♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

W szponach NKWD - Józef Pysz


                                                        
                                        W szponach NKWD - Józef Pysz

Od półtora miesiąca w mojej rodzinnej miejscowości przebywała Armia Radziecka.1 Dnia 16 marca 1945 r., w dwa lub trzy dni po aresztowaniu Ojca przez NKWD, przyszli po mnie, miałem wówczas 16 lat . Choć rozpoczynała się wiosna, dzień był ponury i chłodny. Najpierw wzdłuż torów kolejowych, a następnie przez centrum wsi prowadził mnie sołdat z karabinem wymierzonym w moje plecy. Liczyłem wtedy piętnaście lat i, jak na ten wiek, byłem niski i szczupły. Mój konwojent ponaglał mnie szturchańcami bagnetem w plecy, pokrzykując przy tym głośno: idi, idi... i dołączając wulgarne wiązanki. Dla przeciętnego przechodnia musiało to wyglądać groteskowo. Osobiście odnosiłem wrażenie nierealności sytuacji; nie brałem jej serio, a już absolutnie nie byłem w stanie wyobrazić sobie jej dalszego rozwoju.

Ulokowano mnie w piwnicy jednorodzinnego domku w centrum wsi, w tymczasowej siedzibie posterunku NKWD. Był to dom nr 842 leżący mniej więcej w połowie drogi między kościołem a trasą E-7. Mój starszy brat został tu doprowadzony po paru godzinach. Rozpoczęły się trzy doby trwające przesłuchiwania. W pamięci pozostały mi tylko te nocne. Siedziałem za biurkiem naprzeciw przesłuchującego mnie NKWD-zisty. Zachowywał się spokojnie, nie krzyczał, nie podnosił głosu. Spisywał moje zeznania, stawiając coraz to nowe pytania i obrzucając mnie przenikliwym wzrokiem. Ten 



wzrok i leżący na stole atrybut najwyższej władzy – pistolet, wyprowadzały mnie całkowicie
z zachwianej już i tak równowagi psychicznej. Przecież niewiele miałem do powiedzenia. W głowie – pustka. Rzeczywistość pomieszała się z koszmarnym, wręcz upiornym snem. Nie wiem, czego ode mnie chciano. Nie wiem, co zeznawałem, a tym bardziej, co podpisywałem. Skoro przesłuchujący mnie funkcjonariusz Smierszu bardzo słabo znał język polski, zaś ja w ogóle nie znałem języka rosyjskiego, to treści naszej rozmowy można się było tylko z trudnością domyślać. A już zupełnie nie mogłem wiedzieć, co zawierał protokół sporządzony odręcznie w języku rosyjskim, w zupełnie nie znanym mi alfabecie. Było mi to wówczas zupełnie obojętne. Trzy noce procesu śledczego całkowicie wystarczyły do pełnego fizycznego i psychicznego otumanienia i do utraty odruchów samozachowawczych.

Nie pamiętam, czy przez te dni czymkolwiek nas karmiono. Nie zapomnę nigdy dostarczonego przez rodzinę kawałka chleba, smarowanego tłuszczem spod pieczeni i obłożonego jej plastrem. Papierem, choć nieco prze-tłuszczonym, w parę tygodni później uszczęśliwiałem współwięźniów. Służył do wyrobu skrętów. Natomiast przekazany przez rodzinę niewielkich rozmiarów koc okazał się dla mnie wartością bezcenną.

W dniu moich imienin przewieziono nas do aresztu śledczego w Bielsku przy ul. Słowackiego. Pamiętam żelazną bramę wjazdową, zlokalizowaną w miejscu obecnej przewiązki Liceum nr IV. Już nocą wprowadzono nas do celi nr 13, która jak się późnej okazało, pełniła dotąd funkcję kaplicy więziennej. Zatłoczenie pomieszczenia było duże. Znaleźliśmy legowisko pod samymi drzwiami wejściowymi – oczywiście na podłodze. W spaniu przeszkodzili nam najpierw dwaj strażnicy, którzy w poszukiwaniu butów z wysokimi cholew kami, obmacywali dokładnie podudzia każdego nowo przybyłego. Około północy gwałtownie otwarły się drzwi i brutalnymi kopniakami w dolną część ciała zerwano nas ze snu. Okazało się, że byliśmy potrzebni do czyszczenia klozetów, kopiasto zafajdanych przez załogę więzienia. Były tam fajansowe muszle. Spłuczki nie działały. Jedynym narzędziem jakie otrzymałem do pracy był pręt metalowy, ciężki na tyle, by przebić nim dziurę w muszli. Ta forma „przepchania” widocznie odpowiadała użytkownikom tego przybytku. Z tytułu zniszczenia nikt nie wyciągał konsekwencji, chociaż żywiłem tego rodzaju obawy.

Przy dziennym świetle cela okazała się sporym pomieszczeniem, przegrodzonym w połowie balaskami do komunikowania. W części lewej od drzwi wejściowych pozostały ślady po ołtarzu, którego elementy miałem później okazję zobaczyć na śmietnisku podwórka więziennego. Po prawej stronie obok drzwi stało otwarte, typowe naczynie więzienne do oddawania kału i moczu. Żadnych innych przedmiotów sala nie posiadała. Jedynym legowiskiem była twarda podłoga. Nie zdawałem sobie sprawy, że ta forma odpoczynku będzie mi towarzyszyła niemal całe półrocze, a jej następstwem będą stałe podbiegnięcia krwawe i sińce w okolicy kości biodrowych, łokci i w innych częściach ciała.

W sali było wielu dorosłych mężczyzn, chyba już dłużej tutaj przebywających. Nie krępowali się. Z równą swobodą spożywali posiłek drewnianą łyżką ze starych, nie doczyszczonych, aluminiowych misek, jak i załatwiali na „kiblu” swoje potrzeby. Sądzę, że tylko stan absolutnej frustracji uchronił mnie od utrwalenia sobie w pamięci fizycznej atmosfery panującej w pomieszczeniu ze szczelnie zamkniętymi oknami.

Zdjęcie autora wykonane w punkcie PUR w Iławie po powrocie ze Związku Sowieckiego w 1945 r.

Byłem wstydliwym, wiejskim dzieckiem, bez najmniejszego doświadczenia życiowego, tymczasem los w sposób nagły i brutalny zmusił mnie do wykonywania rzeczy, nie mieszczących mi się dotąd w głowie. Miałem korzystać z „kibla” na oczach wszystkich mieszkańców celi. Wprawdzie można było wstrzymać się przez dzień, dwa, jednak w końcu potrzeby fizjologiczne okazywały się silniejsze. Trzeba było równie ż pełny kubeł wynosić. W tym względzie wobec nas wyrostków nie stosowano żadnej taryfy ulgowej.

Z wszawicą nie spotkałem się dotąd niemal w ogóle. Aż tu nagle – mocne uderzenie! Dwudziestoparoletni młodzieniec usiadł na wysokim parapecie okratowanego okna z podkurczonymi nogami i pracowicie wyszukiwał w ściągniętym z siebie wełnianym swetrze ruchliwych istotek. Na tle otworu okiennego utrwaliła mi się w pamięci pochylona sylwetka jego ciała oraz pracowite kciuki, przy pomocy których przeprowadzał raz po raz egzekucje, rozgniatając insekty między paznokciami. Nie sądziłem jeszcze wtedy, że już w niewiele dni później wszy oblezą równie ż mnie i od tej pory towarzyszyć mi będą nieprzerwanie aż do powrotu do domu.

***

Już po kilku dniach zorganizowano dalszy transport więźniów. Podróż trwała od rana do wieczora. Załadunek odbywał się w tempie przyspieszonym, w dezorientującej więźniów atmosferze gróźb i krzyków, wywołanej jak dziś sądzę celowo przez konwojentów. Taki sposób zachowania się wobec więźniów stosowany był zawsze w sytuacjach „przepędzania” większych grup więźniów, a jego celem było wywołanie uczucia strachu przed jakimkolwiek odruchem oporu. Gapiostwo było karane natychmiast szturchańcem kolbą w bok lub plecy. Szczególnie szybko trzeba było wskakiwać do ciężarowego wozu nakrytego plandeką. Tu rozlokowano nas w ciekawym układzie. Sadzano więźniów w rzędach, w rzędach, tyłem do szoferki. Każdy następny siadał ciasno pomiędzy nogami poprzedniego i pozostawał w tej pozycji około dziesięciu godzin.

Z tyłu samochodu siedział konwojent, który nie pozwalał nikomu na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Ten stopień zastosowanego ograniczenia ruchów wynikał niewątpliwie z obawy przed jakimś zbiorowym wystąpieniem więźniów.

Nikt nas nie karmił ani nie poił. Nie uznawano żadnych potrzeb fizjologicznych, ani nie pozwalano na żadne rozmowy. W takich „skrzyniach śledzi” cała kolumna „Studebackerów” ruszyła drogą na Kraków. Do dnia dzisiejszego intensywna praca silnika tego typu samochodu i jego pojękujący dźwięk przy pokonywaniu wzniesień przypomina mi tamtą podróż. Jechaliśmy drogą górską przed siebie. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że przejeżdżam w odległości około pięciuset metrów od rodzinnego domu. Owładnęła mną chęć, by wyrzucić z samochodu jakiś przedmiot, który naprowadziłby rodzin ę na nasz ślad. Niestety, w tych warunkach było to zupełnie niemożliwe. Każdy ruch, każda próba zmiany pozycji wywoływały u konwojenta brutalną reakcję. Minęliśmy potok Czerwonkę, z którym wiązałem tyle osobistych wspomnień, minęliśmy pagórek na „pańskim” polu, na którym jeszcze przed dwoma tygodniami wyciągaliśmy ze strąconego samolotu radzieckiego lotnika. Powtórnie żegnałem się z domem rodzinnym. Dopiero po powrocie dowiedziałem się, że więzienie w Bielsku było końcem tropu, jakiego zdołała się doszukać moja rodzina.

Droga okazała się ogromnie uciążliwa, przede wszystkim ze względu na brak możliwości wykonywania jakiegokolwiek ruchu, jak równie ż boleśnie odczuwane, na twardych deskach pojazdu, nierówności terenu. Głód i pragnienie tłumiły nieco dolegliwości fizyczne.
W drodze tej miałem również okazję zetknąć się po raz pierwszy
z brutalnym traktowaniem więźniów. W moim polu widzenia, na krótkim postoju, przed maską następnego wozu rozegrała się „twarda scena”. Dwóch żołnierzy okładało kolbami leżącego więźnia. Rzekomo podjął prób ę ucieczki.

***

Nieświadomi celu naszej podróży wjechaliśmy w mury następnego więzienia. Był już ciemny wieczór. I znowu hałaśliwe komendy i wyskakiwanie z samochodów „na tempo”. Pierwsze zetknięcie z ziemią było bardzo bolesne.
Ustawiono nas szybko w dwuszereg i odprowadzono do gmachu więziennego. Przypuszczam, że nie tylko nasza grupa była pechowa. Chyba całe więzienie było, zwłaszcza na wiosnę, zalewane wodą z płynącego w bliskim sąsiedztwie Dunajca. Wprowadzono nas w ciemności do pomieszczenia piwnicznego. Weszliśmy prosto w chlupiącą wodę. Było tłoczno i chłodno. Każdy szukał oparcia o ścianę. Nie dla wszystkich starczyło. Gdzieś w kącie znalazła się wiązka słomy. Mocniejsi stoczyli o nią krótki bój. Osobiście byłem bez szans. Ogromnie dokuczał mi głód. Zmęczony jazdą, przemarznięty, „przespałem” tę noc na stojąco, po kostki w wodzie.

Skoro świt wypędzono nas na apel. Wstało słońce, zapowiadał się piękny i pogodny dzień. Okazało się wtedy, że znajdujemy się w więzieniu w Nowym Sączu. Po ustawieniu w szeregach zaczęto wywoływać więźniów według nazwisk. Spośród wywołanych tworzono kolumn ę. Stałem ramię w ramię z bratem. Z napięciem oczekiwaliśmy, czy padnie nasze nazwisko. Padło – jako jedno z ostatnich. Brat poderwał się, rzucając we mnie kocem, naszym wspólnym okryciem. Zupełnie zagubiłem się w sytuacji. On zachował refleks. Prze-widział możliwość rozdzielenia nas i kierowany troską o zdrowie młodszego o półtora roku brata postanowił zrezygnować z koca na moją rzecz. A przecież to on potrzebował szczególnej opieki zdrowotnej 2. Dla mnie, żyjącego, nowo-sądeckie rozstanie pozostało na całe życie dużej miary problemem moralnym. Wtedy stałem oniemiały, czekając jeszcze, czy usłyszę moje nazwisko. Niestety, wrzaskliwe rozkazy uruchomiły kolumnę, a my porażeni nie pozwoliliśmy sobie na żaden gest pożegnania.

Pozostałych więźniów rozdzielono do cel. W trzynastu trafiliśmy do po-mieszczenia wąskiego na dwa metry. Po ułożeniu się na podłodze, ciało obok ciała, pozostawała od drzwi wolna powierzchnia długości około osiemdziesięciu centymetrów. Tam w kącie stał „kibel”, jedyny przedmiot w celi. Okazało się, że tym razem dobrano nas według wieku. Nie było w tej grupie chłopca powyżej siedemnastu lat, a tylko jeden był młodszy ode mnie. Poruszaliśmy się jak pszczoły w ulu lub też podpieraliśmy ściany. Podobnie jak we wszystkich innych więzieniach nie pozwolono kłaść się w ciągu dnia, nie praktykowano spacerów na powietrzu, a zakratowane okna były najczęściej nie otwierane.

Najbardziej dolegliwe było uczucie głodu, które potęgując się z czasem towarzyszyło nam już przez cały czas pobytu w Związku Radzieckim. Był to stan nie tylko uczucia braku sytości, lecz wręcz zwierzęcego głodu. Tymczasem przeciętne racje dzienne stanowiły: półtorakilogramowy bochenek czarnego chleba na ośmiu ludzi, około pół litra różnego stopnia gęstości zupy z buraków ćwikłowych, niedogotowanej twardej soi, rzadziej z kaszy jaglanej. Czarny jak
smoła chleb, kleisty i niedopieczony wywoływał w żołądku kwasotę spalającą wnętrzności. Uzupełnieniem była przegotowana woda, tzw. „kipiatok”. Dość częsty jej niedostatek tłumił uczucie głodu mocniejszym uczuciem pragnienia.

Nie pamiętam kiedy „dorobiłem się” drewnianej łyżki i blaszanej puszki po konserwie, do której przyczepiony był drut służący za uchwyt. Tego rodzaju menażki były w powszechnym użyciu. Nigdy nie zmywane, wobec braku wody, służyły do kolejnych posiłków, czasem dla kilku użytkowników.

Istniejąca sytuacja powodowała, że wszystkie niemal rozmowy koncentrowały się wokół jednego tematu – jedzenia. Każdy i wciąż wspominał znane mu smakołyki, rozbudzając wyobraźnię i wywołujące u wszystkich dalsze spotęgowanie uczucia głodu. Najczęściej denerwował innych Chwastek, który w żaden sposób nie mógł wykreślić z pamięci smaku chałwy, opiewając go barwnie całymi dniami. Tylko u mnie nie wywoływał wycieku śliny, nie miałem bowiem dotąd szczęścia poznać tego smaku. Wówczas to przyczepiła si ę do nas banalna, a nawet głupia piosenka, którą powtarzaliśmy do znudzenia lub do granic cierpliwości strażnika więziennego:

Był sobie raz Felek, co chodził bez szelek,

Szesnaście butelek w kieszeni miał.

Pijany jak bela powraca z wesela,

Prowadzi go Hela do domu spać.

Do świadomości powoli docierały jednak fakty, gryzące serce jak mole sukno. Niewiadoma co do losów ojca, którego aresztowano przede mną, rozłąka z bratem, nieznana przyszłość własna. Pozostałem sam wśród zupełnie obcych mi ludzi. Tymczasem życie stawało się coraz twardsze. Do głosu zaczęło dochodzić prawo mocniejszego. Nie było stawki ulgowej. W regulaminie więziennym nie przewidziano przywilejów dla dzieci. Ni e można ich też było oczekiwać od współwięźniów, żyjących poniżej minimum egzystencji.

Po ośmiu dniach „odpoczynku” rozparcelowano nasz ą grupę do różnych cel. Przechodząc z parteru na drugie piętro miałem okazję z okna klatki schodowej rzucić okiem na piękne otoczenie przyrody. Tuż za murami więziennymi płynął wolno, dość szeroko rozlany Dunajec. Serce zabolało na widok budzącej się do życia przyrody.

Trafiłem do dużej celi z trzydziestoma więźniami. Byli to głównie AK-owcy z Podhala. Chłopstwo tęgie i krzepkie. W mej pamięci z tej celi zachowała się jedynie ogromna ciasnota i zaduch. Wieczorem, po raz pierwszy w Nowym Sączu, gdzieś w podziemiach więzienia zaintonowano „Bo że coś Polskę”. Gwar tłumu gwałtownie ucichł. Ale już w następnej minucie zadrżały mury więzienne, a podjęta pieśń wybuchła z całą siłą setek głosów, niosąc Miastu informację o tożsamości więźniów, przyprawiając równocześnie wartowników o irytację i zwierzęcy strach. Biegali po korytarzach, bili kolbami do drzwi żądając ciszy, ale nie odważyli się ich otworzyć. Do świadomości dotarła złudna myśl, że role się odmieniły, że to więźniowie przejęli teraz władzę nad więzieniem.

A pieśń brzmiała jak modlitwa, pełna wzruszeń, nadziei, rozbudzała poczucie jedności ze współwięźniami. Przebijała z niej ogromna siła, jako pro-test przeciwko dotychczasowym upodleniom, poniżaniu godności ludzkiej i niehumanitarnemu traktowaniu. Pozwoliła na krótko uwolnić się od ogromne-go stresu, krępującego jak stalowa obręcz w sposób ciągły i nieprzerwany życie psychiczne więźniów. Przyniosła na krótko pełne rozluźnienie i niepamięć wsteczną.

Po „Bo że coś Polskę” nastąpiła „Rota”. I nie było takiej siły, która mogłaby te pieśni wepchnąć z powrotem więźniom do gardeł.

W nocy praktycznie w ogóle nie spałem. Ułożeni pokotem nie mieściliśmy się na podłodze. Najpierw tak mnie ściśnięto, że trudno było złapać powie-trze. W końcu lżejszy niemal dwukrotnie od sąsiadów znalazłem się na ich ciałach. Zamknięte okna, wyziewy, chrapanie nie pozwalały zasnąć.

***

Następnego dnia załadowano nas w sposób poprzednio opisany w Studebackery trzeciego przewieziono do trzeciego z rzędu więzienia – w Sanoku. I tutaj panował wielki tłok. Zabrakło cel. Ulokowano nas w byłym magazynie. Znalazły się półki. Były jednometrowej szerokości. Spałem na wysokości ponad trzech metrów. Odpowiadało mi to wdrapywanie się w górę, mimo że było wygnaniem najsłabszego przez najmocniejszych na najgorsze miejsce.

Tutaj po raz pierwszy zaczęły przybierać na sile różnego rodzaju domysły, odnoszące się do naszego przyszłego losu. Dla nas młodych rokowano za-kłady reedukacyjno-rusyfikacyjne, dla pozostałych obozy pracy.

Tymczasem powszechnie już panowała wszawica. Po raz pierwszy prze-prowadzono dezynsekcję. Obnażono nas wszystkich dokładnie. Szybko rozeszła się plotka o rzekomym kierowaniu nas do krematorium. Skończyło się na „uwolnieniu” więźniów li tylko od zbędnych przedmiotów – wszy niestety pozostały.
Z tym faktem łączy się pewna zabawna historia. Dwa dni wcześniej pewien pan profesor gimnazjalny z Bielska, upomniał się u komendanta więzienia o swój zegarek, odebrany mu przez strażnika w czasie transportu z Nowego Sącza. Na wieczornym apelu panu profesorowi zegarek zwrócono z przeprosinami, po-dając równocześnie do wiadomości wielkość udzielonej strażnikowi kary. Teraz w trybie usankcjonowanym przez władze więzienne pan profesor pozbył się zegarka, bez możliwości skorzystania z instancji odwoławczej.

W trakcie dezynsekcji odzieży w kotłach, dobierali się do nas fryzjerzy, oskubując z włosów zarówno głowę jak i pozostałą część ciała. Za fryzjerem siedział więzień z kubłem płynu odkażającego, cuchnącego karboliną, z pędzlem w ręce. Każdy podchodził, pochylał ogoloną głowę, a zaraz potem wypinał do przodu łono. Tamten kolejno pędzlował czaszkę, a następnie tym samym pędzlem przyrodzenie, dalej głowę następnego więźnia itd. Obrzydliwa ciecz zalewała twarz.

Te, i kilka następnych występów w „bani” prze żyłem z dużą przykrością. Byłem w długiej kolejce obnażonych ciał jedynym, nie posiadającym jeszcze żadnych znamion męskości. Nie tylko na twarzy nie miałem śladów zarostu, ale i wszystko pozostałe było dziecinne. Tymczasem, w takiej grupie mężczyzn często zdarzali się nieobliczalni brutale. Dla podtrzymania swego „fasonu” po-traktowali mnie jak dogodny przedmiot żartów i dowcipów. Wprawiało mnie to w ogromne zakłopotanie i rozbudzało bolesne wręcz uczucie wstydu.
Pewnego dnia po więzieniu rozeszła się wieść o mających nastąpić badaniach lekarskich. Snuto przypuszczenia, że nastąpi odsiew ludzi chorych i niezdolnych do pracy. Rozbudzona nadzieja powrotu do domu oraz przykład starszych spowodowały, że zjadłem „na surowo” trzy papierosy. Miały rzekomo wywołać temperaturę ciała. Już nie pamiętam jakim kosztem je zdobyłem. I faktycznie – jeszcze w tym samym dniu poczułem si ę podle: wystąpiły wymioty, temperatura i silny ból głowy. Dwa ostatni e objawy utrzymywały się jeszcze w dniu następnym, to jest w dniu badania. Badająca mnie pani doktor nie była jednak uprzejma zdyskwalifikować mnie z powodu takiego „drobiazgu”.

Nie pamiętam kiedy, ale najpewniej właśnie w więzieniu w Sanoku „dorobiłem się” ściąganego sznurkiem woreczka na plecy, w którym przechowywałem swoje „skarby”: puszkę blaszaną, łyżkę drewnianą, różaniec, książeczkę do modlitwy o wymiarach 5x4x2 cm, zdobytą za papier na skręty. Ponadto w rejestrze mego stanu posiadania znajdowały się: skarpetki, buty, długie trykotowe kalesonki (Och! jakżeż lubiane przez wszy!), spodnie, sweter, płaszczyk i koc. Byłem do tych rzeczy bardzo przywiązany, co wynikało nie tylko z szacunku do własności, zakorzenionego systemem wychowania, ale również z sytuacji w jakiej się znalazłem. Każdy z tych przedmiotów był na wagę złota. Nosiło się je stale przy sobie, zdarzały się bowiem przypadki kra-dzieży, przede wszystkim zaś nigdy człowiek nie był pewny, że odchodząc wróci na to samo miejsce. Wszystko działo się bowiem na rozkaz, na tempo i bez uprzedzania więźniów o jakichkolwiek zamiarach. Szczególnie dotkliwe było to później już w obozie pracy, bowiem niezależnie od pogody, przy robocie, na przykład na roli, nosiło się ten cały dobytek na plecach z jednego końca zagonu na drugi NKWD obawie, by odłożony na miedzy nie zaginął. Oczywiście do spania kładło się w tym samym stroju, w którym wykonywało się najbrudniejsze prace. Nieco później zdarzało mi się zdejmować na noc obuwie, które służyło wtedy za poduszkę pod głowę, a jednocześnie w ten sposób było zabezpieczone przed kradzieżą.

W ciągu blisko pół roku stworzono nam trzykrotnie możliwość kąpieli i tylko wtedy zdejmowało się z siebie ubranie. Nie było również mowy o jakiejkolwiek toalecie porannej, czy wieczornej z uwagi na bardzo słaby dostęp do wody.

Wróćmy jednak do Sanoka. W nocy z 8 na 9 kwietnia ustawiono nas w piątkach w kolumny i przemaszerowaliśmy przez miasto do dworca kolejowego. Tu załadowano nas do stojących na bocznicy wagonów towarowych, których typowe otwory okienne, umieszczone tu ż pod dachem, okratowane były drutem kolczastym. Do naszego wagonu wpędzono przeszło siedemdziesięciu mężczyzn. Każdy po omacku szukał wygodnego do przenocowania miejsca, lecz dopiero rano okazało się jak na tym wyszedł. Osobiście przenocowałem w kucki pod drzwiami. W ich dolnym rogu wycięty był otwór kwadratowy o boku około dwudziestu centymetrów, w który wmontowana była skośna drewniana rynna. Tejże nocy ktoś rynnę połamał – nie wykluczone, że ja. Jak się okazało było to urządzenie do defekacji. Czekano, co zrobi pierwszy potrzebujący? Wreszcie się znalazł. Można mu było serdecznie współczuć, kiedy nie mogąc dłużej wytrzymać, narżnął kupę do własnej aluminiowej miski, poświęcając tym samym dla dobra ogółu nieosiągalne naczynie. W czym później spożywał posiłki? Nie pamiętam.

Wagon wyposażony był w prycze z żerdzi. Oczywiście tylko co sprawniejsi znaleźli tam miejsce dla siebie. Sam ułożyłem się na podłodze pod oknem w miejscu bardzo chłodnym i stąd przez wszystkich pogardzanym. Byłem chyba jednak jedynym, który miał się czym nakryć. Obok mnie ułożył się dwudziestoczteroletni pan Olma z Hałcnowa, z którym odtąd miałem przyjemność prze-przyjemność przebywać częściej i który okazywał mi życzliwość i wsparcie moralne. Tym razem przebywaliśmy wspólnie przez cały miesiąc, tyle bowiem trwała jazda pociągiem na wschód.

W czasie podróży obowiązywały dwa posiłki dziennie. Pierwszy złożony z poprzednio opisanej porcji chleba i kipiatoku, drugi, gotowany, z soją, w której niektórzy szczęśliwcy natrafiali na ślady baraniny. W transporcie wieziono jakąś „padlin ę”, bowiem do wagonów nawet znacznie oddalonych od kuchni, zwłaszcza w dalszej części podróży, dolatywał swoisty smród. „Zakluczonnyj” zjadł wszystko – nie grymasił. Ilość zupy na osobę wynosiła około pół litra, jednak że często była ona niestrawna z uwagi na niedostateczne dogotowanie soi. Można było na niej połamać zęby. Menu było niezmienne, ustalone na cały miesiąc.

Sądzę, że z winy konwoju, cierpieliśmy na niedostatek wody. Zwykle wtedy krzyczeliśmy głośno i to czasami skutkowało. Pamiętam dzień, kiedy nasze wołania nie przynosiły rezultatu. Byłem okrutnie spragniony. Na najbliższym postoju zacząłem szaleńczo kopać nogami do drzwi i ryczeć. Miałem szczęście. Drzwi otwarto, a po wyjaśnieniu przyczyn mego zachowania, darowano mi mój wybryk i nawet dostarczono wody.

Przed każdym posiłkiem konwojenci zabierali kilku więźniów z wagonu do noszenia potraw. Na postojach trzeba było równie ż uzupełnić zapasy wody w wagonie kuchni. Wybierano zwykle na ochotnika. Zgłaszałem się zawsze i parę razy wychodziłem. Stwarzało to szansę na wyżebranie u kucharza kawałka cuchnącej kości, oczywiście precyzyjnie oczyszczonej z mięsa. Niestety, mimo rozpaczliwych próśb, przez cały miesiąc udało mi się ją zdobyć tylko jeden raz. Kuchnię obsługiwali Czesi. Byli spasieni i czynili wrażenie bardzo nieżyczliwych.

Ze wspomnianych „wycieczek” wynikał jeszcze jeden pożytek. Istniejąca sytuacja rujnowała zwłaszcza nałogowych palaczy. Znałem takich, którzy za niewiadomego pochodzenia resztki tytoni oddawali swój nędzny przydział chleba. Otóż idąc po posiłek można było po drodze znaleźć peta, a przy większym szczęściu kilka niedopałków. Był to oczywiście doskonały towar do wymiany na chleb. Podobnie zresztą jak i papier z dostarczanych nam z domu kanapek. Z niedopałków trzeba było zrobi ć skręta. Do tego potrzebny był papier. Nie przeszkadzało wcale nikomu, że był potłuszczony, bo i tak był na wagę złota. Handlowałem zresztą rzadziej za chleb, częściej za życzliwość. Stale czułem potrzebę zdobywania sobie przychylności współwięźniów. Działania moje w tym względzie były najczęściej mało skuteczne. Funkcjonowały bowiem w tych warunkach tylko prawa prymitywne: Dać komuś, znaczyło uszczuplić sobie, odebrać – zwiększyć szansę przetrwania.

Handel wymienny zaczął przekraczać granice wagonu. Każdy wóz miał swojego opiekuna – konwojenta. Mieli oni za zadanie stawać kilka metrów przed otwartymi drzwiami z wymierzonym do więźniów pistoletem maszynowym, towarzyszyć po zamknięciu wagonu grupie roznoszącej posiłki, a w ogóle odpowiadali za niedopuszczenie do ewentualnych ucieczek więźniów. Wykonując swoje zadania bardzo często, dniem czy nocą w czasie ruchu pociągu, prze-biegali po dachach wagonów. Nie wiem jak do tego do szło i kiedy zaczęto z konwojentami handlować poprzez umieszczone w dachu wywietrzniki.

Przedmiotem wymiany ze strony więźniów były zwykle części garderoby,e strony strażników – machorka. Był to handel na dobrą wiarę. Obaj wymieniający nawzajem się nie tylko nie znali, ale nawet się nie widzieli.

W tej sytuacji, przy towarzyszących temu procederowi trudnościach językowych mogło dochodzić do drobnych „nieporozumień”. Jedno z nich skończyło się boleśnie dla pewnego kolejarza ze Lwowa. Będąc nałogowym palaczem i znając język rosyjski prowadził szczególnie szeroko zakrojony han-del wymienny. Na jednym z postojów wpadło do wagonu kilku sołdatów. W sposób gwałtowny i brutalny przeprowadzili dochodzenie i wymierzyli mu karę. Otrzymał sporo ciosów pięścią w twarz i sporo kopniaków. Było to bardzo przykre widowisko, zwłaszcza że zademonstrowane w tak doraźnym trybie.

Różnie kształtował się stosunek do nas mieszkańców terenów, przez które przejeżdżaliśmy. Kiedyś na Ukrainie ustawiły się naprzeciw wagonu wyrost-ki, obrzucając nas kamieniami oraz obelżywymi wyrazami. Krańcowo różna była postawa ludności za Uralem: życzliwa, pełna współczucia i zrozumienia dla naszej niedoli. Pamiętam, kiedy młodszy ode mnie malec ukradkiem za plecami konwojenta wepchnął mi w kieszeń pajdę białego chleba, a w drugą sporą porcję machorki. Zrobili to zresztą bardzo dowcipnie. Drugi chłopak podszedł w tym czasie do towarzyszącego nam konwojenta ze skrętem i długo usiłował przypalić, zagadując go przy tym dla odwrócenia uwagi 3. Palenie papierosów przez dzieci dziesięcio, dwunastoletnie było tam zjawiskiem powszechnym i nie wzbudzającym dezaprobaty ze strony dorosłych.

Nasza trasa wiodła z Sanoka przez Lwów, Kijów, Charków, Woroneż, Saratów, Kujbyszew, Uf ę i Czelabińsk na Ural i dalej magistralą transsyberyjską. Łącznie trasa wynosiła podobno ponad sześć tysięcy kilometrów. Przez cały czas miejsce docelowe utrzymywano w pełnej tajemnicy, stąd niemal codziennie więźniowie snuli różne i zmienne domysły: A to, że nad Morze Czarne, a to że odbudować Stalingrad, a to znowu, że na „białe niedźwiedzie”. Za dnia przejeżdżaliśmy przez Kijów i Charków. Oba miasta leżały w gruzach. Pozostały z nich niemal wyłącznie kikuty kominów i resztki murów ze ślepymi otworami okiennymi. Wszystko było wypalone.

Przez rzekę Wołgę przed miastem Kujbyszew przejeżdżaliśmy nocą. Właśnie tej nocy szczególnie mocno zmarzłem. Siedziałem pod ścianą skulony w kucki i opatulony kocem. Pamiętam bardzo długi most i chłód ciągnący od wody, drążący do szpiku kości. Marzyłem o... pierzynie w domu. Nostalgia za domem rodzinnym stanowiła jedną z największych dolegliwości przez cały czas pobytu w Związku Radzieckim. Teraz jechałem w nieznane, oddalając się o tysiące kilometrów od domu. Jak mogłem marzyć, że kiedykolwiek wrócę?

Zapamiętałem przejazd przez Ural. Pociąg jechał przez wyrąbany w skale wykop. Z jednej i z drugiej strony wagonu wznosiły się niemal stromo w górę ściany skalne, których końca przez wąskie okienko nie było można dostrzec.

Jedyne w życiu widowisko zaobserwowałem na jeden dzień przed ukończeniem podróży. Było to siódmego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Pociąg zatrzymano na rozległej równinie, pokrytej zieleniejącą już trawą. Gdzieniegdzie widniały jeszcze ślady śniegu. Dość szczelnie obstawiono teren, a następnie wszystkich więźniów wypuszczono z wagonów. Byliśmy już głęboko w Azji, nie obawiano się więc prób ucieczki. Nikt więźniów nie popędzał. Masowo wybiegali z wagonów na kilkanaście metrów i padali „na czworki”, wchłaniając w siebie łapczywie zapach ziemi i trawy. Nie przeszkadzała im wilgoć łąki i nadal niska temperatura otoczenia. Cały miesiąc bez jakiegokolwiek kontaktu z przyrodą żywą wywoływał u wszystkich jednakowy odruch: potrzebę maksymalnego zbliżenia się do zieleni trawy, chęć jakby fizycznego z nią kontaktu i wchłaniania jej zapachów możliwie wszystkimi zmysłami. Przypominało to scenę wypędzenia ogromnego stada bydła na pierwszy po zimie wypas.

Dopiero teraz potwierdziła się krążąca już od wielu dni informacja, że w przedniej części transportu więzione są kobiety. Skład pociągu okazał się bardzo długi. Wagon-kuchnia rozdzielał go na 2 części. W przednich dziesięciu wagonach, znajdowały się właśnie kobiety, dziesięć dalszych wagonów zajmowali mężczyźni.

***

Na miejsce przeznaczenia dotarliśmy w dniu następnym. Okazał się nim łagier nr 5a w Bajdajewce, gorod Stalińsk, obłast kuźnieckaja. Otoczony szczelnie drutem kolczastym, posiadał dwa baraki. Umieszczono w nim siedmiuset mężczyzn. Sprawiał wrażenie obiektu zaniedbanego, nie wykorzystywanego od szeregu miesięcy lub lat. Nieporządek panował zarówno w barakach, jak i na zewnątrz. Cały teren obozu był ogromnie zabłocony. Zalegał na nim śnieg i lód w dużych rozmiarów hałdach. Pierwszą noc spędziliśmy na zewnątrz, na śniegu, głównie za ś w ruchu, chroniąc się przed zamarznięciem. Plac oświetlony był reflektorami z narożnych budek wartowniczych. Każde zbliżenie do drutów groziło, jak uprzedzono, zastrzeleni em. Była to bardzo ciężka noc. Wśród więźniów rozeszła się wieść o tym, że do baraków wpuszczać się będzie wyłącznie więźniów wykąpanych, po dokonanej dezynsekcji. Tego rodzaju zabiegi zawsze groziły utratą stanu posiadania. W obawie przed takimi następstwami zakopałem w oznaczonym miejscu w ziemi najcenniejsze skarby, to jest miniaturową książeczkę do nabożeństwa i różaniec.

W obozie uruchomiono ekipy porządkujące baraki i ich otoczenie. Od rana zaczęto wyprowadzać więźniów na wie ś do „bani”. Na mnie trafiła kolej w godzinach popołudniowych. Wyszliśmy z konwojentem w grupie dwudziestu osób. Łaźnia oddalona była o około dwa kilometry od obozu. Była to typowa syberyjska „bania”: palenisko z wielkimi kamieniami , które po rozgrzaniu zalewano wodą. Gorąca para wypełniała izdebkę o małym okienku. W następnym pomieszczeniu przygotowane były drewniane cebrzyki z zimną wodą. Po mroźnej i nieprzespanej nocy maksymalne rozgrzanie organizmu w parze o tempera-turze ponad sto stopni, podziałało znakomicie. Do tego wszystkiego konwojent pozwolił nam w drodze do łaźni narwać gałązek brzozowych, którymi teraz obijaliśmy się nawzajem. Zastąpiło to niedostatek mydła. Wszystkimi porami ciała wydzielaliśmy z siebie pot i dopiero spłukiwanie się zimną wodą przywra-cało pełnię komfortu. W każdym razie czuliśmy się jak nowo narodzeni.

Z łaźni trafiliśmy prosto do baraku. Ciągnęły się w nim obustronnie drewniane prycze, na których wreszcie zdobyłem pół metra powierzchni do spania. Oczywiście nie było mowy o słomie, czy innego rodzaju podściółce.

Powoli rozpoczynało się normalne życie obozowe. Wczesna pobudka, kolejka do „kipiatoku” i po kromkę chleba, wymarsz do pracy na trzynaście godzin dziennie, z jednogodzinną przerwą obiadową. Na obiad była kasza jaglana w różnie stężonej zawiesinie. Wieczorem długotrwałe apele ze staniem na baczność i doliczaniem się obecnych. Och! Jakże kiepsko umieli liczyć nasi opiekunowie!

Instytucją samą w sobie była latryna. Dół kloaczny otwarty o rozmiarach osiem na półtora metra, pokryty był dachem o szerokości około czterech metrów, i częściowo bocznymi ściankami. Pomiędzy słupkami, podtrzymującymi pośrodku dach, rozpięte były żerdzie do siadania. Sam dół zajmował tylko jedną stronę poddasza. Poza żerdzią nie było żadnego oparcia temperaturze żadnej osłony. Dziwne, że przez ten czas nikt do dołu nie wleciał. Przecież siadali tam ludzie bardzo wycieńczeni i mało sprawni. Przed latryną zawsze czułem respekt, a korzystanie z niej było dla mnie i niebezpieczne, i krępujące. Tam właśnie można było u wszystkich dojrzeć skutki spania na twardych deskach – rozległe sińce, stałe podbiegnięcia krwawe w okolicy grzebienia talerza biodrowego pierwszych ramion.

Kilka pierwszych dni w łagrze spędziliśmy bez pracy. Kończyły się kąpiele wstępne, trwające trzy doby. Był czas na zaznajomienie się z więźnia-mi. Zdecydowana większość z nich posługiwała się językiem polskim. Sporo było Ukraińców, trochę Czechów, dwóch Francuzów (podobno prosto z niemieckiego obozu koncentracyjnego), dwóch Rumun ów i jeden Włoch. Temu ostatniemu bardzo współczułem. Liczył około dwudziestu lat i nie znając języków obcych w żaden sposób nie potrafił nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z pozostałymi współwięźniami. Pod względem społecznym był szczelnie izolowany od pozostałych. Przebywał stale zupełnie sam, przesiadując po kątach lub włócząc się samotnie po obozie. Spośród Polaków przebywali tu najliczniej byli żołnierze Armii Krajowej.

W dniu 10 maja zorganizowano w obozie apel z udziałem całej komendantury, w czasie którego komendant osobiście obwieścił nam zakończenie II wojny światowej. Określił wreszcie nasz status. Po raz pierwszy dowiedziałem się, że jestem internowany, że czas mego powrotu do domu zależy wyłącz-nie ode mnie, od mojej dobrej i wydajnej pracy.

***

Na trzeci dzień wypędzono nas do budowy kolei żelaznej. Front pracy znajdował się w bliskim sąsiedztwie łagru. Jako normę dla pary mężczyzn przewidziano wykopanie ośmiu metrówsze ściennych ziemi na dobę i przeniesienie jej na nosiłkach na nasyp kolejowy. Nosiłki były tam używane powszechnie w miejsce taczek. Zamiast kółka z przodu miały analogiczne jak z tyłu uchwyty do rąk. Ziemię nosiło się we dwóch, korzystając przy tym z pasów, zakładanych na barki. Była to praca mordercza, zwłaszcza, że od półmetra w głąb panowała wieczna zmarzlina. Niewykonanie normy groziło znacznym uszczupleniem racji żywnościowej.

Efekty tego rodzaju nieludzkiej eksploatacji ujawniły się bardzo szybko. Mały szpitalik obozowy, obsługiwany przez felczera, zaczął się napełniać chory-mi. U coraz liczniejszej grupy więźniów zaczęły się pojawiać puchliny głodowe. Występują one przy niedoborze białka, zwłaszcza pewnych jego gatunków. Patologia ta była okrutna i z reguły doprowadzała do rychłej śmierci. Najszybciej zapadały na puchlinę głodową osoby starsze, lecz z czasem średni wiek cierpiących systematycznie się obniżał. Puchlina dotyczyła głównie dolnych partii ciała , które rozrastały się do monstrualnych rozmiarów. Kończyny dolne osiągały grubość słupów telegraficznych. Tak zdeformowane sylwetki ludzkie, podpierające ściany baraku, lub wlokące za sobą ołowiane kończyny obserwowałem nieco później stale w okolicy szpitalika. Drugim z rzędu niebezpiecznym schorzeniem była biegunka. Wszyscy unikali kontaktu z osobami na nią cierpiącymi.

Na jednym z apeli porannych wybrano dwudziestu dwóch ochotników do pracy poza obozem. Byłem jednym z tych, którzy się zgłosili. Natychmiast wyruszyliśmy pieszo do odległego o kilkanaście kilometrów sowchozu. Na miejscu otrzymaliśmy do dyspozycji drewniany szałas po owcach, nieco dla nas przystosowany. Na wysokości pół metra nad ziemi ą posiadał pryczę, zbitą z żerdzi. Naprzeciw drzwi od strony wschodniej umieszczone było małe okien-ko. W tym szałasie spędzaliśmy noce, podczas gdy nasz dozorca przebywał obok, w zbitej z desek przybudówce. Nazwaliśmy ją budą dla psa. Oczywiście jak zwykle dla mnie zabrakło miejsca na pryczy. Wraz z panem Olmą zamieszkałem pod pryczą, pół metra od ściany z oknem, równolegle do niej, z głową prawie w kącie szałasu. W kącie tym, jak się wkrótce okazało, panujące powszechnie w sowchozie szczury utorowały sobie wejście do chaty. Przychodziły, żeby zabrać wszystko, cokolwiek z organicznych środków było dostępne. W pierwszych z nimi kontaktach odczuwałem wstręt. Trudno było zasnąć, gdy buszowały wkoło. Po kilku dniach doszedłem do takiego stanu, że nie reagowałem w ogóle, gdy z dziury wyszła stara szczurzyca z gromadką sześciu szczurząt w rzędzie i pomaszerowały krokiem spacerowym wzdłuż muru. Leżałem równolegle do niego właśnie w odległości pół metra. Przyglądałem się im już bez większej emocji, a raczej z zaciekawieniem. Przecież niewielu ludzi miało okazję oglądać taki obrazek z natury.

Ze szczurem miałem pewnego poranka nieprzyjemne zdarzenie. Przebudziłem się o świcie. Patrzyłem na pierwsze promienie słońca wpadające przez okienko do szałasu. Zapowiadał się pogodny dzień. Powoli, leżąc na plecach zapadłem w drzemkę. Nagle poczułem, że coś przebiega mi przez głowę, czoło, nos, brodę na klatkę piersiową. Zerwałem się gwałtownie, podnosząc głowę i ściągając odruchowo rozchylone kolana, nakryte swobodnie kocem. Usłyszałem pisk ściskanego między udami szczura, równocześnie czołem wyrżnąłem boleśnie w pryczę. Przez kilka dni chodziłem z guzem na czole i z trudnością zasypiałem w szczurzym towarzystwie.

Pierwszym naszym zajęciem w sowchozie było przebieranie ziemniaków w blisko położonej ziemiance. Zdecydowana ich większość nadawała się do wyrzucenia. Chyba przemarzły i zgniły. Pozostał ą częścią trochę dzieliliśmy się z właścicielem. Związywaliśmy dołem nogawice i wpuszczali do każdej po parę sztuk. Strażnik przymykał oko na ten proceder, głosząc jakże prawdziwą w tamtych warunkach zasadę: „Kagda nie padpiździsz, tagda padochniesz” (Jak nie ukradniesz, to zdechniesz). Pierwszą noc złożyliśmy ziemniaki do wspólne-go zagotowania w dniu następnym, jednak po nocnej uczcie szczurów nie pozo-stało z nich ani śladu. Odtąd wszystko, co jadalne, wisiało u powały na nitkach. Przez dwa, trzy dni zawiązana spółka zdawała egzamin. Byliśmy w składzie: połowa Polaków i połowa Ukraińców. Kucharzem był Polak ze Skoczowa. Już trzeciej nocy sprawa się „rypła”. Okazało si ę bowiem, że Ukraińcy skoro świt rozpalali ognisko, piekli swoją porcję ziemniaków i spożywali ją sami. Naszą zjadali oczywiście na śniadanie ze wspólnego kotła.

Wykryta zdrada dała początek wojnie, często bardzo zażartej, z której my, piętnasto i siedemnastolatkowie rzadko wychodziliśmy zwycięsko. Przedmiotem sporu było głównie żarcie. Wydaje się, że konflikty te były następstwem nie tylko panującego głodu, lecz wynikały równie ż z poziomu kultury i osobowości reprezentowanych przez Ukraińców. Pewnego dnia kucharz po rozdzieleniu porcji ziemniaków odstawił kocioł z ognia, pozwalając na wyskrobanie pozostałych w nim resztek. Wszyscy łapczywie przywarli do garnka. Oczywiście Ukraińcy byli szybsi. Kucharz dostrzegał popełniony błąd i aby dać równie ż nam nieco szansy szarpnął za kocioł, usiłując go im wyrwać. Ruch ten wykonał w kierunku ogniska. Utraciwszy równowag ę ze trzech Ukraińców wpadło bosymi stopami w żar. Zachowali się tak, jakby nie czuli ognia i w dalszym ciągu nie przerwali walki. Do dziś utrwaliły mi się w pamięci wybałuszone, okrutne oczy Wasyla, które dostrzegały w tym momencie wyłącznie okruchy ziemniaków.

W tymże sowchozie miałem okazję przeżyć największą w tym półroczu ucztę. Przyjął się zwyczaj, że konwojent nasz wieczorami po pracy pozwalał miejscowej ludności na korzystanie z naszych usług na działkach przy-zagrodowych. Udało się kiedyś równie ż i mnie. Wspólnie z panem Olmą trafiliśmy do człowieka, który w czasie I Wojny Światowej przebywał w Polsce i mile ten kraj wspominał. Po pracy przyjęto nas bardzo serdecznie w skromnym mieszkaniu, a za skopanie działki przyzagrodowej otrzymaliśmy pełne talerze gotowanych ziemniaków, okraszonych skwarkami oraz po kubku kwaśnego mleka. Smakowało wybornie.

Niestety możliwości takie szybko się skończyły. Jasio Wieczorek, również z Bielska, liczący szesnaście-siedemnaście lat, pewnego wieczoru wrócił z takiej wycieczki w samej kamizelce, bez marynarki i koszuli. Podobno prze-handlował i przejadł. Strażnik zaostrzył rygory. Jasio za karę powędrował na stryszek szałasu bez prawa do posiłków. Stryszek ni e posiadał drzwi i Jasio, fikając nóżkami, tęsknym i łapczywym wzrokiem wodził za spożywanym przez nas żarciem. Dokarmialiśmy go potajemnie nocami. Kara została wprawdzie na trzeci dzień zniesiona, ale Jasio pozostał bez koszuli i tylko w kamizelce.

W poszukiwaniu żywności penetrowaliśmy wszystkie dziury. Kiedyś przypadł mi w udziale obowiązek wymieszania ziarna zboża w magazynie. Na poddaszu zauważyliśmy gniazdo wróbli. Wyłuskałem jajka. Upieczone w ognisku smakowały wyśmienicie.

Konwojent chodził za nami stale z karabinem, niejednokrotnie strasząc jego użyciem. Był jednak chętny do skorzystania z broni w sytuacjach, gdy nadarzała się okazja zdobycia jakiegoś ścierwa. Ale jak dotąd skutecznie omijały nas psy, koty i inne czworonogi. Pewnego dnia kopaliśmy głęboki dół na cysternę z paliwem. Robota szła opornie z uwagi na zmarzlinę. Konwojent z karabinem w ręce rozłożył się obok i zasnął. Miał za sobą nieprzespaną noc – urzędował w „psiej budzie” z dziewczyn ą i wiadrem (!) samogonu. Nagle na horyzoncie pojawił się nadlatujący żuraw. Czym prędzej zbudziliśmy naszego opiekuna. Zerwał się na równe nogi, mierząc z karabinu najpierw w nas. Szyb-ko wyjaśniliśmy o co chodzi. Złożył się do żurawia, nacisnął spust... i nic. Zarepetował i stwierdził brak naboi. Walnął karabinem o ziemię i pobiegł po naboje do swojej kryjówki. Niestety niedoszła zdobycz umknęła. Stwierdziliśmy w ten sposób, że stróżowanie nad nami było raczej pozorowane.

Wieczorami wsłuchiwaliśmy się w przepiękne głosy młodzieży, która o zmroku miała zwyczaj wędrować po szerokich polach z bałałajkami w ręku i pieśnią na ustach.

***

Smutno było wracać do łagru w Bajdajewce. Po kilku dniach nadarzyła się na szczęście następna okazja. Tym razem umieszczono nas dość daleko od siedzib ludzkich w rejonie innego sowchozu. Teren był nieco pofałdowany. Zamieszkaliśmy w ziemiance położonej na lekkim stoku. Był to wykopany w ziemi głęboki rów, szerokości około pięciu metrów i długości około piętna-stu. Całość pokryta była rusztowaniem z żerdzi, warstwą gałęzi i ziemi. Podłoga (udeptana ziemia) wznosiła się od wejścia tarasowato, a co półtora metra był trzydziesto centymetrowy stopień. Środkiem ciągnął się metrowej szerokości chodnik, z obu jego stron były miejsca do spania. Na każdym stopniu mieściły się trzy osoby. Leżało się na gołej ziemi, nogami w kierunku chodnika.

Było nas czterdziestu. Pracowaliśmy głównie w polu. Wymagano od nas wykonania dużych norm. Kiedyś plewiliśmy buraki. Był dzień ciepły i w pełnym „rynsztunku” (płaszcz, koc, worek) pracowało się trudno. Zadanie wykonaliśmy niedbale. Po przejściu przez łan wzeszłych buraków ćwikłowych nie zostało na nim wprawdzie chwastów, ale i buraków trudno było się doszukać. Niestety efekty naszej niewolniczej pracy były bardzo marne. Innym razem sadziliśmy ziemniaki. Łopatą sztychówką wykopywało się rząd dołków, odległych od siebie około czterdziestu centymetrów. Druga osoba wrzucała w nie ziemniaki. Następna kopała drugi rząd dołków zasypując poprzednie z umieszczonymi w nich sadzonkami.

Wieczorem walił się człowiek z nóg i ciężko zasypiał. W nocy jednak budziłem się często z powodu spiekoty całej skóry i rano byłem nada l zmęczony. W czasie jednego z nielicznych krótkich pobytów wypoczynkowych za dnia w ziemiance postanowiłem zbadać rozmiary zawszenia. Ściągnąłem spodnie. Kalesony były gęsto obłożone cielistego koloru, spasionymi i ruchliwymi insektami. Dosłownie wszystko się ruszało. Nie było mowy o możliwości mechanicznego ich usunięcia. Skóra pod kalesonami była żywo czerwona, cała w stanie zapalnym, z licznymi zadrapaniami. Opadły mnie wielkie wątpliwości, czy kiedykolwiek pozbędę się tej okrutnej plagi. Wybiłem, co się dało i z rezygnacją cierpiałem dalej.

Kiedyś wracaliśmy z pracy obok dość głębokiej rzeczki. Ktoś zaproponował kąpiel. Strażnik wyraził zgodę. Kilku odważnych wskoczyło nago do wody. Nagle zgubiłem oddech. Woda była lodowata. Dno rzeki sięgało wiecznej zmarzliny. Wyskoczyłem jak oparzony i więcej takich prób nikt nie podejmował.

W tym czasie konwojenci, kierując się chyba wygodnictwem zaczęli wyręczać się w procesie nadzoru niektórymi, chętnymi do tego więźniami. Spełniali oni funkcję „kapo”, przejmuj ąc od strażników szereg obowiązków. Szczególnie dawał się we znaki dwudziestokilkuletni Ukrainiec Kulig. Chcąc się przypodobać strażnikom, krzyczał, biegał, zapędzał do roboty, a niejednokrotnie bił sękatym kijem. Pewnego poranka, urządziwszy jak zwykle krzykliwą pobudkę, biegał chodnikiem ziemianki rozdzielając razy, co oporniejszym we wstawaniu. Ustawiliśmy się w dwuszeregu przed ziemianką. Zabrakło jednego więźnia, około pięć-dziesięcioletniego kolejarza z Jastrzębia Śląskiego, który sypiał plecy w plecy ze mną. Był to bardzo spokojny i życzliwy człowiek, który swym zachowaniem nikomu nie wadził i był ponadto bardzo zdyscyplinowany. Rozwścieczony Kulig wbiegł z kijem do ziemianki. Rozległy się razy. Po chwili Ukrainiec wrócił z bardzo niemądrą miną. Kolejarz nie żył. Tak więc przespałem noc przytulony do zwłok. Czułem się niemal współwinny jego śmierci – przespałem czas jego umierania – czas, w którym mogła mu by ć potrzebna moja pomoc.

Przykry był sposób, w jaki obeszli si ę konwojenci ze zwłokami. Należało je przewieźć kilkanaście kilometrów do łagru. Zorganizowano jednokonny wóz-platform ę, wrzucono na nią zwłoki, a młody strażnik podciął batem konia i ruszył galopem. Głowa zmarłego wystukiwała rytm wybojów na twardej platformie, zaś całe ciało, przesuwając się na jej gładkiej powierzchni, groziło rychłym upadkiem na ziemię.

Z tejże ziemiankowej siedziby wyprowadzono nas dwu- lub trzykrotnie na zbieranie poziomek. Szło się pieszo dość daleko, ale droga kończyła się rajem. Bardzo rozległe łąki pokryte były tak gęsto poziomkami, że w całości przybrały barwę czerwoną. Owoce były duże, wielkości maliny. Można było usiąść w miejscu i kręcąc się w koło nazbierać litr lub dwa tych owoców. Niebezpiecznie jednak było siadać. Na łąkach gnieździło się sporo żmij; prowadzący nas konwojent zabił na naszych oczach ze dwie sztuki kolbą karabinu.

Jako normę ustalono dziesięciolitrowy kosz poziomek na trzynastogodzinną dniówkę. Była ona do przyjęcia. W pierwszym dniu rzuciliśmy się oczywiście na poziomki z wielkim łakomstwem. Nasz dziesięcioosobowy ze-spół składał się wyłącznie z nastolatków, dlatego nasz opiekun z karabinem wykazywał sporą dozę wyrozumiałości. Wieczorem wracaliśmy z pełnymi koszami, ale równie ż z bardzo przepełnionymi żołądkami. Kucharz przygotował dla nas spóźniony obiad – cienką zupę z kaszy jaglanej. Mimo sytości wszyscy zasiedli do stołu. Tutaj posiadaliśmy ten luksus. Stół oraz ławy, zbite z nieociosanych żerdzi, stały na wolnym powietrzu przed ziemianką. Posiłek przebiegał w tempie jednostajnie zwolnionym. Każda następna łyżka strawy z coraz większym wysiłkiem podnoszona była do ust. Pierwszy nie wytrzymał szesnastoletni Firlej z Łodygowic, który zdążył się zaledwie odwróci ć... Jak na komendę wszyscy odskoczyli od stołu, pozbywając się w spazmatycznych odruchach nadmiaru słodkich poziomek.

W tym obozowisku nasze menu uzupełnialiśmy zupą z lebiody (z rodziny komosowatych), rosnącej dziko na łąkach. Widok blaszanego kociołka nad ogniem wywoływał jednak wściekłość u strażników. Potrafili jednym kopnięciem w blaszankę wszystko zaprzepaścić.

Wśród przebywającego tam składu więźniów znajdowała się między innymi grupa Polaków z okolic Dynowa z mocnym jak tur dwudziestoparoletnim p. Wilkiem na czele. „Kapo” Kuligswo im chamskim postępowaniem zalazł wszystkim za skór ę. Już nawet konwojenci przestawali go akceptować. Toteż w końcu przeholował. Pewnego dnia na przeciwległym od ziemian-ki stoku pracowała na roli grupa więźniów pod nadzorem Kuliga. Był jak zwykle ruchliwy i na lewo i prawo rozdzielał obficie razy swoim sękatym kijem. Uderzył i p. Wilka. Ten jednak nie pozostał mu dłużny. Rozgorzała walka na serio. Staliśmy przy ziemiance w odległości około dwustu metrów od miejsca zdarzenia. Scena rozgrywała się przy doskonałej widoczności, jak w teatrze. Widzowie, zarówno z miejsca walki jak i ci od ziemianki, zaczęli gorąco zachęcać p. Wilka. Każdy wykrzykiwał doznane od Kuliga krzywdy rozmiarów żądał określonych rozmiarów zemsty. Okrzyki wywołały przed namiot nawet strażników. Widowisko zafascynowało wszystkich. W pierwsze j fazie starcia p. Wilk zainkasował kilka ciosów sękaczem. Była to dla niego jednak tylko rozgrzewka. Kierowany zapiekłym uczuciem niespłaconych długów w obecnacjonalistów ukraińskich, nienawiścią do osoby samego Kuliga, jak współwięźniów gorącą zachętą współwięźniów dorwał si ę do okładającego go kija. Kiedy zdołał uchwycić go oburącz, los walki był przesądzony. Odwróciły się role. Teraz pod potężnymi ciosami p. Wilka „kapo” padł na ziemię. Konwojenci traktowali widowisko nadal spektakularnie. Jednak wściekłość p. Wilka nie znała granic. W dodatku do Wilka dołączyli się równie ż inni więźniowie. W tej sytuacji je-dynie strzały w powietrze oddane przez strażnika mogły Ukraińcowi uratować życie. Powędrował do szpitala obozowego i znikł nam z oczu na zawsze. P. Wilk otrzymał karę „stójki”.

Tuż u wejścia do ziemianki wykopany był w ziemi dół o średnicy około sześćdziesięciu centymetrów i głębokości prawie dwóch metrów. Przykrywany był z góry drewnianą pokrywą. W tymże dole umieszczano na noc niesfornych więźniów. Z uwagi na rozmiary w dole można było tylko stać. Taki właśnie los spotkał p. Wilka. Dzięki jednak jego dzielnej postawie nikt już więcej w naszej grupie nie wyrósł na „kapo”.

Nadal żądano od nas wykonywania normy. Z domu wyniosłem nawyk spełniania trudnych obowiązków, a nawet ciężkiej jak na dziecko pracy fizycznej. Toteż i tutaj się nie oszczędzałem, zarówno w nadziei przyśpieszonego swego powrotu do domu, jak i w obawie przed represjami. Wszystko to przy-czyniło się do tego, że wyrosłem niechcący na „przodownika pracy”. Konwojenci czcili jakieś święto. Z namiotu dochodziły pijackie śpiewy. Staliśmy na wieczornym apelu przed ziemianką. Po spełnieniu wszystkich rutynowych czynności, sprawdzeniu obecności więźniów, dokonaniu oceny naszej pracy za ostatni okres, szef strażników obwołał mnie „stachanowcem”. Podkreślił oczywiście mój młody wiek i dał za przykład starszym. Poczułem się niedobrze. Było mi wstyd przed współwięźniami i oczekiwałem z ich strony, co najmniej niesmacznych uwag i kpin. W dowód uznania dowódca straży poprowadził mnie jednak do namiotu, gdzie obdarowany zostałem konserwą mięsną – horsemeetu w kilogramowej puszce, nadjedzoną więcej niż w trzech czwartych częściach. Ta niespełna kwaterka konserwy, sprawiedliwie podzielona, wystarczyła do naprawy reputacji u współwięźniów.

***
I znowu nadszedł dzień powrotu do łagru i znowu tylko na kilka dni. Było w nim coraz smutniej. Coraz bardziej powszechny był widok podpierających ściany baraków mężczyzn, cierpiących na puchlinę głodową. Umieralność w łagrze była ogromna. Codziennie wynoszono na „golgotę”, co najmniej jedne zwłoki. Golgotą nazwaliśmy pagórek leżący w sąsiedztwie łagru, na którym więźniowie ustawili 3 drewniane krzyże, z których środkowy dominował wielkością nad pozostałymi. Wokół krzyży urządzono cmentarz. Doskonale widoczny z terenu łagru, stanowił dla więźniów, na co dzień swoiste „memento mori”. Szpitalik posiadał sześcioboczną skrzynię zbitą z nieheblowanych desek, w której wynoszono całkowicie obnażone zwłoki na cmentarz. Oczywiście służyła ona do wielokrotnego użytku. Jak niosła wieść (może nieco przesadzona) z 700 więźniów około jedną trzecią wyniesiono w ciągu pierwszych trzech miesięcy na „golgot ę”. Główną przyczyną tak licznych zgonów była puchlina głodowa.

Z ogromną ulgą przyjąłem rozkaz następnego wyjazdu. Tego rodzaju decyzje podawano do wiadomości zwykle na zbiórkach, po czym bezpośrednio wprowadzano je w życie. Nikt się z nikim nie żegnał, nie wracał do baraku, bo nie było po co. Tym razem załadowano trzydziestu młodych ludzi na samo-chód ciężarowy. Pojechaliśmy oczywiście w nieznane. Zatrzymaliśmy się dopiero o zmroku. Wpuszczono nas do niewykończonej, drewnianej chałupy, posiadającej wyłącznie ściany z ciosanych pni i dach. Zmęczeni podróżą poukładaliśmy się na ciemno na ziemi. Zasnąłem kamiennym snem. O świcie zbudził mnie potężny ryk z dwudziestu dziewięciu męskich gardeł. Okazało się, że konwojenci zamknęli drzwi chaty na kłódkę i poszli spać do wsi. Tymczasem u więźniów narosły po nocy potrzeby fizjologiczne, a trud no było je zaspo-koić w tym zamkniętym pomieszczeniu. Więcej z chęci pomocy bliźnim, niż z własnej potrzeby, wdrapałem się po ścianie pod sam dach i stamtąd z całych sił ryczałem w kierunku wsi. Wreszcie drzwi się otworzyły. Co mocniejszy wypadał z nich pierwszy i parę kroków dalej już siusiał lub kucał. Nie wytrzymał parcia szesnastoletni Firlej – nawalił w gacie.

W następstwie tego wydarzenia miałem możliwość zaobserwowania bardzo oryginalnego widowiska. Po ochłonięciu z pierwszych wrażeń dostrzegliśmy po lewej stronie, kilkadziesiąt kroków dalej, bardzo szeroką rzekę. Wy-pływała z zielenią pokrytych gór, gdzie ś zza meandrów pasma łańcucha górskiego. Była bardzo płytka, jej dno pokryte było kamieniami porośniętymi glonem. Cała była zielona. Płynęła wolno, majestatycznie. Staliśmy oczarowani tym pięknym zjawiskiem przyrody. I wtedy właśnie Firlej obnażył się od pasa w dół, wlazł do wody, obmył pośladki i zaczął płukać zafajdane gacie. W tym jego akcie było coś obrazoburczego, brutalnego, gwałtownie kłócącego się z malowniczością tego zakątka świata. Było to wręcz świętokradztwem, kalaniem ołtarza boskiej przyrody. Firlej nie zwracał uwagi na otoczenie, tkwił głęboko w szarości naszego życia. Zaczęto żartować, choć dla niego nie był to los do pozazdroszczenia. Ubrał najpierw spodnie, zaś na to naciągnął przepłukane i wyżęte kalesony. Tak odbył dalszą część wędrówki, ciesząc oko współwięźniów gatkami upstrzonymi brunatnej barwy treścią i rozsiewając wokół siebie swoistą woń. Jego postępowanie w tych okolicznościach było jednak bardzo racjonalne. Przede wszystkim uratował ważną część bielizny osobistej przed stratą. Kalesony wyschły i znów były do u żytku. Doraźnie nabrał wprawdzie trochę wilgoci w spodnie, ale i tak było mu cieplej, aniżeli bez tej części garderoby.

Dalszą, górzystą już drogę, pokonaliśmy pieszo. Zatrzymaliśmy się we wsi, położonej u granic tajgi. Trwały już ferie letnie, udostępniono nam, więc obiekt pustej już szkoły na mieszkanie. Była to chałupa o jednej dość dużej izbie, oczywiście drewniana. Konwojenci pozwolili narwać w otoczeniu dużo paproci. Rosła w tajdze bardzo obficie i bardzo wysoko. Urządziliśmy wyborne posłanie i po raz pierwszy od kilku miesięcy spaliśmy wyśmienicie. Nazajutrz urządzono nam wycieczkę w prawdziwą syberyjską tajgę. Pokonaliśmy odcinek około piętnastu kilometrów w ciągu czternastu godzin. Była to droga, którą być może dotąd nie tknęła stopa ludzka. Las o podszyciu gęstym i wysokim do dwóch, trzech metrów. Co par ę kroków drogę tarasowały powalone i rozkładające się grube pnie drzew. Szliśmy gęsiego. Prowadził przewodnik, starszy, miejscowy pan, który bez mapy i kompasu zmierzał nieomylnie do celu, torując sobie drogę maczetą. Dopiero późnym wieczorem wyszliśmy na niewielką polankę z gospodarstwem pszczelarskim pośrodku. Stary bartnik żył tu z rodziną zupełnie odcięty od świata. Trudno się nawet domyśleć jakie relacje łączyły go z macierzystym sowchozem. Przypuszczam, że poza prowadzeniem pasieki, żyjąca tu rodzina miała jeszcze inne zajęcia. Zaobserwowaliśmy chłopca, który ściągał skórki z kretów. Czynił to zgodną podziwu zręcznością.

Z dużym niepokojem przenocowaliśmy we wskazanej nam szopie, jako że uprzedzono nas o dużym niebezpieczeństwie panujących tu rozlicznych, jadowitych gadów.

Do dnia dzisiejszego nie wiem po co ciągnięto nas w tę tajgę. Już bowiem następnego dnia wróciliśmy do naszej szkoły na paprocie. Wieś poło-żona była w terenie falistym, w kotlince. Z trzech stron otaczała ją tajga. Rosło tu sporo drzew czeremchy. Naszym zadaniem było zbieranie jej owoców, które podobno miały stanowić surowiec do produkcji witaminy C. Normą były dwa dziesięciolitrowe kosze na dniówkę. Dzień roboczy podzielony był na dwie części. Puszczano nas swobodnie w tajgę, a na obiad i po zakończonej pracy zwoływano uderzeniem młotka w wiszącą, metalową szynę. Trzeba było wtedy schodzić do wsi z pełnymi koszami owoców.

Wysoka norma i brak dozoru w miejscu pracy powodowały często barbarzyńskie zachowanie z naszej strony. Zamiast wdrapywać się z koszykiem na drzewo, obłamywało się duże gałęzie i dopiero na ziemi pozbawiało je owoców. Przyspieszało to znacznie zbiory.

Okolica była piękna, pogoda dopisywała, serce gryzła tęsknota za krajem. Siadałem, pamiętam, na gałęzi czeremchy na wysokości pięciu, sześciu metrów, patrzyłem na cudowne otoczenie, a myśl sama uciekała te kilka tysięcy kilometrów na zachód, do bardzo ograniczonego wówczas w m ej świadomości kawałka znanego mi świata z okolic Bielska. Byłem na tyle dzieckiem, że marzyłem o cudownym i nagłym przeniesieniu w tamten upragniony świat, lecz równocześnie na tyle dorosłym, by nie dać się tym marzeniom oszukać.

Tak jak wszyscy z ogromną nadzieją oczekiwałem wiadomości z domu. Przecież w obozie podawano nam adres zwrotny i zachęcano do pisania listów. Adres brzmiał: Bajdajewka, łagier 5a, gorod Stalińsk, obłast kuźnieckaja. Wielu z nas napisało po kilka listów, zdobywając byle jaki papier drogą karkołomnych wyczynów i ogromnych wyrzeczeń. Nikt jednak odpowiedzi nie otrzymał. Nieco później zauważyliśmy, że z naszych listów strażnicy zwijają sobie skręty.

Z nazwą miasta Stalińsk miałem później wiele kłopotów. Z autopsji pamiętam je jako rozległą wieś o szerokich traktach polnych (nawet nie bitych) ze znajdującymi się po obu stronach obejściami typowo rosyjskich wiejskich domków, tych z pięknie rzeźbionymi okiennicami. Tylko w sąsiedztwie dworca kolejowego widziało się zakłady przemysłowe. Sam dworzec kolejowy nosił nazwę Kuźnieck. Około 1954 r. w czasopiśmie „Panorama” lub podobnym na-potkałem obszerny artykuł o Stalińsku, siedemdziesięciotysięcznym mieście na Syberii, ze zdjęciami pięknych wieżowców. W latach sześćdziesiątych Stalińsk zniknął w ogóle z mapy Związku Radzieckiego i z map świata, tak, że miałem kłopoty z lokalizacją miejsca mego tam pobytu. Dopiero wydana w 1975 roku monografia „Syberia” wyjaśniła mi sprawę. Otóż miasto to powstało 350 lat temu i nosiło nazwę Kuźnieck. Jeszcze w 1926 roku liczyło zaledwie 3 tysiące mieszkańców. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zaczęto rozbudowywać tam przemysł, szczególnie metalurgiczny. Po wojnie nabrało ono nie-spotykanego wręcz tempa rozwoju. Z początkiem lat siedemdziesiątych przekroczyło już liczbę pół miliona mieszkańców. Kłopoty z nazw ą wynikały stąd, że w 1932 roku przemianowano miasto na Stalińsk, zachowując starą nazwę obłastkuźnieckaja. W 1961 roku wrócono do starej nazwy miast a, dodając przyrostek „nowo”, bo te ż rzeczywiście miasto urosło już do całkowicie nowego.

Wróćmy jednak do tajgi. Równie ż i tutaj przytrafiła się nam „fucha”. Wspólnie z panem Olmą zezwolono nam na pracę na wsi w godzinach wieczornych. Trafiliśmy do mieszkanki wsi, której mąż nie wrócił dotąd z wojny, zaginąwszy bez wieści. Z dwojgiem dzieci pędziła ta kobieta bardzo nędzny żywot. Mieszkali w chacie drewnianej, zbudowanej na palach. Cała wieś stała zresztą na palach – niewątpliwie w związku z wysokimi opadami śniegu w zimie. Do domu wchodziło się po drewnianych schodach. Do ściany chaty przytulony był chlew. Posiadał on żerdziową konstrukcję, zaś ściany grubości około sześćdziesięciu centymetrów wykonano z obornika ze słom ą. Sufit i dach zarazem tworzyły poukładane wszerz żerdzie, obłożone równie ż warstwą obornika. Budowla chroniła skutecznie zwierzęta domowe przed syberyjskimi mrozami. Niestety chlew zaczął się dosłownie chylić ku upadkowi. Nastąpiło znaczne rozwarcie pomiędzy ścianą domu mieszkalnego i chlewem na szerokość do osiemdziesięciu centymetrów. Jedynym sposobem na przywrócenie poprzedniego stanu było rozebranie całego chlewa, wyprostowanie konstrukcji drewnianej oraz powtórne ułożenie ścian i dachu.

Zabraliśmy się raźno za robotę. W ciągu dwóch wieczorów walący się obiekt był rozebrany. W nagrodę otrzymaliśmy po pracy po talerzu posolonej zupy z mąki kartoflanej, czyli naszego krochmalu. Czuliśmy się za to ogromnie zobowiązani, zwłaszcza że na posiłek zaproszono nas do jedynej izby. Mój przyjaciel uzupełnił sobie jeszcze to menu podchodzeniem do położonego w sąsiedztwie kurnika sowchoźnianego i spożyciem podebranego z gniazda jaja na surowo.

W oparciu o to, co widziałem w domach miejscowej ludności, mogę stwierdzić, że w tym okresie panował na Syberii głód. Mieszkańcy żyli bardzo nędznie, już nie mieli się czym dzielić. Toteż nigdy nie zapomnę chwil, które świadczyły o wielkiej dobroci serc tych ludzi. Żałuję do dziś, że chlew zdążyliśmy tylko rozebrać i że nie wiem, czy pan Olma zdążył go później odbudować i tym samym nie zawieść biednej Sybiraczki. Moje bowiem losy nabrały gwałtownie nowego biegu.

*

Pewnego dnia, siedząc na drzewie czeremchy, dostrzegłem dwóch obozowych strażników nadjeżdżających do wsi wozem konnym. Zauważyłem ruch wokół szkoły, a następnie usłyszałem gong oznajmujący zbiórkę. Na obiad było jeszcze nieco za wcześnie, a więc inna ważna sprawa była jej przyczyną. W podnieceniu zbiegliśmy pod szkołę. Tu ustawiono nas w szeregu, a jeden z przybyłych strażników zaczął odczytywać nazwiska z listy. Była to dla niego mozolna praca. Z wielkim trudem przeczytał dwanaście nazwisk. Wyczytanych ustawiono w szereg w odległości około stu metrów. Strażnik męczył się nad pozostałymi nazwiskami. Coś podpowiadało mi, że jest to szansa na powrót do domu, że właśnie wyczytani zostaną odesłani do Polski. Czekałem w największym napięciu, aż padnie moje nazwisko. Nie padło. Do czytającego podeszli nasi konwojenci, znający dobrze nasze nazwiska. Stojąc w szeregu wzdychaliśmy do Boga, by zechciał oświecić czytających i spełnić nasze oczekiwania. Emocje sięgały zenitu. Pełnia szczęścia, czy ogromny zawód? Wreszcie padło moje nazwisko jako trzynaste, a zarazem ostatnie. Wypowiedział je ten młody strażnik, któremu niegdyś zabrakło naboi do zestrzelenia żurawia. O ile dotąd miałem do niego zastrzeżenia za zbezczeszczenie zwłok, za pozę na „złego”, za zbędne podnoszenie głosu na więźniów, za radość życia, za skłonności do alkoholu i dziewcząt, o tyle teraz stał mi się nagle najmilszym człowiekiem pod słońcem i gdyby to było możliwe wyściskałbym go i wycałował.

Wyrwałem z szeregu i pobiegłem do wydzielonej grupy. Jakże dziwne prawa rządzą losami ludzkimi. Teraz dowiedziałem się, że na liście widniało ponad dwadzieścia nazwisk. Ilu z moich współwięźniów nie wróci do domu tylko z powodu nieumiejętności czytania ludzi ich nadzorujących.

Tymczasem w naszej grupie odbyła się krótka odprawa. Prowadził j ą konwojent w wieku około pięćdziesięciu lat, którego znałem z poprzednich miejsc pracy. Był Ukraińcem. Krótko poinformował nas, że wyruszamy do domu... pod warunkiem jednak, że wrócimy przed godzin ą odjazdu transportu. Pociąg odjeżdżał w dniu następnym o godzinie dwunastej w południe spod łagru w Bajdajewce. Teraz znajdowaliśmy się równe sto kilometrów od celu.

Odległość tę należało pokonać w ciągu niespełna dwudziestu czterech godzin. Trzeba je było przebyć pieszo. Wóz konny zabrał tylko nasze worki. Dla utrzymania sprawy w tajemnicy przed pozostałymi w tajdze, nie wolno nam było wracać do miejsca dotychczasowego zamieszkania, nie było czasu na spożycie obiadu. Jeszcze raz okazało się, że każdy więzień niezależnie od tempera-tury otoczenia, deszczu, czy pogody, miejsca pobytu – w pracy, latrynie, czy na noclegu nosił w interesie własnym swój cały dobytek na własnych plecach.

Ruszyliśmy niezwłocznie. Atmosfera zmieniła się krańcowo. Konwojenci nagle stali się bardzo przyjaźni. Wspólnie z nami wyra żali swą radość i doda-wali otuchy. Droga była trudna. Kilkumiesięczne głodowanie, a zwłaszcza ogromne niedobory białka i witamin spowodowały nie tylko duży spadek wagi, ale i sił. Nowa świadomość jednak uskrzydlała.

Na spoczynek zatrzymaliśmy się dopiero po północy. Przedtem „zorganizowaliśmy” porcję ziemniaków na kartoflisku sowchozu, jako że nie zaopatrzono nas na drogę w żadne środki spożywcze. Miło było czynić to pod nadzorem uzbrojonych konwojentów. Spaliśmy w szkole pomiędzy ławkami. Nauczycielka podjęła się zagotowania ziemniaków. Zbudzono nas już po godzinie snu. Po spożyciu ciepłych, nieokraszonych ziemniaków wyruszyliśmy natychmiast w dalszą drogę. Padało. Świt zastał nas przed naturalną przeszkodą. Dotarliśmy do brzegu wezbranej rzeki. Jej głębokość sięgała wprawdzie nie więcej niż metr, lecz prąd wody był porywisty i nie do przejścia w bród. Na szczęście przez rzekę przerzucona była kładka z pojedynczo ułożonych pni drzew. Opróżniliśmy wóz konny, który z kłopotami przebrnął przez nurt, my zaś obciążeni bagażem weszliśmy na kładkę. Przy naszym stopniu przemęczenia, przy śliskości i obłym kształcie pnia oraz silnym prądzie wody, miejscami zalewającej kładkę, było to zadanie bardzo trudne. Szczęśliwie nikt nie umoczył się w rzece z wyjątkiem konwojenta-woźnicy.

Dalsza podróż odbyła się już w tempie jednostajnie opóźnionym. Żaden, nawet najmocniejszy bodziec, nie był w stanie jej przyspieszyć. Przemoczeni grzęźliśmy w błocie. Miałem dotąd własne buciki. Ich stopień zużycia był taki, że coraz to która ś część stopy ukazywała się naga. Świadczyło to równie ż o całkowitym rozpadzie skarpet. W obecnych warunkach poszczególne elementy obuwia zaczęły odpadać, utkwiwszy w lepkim gruncie. Przysparzało mi to ogromnie dużo uciążliwości, przy czym buty nie stanowiły już żadnego zabezpieczenia dla stóp. Zostawałem w tyle. W końcu zdenerwowałem się i zrzuciłem z nóg opłakane resztki obuwia i skarpet . Poczułem doraźnie znaczną ulgę, choć nie przypuszczałem, że następne buty ubiorę dopiero w domu. Chcę jednak wyjaśnić, że o tej porze roku na Syberii było zupełnie ciepło i jedynie nocą można było zmarznąć.

Z ogromnym mozołem dotarliśmy do Stalińska. W jednej z przydrożnych chat na parapecie okiennym wystawiono świeżo upieczony placek. Jego zapach drażnił nozdrza, utrwalając się w pamięci nowsze czasy. Tymczasem nadeszła godzina dwunasta w południe, czyli pora odjazdu transportu z Bajdajewki. Od tej miejscowości dzieliło nas jeszcze dziesięć kilometrów drogi, wiodącej wzdłuż toru kolejowego. Właśnie tym torem musiał przejeżdżać pociąg z Bajdajewki do Stalińska.

Zmobilizowaliśmy ostatnie siły, aczkolwiek ogarniały nas coraz to większe wątpliwości. Maszerując, wypatrywaliśmy z bojaźnią pociągu. Jakżeż gorąco pragnęliśmy go nie dojrzeć. Konwojenci podtrzymywali nas na duchu. W miarę upływu minut nadzieja malała. I w końcu – stało si ę! Na pół godziny przed ostatecznym celem serca nam zamarły. Nadjeżdżała lokomotywa, ciągnąc za sobą dwa wagony towarowe wypełnione szczęśliwcami z naszego łagru. Bardzo wesoło machali do nas rękami. Staliśmy bezradni i zupełnie załamani. Dla mnie była to największa dotąd życiowa klęska. Ogarnęła mnie całkowicie wewnętrzna pustka. Załamał mi się świat. Łzy bezwolnie zalewały mi oczy.

Dowlekliśmy się do obozu i zszokowani włóczyli po placu. Po godzinie z komendantury łagru wyszedł nasz konwojent Ukrainiec oświadczając, że sam się zgodził nas pilotować, zaś komendant wyraził zgodę na doścignięcie trans-portu. Nigdy nie przypuszczałem, że człowiek ten znajdzie w sobie aż tyle serca i gotowości do bezinteresownych poświęceń.

I znów zdarzenia nabrały tempa. Niestety w samym łagrze funkcjonowało jeszcze jedno „sito”. Spośród trzynastki wybrano tylko sześciu szczęśliwców. Spożyliśmy posiłek, zaprowadzono nas do „bani”, funkcjonującej już w samym obozie, uzupełniono nasze mocno sfatygowane ubrania. Moje spodnie były w całkowitym rozkładzie. Zafasowałem z magazynu białe, lniane portki w zupełnie przyzwoitym stanie. Sądzę, że zachowały się z uwagi na mały rozmiar. Tym darem byłem wręcz uszczęśliwiony, choć szczęśliwość ta była nieco tłumiona świadomością, że zawartość magazynów pochodziła wyłącznie od osób zmarłych. Nie miałem odwagi upomnieć się o buty, co jak się później okazało przysporzyło mi sporo kłopotu.

Za paromiesięczną pracę wypłacono mi jedenaście rubli. Tak rzekomo nakazywały normy prawa międzynarodowego, które podobno dopuszczaj ą wykonywanie pracy przez osobę internowaną wyłącznie za jej zgodą i za wynagrodzeniem. O zgodę nikt nas nie pytał, równie ż nikt nie omawiał z nami warunków pracy i płacy. Bez dyskusji podpisałem lis tę płac i w ten sposób formalnie wyrównaliśmy rachunek.

W pościg za transportem wyruszyliśmy po kilku godzinach. Do przebytych już stu kilometrów trzeba było jeszcze dołożyć dziesięć z powrotem z Bajdajewki do Stalińska. Na dworcu kolejowym nasz opiekun pobiegł w poszukiwaniu za transportem. Nas pozostawił przed dworcem na ławce. Odczuwałem intensywne ssanie w żołądku. Tymczasem my byliśmy bez prowiantu. Jesteśmy jednak wolni! Ruszyliśmy w dwóch w poszukiwaniu jedzenia. Kilkanaście metrów dalej dostrzegłem kiosk. Były gotowane jaja. Nawet nie pytałem o cenę. Ostatni raz jadłem kurze jajo w domu. Zapłaciłem osiem rubli i zjadłem je z wilczą żarłocznością. W kiosku dojrzałem oranżadę – niebiański napój! Kosztowała pięć rubli. Niestety z kilkumiesięcznego zarobku zostały tylko trzy ruble. Dorosły towarzysz dostrzegł chyba w moich oczach dziecięce pragnienie. Dodał dwa ruble i wypiliśmy do spółki.

Nadszedł konwojent. Niestety nasz transport już odszedł. Wsiedliśmy do najbliższego pociągu zmierzającego do Nowosybirska. Tu trafiliśmy po raz pierwszy do wagonu osobowego. Był bezprzedziałowy, z dwuosobowymi ław-kami po każdej stronie. Siadłem w ławce pod oknem. Zapadał zmierzch. Ode-zwało się śmiertelne znużenie. Na nic zdały się wysiłki, zmierzające do zachowania świadomości. Bojaźń przed zagubieniem się walczyła z zamykającym oczy snem. W końcu zapadłem w nicość. Miałem za sobą prawie całkowicie nieprzespaną noc i sto dziesięć kilometrów w nogach.

Coś uderzyło mnie w czoło. Otworzyłem oczy. Było jasno . Tuż przed moim nosem dostrzegłem parę buciorów, dalej w kierunku kolan następną parę. Leżałem pod ławką w pozycji podkurczonej. Zupełnie nie wiedziałem jak się tu znalazłem. Gdzie byli moi współtowarzysze? Zalękniony zerknąłem pomiędzy nogami siedzącego nade mną pasażera. Z ogromną ulgą dostrzegłem kolbę karabinu, a następnie naszego drogiego strażnika. Położyłem głowę z powrotem na podłogę i tak już dojechałem do końcowej stacji. Wysiedliśmy w tłumie robotników na jednym z głównych dworców kolejowych magistrali transsyberyjskiej w Nowosybirsku.

Znowu nie dopędziliśmy transportu. Nasz kochany przewodnik zaczął się denerwować. Podejmuje jednak dalsze wysiłki. Następny pociąg odjeżdża dopiero nad ranem. Włóczymy się bez celu po peronach. Wieczorem udajemy się do olbrzymiego hallu dworca. Na rozległej posadzce poczekalni gęsto zalegają pasażerowie4. Rozpychając nieco leżących kładziemy się również do snu. Kilkakrotnie budzi nas dyżurny ruchu, który bezceremonialnie wkracza w tłum, by zapowiedzieć odjazd następnego pociągu.

Boli mnie brzuch. Widocznie zaszkodziło mi to jajo z oranżadą. Wstrzymuję się do końca, budząc się co chwilę z niespokojnego snu. Lecz nagle na ostatnim wdechu wybiegam z zatłoczonego hallu, depcząc ręce, nogi i ciała. Sypią się za mną tłuste przekleństwa. Wypadam za drzwi i dalej... nie mogę. Stało się. Niespokojnie rozglądam się wkoło. Stoję w centralnym punkcie przed wejściem głównym do dużego gmachu dworca. Na szczęście jest jeszcze noc. Wokół zupełna pustka. Nikt nie zobaczył mojego drobnego „ aktu zemsty”.

Po dwóch dobach dopędziliśmy wreszcie transport jadący do kraju. Na bocznicy kolejowej przyjmuje ostatnich rozbitków . Dołączamy do nich. W wagonach towarowych, już przy szeroko rozwartych drzwiach, pełno jest re-emigrantów. Wszyscy przyjmuj ą nas życzliwie. Zaczynają nawiązywać się pierwsze kontakty. Tymczasem konwojent rozlicza się ze ścigającej transport szóstki. Kierownik transportu dokonuje oceny każdego od stóp do głów. Wskazuje na moje bose stopy i zaczyna się wielce srożyć. Rozumiem z tego tylko to, że nie przyjmie mnie do transportu, że to wstyd, że bosego do Polski nie powiezie. Moja osoba staje się centrum ogólnego zainteresowania. Ja za ś biorę sprawę zupełnie serio i przeżywam kolejny szok. Kierownik transportu kłóci się z konwojentem.
Do rozmowy włączają się ludzie z pociągu. Inni wykorzystując sytuację, wciągają mnie oszołomionego i bezwolnego do wagonu. Tu polecają mi schować się głęboko pod pryczę. Jeszcze przez parę godzin przeżywam ogromne zdenerwowanie. Czy znajdą mnie i zawrócą, czy też się uda. W końcu pociąg rusza. Humor nieco mi się poprawia. Pozostaje jednak żal, że okoliczności nie pozwoliły na pożegnanie i przekazanie wyrazów podzięki konwojentowi – Przyjacielowi. Dopiero po dwóch dniach ujawniam się. Przez ten czas żyłem z tego, czym podzielili się ze mną moi współtowarzysze.

***

Teraz moją obecność w pociągu przyjęto bez większych emocji. Nareszcie jestem faktycznie wolnym człowiekiem powracającym do kraju. Dołączam swobodnie do ogólnej euforii. Jako najmłodsze szczenię zostaję faworytem w wagonie. Naszym ulubionym zajęciem w tej długiej podróży stało się siedzenie w otwartych drzwiach wagonu ze spuszczonymi nogami chóralnego uprawianie chóralnego śpiewu. Siadywałem tak z rozkoszą całymi dniami obecność muszę przyznać, że nigdy nie miałem kłopotu z uzyskaniem tego atrakcyjnego miejsca. Wolność przywróciła ludziom zasady normalnego zachowania. Odgrzebywałem z pamięci pewien zapas przedwojennych piosenek i wyżywałem się do woli. Najbardziej ulubioną pieśnią był marsz Dąbrowskiego, którego refren do dziś chyba niesie się jeszcze gromkim echem po syberyjskich lasach.

Wyżywienie było nadal bardzo nędzne. W wodę zaopatrywaliśmy się sami w czasie postojów pociągu. Równie ż w tym trybie załatwialiśmy nasze potrzeby fizjologiczne. Nigdy nie było wiadomo jak długo pociąg będzie stał. Ruszał zaś zaraz po krótkim, ostrzegawczym sygnale. Stąd niejednokrotnie zdarzało się, że ludzie wysiadłszy z pociągu za jakąś potrzebą, nie zdążyli powrócić. Niektórym z nich udawało się dopędzić transport, ale byli i tacy, którzy już nie wrócili. Ja także, gdy byłem jeszcze na terenie Azji, miałem swoją przygodę. Od paru godzin pociąg nie zatrzymywał się. Na dwutorowej linii transsyberyjskiej istnieją duże odległości pomiędzy przystankami. Podziwialiśmy rozwiązania techniczne,zabezpieczające przed zderzeniem się pociągów jadących w tym samym kierunku. W małych odległościach kilkukilometrowych rozmieszczona była sygnalizacja świetlna. Światło czerwone ostrzegało, że na następnym z kolei odcinku znaj-duje się poprzedzający pociąg, żółte – że na drugim z rzędu odcinku, zielone – na trzecim lub dalszym. W ten sposób światło żółte nakazywało zwolnienia tempa jazdy, zaś czerwone – zatrzymanie się.

Jak powiedziałem, pociąg jechał bez przerwy przez kilka godzin. W końcu zatrzymał się na małym przystanku wśród lasów. Naprzeciw wagonu w odległości około trzydziestu metrów dostrzegłem „wygódkę” z desek. Tego rodzaju czynności na wszelki wypadek trzeba było wykonywać błyskawicznie. Tym razem jednak ledwo usiadłem, usłyszałem ostry sygnał ostrzegawczy lokomotywy. Nim zapiąłem spodnie pociąg ruszył. Z portkami w garści pobiegłem za nim, przeskakując dzielące mnie od pociągu tory kolejowe. Do uszu docierał powszechny doping pasażerów. Gdy zrównałem się z wagonami ledwo nadążałem za ruchem pociągu. Wyciągnęło się do mnie kilka męskich rąk. Oprócz największej życzliwości współpasażerów uratował mnie chyba fakt, że ważyłem zaledwie czterdzieści kilogramów. Pofrunąłem w powietrze. Nie dopięte spodnie ześliznęły się z ud i tylko wykonany odruchowo rozkrok uratował mnie przed niewyrównywalną stratą. Wyleciał jednak pasek ze spodni, rzemienny, jeszcze z rodzinnego domu. Przebolałem tę stratę, zwłaszcza, że miałem jeszcze szelki.

Azja żegnała nas prześliczną okolicą. Tuż przed Uralem ukazały się nam barwne domki, rozrzucone na pagórkach i gubiące się w bujnej zieleni, skąpanej lipcowym słońcem.

Następnym zapamiętanym obrazkiem była panorama Moskwy. Zatrzymaliśmy się na jednym z dworców towarowych na obrzeżach miasta. Przed nami roztaczał się wspaniały widok. Dziś uważam, że musiało to być gdzieś na Wzgórzach Lenina, bowiem tylko stąd można patrzeć w ten sposób na Moskwę. Przed nami roztaczało się zakole rzeki Moskwa, w głębi Kreml z jego murami, basztami i wieżami pokrytymi złotem. Właśnie wtedy nad miasto nadleciało (jak naliczyłem) czterdzieści siedem samolotów, tworząc regularną, pięcioramienną gwiazdę.

Grozę wzbudzały znowu okrutne ślady wojny. Tym razem wracaliśmy przez Białoruś. Pomiędzy Smoleńskiem a Mińskiem cały teren był zryty bombami i pociskami. Głębokie leje tworzyły gęstą sieć. Nie było widać żadnych domostw. Ludzie mieszkali niemal wyłącznie w ziemiankach.

W końcu przejechaliśmy przedwojenną granicę Polski. Zatrzymaliśmy się na stacji Baranowicze. Piętrzyły się tu ogromne zwaliska trofiejnych dóbr. Szczególnie rzuciły mi si ę w oczy sterty rowerów. Staliśmy tu ze dwie doby. Pamiętam taki obrazek. Paliliśmy na peronie ognisko. Było deszczowo i chłodnawo. Po prawej stronie stały zabudowania dworca kolejowego, po lewej za torami biegła szosa. Najpierw równolegle do torów, później na poziomie stacji skręcała pod kątem około sześćdziesięciu stopni. Obsadzona była starymi drzewami. Na pustej szosie pokazał się nagle pędzący z nadmierną prędkością wojskowy samochód polowy. Wziął zakręt i gwałtownie oddalił się od stacji. Przestałem na niego zwracać uwagę. Nagły huk kazał mi odwróci ć głowę.

Samochód „siedział” okrakiem na drzewie, przy czym prawy przód był wtłoczony głęboko w tylne lewe siedzenie.
Nadal dokuczał nam głód. W kierunku odwrotnym szły transporty żołnierzy radzieckich wracających do kraju. Zatrzymywali się równie ż na dłuższe postoje. Niektórzy z naszych zaczęli chodzić „na żebry”. Skutek był zachęcający. Podpuszczony przez innych wybrałem się i ja pożebrać – pierwszy i mam nadzieję ostatni raz w moim życiu. Poszczęściło mi się zresztą nadzwyczajnie. W trzecim z kolei wagonie napotkałem kobiety, które ulitowały się nad rebionką, obdarowały mnie dużym, okrągłym bochenkiem białego chleba. Podzieliwszy się z najbliższymi, połowę odłożyłem do worka i dowiozłem do... domu. Przestawałem już żyć z dnia na dzień, odezwała się we mnie potrzeba gromadzenia. Alboż to wiedziałem co zastanę w domu, skoro od czasu jego opuszczenia nie miałem żadnych wieści? Zresztą coraz częściej kojarzyłem sobie dom z kompletnym zniszczeniem, wyobrażałem sobie wypalone mury ze sterczący-mi kikutami kominów, bardzo niepokoiłem si ę o losy wszystkich członków licznej rodziny.

***

Dojechaliśmy w końcu do Warszawy i stąd ku memu rozczarowaniu skierowano nas na północ w kierunku Gdańska. Zacząłem się znowu oddalać od domu. Ostatecznym naszym celem okazał się Punkt Przyjęcia Państwowego Urzędu Repatryjacyjnego w Iławie, w woj. olsztyńskim. Obóz poło żony był przy drodze, prowadzącej od dworca kolejowego do centrum miasta. Było to nieco ponad kilometr od stacji kolejowej, tuż za mostem lub wiaduktem, po prawej stronie na drobnym wzniesieniu. Obecnie nie pozostało po nim żadnego śladu.

Tutaj przyjęto nas bardzo serdecznie. Przez kucharzy zostałem szczególnie obficie potraktowany przetłuszczoną zupą. Pożerałem to oczywiście z ogromnym apetytem. W następstwie dostałem biegunki, w stolcu pokazała się dość obficie krew. Stan ten przetrwał aż do powrotu do domu. Sądzę, że była to po prostu czerwonka. Równie ż psychicznie czułem się źle. Denerwowałem się przedłużają-cym się procesem rejestracyjno-ewidencyjnym. Podobno zagubiły się gdzieś po drodze moje dokumenty. W końcu zrobiono mi zdjęcie, tzw. pięciominutówkę, wręczono zaświadczenie Nr 221527, wystawione w dniu 18 sierpnia 1945 roku i stanowiące bilet bezpłatny na przejazd wszelkimi środkami lokomocji oraz zezwolono na swobodne opuszczenie Punktu.

Wieczorem w gronie kilkunastu osób wyruszyliśmy do pociągu. Pierwszy odcinek do Warszawy pokonaliśmy nocą. Z Dworca Wschodniego trzeba było przejść pieszo na Dworzec Główny. Przez Wisłę przerzucony był most pontonowy i dopiero w lewobrzeżnej Warszawie widać było ogrom zniszczeń pozostawionych przez okupanta po Powstaniu Warszawskim. Nasza droga prowadziła przez Aleje Jerozolimskie. Z szerokiego traktu pozostało bardzo wąskie przejście, miejscami wydeptane w hałdach gruzu. Większość ścian kamienic leżała na ulicy. W nielicznych pozostałych świeciły martwotą puste otwory okienne.

W godzinach popołudniowych wyruszyliśmy do Katowic. Jechaliśmy oczywiście tzw. „towosem” to znaczy wagonami towarowo osobowymi. Jakaś kobieta, dowiedziawszy się skąd wracamy, poczęstowała nas kiełbasą. Tak bardzo za nią tęskniłem przez ostatnie kilka miesięcy, że się skusiłem i zjadłem. Skutek był oczywisty.

Katowicach ostatni moi znajomi opuścili mnie. Po niezbędnym oczekiwaniu pojechałem wreszcie do Bielska. W czasie krótkiego postoju pod Piaskiem z ciekawością obserwowałem ogromne stado zdobycznego bydła pędzonego z zachodu w wiadomym kierunku. Do Bielska dotarłem w godzinach dopołudniowych. Okazało się, że na pociąg do domu mogę liczyć dopiero za kilka godzin. Nie wytrzymałem nerwowo i te ostatnie dziesięć kilometrów postanowiłem pokonać pieszo. Poszedłem wzdłuż torów kolejowych. Z radością odkrywałem na nowo wieżę kościelną, cmentarz, szkołę i w ogóle całą wieś. Nie chciałem przechodzić przez teren stacji kolejowej, wybrałem więc miedzę wzdłuż toru. Znienacka wpadłem w objęcia bardzo zacnej Bratowej mego szwagra. Mimo zapewnień z Jej strony wypatrywałem z niepokojem całości domu.

Gdy zbliżyłem się doń na około dwieście metrów, z domu wyszedł Ojciec, kierując swe kroki w przeciwną stronę. W pełnym skupieniu wpatrywałem się w Jego postać. Sądzę, że mocna była siła przyciągania mego wzroku. Ojciec przystanął, powoli się odwrócił i patrząc na mnie stał w niepewności. Nie wytrzymałem. Pobiegłem naprzeciw i padliśmy sobie w ramiona. Ojciec płakał, mnie łez ju ż nie starczyło.

Niewiele pamiętam z tego, co działo się później. Obskoczyli mnie wszyscy. Zostałem obnażony, wykąpany i po raz pierwszy od miesięcy położony w puchowe łóżko. Okazało się, że wśród dobytku jaki przywiozłem najbardziej bogato reprezentowane były bardzo do mnie przywiązane wszy, stąd całą odzież trzeba było spalić. Przynajmniej z butami nie było problemów, jako że ich od miesiąca nie posiadałem.

Dopiero teraz upewniłem się, że Rodzice nie otrzymali ode mnie, jak równie ż od mego Brata żadnego listu. Żadne władze polskie nie posiadały rejestru osób deportowanych. W domu przypuszczano, że znajdujemy się gdzieś na terenie Polski.
Po powrocie przez okres co najmniej tygodnia zachowywałem się nienormalnie. Praktycznie nic do mnie nie docierało, polecenia wykonywałem bezwolnie, „na rozkaz”. Najchętniej przesiadywałem samotnie, w zaciszu, trwoniąc czas na rozmyślania. Nie wykazywałem żadnej aktywności. Wszyscy byli pewni patologii psychicznej. Fizycznie była na mnie skóra i k ość, a w obrysach kończyn uwypuklały się tylko duże stawy. Przy 150 cm wzrostu, ważyłem 40 kg.

***

I na tym mógłbym w zasadzie zakończyć relację z mojej przygody. Brak mi odwagi do podjęcia próby określenia stanu emocjonalnego, jaki towarzyszył mi nieodłącznie w czasie pobytu w więzieniach, transporcie, czy łagrze. Nie jestem w stanie oddać nawet w przybliżeniu nie ustępującego stresu, wywołanego uczuciem tęsknoty, bojaźni, a często rozpaczy i zwierzęcego strachu. Wszystko to spotęgowane przez poczucie ogromnej samotności, permanentnego braku kogokolwiek komu można by zaufać, komu można by się zwierzyć, z kim można by dzielić codzienne troski. Krótko mówi ąc, jak to dziś z dalekiej perspektywy oceniam, dziecko boleśnie czuło brak „parasola ochronnego mat-ki”, za ś ogólnie – występował całkowity brak empatii ze strony otoczenia. Urazy te zaznaczyły swój trwały ślad w mym życiu psychicznym. Niewiele miałem w dalszym życiu nocy, w których pamięć tych przeżyć pozwoliłaby mi spokojnie zasnąć, nie budziła ze snu, nie „puszczała” makabrycznego filmu przeżyć po raz tysięczny.




Zwłaszcza pierwsze cztery lata były nie do zniesienia. Zrozpaczona Matka wraz z dziećmi co wieczór klękała przed świętym obrazem i długo, żarliwie, modliła się o szczęśliwy powrót Brata. Była kobiet ą prostą, nie kształconą. Wychowała jednak dziesięcioro dzieci, wykazując w tym procesie ogromny talent. Wspólnie z Ojcem stworzyli rodzin ę przykładną, wzorową, kochającą się. Wojna posiała w niej zamęt i spustoszenie. Cierpienia Matki głęboko mnie dotykały. Jej bezgraniczna rozpacz i świadomość własna losu, jaki spotkał Brata, wywoływały u mnie poczucie winy. To przecież ja byłem zdrowy, On schorowany i niewydolny. Ja cieszyłem się normalnym życiem, On nadal cierpiał w łagrach.

Wspomnienia tamtych przeżyć zaostrzyły się znowu w 1983 r., kiedy to postanowiłem je opisać. Jednym z motywów, które mnie do tego skłoniły, było następujące zdarzenie:

W jednym z pierwszych dni pobytu w łagrze w Bajdajewce pracowaliśmy przy budowie toru kolejowego. W towarzystwie profesora gimnazjum z Bielska, o którym wcześniej wspomniałem. Podbijaliśmy kilofami progi świeżo położonych szyn kolejowych. W krótkich przerwach, gdy strażnik tego nie mógł do-strzec, pan profesor dzielił się z nami swymi osobistymi przeżyciami. Porównując warunki w naszym łagrze z warunkami w obozie koncentracyjnym w Auschwitz (zrozumiałem, że i tamto piekło zaliczył), apelował do nas młodych o przetrwanie i przekazanie kiedyś światu całej prawdy o łagrze nr 5a w Bajdajewce.

Dopiero wiele lat później uświadomiłem sobie, jak wiele było „Bajdajewek” i jak wielu Polaków może lepiej i wiarygodniej świadczyć o warunkach, jakie panowały w ówczesnych jednostkach GUŁagu. Jednakże zdobyłem się na odwagę, by moimi skromnymi notatkami choć w części uzupełnić te wiadomości i spełnić życzenie profesora.

/Źródło: Zesłaniec, Numer 64 (2015)/


RELACJE Z ZESŁANIA


By czas nie zatarł śladów naszych do świadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzy ć nowy dział poświęcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłaj ą propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” po święcony Matkom Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Główne-go Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane były także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth. Obecnie zesłańcze relacje drukuje też rocznik „My Sybiracy” wydawany przez Oddział Związku Sybiraków w Łodzi.

Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacamy naszą historiografię o cenne źródła dotyczące deportacji Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony Związku Radzieckiego. (red.)

*



♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.