⁰ mrozy i nękały nas zamiecie śnieżne, tzw. burany, które paraliżowały człowieka. Ślina na wargach lodowaciała, a woda wylana z kubka natychmiast zamieniała się w lód. Trudno sobie to nawet wyobrazić, a przecież trzeba było jakoś przetrwać. Zdarzały się częste odmrożenia, a nawet zamarznięcia ludzi. Dlatego wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na przyjście wiosny.


Zbawienna pokrzywa

Szczęśliwie doczekaliśmy upragnionej wiosny 1942 r. Brud, głód, insekty i choroby solidnie dały się nam wszystkim we znaki. Zaczęliśmy prać i suszyć spleśniałą, klejącą się od brudu pościel i ubrania, a głównie likwidować wszy i pluskwy. Trudne były one do wytępienia, bo przecież nie mieliśmy mydła, ani jakichkolwiek środków dezynfekujących. Rozdrapywane miejsca po ich ukąszeniach zmieniały się w swędzące rany. Kto nie doznał tej straszliwej plagi, nie jest w stanie wyobrazić sobie widoku ludzkiego ciała pogryzionego przez te wyjątkowo żarłoczne insekty. Plaga ta dotykała równo wszystkich mieszkańców poszczególnych baraków.
Budząca się do życia, w promieniach syberyjskiego wiosennego słońca, łaskawa przyroda w zasadniczy sposób poprawiła również nasze wyżywienie. Zbieraliśmy różnego rodzaju jadalne trawy, piliśmy sok brzozowy, a gotowana komosa i soczysta pokrzywa stały się dla nas wszystkich zbawienną potrawą wzmacniającą nasze organizmy osłabione po długiej syberyjskiej zimie. Nie były to rarytasy, niemniej jednak ratowało to nas na przednówku przed śmiercią głodową. Nie mieliśmy soli. Na pewno osolona pokrzywa smakowałaby lepiej, ale i tak cieszyliśmy się, że mamy wreszcie jedzenie.
Gdy pokrywa śnieżna stopniała, chodziłem z chłopakami z naszego baraku na odległe sowchozowe pola, gdzie nieraz - pomimo surowego zakazu - udało się znaleźć kilka zmarzniętych ziemniaków lub buraków pastewnych. Stanowiły one też istotny składnik naszych wiosennych posiłków.
Robiło się coraz cieplej. Kontynentalny klimat dawał o sobie znać. Błyskawicznie przebiegała wegetacja roślin i miało się wrażenie, jakby przyroda nadrabiała swoje zaległości. Ludzie, zwierzęta i rośliny musiały się dostosować do szybkich zmian. Zima tu długa i bardzo chłodna, a następujące lato niezwykle upalne. Różnica temperatury między najchłodniejszym styczniem, a najcieplejszym lipcem wahała się w granicach od 35 do 58oC. Te skoki temperatury były trudne do przystosowania się - zwłaszcza dla przybyszów. Lato jest tu krótkie, a to w 1942 roku wydawało się wręcz wyjątkowo krótkie. W naszym odczuciu minęło ono bardzo szybko.

I znowu w drogę

Nastała tragiczna dla nas jesień 1942 r. Pomimo podpisania przez generała Sikorskiego w dniu 30.07.1941 r. układu pomiędzy polskim rządem emigracyjnym i rządem ZSRR, który gwarantował obywatelom polskim znaczne swobody, stało się zupełnie inaczej. W pierwszych dniach października Polaków, mieszkających w obozie przejściowym w Barnaule, wbrew ich woli, załadowano na rzeczne barki. Znów wyruszyliśmy w nieznane. Może to był rodzaj zemsty za wyprowadzenie latem tego roku z terenu ZSRR do Iranu Armii Polskiej pod dowództwem gen. Andersa, a może po prostu konsekwentne działanie władz sowieckich zmierzających do wyniszczenia narodu polskiego. Tak czy inaczej, siłą wywieziono nas z Barnaułu w głąb tajgi. Płynęliśmy wiele kilometrów z biegiem potężnej syberyjskiej rzeki Ob. Jej długość wynosi ponad 3600 km, głębokość od 4 do 8 metrów, a szerokość miejscami - zwłaszcza bliżej ujścia - sięga do 50 km. Po Lenie i Jeniseju jest to trzecia co do wielkości rzeka Syberii.
W głębi dziewiczej tajgi wysadzano na bezludny brzeg po kilkanaście rodzin, a stamtąd zabierano poszczególne rodziny do miejsc przymusowej pracy. W grupie 10-ciu rodzin, na przystani Kukuj, w pobliżu ujścia Czymysza do Obu, wysadzono również mnie z mamą i młodszym bratem. Zapewniano, że jeszcze w tym samym dniu zabiorą nas wszystkich z brzegu rzeki na miejsce przeznaczenia - do lesozagatowek rozrzuconych na ogromnych przestrzeniach bezludnej tajgi. Były to typowe, obozy przymusowej pracy. Naturalnym „strażnikiem” zesłańców były ogromne, niezamieszkałe odległości i otaczający ze wszystkich stron niedostępny, ogromny las. Wszystkich skazańców dzielono tu na poszczególne brygady. Pracowały one przy wyrębie i transporcie drewna. Ich narzędziami były jedynie ręczne piły, siekiery i sanie. Nie było tu dni wolnych od pracy, a jedynie mróz powyżej 40oC zwalniał z obowiązku pójścia do lasu. Pozyskane zimą drewno, latem spławiano rzekami do odległych portów. Była to bardzo niebezpieczna, ciężka praca, najczęściej wykonywana po pas w wodzie. Również dzieci musiały pracować. Przygotowywały one głównie powrozy, służące do wiązania dłużycy w tratwy. Właśnie do jednej z takich lesozagatowek mieli nas w dniu dzisiejszym zabrać z przystani w Kukuju.
Czekaliśmy na próżno. Nikt się po nas nie zjawił. Zapadła noc. Sypał gęsty śnieg i wiał silny, mroźny wiatr. Rozpoczynał się syberyjski buran. Nie było żadnego schronienia. Niewiele pomagało też rozpalone przez nas ognisko. Broniło ono chyba jedynie przed wilkami, których złowieszcze wycie przerażało wszystkich. Wyraźnie wyczuwało się ich bliskość. Na domiar złego zmarła w tym czasie w jednej rodzinie starsza kobieta. Nie była to przecież moja krewna, nie znalem nawet jej nazwiska, ale w tej ogólnie tragicznej sytuacji jej śmierć była dla mnie dodatkowym wstrząsającym przeżyciem. Pogłębiło to jeszcze dodatkowo w nas odczucie beznadziejności. Rozpacz rodziny, płacz głodnych, zmarzniętych dzieci, wołanie o pomoc bezradnych matek utkwiły na zawsze w pamięci jako jeden z kolejnych tragicznych epizodów mojej syberyjskiej tułaczki.
Następnego dnia, około południa zjawili się wozacy, którzy według wcześniej ustalonego planu, zabierali pojedyncze rodziny do poszczególnych lasozagatowek. Myślę, że w tym oddzielnym lokowaniu polskich rodzin na ogromnym terenie syberyjskiej tajgi, władze stalinowskie miały swój określony cel.
Naszą trójkę zabrał na sanie stary, nędznie ubrany woźnica. Nazywał się Mikołaj Jakubowski. Oświadczył nam, że pojedziemy do odległej lesozagatówki znajdującej się w głębi tajgi na brzegu rzeki Starycy. W czasie długiej podróży odnosił się do nas z dużą troską. Twierdził, że nas doskonale rozumie i współczuje nam, ponieważ sam jest potomkiem polskiego zesłańca po Powstaniu Styczniowym. Nie mówił po polsku. Znał natomiast jedynie kilka polskich słów. Ucieszyliśmy się bardzo. Chyba opatrzność nam go zesłała. Widzieliśmy w nim naszego opiekuna. Mój brat zawdzięczał mu życie. To on zorientował się, że Piotrek pozornie senny, faktycznie zamarza. Nacierał go śniegiem, poił sobie znanym napojem rozgrzewającym i okrywał jak własnego syna swoją kufajką.
Nie znaliśmy przecież dokładnie niebezpiecznego działania syberyjskiego mrozu, a tym bardziej objawów zamarzającego człowieka. Wprawdzie przeżyliśmy już zimę w 1941 r. w Barnaule, ale to było przecież miasto i panowały tam zupełnie inne warunki. Bywały też mroźne zimy na Wileńszczyźnie, ale my tego nie odczuwaliśmy. Faktycznie, mróz utrzymywał się tam nieraz przez kilkanaście dni, jednak nie był on tak niebezpieczny i zdradliwy dla człowieka odpowiednio ubranego i do syta najedzonego. Tu zaś wielokrotnie silniejszy mróz z wiatrem był zabójczy dla wyczerpanego, niedożywionego ludzkiego organizmu. Nie ostrzegał bólem części ciała, które były zwykle narażone na przemarznięcie, a ścinał gwałtownie kilkoma smagnięciami. Jeżeli od razu nie przystąpiło się do rozgrzewki, to potem człowiek nie odczuwał zupełnie bólu. Po prostu odmarzał nos, uszy, palce u rąk i nóg. Nie czując tego, zamarzający doznawał nawet błogiej ulgi i zasypiał wiecznym snem. Groziło to właśnie Piotrkowi.
Jechaliśmy bardzo długo. Nędzna szkapina ledwie ciągnęła sanie. Podróż w nieznane po ośnieżonej, groźnie szumiącej tajdze była dla mnie nowym, swoistym przeżyciem. W moim umyśle dziecka rodziło się uczucie lęku przed nieznanymi mi dotąd tajemniczymi siłami przyrody. Smukłe cedry i potężne syberyjskie świerki groźnie szumiały. Wyobrażałem sobie nasze przyszłe życie w bezludnej krainie pełnej dzikich zwierząt.
Faktycznie, tajga w Zachodniej Syberii bogata była wówczas w rozliczne rodzaje fauny i flory. Nieskazitelnie czysta przyroda sprzyjała temu. Mimo surowych warunków klimatycznych wy-stępowało tu mnóstwo gatunków ptaków, w dopływach rzeki Ob żyło dużo różnorodnych ryb, a w ostępach leśnych bytowały łosie, lisy, białe zające, tygrysy syberyjskie, brunatne niedźwiedzie, a zwłaszcza wilki. W czasie pobytu w tajdze niejednokrotnie widziałem niektóre z tych zwierząt, a z wilkiem nawet miałem niebezpieczne spotkanie.

Lesozagatowka Czumysz

Czumysz, cel naszej podróży, okazał się małą osadą składającą się z kilku ziemianek oraz drewnianych chałup stojących w nieładzie na prawym brzegu rzeki Starycy, u jej ujścia do Czumyszu.
Ulokowano nas w małej ziemiance. Jej mikroskopijne okienko ledwie wystawało nad ziemię. Było w niej ciemno i wilgotno.
Pod ścianą stała, sklecona z nieoheblowanych desek, prycza, długa lawa i koślawy stół.
Z paleniska ułożonego z kamieni dym wydostawał się na zewnątrz specjalnym otworem w suficie.
Drzwi otwierały się do wewnątrz, co umożliwiało nam wyjście z ziemianki, gdy śnieg w czasie syberyjskich burz, zasypywał ją zupełnie. Po otwarciu drzwi, zawsze, zwały śniegu wpadały do wnętrza ziemianki. Prawie codziennie z trudem wydostawałem się na zewnątrz i drewnianą łopatą odgrzebywałem wyjście. Nie było to łatwe, ale to właśnie zajęcie przypadło mi w udziale.
W Czumyszu czekała mnie katorżnicza praca.
Razem z innymi dziećmi, pod nadzorem brygadzistki, przygotowywałem powrozy do wiązania drewna spławianego latem do Nowosybirska. Ręce miałem pokaleczone starymi linami okrętowymi. Rany nie goiły się, ale nie bacząc na to, musiałem bezwzględnie wykonać ustaloną normę, ponieważ w przeciwnym wypadku nie otrzymywałem, nawet bardzo skromnego, przydziału żywności. Nie było to łatwe, zwłaszcza, gdy się miało niespełna 10 lat.
W Czumyszu ciężko pracowały wszystkie dzieci zesłańców. Część, podobnie jak ja, przygotowywała powrozy, inne sprzątały pomieszczenia i odśnieżały lesozagatowkę, a starsze zatrudnione były przy pracy w tajdze.
Nie mieliśmy żadnych możliwości kształcenia się. Nie było książek, energii elektrycznej, radia. Doskwierał nam głód, chłód i bylejakość. Żyłem tu jak zwierzę. Takie było moje dzieciństwo w lesozagatowce Czumysz.
Jeszcze dziś ciśnie mi się pytanie - dlaczego tak się stało? Kto miał prawo zabrać mi spokojne, beztroskie lata w rodzinnym domu, pełnym światła, radości i zabawy?
Mama bardzo ciężko pracowała w tajdze przy wyrębie lasu. Była ładowaczem. Na siarczystym mrozie, bez odpowiedniego ubrania i obuwia, razem z innymi kobietami ładowała na sanie potężne kłody syberyjskich świerków. Miała naderwane i odmrożone ręce. Od ciągłego bólu w plecach przestała się prostować. Z niedożywienia i braku witamin, wypadały jej kolejno, niegdyś zdrowe, piękne zęby. Mając 38 lat wyglądała jak staruszka.
Widziałem jak z każdym dniem traciła siły. Jestem przekonany, że jedynie macierzyńskie poczucie opieki nad nami trzymało ją przy życiu. Takich bohaterskich Matek-Polek było w tajdze wiele. Na niezmierzonych przestrzeniach Syberii walczyły one o życie swoje i swoich dzieci. Zmagały się z mrozem, głodem, szkorbutem, ze sponiewieraniem oraz nieludzkim traktowaniem przez miejscowe władze, które najczęściej nie były nam, Polakom, przychylne, czego dowodem był komendant Czumysza.
Był to zagorzały enkawudzista - wierny sługa stalinowskiego systemu.
Dla postrachu zawsze nosił przy sobie nagan. Wszystkich zesłańców traktował jak niewolników. Nie przebierał w słowach, a podejmowane przez niego decyzje przynosiły ludziom ból i cierpienie.
Mieszkał samotnie, jak borsuk. Jego kufajka i watowane spodnie cuchnęły z daleka. Wyrażał się z nienawiścią o Polakach, a mnie z mamą zawsze pogardliwie nazywał "polskimi panami". Przy każdej okazji starał się utrudnić nam życie, np. wielokrotne kazał brygadzistce zapisać nie wykonanie przez mamę normy dziennej w lesie. Mnie, mimo to, że pracowałem przy powrozach, zaganiał dodatkowo do odśnieżania lub sprzątania podwórka wokół jego domu itp.
Czuł się absolutnym panem.
Usługiwała mu Nadia - młoda, ładna zesłanka z Ukrainy, ale często też, pod pretekstem załatwiania spraw służbowych, ściągał do siebie inne kobiety.
Wszyscy panicznie się go bali i z całego serca nienawidzili.
Gdyby nie serdeczny stosunek do nas innych mieszkańców Czumysza i ich bezgraniczna pomoc, trudno było by nam wytrwać w lesozagatowce pod jego rządami.
Zaopatrzenie mieszkańców Czumysza w żywność odbywało się sporadycznie, zwłaszcza zimą, gdy lód od ośmiu do dziewięciu miesięcy skuwał rzekę. Tygodniami nie otrzymywaliśmy nawet należnych nam podstawowych produktów. Nie mieliśmy żadnych zapasów i niczego, co można byłoby wymienić na jedzenie. Zaczął doskwierać nam straszliwy głód.
Pamiętam, że jedynym moim marzeniem była kromka suchego chleba. Po nocach śniły mi się smacznie przyrządzone posiłki w rodzinnym domu w Zołwicy.
Każde przebudzenie było ogromnym rozczarowaniem.
Gdyby nie pomoc miejscowych ludzi, zmarlibyśmy z głodu.
Dzielili się oni z nami ostatnim kiszonym grzybem czy garścią oblepichy.
Podobnie jak my, wszyscy byli zesłańcami. Może dlatego nas rozumieli, pomagali i współczuli nam. Byliśmy im za to wdzięczni.
Nie zapomnieliśmy nigdy objawów człowieczeństwa i litości zaznanych od obcych, prostych rosyjskich ludzi.

Tajemnice tajgi

Pierwsza zima w Czumyszu była dla nas wyjątkowo trudna. Nie znaliśmy przecież tajników tajgi, jej surowości, a także możliwości przetrwania w niej. Z czasem wiele nauczyłem się od moich rówieśników i starszych ode mnie kolegów, zwłaszcza dziewcząt i chłopców z naszej brygady.
Nie ukrywam, nauczyłem się jak być wnykarzem.
Zimą stawiałem wnyki plecione z końskiego włosia, w które czasami wpadały ptaki. Jadło się wszystkie, nawet wróble. Trudno się temu dziwić. Głód jest przerażający. Nie było od niego ucieczki. Chyba, że śmierć.
Starałem się łapać białe zające. Stawiałem na nie wnyki z drutu, a także latem, w wybranych miejscach, kopałem nieduże, głębokie doły, które zimą przykrywałem cienkimi, kruchymi gałązkami, a na nie kładłem przynętę. Czasami do takiego dołu-pułapki wpadł bielak. Niestety, nie było ich tu dużo. Skutecznie wyłapywały je wilki lub inne drapieżniki żyjące w tajdze.
Miałem też kilka przykrych przygód.
Pewnego razu, gdy szedłem właśnie do zastawionej wcześniej pułapki, nagle ukazał się przede mną ogromny wilk. Widziałem go wyraźnie. Stał nieruchomo kilkanaście metrów ode mnie i patrzył przenikliwie w moim kierunku. Nogi ugięły się pode mną ze strachu, serce bilo głośno, a ja jak wryty stałem w miejscu. Byłem przekonany, że za chwilę zaatakuje mnie, ale on chwycił w pysk upolowanego zająca i powoli oddalił się wgłąb tajgi.
Chyba cud uratował mnie od niechybnej śmierci.
Nie wiem w jaki sposób znalazłem się w osadzie. Przez dłuższy czas bałem się wyjść z ziemianki. Śniło mi się, że walczę z wilkami, a one rozszarpują mnie na strzępy. Budziłem się z krzykiem. Jeszcze dziś z dreszczykiem emocji wspominam dawne spotkanie ze śmiercią.
Latem było nieco łatwiej zdobyć w tajdze pożywienie.
Razem z moja brygadą "powrozowców" zbierałem gruźdźce. Były to białe, duże grzyby, które doskonale nadawały się do kiszenia nawet bez soli, której zdobycie graniczyło w tym czasie z cudem. Grzyby te układałem warstwami w drewnianej beczce, dodawałem specjalne zioła, po czym ugniatałem. Po pewnym czasie były one doskonałym pokarmem, zwłaszcza zimą.
Zrywałem też szczypior z dziko rosnącej cebuli. Suszyliśmy go na zimę. Doskonale nadawał się jako dodatek do różnych potraw. Gromadziłem też na zimę oblepichę, z której gotowaliśmy - niestety z braku cukru - wyjątkowo kwaśny kisiel.
Głównie jednak, w dopływie Starycy łowiłem ryby, które suszyliśmy również na zimę. Był to prymitywny, ale najczęściej skuteczny połów. Nie miałem przecież, tak jak dziś, wędki z kołowrotkiem, wymyślnymi haczykami, przynętami. Haczyk z drutu przymocowany do sznurka z liny okrętowej i kawał jakiejś przynęty, wystarczyły, by skutecznie łowić duże okazy ryb żyjących w tej rzece.
Czasami, razem z kolegami, łowiliśmy też na tzw. "pieriemiot".
W poprzek rzeki, w najwęższym jej miejscu, rozciągaliśmy 30-40 metrowy sznur specjalnie uwity przez naszą brygadę. Do tego sznura co dwa metry uwiązywaliśmy, na cieńszych sznurkach, haki z drutu, na które nakładaliśmy małe rybki lub inna przynętę. Po pewnym czasie, na wyciągniętym z wody pieriemiocie trzepotaqło zwykle kilka ryb.
Łowiłem też tzw "czerpakiem". Był to lekki trójkąt z drewna z napiętą siatką, osadzony na długim kiju. Po wrzuceniu czerpaka, jak najdalej do rzeki, ciągnąłem go po dnie do brzegu. Często w ten sposób wyciągałem parę dorodnych ryb. Trudno się temu dziwić, ponieważ w tym czasie w nieskażonym środowisku naturalnym na dalekiej Syberii, dużo było ryb, ptaków i zwierząt.
Tajga, jak już wcześniej wspomniałem, to potężny obszar zajmujący prawie 70% całej powierzchni Syberii. Mówiąc ogólnie, to nieprzebyty, dziewiczy las. Bardzo mało tu osad ludzkich, trudności w przemieszczaniu się - zwłaszcza zimą.
Chcąc tu przetrwać, trzeba było tajgę poznać, przystosować się i nauczyć korzystać z jej darów.
Myślę, że nam się to udało. Dzięki temu przetrwaliśmy.
Przydała mi się tu też wczesniej, jaszcze w rodzinnej Zołwicy, zdobyta umiejętność pływania łódką, łowienia ryb itd.

Nowe przyjaźnie

W Czumyszu zaprzyjaźniłem się z dziewczętami i chłopcami z naszej brygady.
Pamiętam Dimę.
Był tu z matką i młodsza siostrą. Niegdyś mieszkali oni we we wspaniałej jurcie w Jakucji. Posiadali stado reniferów. Ojciec Dimy, posądzony o niechęć do władzy radzieckiej, skazany został na 15 lat łagrów, a matkę z dziećmi przewieziono właśnie do lesozagatowki w Czumyszu. Pracowała jako drwal razem z moja mamą. Dimka był starszym ode mnie o trzy lata, wyjątkowym, szczerym i oddanym chłopcem. Dużo opowiadał mi o Jakutach, o ich życiu w surowych warunkach. Mówił mi, że Jakucja to kraj, głównie górzysty, z powszechnie znanym szczytem Pobiedy (3147m). Jak twierdził Dimka, w jego ojczystym kraju panował wyjątkowo surowy klimat. Temperatura zimą spadała do - 50-70 stopni. 40% terytorium Jakucji leży bowiem za Kręgiem Polarnym.
Jakuci - twierdził Dima - to lud pracowity, odporny na trudy życia. Wywodzą się z plemion pochodzenia tureckiego, z domieszką elementów mongolskich i tunguskich. Dzielą się na szereg lokalnych grup, zajmujących się głównie hodowlą, myślistwem i rybołówstwem.
Rodzice Dimy, jak już wspomniałem, trudnili się hodowlą reniferów.
Na terenie Jakuckiej Autonomicznej Republiki zamieszkiwało wówczas ponad 360 tysięcy rdzennych Jakutów. Żyli biednie, choć w bogatym kraju - znajdowały się tam przecież złoża złota, diamentów, rudy cyny, gazu ziemnego oraz węgla kamiennego. Po podboju przez Rosję, Jakucja stała się miejscem zesłań - głównie więźniów politycznych - w tym również Polaków.
Dima twierdził, że w okolicy, z której on pochodził, mówiło się o Polakach, którzy zasłużyli się w badaniach ziemi Jakuckiej. Wspominał przy tym nazwisko Piekarskiego. Opowiadał mi także o Polaku deportowanym przez władze stalinowskie, który ożenił się z jego sąsiadką - rdzenna Jakutką, nauczył się języka jakuckiego oraz sposobu życia w surowych warunkach.
Mile wspominam też Lenę z Moskwy, starszą ode mnie prawie dwa lata.
Była to wyjątkowo sympatyczna, ładna i delikatna dziewczyna. Miała duże, piękne, niebieskie oczy i zawsze uśmiechniętą buzię. Podobała mi się bardzo. Zaprzyjaźniłem się z nią. Chętnie przebywałem w jej towarzystwie. Razem zbieraliśmy grzyby i jagody, łowiliśmy ryby
Opowiadała mi o Moskwie, o swoich przeżyciach i marzeniach. Chętnie też słuchała moich opowieści o Polsce, a zwłaszcza o mojej małej Ojczyźnie w Zolwicy.
Lena razem z matka trafiła do Czumyszu w 1937 roku, po aresztowaniu ojca - pułkownika Armii Czerwonej, osadzonego bezpodstawnie w łagrze za tzw. odchylenia prawicowe.
Ojciec Leny zmarł w Workucie. Matka - pedagog z wykształcenia, naukowiec instytutu w Moskwie, razem z moja mamą pracowała w tajdze jako ładowacz. Podobno była to kiedyś ładna, młoda kobieta, którą ciężka praca upodobniła do schorowanej staruszki. Trafiła do Czumyszu jedynie za to, że była żoną "niebłagonadziożnogo" pułkownika.
Mógłbym tak w nieskończoność opowiadać o losach innych dzieci z mojej brygady.
Rzeczywistość, która nas wszystkich zgromadziła w Czumyszu była gorsza od najgorszych. Spowodował ją stalinowski system ucisku oparty o siłę NKWD. Człowiek w tym systemie nie liczył się w ogóle, a śledzony przez znajomych, często krewnych, sąsiadów i specagentów, był stale narażony na nieuzasadnione podejrzenia i bezprawne konsekwencje. Kierując się fałszywymi ideami, stalinowska władza bezpodstawnie umieszczała w łagrach i obozach setki tysięcy niewinnych ludzi. Nie oszczędzano też dzieci.
Myślę, że moi koledzy z brygady, tak jak ja, marzyli o innych życiu niż to, które nam zgotowano w lesozagatowce Czumysz, zagubionej w bezkresnej tajgi.

Wilcza melodia

Dwudziesty czwarty dzień grudnia 1942 roku był wyjątkowo chłodny. Od mrozu trzeszczały drzewa. Szalała zamieć.
Zapadł już zmrok, gdy wracaliśmy z mamą z pracy, zmęczeni i głodni.
Po wejściu do naszej ziemianki wydawało mi się, że jestem w pałacu.
Płonęło łuczywo. Na stole stała, przygotowana przez 7-letniego Piotra, wigilijna wieczerza.
Było trochę zajęczego mięsa, kawałek gotowanej brukwi, parę buraków, miska kisielu z oblepichy, garnek kiszonych grudzi i kilka suszonych ryb. Były to rarytasy w porównaniu z dniem powszednim.
Przy stole stało świerkowe drzewko udekorowane szyszkami. Jak nakazywała tradycja, była też dodatkowa pusta gliniana miska "dla wędrowca". Wierzyliśmy, że przyjdzie do nas spóźniony gość, może ojciec, tułający się po łagrach syberyjskiej tajgi. Nie wiedzieliśmy przecież, że został rozstrzelany w czerwcu 1941 roku w Berezweczu.
Siedząc przy stole wspominaliśmy wspaniałe, pełne radości Wigilie Bożego Narodzenia w rodzinnym domu na Wileńszczyźnie.
Za oknem naszej ziemianki słychać było wycie zgłodniałych wilków. Była to melodia napawająca przerażeniem i głęboką zadumą.
Skrzypniecie drzwi ziemianki wyrwało nas z zamyślenia i rozpamiętywania.
Wszedł pan Jakubowski z żoną.
Już wcześniej wspominałem, że był on wnukiem polskiego skazańca. Dziadek Mikołaja został zesłany na Sybir za udział w Powstaniu Styczniowym w 1863 roku. Tu ożenił się z Rosjanką. Tu urodził mu się jedyny syn - Józef, który był właśnie ojcem Mikołaja.
Niestety, Mikołaj w ogóle nie pamiętał swojego dziadka - Polaka. Zachował jedynie po nim fotografię i książeczkę do nabożeństwa. Nie wiedział też prawie nic o Polsce i poza kilkoma słowami, nie znał języka polskiego, ale nazywał siebie Polakiem i marzył o wyjeździe do Polski. Niestety, nie spełniły się jego marzenia. Zmarł w 1947 roku, a w 1949 roku umarła jego żona. Nie pozostawili po sobie żadnego potomka.
Byli to bardzo zacni ludzie. On ciężko pracował w tajdze. Był woźnicą. Nieustannie chorował. Nieraz ostatkiem sił wykonywał swoje obowiązki. Mimo dawno uzyskanego wieku emerytalnego, nie miał zezwolenia na odejście z pracy. Komendant lesozagatowki tłumaczył swoją decyzję trwającą wojną.
Pani Jakubowska była rencistką. Mimo pięćdziesięciu kilku lat, ledwie poruszała się o własnych siłach. Kilkakrotnie, z płaczem, opowiadała nam o swoich przeżyciach w łagrach, do których trafiła jako bardzo młoda, początkująca nauczycielka, oskarżona przez swojego sąsiada - enkawudzistę o wywrotową działalność wśród dzieci i młodzieży.
Oskarżył ją, w jej przekonaniu, jedynie za to, że nie zgodziła się pójść z nim do łóżka. W obozach była poniewierana, gwałcona, straciła zdrowie, a renta, jaką otrzymywała, nie starczała na skromne przeżycie. Jej bogate doświadczenie i umiejętności zdobywania pożywienia w tajdze, ratowały ją od śmierci głodowej. Ona też głównie nauczyła nas kisić grudzie i ryby oraz marynować jadalne trawy. Wiele jej zawdzięczamy.
Jakubowskich uważaliśmy za naszych najlepszych przyjaciół, za naszą syberyjską rodzinę. Dlatego ich przyjście ucieszyło nas bardzo.
Ciekawym wigilijnym rozmowom nie było końca.
Z braku opłatka, dzieliliśmy się kawałkiem, przyniesionego przez Jakubowskich, ciasta. Składaliśmy sobie życzenia. My z mamą śpiewaliśmy kolędy.
Była to wspólna uroczysta wigilia potomka polskiego zesłańca z 1863 roku i stalinowskich polskich katorżników lat czterdziestych dwudziestego wieku.
Do dziś dnia, kiedy zasiadam z rodziną do wigilijnej kolacji, wspominam zawsze, tak wymowną w swej treści, wigilię 1942 roku.

Złowieszcza malaria

Nastąpiła długo oczekiwana wiosna 1943 roku. Tajga budziła się z zimowego snu. Słychać było śpiew ptaków i pomrukiwanie dzikich zwierząt. Pojawiły się pierwsze kwiaty. W czystej, przezroczystej wodzie Starycy jakby szybciej pływały ryby. Nad licznymi mokradłami i brzegami rzek pojawiło się mnóstwo komarów i meszek. Trudno się dziwić, wszędzie było bardzo dużo wilgoci. W większej części Syberii, zajmującej około 10 mln metrów kwadratowych, pod powierzchnią ziemi występuje wieczna zmarzlina. W miesiącach letnich rozmarza tylko wierzchnia warstwa gleby. Ziemia nie jest w stanie wchłonąć dużych ilości wody z topiącego się śniegu i opadów deszczu. Stąd kontynentalne ciepło i wilgoć sprzyjają wylęgowi tych, uciążliwych dla człowieka, owadów.Bez specjalnych masek z gazy lub odpowiednio spreparowanego kadzidła ze zmurszałych liściastych drzew, nie sposób było w pochmurne dni, a zwłaszcza wieczorami, wyjść z ziemianki. Tysiące głodnych komarów - widliszków wpijało się w każdy skrawek odkrytego ciała. Zaczęła panować malaria.
Dosięgnęła ona również mnie.
Z każdym dniem traciłem siły. Nie było lekarstw. Zdawało się, że nie ma już dla mnie żadnego ratunku. Gwałtownie nasilały się napady dreszczy, które trwały czasami przez 6-8 godzin. Trząsłem się jak, przysłowiowy, liść osiki. Było mi strasznie zimno, a temperatura ciała podniosła się do 40 stopni. Pociłem się okropnie. Odczuwałem też ostry ból wątroby.
Mama otulała mnie kufajką, robiła ciepłe okłady i poiła gorącym napojem z oblepichy. Jej serdeczna opieka przynosiła mi jedynie chwilową ulgę, nie prowadziła jednak do wyleczenia. Z każdym dniem było coraz gorzej...
Dowiedziała się o tym mieszkająca w Czumyszu zesłanka, samotna staruszka Antonina Bielajewa. Ona uratowała mi życie. Kazała mi pic okropnie gorzkie zioła i jeść miąższ z korzeni znanych jej roślin. Dzięki temu choroba powoli ustąpiła.
Byliśmy wdzięczni pani Antoninie. Pomagałem jej w p[racach domowych. Opiekowałem się też nią w czasie jej choroby. Wiele się od niej nauczyłem. Dzięki wiedzy, którą mi przekazała, lepiej poznałem tajemniczy świat tajgi oraz los zesłanych tam ludzi. Ona również była typowym przykładem tragedii spowodowanej nieludzkim totalitarnym systemem.
Do Czumysza trafiła z łagrów w Workucie. Skazano ją na "pierewospitanije" tylko za to, że jako młoda dziewczyna, mieszkająca w małej miejscowości na Ukrainie, zamiast na zebranie komsomołu, poszła ukradkiem ze swoją babcią do cerkwi. Ktoś usłużny doniósł o tym do NKWD. Postawiono jej zarzut zdrady ideałów organizacji komsomolskiej i wychowania socjalistycznego.
W łagrze była poniewierana. Przeżyła gehennę. Straciła tam zdrowie i wiarę w sprawiedliwość oraz sens życia. Kiedy opowiadała mi o tym, płakała. Czuła wielki żal, że zmarnowano jej życie. Współczułem jej. W jej życiu widziałem przecież los mój i mojej rodziny zgotowany przez "baciuszkę" Stalina.
Po powrocie do kraju, próbowałem wielokrotnie nawiązać z nią kontakt. Niestety, wszystkie listy pozostały bez odpowiedzi. Myślę, że miejscowa cenzura zniszczyła je skrzętnie.

Iskierka nadziei

Pewnego dnia, latem 1943 roku, mama wróciła do naszej ziemianki wyjątkowo wesoła.
Od chwili wyjazdu z rodzinnego domu, nie widziałem jej w tak dobrym nastroju. Mimo ciężkiej, niebezpiecznej w tym dniu pracy, odbywającej się po pas w wodzie, przy wiązaniu dłużycy w tratwy do spławiania, uśmiechała się ze szczęścia. Powiedziała nam, że prędko będziemy wolni.
Kapitan holownika, który w tym dniu przypłynął po tratwy, w tajemnicy powiedział mamie o podpisanej umowie polsko-radzieckiej, o utworzonym w Barnaule przedstawicielstwie polskim ZPP oraz o prawie Polaków do swobodnego przemieszczania się.
Mówił też o masowym przyjeździe Polaków z różnych miejscowości do Barnaułu. Widział to osobiście, a nawet sam przywiózł kilka osób.
Z radości nie spaliśmy tej nocy. Trzeba było jednak dotrzeć do Barnaułu po niezbędne dokumenty.
Mimo usilnych próśb, nie zezwolono mamie na wyjazd. W tej sytuacji ustaliliśmy, że pojadę ja. Pod pretekstem choroby nie zjawiłem się w pracy. Kapitan holownika zabrał mnie ze sobą do przystani rzecznej na Obie. Całą podróż przesiedziałem pod pokładem.
Szczerze cieszyłem się z powierzonej mi misji. Jednak mając niespełna dwanaście lat, nie zdawałem sobie sprawy z czekających mnie trudności. A było ich mnóstwo.
Po przepłynięciu Starycy i części Czumysza, wysadzono mnie na brzegu Obu, niedaleko rzecznej przystani. Było już tam sporo ludzi oczekujących na statek do Barnaułu.
Zdałem sobie sprawę, że bez biletu, którego nie miałem i opieki kogoś starszego, nie wpuszczą mnie na pokład. Nie wiedziałem w jaki sposób mogę wrócić do lesozagatowki Czumysz. Pamiętam, że zacząłem spazmatycznie płakać. Stojąca obok kobieta z dwójką dzieci zapytała mnie co się stało. Kiedy powiedziałem jej o swoich kłopotach i celu podróży, oświadczyła, że jest Polką i razem z jej rodziną mogę płynąć do Barnaułu.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wprowadzenie mnie na statek musiało ją sporo kosztować. Nie znam jej nazwiska i nigdy w życiu już jej nie spotkałem. Pamiętam jedynie, że jej córka miała na imię Monika, a syn Piotrek.
Jestem wdzięczny tej nieznanej kobiecie za okazaną troskę i serdeczną opiekę. Tylko dzięki niej szczęśliwie dotarłem do celu.
W przedstawicielstwie polskim w Barnaule otrzymałem niezbędne dokumenty dające nam prawo do swobodnego poruszania się.
Spotkałem tu również Irenę Pupin, znajomą z obozu przejściowego z 1941 roku, która serdecznie zaopiekowała się mną i obiecała pomóc po naszym przyjeździe do Barnaułu. Uskrzydlony pomyślnym załatwieniem sprawy, wracałem do lesozagatowki. Początkowo płynąłem po Obie statkiem, a następnie od przystani szedłem wzdłuż Czumysza i Starycy piechotą. Była to długa i uciążliwa wędrówka. Bałem się okropnie. Ze strachu brakowało mi tchu. Wydawało mi się, że wataha wilków za chwilę mnie rozszarpie. Każdy szelest powodował przyspieszone bicie serca. Ledwie żywy ze strachu, dotarłem wieczorem do lesozagatowki.
I tu, na drugi dzień, doznaliśmy pewnego rozczarowania. Komendant oświadczył mamie, że przywiezione dokumenty nie interesują go zupełnie. Nie ma on żadnych zaleceń w tej sprawie od przełożonych i bez jego zgody nie mamy prawa oddalać się z Czumysza, a mnie za opuszczenie pracy i samowolny wyjazd do Barnaułu wyśle na "pierewospitanije".
Cóż nam w tej sytuacji pozostało? Nie mieliśmy innego wyjścia - trzeba było uciekać.
Na przystani w Czumyszu stało dużo łódek. Były one niezbędne przy formowaniu tratew. W przeddzień ucieczki jedną z nich schowałem w pobliskich szuwarach.
Pod osłoną nocy, ukradkiem, wsiedliśmy we trójkę do wcześniej przygotowanej łodzi i z biegiem Starycy i Czumysza popłynęliśmy do rzecznej przystani na Obie.
Męczył nas ciągły strach. Wydawało nam się, że ktoś zauważył naszą ucieczkę i może już powiadomił NKWD.
Wprawdzie mieliśmy przecież właściwe dokumenty stwierdzające nasze prawo do swobodnego poruszania się, ale nauczeni smutnym doświadczeniem, nie czuliśmy się bezpiecznie. W bezprawnym stalinowskim kraju wszystko było możliwe. Zdawaliśmy sobie doskonale sprawę z grożących nam konsekwencji.
Szczęśliwie jednak dotarliśmy na przystań.
Za dwie kopiejki oszczędności oraz zapasy suszonych grzybów, po uprzednim okazaniu dokumentów, kapitan statku zabrał nas na pokład.
Dotarliśmy szczęśliwie do Barnaułu.
Myślę, że gdyby nie pomoc życzliwych nam ludzi i nader odważna decyzja mojej mamy o ucieczce, prawdopodobnie do dzisiejszego dnia my, nasze dzieci i wnuki byłyby nadal polskimi zesłańcami zagubionymi w tajdze.
Sądzę, że jeszcze dzisiaj takich zapomnianych Polaków jest dość dużo na ogromnych obszarach Syberii.

Bliżej Ojczyzny

Płynąc statkiem cieszyliśmy się bardzo, że znowu będziemy wśród swoich, będzie nam na pewno lepiej żyć, a najważniejsze, że wydostaliśmy się z piekła na Ziemi, jakim okazała się lesozagatowka w Czumyszu.
Na przystani w Barnaule było bardzo dużo Polaków. Przybyli oni, podobne jak my, z lesozagatowek rozrzuconych w tajdze, łagrów i sowchozów. Tak jak my, nędznie ubrani, umęczeni. Wszyscy mieli zapadłe głęboko oczy, w których jednak widoczny był blask nadziei na wyjście z okrutnej niewoli.
Przez kilka dni tułaliśmy się bez środków do życia.
Dzięki pomocy pani Ireny Pupin, przyjęto mamę i mnie do pracy w Zakładach Zbożowych "Gławmuka" przy ul. Promyszlennoj 14. Spotkaliśmy tu wielu naszych znajomych z obozu przejściowego, między innymi zdziesiątkowaną śmiercią dzieci, rodzinę Milkiewiczów, Ścibowych, Czeronkowych, Janickich i wielu innych.
Mamę zatrudniono w młynie jako tragarza. Na słabych kobiecych plecach musiała dźwigać ciężkie worki z mąką i zbożem. Z pracy wracała wyczerpana. Była jednak szczęśliwa, ponieważ nie cierpieliśmy głodu. Narażając się na wysoki wyrok, podobnie jak inne kobiety, przynosiła dość często do domu trochę surowego ciasta, z którego piekliśmy na kuchennej płycie tzw. lepioszki.
Pewnego razu, w czasie kontroli osobistej, w dyżurce wyjściowej, znaleziono u mamy pod podszewką kołnierza kufajki, cienką warstwę surowego ciasta. Była przekonana, że nieuchronnie czeka ją karny obóz pracy. Ze łzami w oczach błagała kontrolerkę, by nie sporządzała protokołu. Argumentowała przy tym potrzebą nakarmienia głodnych dzieci.
Widocznie wzruszona tym kontrolerka, odstąpiła od dalszych czynności.
Dzięki niej mama uniknęła obozu, a my z bratem sierocińca.
Był to, myślę, przejaw dobroci prostej kobiety - Rosjanki, która jak wielu innych jej rodaków, rozumiała okrutny los polskich zesłańców. Mimo to, że narażała się sama na surową karę, uratowała mamę i nas, z bratem, od nieszczęścia.
Z dalszym przynoszeniem ciasta było coraz trudniej. Zmniejszyła się też taka potrzeba, ponieważ otrzymywaliśmy kartki żywnościowe, które nieco poprawiły sytuację z wyżywieniem.
Po należne produkty trzeba było jednak stać w kilometrowych kolejkach. Role "stacza" pełnił mój młodszy, ośmioletni, brat Piotr.
Ja natomiast pracowałem z innymi w zakładach na etacie sprzątacza. Porządkowałem magazyny zbożowe i wagony kolejowe. W domu natomiast, w wolnych chwilach, byłem głównym kucharzem rodzinnym. Jak twierdziła mama, nieźle mi to nawet szło. Wyspecjalizowałem się głównie w pieczeniu "lepioszek" i gotowaniu krupniku odpowiednio przyprawionego zielskiem.
Lepioszki, z braku tłuszczu, piekłem na płycie kuchennej. Wcześniej przygotowane ciasto, odpowiednio uformowane, kładłem bezpośrednio na rozżarzonej płycie. Trzeba było solidnie się uwijać, by swoiste placki nie były surowe, ale też by się w bardzo krótkim czasie nie spaliły. Z tym jakoś dawałem sobie radę. Gorzej było ze zdobyciem miejsca w kuchni, w której tłoczyło się zawsze wiele osób. Można tu było nauczyć się wielu rzeczy, posłuchać ciekawych opowieści, ale też dostać po ścierą głowie od 70-letniej Maryny, która trzymała w kuchni porządek i ład. Wszyscy jej słuchali i szanowali ją. Była to niewyczerpana kopalnia wiedzy i różnorodnych dowcipów. Ciekawie opowiadała o swoim życiu, przytaczała fragmenty utworów Henryka Sienkiewicza, często też relacjonowała interesujące wydarzenia z dziejów naszego narodu. Stąd tacy "kucharze" jak ja, często tu zaglądali. Pamiętam, że pani Maryna, ze swoistym sobie humorem, swatała chłopcom dziewczyny, zachwalając przy tym ich wdzięki i wyjątkowe umiejętności kulinarne. Było przy tym dużo śmiechu.
Pracując w zakładach zbożowych poznałem wielu zesłanych tu ludzi.
Byli wśród nich przede wszystkim Polacy, ale także Litwini, Rosjanie, Łotysze, Gruzini, Ukraińcy, Białorusini i wielu innych.
Opowiadali mi jak w nieludzki sposób, bez żadnego uzasadnienia, wyrzucano ich z rodzinnych domów na daleką Syberię.
Pracowało razem ze mną kilku Ałtajczyków, wywodzących się głównie z górnoałtajskiej części Syberii.
W mojej brygadzie był Ałtajn z plemienia Taleutów. Jego ojciec zajmował się myślistwem. Po śmierci ojca piętnastoletni Altajn wraz z matką trafił do Barnaułu. Był to chłopiec wyjątkowo pracowity, odporny na trudy surowego życia. Mówił bardzo słabo po rosyjsku z naleciałościami języka tunguskiego. Dużo opowiadał mi o życiu, niegdyś koczowniczych, plemion ałtajskich, o ich zwyczajach, kulturze. Słuchałem tego z zapartym tchem. Była to dla mnie czysta egzotyka.
Głównie jednak przyjaźniłem się z Polakami. Łączyły nas przecież wspólne, niemalże identyczne koleje losu. Podobnie odczuwaliśmy biedę i poniewierkę.
Z dużą sympatią wspominam dziś Janka Milkiewicza, Połosę, Heńka Drozdowicza, Agnieszkę Czerenkową i wielu, wielu innych młodych syberyjskich tułaczy.
Bardzo małe zarobki mamy i moje nie wystarczały często na wykupienie należnej żywności. Podobnie jak inne dzieci, w czasie wolnym próbowałem zarobić parę kopiejek. Handlowałem papierosami. Kupowałem od pracowników zakładów tytoniowych hurtem, w paczkach kradzione papierosy, które następnie sprzedawałem na sztuki przed dworcem kolejowym, kinem i zakładami pracy. Było to surowo zakazane. Za "spekulacje" groziły wysokie kary, łącznie z zesłaniem do łagru.
Pamiętam jak pewnego dnia złapał mnie milicjant. Wyrwałem mu się niespodziewanie i na moje szczęście, pomyślnie czmychnąłem w tłum ludzi wychodzących z kina. Od tego czasu byłem bardziej czujny. Bałem się. Nie chciałem podzielić losu mojego kolegi - Tadka Kaczanowskiego, którego za nielegalny handel, mimo usilnych starań matki o uniewinnienie, wysłano do poprawczaka. Zawsze miałem, mówiąc potocznie, "oczy dookoła głowy".
Handlując, poznałem wielu chłopców i wiele dziewcząt, których głód, nędza i całkowity brak środków do życia, zmusiły do podjęcia różnorodnych zajęć na ulicach Barnaułu. Były to sieroty. Ich domem był dworzec kolejowy, przystań rzeczna i ohydne meliny. Były to dzieci różnych narodowości zesłanych z rodzinami do Ałtajskiego Kraju. Niezależny od nich los sprawił, że musieli cierpieć głód i poniewierkę. Nie z rozkoszy i próżności imali się zajęć często uwłaczających godności ludzkiej.
Znalem małego Saszkę z Rostowa. Był sierotą. Jego ojciec zmarł z wycieńczenia w lagrach, a matka uległa śmiertelnemu wypadkowi przy budowie toru kolejowego na stacji w Barnaule. Pozostał sam. Handlował różnymi przedmiotami skupowanymi od paserów. Wpadł w ręce milicji. W rezultacie zamknięto go w poprawczaku dla "besprizornych".
Poznałem Kolę z obwodu moskiewskiego. Ojciec jego przebywał w łagrze, matka zmarła, on zaś z innymi dziećmi tułał się po mieście. Zajmował się głównie kradzieżą. Miał wówczas trzynaście lat. Marzył o innym życiu. Chciał ukończyć szkołę, być, jak jego rodzice, wykształconym człowiekiem, żyć w lepszym kraju, o którym kiedyś opowiadał mu ojciec.
Znałem też piękną, czarnooką, piętnastoletnią Abchaskę - Ałłę, czternastoletnią Lesię z Mińska i Anię Jankowską, które za kilkadziesiąt kopiejek sprzedawały się różnym, często obleśnym facetom.
Głód upokarza, poniża i budzi najniższe instynkty. Często nakazuje nawet zapomnieć o godności ludzkiej.
Wśród tych dzieci, pokrzywdzonych przez nieludzki system, były również dzieci polskie, które dzięki umowie podpisanej przez generała Sikorskiego z rządem sowieckim, zostały ocalone od zagłady na nieludzkiej ziem

Kuźnia kultury i oświaty polskiej

Klub zakładowy Zakładów Zbożowych "Gławmuka" przy ulicy Promyczlennoj 14 w Barnaule był piętrowym, drewnianym budynkiem w syberyjskim stylu. Mieściło się w nim kilka mniejszych sal, obszerny korytarz oraz duża sala widowiskowa. Wszystkie pomieszczenia były zamieszkałe głównie przez Polaków pracujących w tych zakładach. Gnieździliśmy się tam jak, przysłowiowe śledzie e beczce.
My z mamą i z rodzinami Czeronkowej i Milikiewiczów mieszkaliśmy w malutkiej salce. Było ciasno, ale mimo to panowała miła, serdeczna atmosfera.
Klub, w którym mieszkałem można śmiało nazwać ośrodkiem "oświaty i kultury polskiej.
Nauczycielka, pani Bobrowicz, Irena Pupin i Jadwiga Ostrowska uczyły nas języka ojczystego, historii naszego Kraju, wierszy, tańców i piosenek polskich, a nawet, myślę, że ku pokrzepieniu serc, przygotowały starannie, a następnie wystawiły na scenie klubu wybrane, krótkie fragmenty opery narodowej S. Moniuszki "Straszny Dwór". Chociaż przedstawienie było na miarę możliwości w ówczesnych warunkach, wywołało ogromne zainteresowanie Polaków mieszkających w Barnaule. Kiedy tańczyliśmy mazura, ludzie wiwatowali, wznosili okrzyki "Niech żyje Polska", a wielu szczerze płakało.
Przygotowanie przedstawienia zajęło nam dużo czasu, tym bardziej, że wszyscy pracowaliśmy w Zakładzie i jedynie w wolnym czasie mogliśmy odbywać próby.
Do mazura grała nam trzyosobowa orkiestra - harmoszka, bałałajka i gitara. Solistą był 16-letni Janek Wierzbicki. Stroje "głównym artystom" uszyto z jutowych worków.
Kiedy po latach bylem na "Strasznym Dworze" w Operze Narodowej, w mojej pamięci ukazało się barnaulskie przedstawienie z 1945 roku, które, myślę, odegrało w tamtym czasie olbrzymia rolę wychowawczą.
W klubie nauczyłem się pisać i czytać po polsku. Pani Bobrowicz, jakims cudem, zdobyła polskie książki. Wśród nich bylo też kilka elementarzy, ktore stały się w moim życiu pierwszą lekturą.
W czasie prowadzonych ciekawych zajęć, prób i spotkań nawiązywały się między nami serdeczne przyjaźnie i pierwsze sympatie.
Myślę, że kto uczestniczył w różnorodnych pracach klubu, wspomina dziś z wielkim rozrzewnieniem i ogromna wdzięcznością wszystkich zaangażowanych w tej, jakże ważnej, działalności. Jestem przekonany, że praca oświatowo-kulturalna, prowadzona głównie przez panią Bobrowicz i Irenę Pupin, odegrała w owym czasie i w tamtych warunkach życia na dalekiej Syberii ogromna rolę w kształtowaniu świadomości narodowej, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży.

Szerokie tory na zachód

Nastąpiła długo oczekiwana przez nas, tułaczy, wyjątkowo szczęśliwa i niepowtarzalna chwila.
Wiosną 1946 roku, pierwszym transportem odjeżdżającym z Barnaułu, wracamy do Polski!
Przykro mi było i smutno, że wielu nie doczekało tego, jakże radosnego, dnia. Głód, mróz, choroby i poniewierka zebrały obfite żniwo. Znaczna część zesłańców na zawsze pozostała w obcej ziemi Ałtajskiego Kraju, a wśród nich również moja siostra.
Na dworcu kolejowym w Barnaule, na szerokich torach, czekały na nas wagony towarowe, ale jakże inne niż te w Baranowiczach w 1941 roku. Nie otaczały ich kordony uzbrojonych enkawudzistów, nie było krat w oknach, a drzwi, szeroko otwarte, zdawało się, gościnnie zapraszały do środka.
W wagonach było czysto i przestrzennie.
Transparenty, wielka radość.
Trudny do opisania entuzjazm.
Wreszcie ruszamy w drogę.
Jechaliśmy transsyberyjską magistralą. Jest to najdłuższa na świecie linia kolejowa, zbudowana w latach 1891-1916. Ogólna jej długość wynosi około 7400 km. Łączy ona europejską część Rosji z Syberią i Dalekim Wschodem.
Przejeżdżaliśmy przez cały szereg dużych miast, miedzy innymi przez Omsk, Tomsk, Czelabińsk, Moskwę.
Największe wrażenie wywarł na mnie i wyzwolił ogromne emocje u pozostałych podróżnych, przejazd przez Góry Ural.
Dwie potężne lokomotywy z trudem ciągnęły długi skład naszych wagonów.
W momencie mijania słupów granicznych, na których z jednej strony był napis "Azja", a z drugiej "Europa", maszyniści włączyli przeciągły, modulowany sygnał, a w wagonach rozległ się okrzyk radości - Jesteśmy w Europie! Jesteśmy coraz bliżej upragnionej Ojczyzny!
W naszym wagonie były uściski, życzenia, łzy radości.
W tym czasie w moich myślach rodziły się wciąż nowe pytania: Jaki los mnie czeka w Kraju? Czy6 odnajdę ojca? Gdzie będę mieszkał?
Odpowiedź na te pytania przyniosło późniejsze życie.
Część z nich była dla mnie szczególnie bolesna, chociażby potwierdzona wiadomość o bestialskim rozstrzelaniu mojego ojca w Berezweczu, pomordowaniu wielu krewnych, utrata znacznego majątku w Zołwicy, gromadzonego przez pokolenia itp.
Po przekroczeniu Uralu czekała nas jeszcze długa, męcząca droga, którą po wielu kłopotach pokonaliśmy szczęśliwie i w pierwszych dniach kwietnia 1946 roku znaleźliśmy się na polskiej ziemi.

Na Polskiej Ziemi

W Brześciu witano nas serdecznie. Były paczki żywnościowe, kwiaty, przemówienia i łzy radości.
Ludzie, klęcząc, całowali polską ziemię. Śpiewano nasz hymn narodowy, Rotę, modlono się.
Myślę, że nigdy później nie przeżyłem takiego uniesienia, jak wówczas, w chwili powitania Ojczyzny po długich, tragicznych latach syberyjskiej tułaczki.
Transport nasz skierowano na zachód Polski - do Gubina nad Nysą Łużycką, gdzie mieliśmy się osiedlić. Droga wiodła przez Kraków, który w dniu Święta Wielkanocy, przywitał nas, Sybiraków, spiżowym głosem Dzwonu Zygmunta.
Niestety, nie dane mi było razem z mama i bratem jechać dalej. Musiałem pozostać w krakowskim szpitalu. Byłem poważnie chory.
Po przekroczeniu Uralu, w czasie krótkiego postoju transportu, pobiegłem z kolegą na dworzec po gotowana wodę, tzw. "kipiatok". Stojąc w bardzo długiej kolejce, zauważyliśmy, że nasz pociąg powoli rusza. Goniąc go "co tchu", udało nam się wskoczyć do odkrytej przybudówki wagonu z urządzeniem hamulcowym. Jadąc dziesiątki kilometrów w hamowni, przemarzłem "do szpiku kości" i mimo to, że po powrocie do wagonu okrywano mnie kocami i pojono gorącą herbatą, zachorowałem Dostałem wysokiej temperatury, a na całym ciele pojawiły się liczne wrzody.
Lekarz, który zbadał mnie na dworcu w Krakowie, mimo mojego protestu, skierował mnie do Szpitala Dzieciątka Jezus.
Przeżyłem szok, ponieważ zdałem sobie sprawę, że pozostanę tu sam, a mama z bratem pojadą do Gubina. Nie było jednak innego wyjścia. Mojemu życiu - jak twierdził lekarz - groziło śmiertelne niebezpieczeństwo.
Umieszczono mnie w dużej sali. Leżało tam kilkanaście rannych osób. Dzięki przeprowadzonym zabiegom chirurgicznym, skutecznym lekom i wyjątkowo troskliwej opiece, szybko odzyskiwałem zdrowie. Zacząłem chodzić o własnych silach.
Zaprzyjaźniłem się z wieloma chorymi.
Opowiadałem im o mojej syberyjskiej tułaczce. Słuchali tego z ogromnym zainteresowaniem, pytali o szczegóły. Czułem, że mnie polubili. Szczególnie upodobał mnie sobie pan Kieżonowski, żołnierz AK. Nazywał mnie swoim synem i wielokrotnie proponował, byśmy z mamą i bratem Piotrkiem zamieszkali u niego w Krakowie. Ze łzami w oczach mówił mi, że przypominam mu własnego syna, który razem z matka zginął w czasie działań wojennych.
Pewnego dnia, podczas obchodu lekarskiego, ordynator oddziału polecił siostrze przełożonej, która doskonale orientowała się w mojej sytuacji, wypisać mnie ze szpitala. Na pytanie "Dokąd wypisać? On nie ma tu rodziny", stwierdził: "Skoro nie ma rodziny, wypisać do domu dziecka". Ponieważ dom dziecka kojarzył mi się z ohydnymi przytułkami w Barnaule, w których umieszczano między innymi polskie sieroty, uderzyłem w płacz. W mojej obronie murem stanęli wszyscy chorzy oraz pielęgniarki - zakonnice uczestniczące w obchodzie. Ordynator, któremu jestem wdzięczny, po namyśle stwierdził: "Niech tu zostanie. Będzie nam pomagać"
I faktycznie tak było, aż do chwili przyjazdu mamy.
Mimo usilnej namowy pana Kierżanowskiego, mama nie zdecydowała się zostać w Krakowie. Myślę, że miała nadzieję na odnalezienie mojego ojca. Nie wiedziała jeszcze w tym czasie, że został on w 1941 roku rozstrzelany przez NKWD w Berezweczu.
Ruszyliśmy w drogę do Gubina. Tam, w jednorodzinnym domu na peryferiach miasta, czekał na nas mój dziesięcioletni brat Piotrek.
Po przybyciu na miejsce doznałem ogromnego rozczarowania.. Miasto leżało w gruzach. Przekształcone przez hitlerowców w 1945 roku w silny punkt oporu, niemal doszczętnie zostało zniszczone. Kikuty wypalonych domów sprawiały przygnębiające wrażenie. Wśród nielicznych polskich osadników szerzyła się powszechna plotka o rychłym powrocie Niemców. Bezkarnie grasowały bandy szabrowników.
To wszystko tworzyło niesprzyjający klimat dla naszego pozostania tu.
Zaczęliśmy poważnie rozważać propozycję pana Kierżanowskiego o wspólnym zamieszkaniu w Krakowie i tak na pewno by się stało, gdyby nie wiadomość, którą otrzymaliśmy z Polskiego Czerwonego Krzyża. Poszukiwali nas krewni. Po przyjeździe z Wileńszczyzny, w 1946 roku, osiedlili się w województwie olsztyńskim. Ucieszyliśmy się bardzo. Tak szybko, na ile było to możliwe, skontaktowaliśmy się z nimi i po uzyskaniu zgody w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym, w drugiej połowie 1947 r, wyjechaliśmy z Gubina.
W malowniczym województwie olsztyńskim, wśród pięknych jezior i lasów, zakończyliśmy naszą tułaczkę, rozpoczętą 20 czerwca 1941 roku deportacją na sybir.
Osiedliliśmy się tu na stałe. Piękny krajobraz tej ziemi w pewnym stopniu przypominał nam tereny Brasławszczyzny, a zwłaszcza okolice Zołwicy. Nawet Jezioro Wielochowskie, podobnie jak kiedyś Uklańskie, latem, o wschodzie słońca, mieniło się blaskiem tęczy.
Ukończyłem studia, zdobyłem zawód, założyłem rodzinę. Tu rosną i kształcą się moje wnuki. W gościnnej ziemi olsztyńskiej, po trudach syberyjskiej tułaczki, spoczywają snem wiecznym Mama i brat - Piotr.
Mimo upływu czasu, stale wracam myślami do lat, które przezywałem w okresie stalinowskiego totalitaryzmu, w "piekle na ziemi".
Nie da się tego zapomnieć. Trudno bowiem uwierzyć, że w dwudziestym wieku, ludzie mogli zgotować ludziom tak okrutny los.
Wierzę, że moje wspomnienia naocznego świadka, będące nieprofesjonalnym, prostym opisem przeżyć i doznań syberyjskiego tułacza, chociaż w części ukazały okrutną martyrologię Polaków na bezkresnych obszarach dalekiej Syberii.

Żółwica po latach

Chęć ujrzenia rodzinnego domu na Wileńszczyźnie nie dawała mi nigdy spokoju. Po wielu latach dotarłem na miejsce mojego dzieciństwa.
Widok, niegdyś malowniczo położonej i dobrze zagospodarowanej Żołwicy, wywołał we mnie trudny do opisania szok. Moim oczom ukazał się straszliwy widok.
Pozostał jedynie zarys fundamentów naszego domu i budynków gospodarczych. Sad straszył kikutami połamanych i wyschniętych drzew. Zniknęło też piękne gospodarstwo Rodziny Pożarskich. Wszystko, co się dało, rozgrabiono. Panowała tu wszechwładna, śmiertelna pustka. Jak okiem sięgnąć, na uprawianych niegdyś polach, samoistnie rozsiały się drzewa i krzaki. Na swoim miejscu pozostały jedynie stare wierzby nad brzegiem pięknego Jeziora Uklańskiego, które jakby do dziś opłakują dawnych polskich gospodarzy, bezprawnie zesłanych na syberyjską tułaczkę.



/Źródło: Materiał przekazany przez córkę Czesława Kisły-Jolantę /




♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.