♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Wspomnienia z dzieciństwa - Halina Ziemińska


      
                         Wspomnienia z dzieciństwa - Halina Ziemińska

Pierwsze dni lutego 1940 r. Miałam wtedy 5 lat i jeszcze razem z rodzicami i rodzeństwem mieszkam w koloni Suszki, gmina Wierzchowice, powiat Brześć Podlaski później nazywanym Brześć nad Bugiem. Po agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku i przyłączeniu naszych najbliższych okolic do ZSRR, oddaleni byliśmy od Polski o około 1,5 km.

Nie wiem, która mogła to by ć godzina, ale mamusia nas budziła. Zaczęło się wysiedlanie nas z rodzinnego domu. Domu wybudowanego przez rodziców, którzy pobrali się w 1924 r. i wspólnymi siłami dorabiali się majątku. Nocni przybysze mówiący po polsku tatusia postawili pod ścianą, enkawudzista z karabinem go pilnował a mamusi kazali się pakować. Mama nas ubrała, wzięła pierzyny, trochę najpotrzebniejszych rzeczy do przeżycia. Nadzorcy rosyjscy kazali wsiadać do sań i zawieźli całą naszą sześcioosobową rodzinę do Brześcia. Za nami pozostały zabudowania gospodarskie (dom, spichlerz z oborą) oraz dom w Wierzchowicach, w którym miała być apteka. Ten dom do dnia dzisiejszego tam stoi, mieści się w nim białoruskie kino.

W Brześciu na stacji kolejowej czekaliśmy na podstawienie pociągu. Nie byliśmy jedynymi, których wywożono. Z naszej rodziny



deportowana była także siostra tatusia i jej rodzina, czyli mąż i pięciu synów. Szósty syn, którego nie było podczas aresztowania pozostał w Polsce. Z sąsiedniej koloni Kornatów zabrano naszych bardzo dobrych znajomych – Kawów. Z opowiadań wiem, że zima była wtedy wyjątkowo mroźna, napadało dużo śniegu. Zwykle luty daje o sobie znać, nie na darmo polskie przysłowie mówi „Idzie luty, obuj buty” Tak też odczuwaliśmy zimową noc, mróz dokuczał nam bardzo, pamiętam, że bardzo szczypała mnie buzia i trudno było oddychać przez nos. Mamusia okręciła nam twarze szalikami, aż po same oczy. Mimo, że jako dzieci dużo czasu prze-bywaliśmy na zabawach na świeżym powietrzu i mróz nie był nam straszny, tej nocny bardzo nam dokuczał.

Czekając na załadunek do pociągu rodzice wraz z innymi towarzyszami niedoli starali się zrozumieć zdania, które zaowocowały pobytem pod gołym zimowym i mroźnym niebem, a które odczytane zostały w majestacie prawa przez głównodowodzącego oficera; „postanowieniem władzy radzieckiej cała wasza rodzina zostaje przesiedlona w inny obwód na terytorium ZSRR”. I nic więcej, gdzie nas wywożą, na jak długo i dlaczego? Były to pytania, na które nie znano odpowiedzi. Poza strachem i niepewnością dorosłych, płaczem zmarzniętych dzieci, pobytowi na peronie towarzyszył lament kobiet i złowrogie szepty pełne najróżniejszych domysłów. Tak groźnie brzmiących, że bano się je wypowiadać głośno. Nie wierzono, że mogą stać się prawdą.

Nie wiem jak długo koczowaliśmy wśród stłoczonej masy ludzi i pakunków na peronie, jeden czy dwa dni? Gdy tylko lokomotywa przyciągnęła wagony zaczął się załadunek. Całe nasze peronowe obozowisko otoczone było przez żołnierzy, którzy nie tylko nas nadzorowali, ale nie dopuszczali do nas nikogo, kto chciał przynieść dodatkowe jedzenie lub ubrania. Po wyczytaniu nazwisk całe rodziny stopniowo zapełniały kolejne wagony. Wnoszono i lokowano posiadane węzełki, tobołki, worki, walizki i inne klamoty. Zajmowano miejsca.

Z wagonu, w którym jechaliśmy bardzo długo, pamiętam bardzo dużą ilość osób, prycze po dwóch stronach wejścia, piec stojący pośrodku, przy którym ogrzewaliśmy się i wydzielone miejsce na ubikację. Starsi korzystali z tego miejsca samodzielnie, ale nas dzieci, rodzice pilnowali. Zazwyczaj mnie to mamusia a nie siostra prowadzała za rękę. Jako dziecko nie odczuwałam wstydu podczas korzystania z takiej ubikacji, ale wiem, że dorosłe kobiety i dziewczyny bardzo się wstydziły, przecież obok siedzieli obcy ludzie. To skrępowanie towarzyszyło im przez całą podróż. W czasie transportu w naszym wagonie zmarła tylko jedna osoba. Jak długo jechaliśmy nie potrafię określić, w takich warunkach dorośli szybko stracili rachubę czasu. Nie pamiętam też, abyśmy bardzo dotkliwie odczuwali głód. Kres tego etapu nieplanowanej podróży nad-szedł, gdy okazało się, że pociąg zatrzymał się w polach i kazano nam wysiadać. Dalsza podróż odbywała się samochodami i saniami. Przez ten cały czas towarzyszył nam śnieg i mróz, ale był on bardziej dokuczliwy ni ż ten, który pamiętam z Brześcia. Odczuliśmy go bardzo boleśnie, ale dzięki opiece naszej mamusi, która opatulała nas dokładnie, rozcierała zmarznięte ręce i nogi dojechaliśmy do miejsca zesłania bez odmrożeń. Dowieziono nas do gminy Uspinga i umieszczono w obozie. Początkowo zamieszkaliśmy w jednej wielkiej izbie, stłoczono nas ze 30 osób. Pamiętam dużo ustawionych łóżek, duży piec na środku i wielki kocioł, z którego parowała woda.

Babcia Wyszomirska, czyli matka mamy, zadała sobie dużo trudu, aby poznać przyczynę naszej wywózki. Okazało się, że stał za nią nasz pracownik. Przyznał się, że wydał Rosjanom rodziców, czyli kułaków, właścicieli 35 ha gospodarstwa. Tatuś Wincenty, pochodził z Siedlec, ukończył w Warszawie szkołę podoficerską i szkołę bankową. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. i po jej zakończeniu skorzystał z 10 ha nadania ziemi przez marszałka Piłsudskiego. Natomiast mamusia wniosła w posagu 10 ha, a pozostałe 15 hektarów dokupili. Do września 1939 r. gospodarzyli, spokojnie powiększając majątek i wychowując pojawiające się potomstwo. Pierworodny urodził się w 1926 r., kolejna dwójka dzieci zmarła w okresie niemowlęcym tzw. śmiercią łóżeczkową. Dopiero siostra urodzona w 1932 roku przerwała złą passę. Drugi brat urodził się rok później, a w 1935 roku ja przyszłam na świat.

Jak wyglądał nasz pierwszy dzień nie pamiętam, dopiero obrazy z późniejszych lat wracają we wspomnieniach, szczególnie te z okresu letnich zabaw, kiedy to mogliśmy się swobodnie poruszać po obozie i poznawać jego topografię oraz zakamarki do kryjówek podczas zabaw w chowane go. Z opowiadań rodziców wiem, że po przybyciu na miejsce zesłania i załatwieniu administracyjnych formalności rozpoczęła się nasza głodowa egzystencja. Ta sytuacja była tym bardziej rozpaczliwa, że bardzo ciężko zachorowałam. Być może odporność nabyta jeszcze w Polsce pozwoliła mi przeżyć, ale rodzice przygotowani byli już na najgorsze.

W początkowym okresie pobytu tatuś pracował głównie jako stróż, bo nie nadawał się do wielu prac ze względu na zupełny brak słuchu, który stracił w wyniku wybuchu bomby na początku września 1939 roku, gdy podwodą za-woził dla polskiego wojska transport amunicji. Opowiadał, że dokładnie nie pamięta czy stracił przytomność i co się stało. Poczuł tylko szum w uszach, i zobaczył obok siebie powstały wielki lej po bombie. Od tamtego czasu nie słyszał, ale rozumiał co do niego mówiono, bo potrafił czytać z ust.

W obozie nie byliśmy szczególnie pilnowani, na samym początku wskazano na położenie i dano do zrozumienia, że ucieczka nie jest możliwa, bo jeśli nie zginiemy w odmętach wody to z pewnością nie przeżyjemy trudów związanych z pokonaniem drogi w tajdze. Latem pełna ona była zdradliwych bagien, meszek i komarów, natomiast zim ą bez broni i żywności nie było żadnych szans przetrwania i pokonania ogromnych odległości. Nawet, jeśli jakimś cudem udałoby się dotrzeć do siedzib ludzkich, szpicle szybko i tak donieśliby do NKWD. Z tego co wiem, nikt z naszego transportu nie zaryzykował ucieczki.

Początkowo wielkim dla nas zaskoczeniem była bardzo długa noc, trwająca o wiele godzin dłużej niż w Polsce. Zapadała nagle i była bardzo ciemna. Nieco inaczej było, gdy na niebie pojawiał się księżyc a niebo pozostawało bezchmurne. Nie mogłam obserwować gwiazd, bo nocą rodzice nas nie wypuszczali, ale z opowiadań starszych wyobrażałam sobie rozgwieżdżone niebo, którym dorośli się zachwycali. Widziałam przez malutkie okienka jakby różową poświatę na niebie, była to zorza polarna. Gwiazdy i księżyc oświetlały bardzo wyraźnie śnieg leżący wokół baraków, który mienił się srebrnymi bar-wami. Byłam tymi zjawiskami zafascynowana. Mogłam godzinami patrzeć i snuć w maleńkiej, dziecięcej główce swoje marzenia, o których oczywiście wkrótce zapominałam. Diametralnie różna była sytuacja w okresie białych nocy, kiedy słońce nie zachodziło za horyzont. Spać było trudno, bo za oknami widno, a jak tylko pojawiliśmy się w łóżkach to następował atak pluskiew.

Rodzice wykonywali różne prace, mamusia opowiadała o swoich zmaganiach podczas wyrębu tajgi. Ścięte przez pilarzy drzewa, kobiety musiały tak przygotować, aby można było z nich utworzyć drogę. Czyli najpierw musiały te wielkie drzewa pozbawić konarów i gałęzi. Były to drzewa iglaste, więc szpilki uporczywie wbijały się w skór ę, pozostawiając rany. Wszystko, co pozostawało po osieczeniu konarów należało spalić. Zimowe ognisko wbrew pozorom było bardzo niebezpieczne. Trzeba było wykazać się dużym hartem ducha, aby nie poddać się pokusie ogrzania przy cieple ognia, bo po odejściu od źródła ciepła wchodziło się w obszar 40 stopniowych mrozów. Można sobie wyobrazić to spustoszenie, które wyrządza mróz na rozgrzanym ciele. Później te wielkie pnie cięte były na mniejsze odcinki. Posortowane kłody układane były wzdłuż budowanego traktu drogowego w poprzek, potem wzdłuż i ponownie w poprzek. Część ściętego drzewa latem spławiano Dwiną, doskonale pamiętam tę rzekę, bo zimą chodziliśmy się na niej ślizgać, a latem po tych zanurzonych kłodach skakaliśmy. W tym samym czasie tatuś pracował przy budowie linii elektrycznej do Archangielska.

Z tamtego okresu doskonale pamiętam starania rodziców i nasze o zdobycie pożywienia. Zgodnie z opracowanymi przez Rosjan normami, dla pracującego przypadało 0,5 kg chleba, a dla dziecka po 200 g i dodatkowo raz dziennie zupa. Zupa to był wywar z warzyw, czyli brukwi, kapusty i ziemniaków. Więcej w niej było wody niż dodatków, ale i tak codziennie cieszyła się nie-słabnącym zainteresowaniem i była celem marzeń. Posiłek ten przygotowywany był w oddzielnej kuchni, ale ponieważ nie było w niej stołówki, więc chodziliśmy po nią z różnymi pojemnikami. Nawet, jeśli miałam duży i tak dostawałam przydziałową porcję, nie dało się oszukać kucharek. Wiadomo, że ta ilość nie zaspokajała głodu. Trzeba było troszczyć się o zdobycie dodatkowego jedzenia. Mama dużo rzeczy przywiezionych w transporcie sprzedała za jedzenie, nawet ślubne, złote obrączki. Ale to i tak nie zabezpieczyło nas przed głodem. Latem było lżej, bo tajga obfitowała w jadalne owoce. Na jej obrzeżach pojawiały się także pokrzywy. Po zimie był to wspaniały zastrzyk witamin, ale rywalizacja o nie była zacięta i bardzo szybko znikały. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że w odległości około 3 km można je jeszcze spotkać, wybrałam się po nie sama, ale gdy spotkałam grupę rosyjskich wyrostków wyzywających mnie od polskich świń, szybko zrezygnowałam z poszukiwań i wróciłam biegiem do domu. Do naszych dziecięcych obowiązków należało zbieranie żurawiny, jagód, szczawiu. Pamiętam, że największe poziomki znajdowałam na rosyjskich cmentarzach. Z lasu przynosiliśmy grzyby wełnianki. Przez większość Rosjan uznawane były za trujące, ale mama i inne kobiety po obgotowaniu i zakiszeniu zimą wykorzystywały je do przygotowywania posiłków. Nie pamiętam, aby z tego powodu ktoś skarżył się na ból brzucha. Na brzegach rzeki znajdowaliśmy dziką czerwoną i czarną porzeczkę. Tubylcy czarną nazywali smorodiną. W nadbrzeżnych zaroślach królowała tak że malina. Zbieraliśmy nie tylko owo-ce, ale także łodygi, które suszyliśmy i podczas zimy mamusia przygotowywała nam z nich wywar do picia, pachniał wyśmienicie.

Był czas, że mama nie pracowała, wtedy całą trójką chodziliśmy z nią do lasu i z brzozy cięliśmy gałązki, takie witki. Układaliśmy je później w pęczki, a ponieważ Rosjanie we wsi hodowali kozy, to takie ususzone miotełki stanowiły dla nich zimową karmę. W zamian za te pakiety otrzymywaliśmy zazwyczaj trochę kartofli. Gdy był duży mróz i Dwina zamarzła, Rosjanki mogły przejść przez rzekę i wymienić żywność na ubrania. Za jedną sukienkę z UNRY można było otrzymać mleko, twaróg i ziemniaki.

Zdobycie czegoś do jedzenia było najważniejszym zadaniem, nie cofano się przed czynami uznawanymi za naganne, ale żeby przeżyć musieliśmy kraść. Formy tych czynów były różne. Gdy tatuś stróżował i pilnował pola z ziemniakami, wykorzystywaliśmy siostrę, aby odwracała jego uwagę, a my w tym czasie schyleni, aby nas nie widział podbieraliśmy ziemniaki. Pewnego dnia, gdy się zorientował, jaką to straszną „zbrodnię” robimy, to krzyczał na nas, że go do kryminału zamkną. Jak głód dał się nam naprawdę tak we znaki, że mało co nie przypłaciliśmy tego życiem zdobył się na akt odwagi i zaryzykował. Na wiosnę, gdy zatrudniony był przy zasiewach zbóż, mamusia zawiązała mu sznurkiem kalesony na wysokości kostek. Dzięki temu przez kilka dni przynosił do domu po 2- 3 garście jęczmienia lub owsa, które później rozcierało się w moździerzu. Takim roztartym zbożem zasypywało się wywar z ostu lub pokrzyw i tak powstały klej zjadaliśmy ze smakiem. Tylko jeden raz dotarła do nas paczka z żywnością od babci i jakoś udało się kolejne dni przeżyć. Gdy całą trójką byliśmy chorzy, najstarszy brat ukradł ze stołówki nieco prowiantu przeznaczonego na obiad, a innym razem 2 worki mąki z piekarni. Latem korzystaliśmy także z możliwości zdobycia mięsa rybiego. Najczęściej to brat zajmował się połowem, ja byłam za mała do tego procederu. Połów odbywał się nocą, nie wiem, dlaczego nie można było łowić ryb w ciągu dnia? Na haczyki zrobione z drutu i zawieszone na sznurkach łowiono w Dwinie ryby, którymi zajadaliśmy się. Wiem, że część dorosłych zesłańców w poszukiwaniu po żywienia zakładała wokół obozu wnyki na drobną zwierzynę, ale odbywało się to w wielkiej tajemnicy. Tatuś nigdy nie wspominał, że pozyskał w ten sposób jakiego ś zwierzaka. Ryzykowano także utopieniem się przeszukując nadbrzeżne szuwary w poszukiwaniu ptasich jaj.

Latem, chyba 1940 r. nie pamiętam dlaczego, kazano nam opuścić za-mieszkały barak i przenieść się do innego, mniejszego, położonego nad wielkim i niebezpiecznym urwiskiem. Obawialiśmy się, że jak przyjdą wiosenne wysokie stany wody mogą podmyć brzeg i nasz barak wpadnie do wody. Byliśmy już świadkami tego jak zachowuje się rzeka, gdy nadchodzi wiosna i puszczają lody. Pękaniu pokrywy lodowej i tworzeniu się kry towarzyszył wielki huk, tatuś mówił, że ten hałas podobny jest do armatnich wystrzałów. Początkowo olbrzymie tafle lodu poruszały się wolno wzdłuż koryta rzeki, ocierały się o siebie, zazębiały, dobijały do brzegów, zachodziły jedna na drugą i tworzyły zaporę dla kolejnych lodowych partii. Oglądaliśmy to piękne zjawisko z ogromnym zaciekawieniem, ale także i strachem. W miarę jak kra topiła się od wiosennego słońca i stawała się mniejsza, nurt stawał się szybszy, podnosił się stan wody zalewając położone w dolinie rzeki niższe tereny nadrzeczne.

W baraku, w którym przyszło nam zamieszka ć pokoje znajdowały się po obu stronach wąskiego korytarza. Nadal normą dla jednego pokoju było umieszczanie w nim 2-3 rodzin. W naszym przypadku na powierzchni około 16 m² zamieszkały 3 rodziny. Żeby się zmieścić spaliśmy po 3-4 osoby w jednym łóżku. Dla jednego z deportowanych nie było już miejsca, z konieczności musiał spać na korytarzu, to było jego mieszkanie.

W jednej z takiej przydziałowej rodziny mieszkającej razem z nami na-lazł się Polak lub Białorusin, który szpiclował i donosił d o władz obozowych. Jego zachowanie wszyscy odbieraliśmy jako niemoralne, dlatego nikt z nas specjalnie nie zmartwił się, gdy pewnego dnia został aresztowany. Jego historia nie warta byłaby wspomnienia gdyby nie fakt, że wraz z nim zesłana została jego córka z pierwszego małżeństwa. Gdy owdowiał, ożenił się po raz drugi i z tego związku równie ż miał córkę. Od czasu jego zatrzymania, żona stała się dla swojej pasierbicy prawdziwą macochą, uznawała i opiekowała się tylko swoim dzieckiem. W pewnym momencie zareagowały inne kobiety żądając szacunku dla sieroty, ale nie można było jej przekonać do zmiany postępowania. Mimo trudnej sytuacji starano się ulżyć pozostawionemu bez opieki dziecku. Moja mama i sąsiadka na zmianę czyściły jej włosy, bo tak bardzo była zawszawiona, mimo że co tydzień jak wszyscy chodziła do łaźni i w specjalnej komorze ubrania poddawane były dezynfekcji. Od czasu do czasu wspomagaliśmy ją jakimś kawałeczkiem chleba. Później nasze losy rozdzieliły się.

W okresie kiedy mieszkaliśmy w baraku nad rzeką, na zimę trzeba było zgromadzić opał. Mimo niedalekiej odległości od tajgi lokalizacja naszego ba-raku była niekorzystna i było bardzo trudno go pozyskać, ale pewien zapas udało nam się zgromadzić. Pod koniec zimy okazało się, że nie mamy czym palić. Brat korzystając z okazji przyniósł do pieca trochę zgromadzonego kołchozowego drewna. Za tą kradzież odpokutował tatuś, bo zgodnie z zaleceniem Stali-na nie można było karać dzieci. Chyba przez miesiąc tatuś w dzień pracował, a nocą siedział w kozie.

Okres letni to czas zabaw na terenach przyległych do obozu. Nas dzieciaków było dużo. W czasie, gdy starsi pracowali, my zwykle pozostawaliśmy bez nadzoru. Dni mijały nam na zabawach, czasami pomagaliśmy sprzątać baraki, zbierać opał. Niektóre zabawy były typowe, jakie ś kije, biegania, skoki, taplanie się w wodzie, drobne bijatyki i włóczęgi po nadbrzeżnych łąkach. Ale czasami fantazja nieco przekraczała granice zdrowego rozsądku. Też byłam ofiarą takiej nieprzemyślanej eskapady. Z zaprzyjaźnioną koleżanką i kolegą wzięliśmy siekierę i poszliśmy na skraj lasu. Nie wiem, w jakim celu rąbaliśmy drzewo i jak to się stało, że siekiera zahaczyła o mój palec. Nie czułam bólu, ale kiedy z przeciętej rękawiczki zaczęła kapać krew z krzykiem pobiegłam do domu. Mamusia wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do felczerki, a gdy ta polała mi ranę jodyną to mój wrzask słychać było chyba w całym obozie i jeszcze w po-bliskim sowchozie. Co spojrzę na swój nieco zniekształcony palec to u śmie-cham się na to wspomnienie, choć pamiętam, że w trakcie kolejnych opatrunków wykonywanych już przez mamusię wcale nie było mi do śmiechu. Oczy-wiście nikt z tego powodu nie poniósł żadnych konsekwencji.

Latem nie zapuszczaliśmy się w głąb tajgi, bo im było cieplej tym natrętniejsze był maleńkie owady – meszki. Gdy tylko mijaliśmy pierwsze drzewa, pojawiały się całymi chmarami. Wpychały się wszędzie, atakowały nie tylko twarz, oczy, nos, ale właziły za nasze liche ubrania i tam miały do dyspozycji całe dziecięce plecy, brzuch, pośladki. Kąsały boleśnie, po nakarmieniu się naszą krwią na ciele pojawiała się swędząca opuchlizna. Rodzice opowiadali, że takie muszki, które atakuj ą zwierzęta masowo, potrafią zabić małego cielaczka. Nie wiem, czy to była prawda, czy tylko dla nas przestroga, ale po pierwszym kontakcie z meszkami, wcale nie trzeba nas było straszyć.

Zimą zazwyczaj siedzieliśmy w domu, mrozy dochodziły do minus 40 stop-ni, jak tu wyjść skoro nie ma głównie butów i odzieży. A ponadto, co można robić, gdy wszystko wkoło zamarznięte? Rodzice ten zimowy, chwilowy odpoczynek od ciężkich prac wykorzystywali do wyplatania tzw. łapci, ale nie były to typowo rosyjskie łapcie wykonywane z lipowego, topolowego lub wierzbowego łyka. Surowcem była słoma. Różniły się także kształtem. Pęczek słomy dzieliło się na 3 części i zaplatało je tak jak dziewczęce warkocze. Z warkoczy formowano podeszwę, potem wykonywano oplot stanowiący zabezpieczenie kostki i w zależności od po-trzeb kończono na jej wysokości lub łydki. W takich łapciach biegaliśmy po śniegu, ale nie pamiętam na jak długo nam wystarczały.

Gdy nadchodziły cieplejsze okresy, starsi chłopcy przygotowywali dla nas specjalny kierat, do którego przywiązywano sanki i zaczynała się karuzela. Kręcili nią z ró żną prędkością, śmiechom i wrzaskom nie było końca. Każdy chciał wirować z dużą szybkością. Dla naszych zimowych zabaw sanki robił nam tatuś lub starszy brat wykorzystując drzewo wierzbowe.

Do czasu agresji niemieckiej na Związek Radziecki brat i siostra chodzili do szkoły. Pamiętam, że był to duży dom ludowy, a w nim duża sala. W niej, nam najmłodszym dzieciom zrobiono zabawę noworoczną i rozdano paczuszki z cukierkami w postaci poduszeczek. Nie było ich dużo 7- 8 sztuk, ale było to tak niezwykłe, że utrwaliło się w mojej pamięci. Były dziwnie opakowane, jak-by zapakowane i zaklejone. Cukierki nie były duże, miały czerwone lub zielone kreseczki i owocowy smak. Teraz czekolada tak nie smakuje jak wtedy te szklane cukierki. Nauczyciel powiedział nam, że jest to dar od Stalina.

W naszym obozie oprócz baraków dla Polaków znajdowały się pomieszczenia, w których Rosjanie przetrzymywali estońskich oficerów. Ich los musiał być bardzo ciężki, musieli być okrutnie traktowani, bo nocami dochodziły do nas jęki. Dwóch z nich nie wytrzymało tortur i powiesiło się. Tak trudnych warunków nie wytrzymał równie ż wysiedlony razem z nami dziedzic z Wierzchowic, pamiętam go jak lekko przygarbiony, nad ogniskiem usilnie starał się pozbyć wszy. Mieszkał w innym niż my baraku. Gdy ja sięgam pamięcią, był samotnym, starym mężczyzną, ale wiem, że został deportowany razem z żoną. Żona zmarła i od tamtego czasu nie mógł sobie poradzić z codziennymi trudami, zdobyciem pożywienia. Polacy starali się go wspierać, kobiety od czasu do czasu prały mu te strzępy, które nazywano ubraniem, jeśli mogły to dokarmiały. Nie wiem, co się z nim dalej działo, zmarł czy wrócił do Polski. Słyszałam rozmowy dorosłych, którzy litowali się nad jego losem, losem człowieka niedoświadczonego ciężkiej pracy, nawykłego do wygód i zarządzania. Nie był typem wyzyskiwacza, a wręcz przeciwnie ludzie z dworu szanowali go i darzy-li zaufaniem.

Ludzie umierali stale, czasami, dziennie po 2-3 trumny wywożono do lasu. Zimą, gdy mrozy dochodziły do minus 50 stopni, trumny te pozostawiano w lesie, aby wiosną, gdy ziemia odtajała wykopać groby i pochować nieboszczyków. Nie omijały nas równie ż choroby. Po sobie wiem, na czym polega kurza ślepota i co to znaczy nic nie widzieć o zmierzchu. Siostra miała większe problemy niż ja, bo zaczęło jej zachodzić bielmo na oczy, czyli taka błonka utrudniająca widzenie. Gdy żadne leki i krople przepisywane przez felczera nie pomagały zostały tylko domowe sposoby. Sąsiadki wiadomym sobie sposobem zdobywały nieco cukru, który rozcierany był na pył i nim zasypywano siostrze oczy. Po tym jak bardzo wrzeszczała i że trzymało ją za ramiona dwóch mężczyzn domyślałam się tylko jak wielki ból musiała znosić. Bardzo jej współczułam.
Gdy w kwietniu 1943 roku rozpoczęło się formowanie polskiego wojska bardzo dużo deportowanych Polaków zaciągnęło się do tworzonych oddziałów, w tym mój brat wraz ze swoim kolegą Kitajewskim. Rodzice nie sprzeciwiali się decyzji syna, tatuś powiedział, idź, walcz. Nie pamiętam momentu pożegnania, z resztą nie rozumiałam bardzo wielu rzeczy. W pół roku później brat uczestniczył w bitwie pod Lenino, w której został ranny. Opisując w liście do rodziców przebieg walk, stwierdził, że nie zapomni jej do końca życia. Jak się potem okazało było to bardzo krótkie życie, niespełna siedemnastoletnie. Drugi list, który dotarł z frontu donosił o jego śmierci w szpitalu polowym. Pamiętam, że mamusia bardzo długo płakała.

W 1944 r. nakazano nam opuścić obóz. Rodzice nie znali powodów. Do Archangielska dopłynęliśmy statkiem, później wieziono nas pociągiem. Przed wyjazdem otrzymaliśmy paczki. Chyba Amerykanie je przysłali. Były w nich jaja i mleko w proszku oraz jakieś mięso. Mówiono, że były to małże, ale i tak podczas podróży pociągiem wszystko znikało, bo innego prowiantu dla nas nie zabezpieczono. Po drodze mijaliśmy polskie wojsko maszerujące na front a w Archangielsku rodzice na krótko spotkali się z siostrą tatusia, która przesiedlana była w inne miejsce.

Z obozu nad Dwiną zabrali nas wszystkich, ale już nie wszystkich razem osiedlili. Nas dowieziono do miejscowości Boryń, 80 km od Smoleńska. To właśnie w tym rejonie wymordowano polskich żołnierzy wiosną 1940 roku, ale nie mogliśmy nic na ten temat mówi ć, a nam powtarzano, że zrobili to Niemcy. Wieś posiadała stację kolejową. Nas w kołchozie i zajęliśmy miejsca osób, które zostały wysiedlone w inne regiony. Smutno nam było, gdy widzieliśmy te wyjeżdżające rodziny z całym dobytkiem i inwentarzem. Dorośli wiedzieli, jaki ich los czeka, ale tubylcy wyjeżdżali pełni planów i perspektyw lepszego życia.

Początkowo rozlokowano nas w małych domkach, tradycyjnie po kilka rodzin w jednym pomieszczeniu. Później przeniesiono nas do pałacu. Była to duża rezydencja zarekwirowana po rewolucji październikowej. Przed naszym przybyciem stacjonowało w nim przez kilka dni wojsko polskie. Po ich obecności pozostał ułożony z polnych kamieni orzeł polski w koronie.

Zamieszkaliśmy w jednej z dużych sal na piętrze, siedemnaście rodzin poprzez odpowiednie ustawienie drewnianych łóżek wydzieliły swoją przestrzeń mieszkalną z wąskim przejściem. Na łóżkach nie było sienników, wyłożone były słomą i przykryte jakimiś płachtami. Tutaj także nie ustrzegliśmy się insektów, ale dominowały nie pluskwy jak na północy , lecz pchły. Na środku sali znajdował się wspólny piec. Kuchnia i zaplecze kuchenne znajdowało się na parterze. Niestety łaźni nie było, myliśmy się w miskach.
W tych nowych warunkach na Ukrainie, początkowo żyło nam się nieco lepiej. Przede wszystkim zimy były łagodniejsze, nie było tak silnych mrozów, no i lato nie trwało dwa miesiące. Nie musieliśmy także już żywić się pokrzywa-mi i tym, co znajdziemy w naturze. Nie było smakołyków, ale było łatwiej zdobyć jedzenie. Tutaj nie musieliśmy walczyć o przeżycie. Na parterze znajdowała się stołówka, z której korzystaliśmy trzy razy dziennie, a w zupie od czasu do czasu pływało jakieś mięso. Kołchoźnicy posiadali około 15-20 arowe działki, mogli hodować krowy, a mleko zdawali do mleczarni. W dalszym ciągu przy-chodziły paczki z UNRY i za ubrania, które wymienialiśmy z Rosjanami otrzymywaliśmy mleko, przetwory mleczne, ziemniaki. Z dyni i gotowanych kartofli mama robiła wyśmienite kluski na mleku. Mamusia pracowała w ogrodnictwie przy uprawie warzyw i dzięki temu, że brygadzista był normalnym człowiekiem czasami pozwalał po kryjomu wynieść pomidora lub jakieś inne warzywo. Jedne-go roku nadmiernie obrodziły ogórki, wystarczyło dl a nas wszystkich przywiezionych do kołchozu jak równie ż dla krów, które doszczętnie je wyjadły.

Mimo, iż miałam już 8 lat mamie udało się mnie jeszcze zapisać do przedszkola, do którego chodziłam przez rok. W przedszkolu były dzieci rosyjskie i polskie a przedszkolanka sprawnie władała obydwoma językami. Po zakończeniu wojny już nie można było rozmawiać po polsku. Na wycieczki chodziliśmy do pałacowego parku, wędrując alejkami mijaliśmy piękne szpalery drzew ozdobnych, a w sadzie dorodne maliny, jabłonie, ale nie można nam było nic dotknąć. Na ten widok dosłownie oczy nam wychodziły na wierzch nie mówiąc o zbierającej się w ustach ślinie. W pobliskim stawie, w którym kobiety sprawnie wymachując kijankami prały codzienną odzież, moja przedszkolanka podczas zabaw w wodzie uczyła mnie pływać. Niestety, byłam chyba mało pojętną uczennicą, bo nie nabyłam tej sprawności. W pobliżu, oprócz głębokich na około dwa metry torfiarek było kilka mniejszych strumyków, dzięki nim łatwo nam było latem utrzymać higienę.

W naszej grupie przedszkolnej przebywał polski głuchoniemy chłopiec. Został deportowany tylko z mamą, bo ojciec walczył na froncie. Z tego powodu, że nie mówił i nie słyszał trudno mu było funkcjonować wśród dzieci. Lubiliśmy go, bo był bardzo uczynny, grzeczny i bardzo się starał pozyskać naszą sympatię. Podczas jednej z akademii powiedział po swojemu wiersz, oczywiście były to dźwięki zrozumiałe tylko dla niego, ale uzupełnione mimiką i gestykulacją. Byliśmy dla niego wszyscy pełni podziwu i głośno biliśmy mu brawo.

W pierwszym roku pobytu, tym lepszym, gdy skończyły się żniwa pozwolono nam pozbierać na własne potrzeby pozostałe na polu kłosy zbóż. Uzyskane ziarno ucieraliśmy w moździerzu i powstała grubo zmielona mąka. Rok później większą część zebranych kłosów musieliśmy niestety oddać do kołchozu.

Każdy z nas miał zajęcie, siostra bawiła dziecko u pani doktor, później, gdy ta wyjechała do Kijowa, bawiła inne u enkawudzisty. Brat jeździł telegą, takim czterokołowym wozem gospodarczym i dowoził wodę na pole oraz wykonywał lżejsze prace polowe, a tatuś stawiał piece.

Nie pamiętam, aby w pierwszym obozie na Syberii można było uczestniczyć w obrzędach religijnych, ale po przyjeździe do Borynia w odległości około czterech km funkcjonowała jeszcze cerkiew. My Polacy, korzystaliśmy z możliwości, że była również dla nas otwarta i bardzo często w niedzielne przedpołudnia uczestniczyliśmy we mszy w obrządku prawosławnym. Pamiętam, że dwukrotnie byłam w niej z mamą. Z opowiadań mamusi wiem, że podczas pierwszego pobytu byłam pod wielkim wrażeniem jej wielkości, ogromu złoceń i bogatych zdobień. Pamiętam także moje wielkie zdziwienie, kiedy zobaczy-łam, że pop w miseczce ma małe kawałki chleba. Spojrzałam na mamusię,a ona kiwnęła głową, że mam tą okruszynę chleba włożyć do buzi. Niestety, wkrótce cerkiew została zamknięta i przekształcona w magazyn. Wracając do wspomnień związanych z tradycjami religijnymi, nie pamiętam, czy obchodziliśmy wigilię lub święta wielkanocne. Dla nas świętem był czas, gdy rodzice przynieśli produkty spożywcze i nie odczuwaliśmy głodu.

Rok 1945 to nie tylko zakończenie wojny, ale także ważny moment dla naszej rodziny, bo powiększyła się ona o narodzonego w szpitalu krasnaja swoboda braciszka i niestety pogorszenie warunków życiowych w związku z nową polityką Stalina. Powoli zaczynały się kłopoty żywieniowe, bo również kołchoźnikom zaczęto stopniowo odbierać przywileje np. przydziały działek. Zaczęto reglamentować zupę. Kołchoźnicy musieli oddawać mleko do mleczar-ni a to utrudniło rodzicom sytuację, bo po urodzeniu się braciszka, nie było dla niego mleka i musieliśmy starać się o mleko kozie. Po urodzeniu dziecka władze kołchozu przeznaczyły nam inne lokum, aby małemu synkowi było lepiej, tym razem był to oddzielny pokoik w domu z innymi dwiema rodzinami. Pod jednym względem była to niekorzystna zamiana – nie było w pokoju pieca a skroplona para wodna płynęła po szybach i ścianach. Panowała wilgoć.

Mamusia miała piękny głos, ale na zesłaniu śpiewała tylko usypiając braciszka, a kołysankami były pieśni religijne. W związku z tym przypomniała mi się zasłyszana rozmowa, podczas której jedna z Ukrainek, której syn zginął na froncie dziwiła się, że mamusia może śpiewać nie opłakując swojego poległego dziecka. Na to druga kobieta jej odpowiedziała, „Pałdynka już swoje wypłakała, a teraz siedzi i śpiewa. Śpiewa kościelne pieśni więc na pewno jest jej ciężko.”

Przed głodem ratowały nas jeszcze zdolności wróżbiarskie tatusia. Od początku pobytu na Ukrainie wyrobił sobie pozycję wróżbity czytającego karty, wystarczyło tylko, że kilkakrotnie trafnie odczytał i przepowiedział przyszłość a ludzie nabrali do niego pełnego zaufania. Oczywiście za wróżbę nie płacono rublami, tylko tym, co było w domu, czyli śmietaną, mlekiem, masłem, mąką, chlebem, ziemniakami.

2 lutego 1946 r. dowiedzieliśmy się, że możemy wracać do Polski. Pamiętam radosne podskoki, wybuchy śmiechu i wzajemne uściski. Poczekaliśmy jeszcze około 2 tygodnie na wyrobienie niezbędnych dokumentów. Powrót do Polski obejmował wszystkich Polaków przewiezionych do kołchozu na Ukrainie. Zostać musiała tylko jedna z rodzin, gdyż ich córka wyszła za mąż za wojskowego Rosjanina i nie dostali pozwolenia. Rozpacz była ogromna, ale po długich staraniach udało się przekonać władze i dołączyli do transportu.

Z tamtego okresu niewiele pamiętam, w swojej pamięci nie mogę odtworzyć obrazów związanych z pakowaniem się, drogą. Z podróży pamiętam tylko duże, miękkie, białe bułki, które na jakim ś postoju zostały zakupione.

Tatuś przyrzekł sobie, że jak wróci do Polski z całą rodziną to nie zapomni podziękować Panu Bogu za opiekę i będzie otwarty na potrzeby kościoła. Ja to zobowiązanie wypełniłam do końca i złożyłam składkę na remont kościoła Zwierznie.


/Źródło: Zesłaniec , Numer 65 (2015)/

RELACJE Z ZESŁANIA

By czas nie zatarł śladów naszych do świadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzy ć nowy dział poświęcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłaj ą propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” po święcony Matkom Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Główne-go Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane były także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth. Obecnie zesłańcze relacje drukuje też rocznik „My Sybiracy” wydawany przez Oddział Związku Sybiraków w Łodzi.

Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacamy naszą historiografię o cenne źródła dotyczące deportacji Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony Związku Radzieckiego. (red.)




♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.