♦Mapa zesłań♦




Do Młodych!

Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się
od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

.

piątek, 24 marca 2017

Wspomnienia z Mandżurii - Maria Milewska



                             Wspomnienia z Mandżurii - Maria Milewska

Szymbark – pociąg donikąd, do lokomotywy zaczepione wagony. Weszłam do jednego z nich i natychmiast wróciła przeszłość. W podobnym wagonie, ja jako nastolatka z matką i czwórką rodzeństwa jechaliśmy z dalekiej Mandżurii do nieznanej i obcej nam Polski.

Na całej długości umieszczone były dwa rzędy prostych prycz. W wagonie jechały trzy rodziny. Było lato, a w pociągu ciasno i duszno. Naszej sześcioosobowej rodzinie przydzielono część górną, bo przeznaczona była dla sześciu osób, poniżej rozlokowały się pozostałe osoby. Miejsce do spania po złożeniu pościeli, przez całą podróż służyło także do zabaw, przygotowywania i spożywania posiłków. Nie było drabinek, które ułatwiały by wejście. Dla nas dzieci była to duża frajda wspinać się po nich, podawaliśmy sobie wzajemnie ręce i już w górze. Były to nasze jedyne zabawy, bo innej for my ruchu nie można było realizować. Nasza mama była młoda, więc i jej wspinaczka na pryczę nie sprawiała trudności. Gorzej, gdy na górnych pryczach „zakwaterowane” były osoby starsze.

Oprócz wagonów przewożących ludzi były też wagony, w których znajdował się nasz dobytek, oraz wagony z żywnością. Dwa razy dziennie mama pobierała produkty spożywcze i przygotowywaliśmy sobie posiłki. Na obiady skład zazwyczaj zatrzymywał się w miejscowościach, w których czekały na nas pożywne dania. W wagonach nie było wody i ubikacji, dlatego podczas postojów, 



wykorzystywaliśmy każde dogodne miejsce, aby umyć się wodą przynoszoną w wiaderku przez mamę.

W pamięci utkwił mi Bajkał, jego ogrom, błękit wody i bardzo duża licz-ba tuneli. W trakcie podróży zachorowałam na ospę wietrzną. Codziennie chodziłam do wagonu sanitarnego na tzw. opatrunki, czyli smarownie pęcherzy niebieskim płynem, stąd wiem, że sanitarka zapełniona była osobami obło żnie chorymi. Opiekowali się nimi harbińscy studenci medycyny.

Jechaliśmy pewni obaw jak sobie poradzimy w nowym kraju, bo oto, drugie pokolenie carskich zesłańców wracało do ojczyzny swoich dziadków. Polska, to była ojczyzna mojej babci i dziadka, a ja urodziłam się w 1937 roku w Harbinie, w Chinach.

Dziadkowie poznali się i pobrali w Zygówce, powiat Jampol w guberni podolskiej, której stolic ą był Kamieniec Podolski. Dziadek Stanisław był starszym stangretem we dworze Jaroszyńskich, a babcia, Ludwika z domu Zwierańska była garderobianą. Mieli czterech synów – trzech urodziło się w Polsce, w tym mój ojciec Franciszek w 1910 r., a najmłodszy , który otrzymał imię po dziadku (Stanisław) już na Syberii. Z opowiadań rodzinnych, które s ą niedokładne i fragmentaryczne wiem, że nie tylko rodzina mojego ojca, ale cała osada zamieszkała przez Polaków została przez cara skazana na zsyłkę w odwecie za niepełny nabór do carskiego wojska. A służba wojskowa w Rosji carskiej trwała 25 lat.

Zesłańcy osadzeni zostali na skraju tajgi w niedalekiej odległości od gra-nicy rosyjsko- chińskiej. Najpierw wybudowali prymitywne lepianki, później z drewnianych bali wygodniejsze baraki, aż przyszedł czas na postawienie samodzielnych domków. Tak rozrośniętą osadę nazwali na pamiątkę Kamieńcem.

Starsi bracia ojca bardzo często przekraczali granicę rosyjsko-chińską i przebywali w Harbinie. Czuli się w nim wyśmienicie ze względu na ogromną liczbę Polaków. Harbin leżał w północno-wschodniej części Chin – Mandżurii. W 1898 r. założył ją Polak, Andrzej Szydłowski na miejscu osady rybackiej nad rzeką Sungari. Powstanie miasta związane było z budową ostatniego odcinka kolei Transmandżurskiej (obecnie wschodniochińskiej), czyli linii kolejowej biegnącej przez całą Syberię. Rosja otrzymała od cesarza Chin zgodę na przedłużenie Kolei Transsyberyjskiej przez Mandżurię. Władze carskie wykorzystywały do pracy politycznych zesłańców, ale ich ilość była niewystarczająca. Dlatego, aby zachęcić ludzi do pracy w bardzo trudnych warunkach, car zaoferował wysokie zarobki, a także możliwość otrzymania ziemi na własność. Wzrost zapotrzebowania na specjalistów i robotników niewykwalifikowanych spowodował napływ ludności różnych narodowości. Oprócz Polaków, osiedlali się w mieście i na jego przedmieściach Chińczycy, Rosjanie, Japończycy, Niemcy, Żydzi, Francuzi.

Polacy mieszkający w Harbinie wiedli wygodne życie, działały organizacje polonijne, kwitło życie towarzyskie, odbywały się koncerty i spotkania. Nie wiem w jaki sposób to załatwiono, ale wszyscy Polacy, którzy mieszkali w osadzie Krzemieniec w Rosji zostali przewiezieni do Harbina. W Harbinie skupiała się największa grupa Polaków. Tak że w innych miastach i osadach Mandżurii znajdowali się rodacy. Rodzice ojca zamieszkali na przedmieściach Harbinu,dziadek stopniowo kupował konie i wkrótce został właścicielem niewielkiej stadniny, założył sad oraz gospodarstwo, w którym głównie hodowano bydło. Do prac przy inwentarzu zatrudniał robotników najemnych, którymi byli Chińczycy. Babcia i najmłodszy syn zajmowali się pozostałymi pracami wokół domu i gospodarstwa.



Harbin – w ogrodzie dziadków
Losy moje i moich bliskich splatają się z historią regionu, w którym przyszło nam żyć. Zanim dziadkowie zmuszeni byli opuścić Polskę na terenie Mandżurii doszło do tzw. powstania bokserów. Jego konsekwencją była wojna rosyjsko-japońska (1904-1905), a następnie wzrost wpływów japońskich. Mandżuria była najbogatszą w surowce mineralne częścią Chin, dlatego też tutaj ścierały się interesy państw ościennych tj. Rosji i Japonii. W kolejnych zmaganiach zwycięstwo Japonii umożliwiło w 1932 r. utworzenie na terytorium Mandżurii cesarstwa Mandżuko całkowicie zależnego od Japonii. Klęska Hitlera i wojsk sprzymierzonych w 1945 r., spowodowała, że Mandżuria ponownie stała się terytorium zależnym od Związku Radzieckiego, a wojna domowa, która rozpoczęła się w latach 1945-1948 w Chinach, doprowadziła do powstania Chińskiej Republiki Ludowej. I tak na przemian w Mandżurii władzę sprawo-wali Japończycy, Chińczycy i Rosjanie. Zrywy powstańcze, ruchy rewolucyjne były w okresie naszego pobytu codziennością i trudno było osobom niezaangażowanym to wszystko zrozumieć. To samo odnosiło się do dzieci. Nigdy nie wiedziałam mieszkając w Chinach od jakiego państwa byliśmy zależni.

Jedno z takich zawirowań politycznych przyczyniło się do poznania moich przyszłych rodziców. Mama, Buriatka wywodząca się z Zabajkala wyjechała ze swoją siostrą na wycieczkę do Mandżurii i niestety, po zamknięciu granicy z ZSRR nie mogła już powrócić do Buriacji. Pozostała w Harbinie, poznała mojego tatę, zakochali się i wkrótce odbył się ślub.

Po pierwszym okresie mieszkania w bardzo niekomfortowych warunkach młodzi małżonkowie przystąpili do budowy domu na przedmieściach Harbina. Pierworodny syn zginął tragicznie. Robotnicy pracujący przy budowie musieli naruszyć gniazdo żmii, bo mój malutki braciszek zginął od jadu jednej z ich. Miałam czwórkę rodzeństwa, najstarszy był Antonii, później Emilia i ja, a po mnie urodzili się jeszcze Bolesław i Jerzy.

O napaści Niemców na Polskę rodzice dowiedzieli się w kościele, podczas mszy. Ksiądz przekazał wiernym taką informację. Echa przebiegu działań wojennych, sprawy związane z formowaniem się wojska polskiego na terytorium Związku Radzieckiego znajdowały się w kręgu zainteresowań dorosłych Polaków mieszkających w Mandżurii. My dzieci na tematy poruszane przez dorosłych nie bardzo zwracałyśmy uwagę. Byłam wtedy dwuletnim dzieckiem. Łatwiej kojarzę wydarzenia, które następowały w kolejnych latach. Np. bardzo wyraźnie odczuliśmy zmianę nastrojów i pogorszenie się naszych warunków bytowych po 1941 r, kiedy to Japonia przystąpiła do wojny z USA. Z opowiadań wiem, że część mieszkańców Mandżurii miała obowiązek noszenia specjalnych oznaczeń pozwalających na identyfikację narodowości. Ja takiego faktu nie pamiętam.

W Mandżurii oprócz Harbinu istniały jeszcze inne miejscowości, w których mieszkało dużo Polaków. Jedną z nich było Aszyche, do niej przeprowadzili się rodzice z młodszym bratem, natomiast trójka najstarszych dzieci pozostała w Harbinie. Zdecydowali tak, ponieważ miejscowość, do której się udawali dopiero zaczynała się rozwijać. Brat chodził do szkoły, a ja z siostrą Emilką zamieszkałam w zakonie u polskich sióstr. Im udało się przystąpić do sakramentu I komunii, mnie niestety nie, bo byłam za młoda. Na wakacje jeździliśmy do Aszyche, ale po drugich już nie wróciliśmy ze względu na zawirowania polityczne. Tutaj także musiałam chodzić do szkoły, tylko sytuacja była odwrotna, bo na wakacje jeździłam do dziadków w Harbinie.
Chodziłam do rosyjskiej szkoły, mimo, iż mieszkaliśmy w Chinach. Nauka odbywała się w pomieszczeniu, w którym nie było ławek tylko sto liki i krzesła. Jedno przeznaczone dla nauczycielki, pozostałe dla nas. Uczyłam się języka rosyjskiego, matematyki, a z historii pamiętam, naukę o Leninie. Zazwyczaj pierwszy do szkoły szedł starszy brat, przychodził po 2-3 godzinach, potem szła siostra a ja miałam lekcje najpóźniej. Moimi koleżankami były Chinki, Japonki, Koreanki i Rosjanki. Rozmawiałyśmy między sobą taką mieszanką językową, ja rozumiałam ich język, one rozumiały rosyjski, bo się go uczyły. Język polski był dla nich niezrozumiały. Zresztą w domu niewiele rozmawialiśmy po polsku, natomiast u babci i dziadka był to język podstawowy. Młodzież harbińskich szkół prowadzonych przez polskich duszpasterz y, a także studiująca uczyła się wielu języków, były to między innymi: polski, rosyjski, chiński, japoński, łacina, a także angielski. Dziecięce zabawy, były uniwersalne, bo znane w wielu kulturach i związane głównie z bieganiem, skakaniem, wchodzeniem tam gdzie nie można. Dziewczynki uwielbiały zabawy z lalkami. Mimo tak wielkiego zróżnicowania etnicznego nie było ani między dziećmi ani dorosłymi różnic. Byliśmy w stosunku do siebie uprzejmi, wyrozumiali, szanowaliśmy swoje religie, a przecież to był konglomerat wierzeń od szamanizmu przez buddyzm, lamaizm, prawosławie, judaizm do katolicyzmu.

Nasze domostwa nigdy nie były zamykane. Mimo, że były duże grupy biedoty kradzieże należały do wyjątków. Z pewnością był to wpływ religii wschodnich, ale także i surowego prawa. Za udowodnioną kradzież obcinano palec. Kolejne dwie groziły utratą dłoni, a jeśli to nie skutkowało stosowano karę śmierci. Sposoby jej wykonania były różne. Pewnego dnia my uczniowie musieliśmy uczestniczyć w takiej egzekucji. Była to dla nas tzw. lekcja pokazowa. Więzień został unieruchomiony i przywiązany do konia, który wlókł go po miejskim bruku, aż do momentu zgonu. Było to coś strasznego i na długo pozostało w pamięci jako traumatyczne przeżycie.



Moja rodzina
Mama prowadziła dom i zajmowała się nami, natomiast głównym żywicielem rodziny jak to dawniej bywało był ojciec. On to chodził do tajgi i zajmował się myślistwem. Przynosił do domu różne zwierzaki, wiem, że oprawiał je w specjalnie do tego celu przeznaczonym pomieszczeniu, ale my dzieci nigdy nie widzieliśmy, na czym polegała jego praca. Miał równie ż dużą sforę psów, ale ich opieką zajmowało się trzech Chińczyków. Przy prowadzeniu gospodarstwa pomagało rodzicom wielu pracowników, ale takie panowały zwyczaje, że każdy sobie nawzajem pomagał. Gdy były sianokosy to w pole wychodziły duże grupy mieszkańców i przez cały upalny dzień ciężko pracowały, aby wieczorem z wesołym śpiewem wracać do domów. Mój tata pięknie śpiewał i z ogromną przyjemnością słuchałam jego basu wyraźnie odróżniającego się od innych głosów. Jak na mężczyznę przystało, zimowymi wieczorami robił na szydełku grube rękawice i obszywał skór ą czubki, pięty i spód walonek abyśmy zimą nie marzli. Mieliśmy owce i dwa beżowe, dwugarbne wielbłądy, z których pozyskiwało się wełnę. Gdy tata zajęty był szydełkowaniem lub szyciem, mama w tym samym czasie przędła wełnę na kołowrotku. Z prac wykonywanych przez rodziców pamiętam także jak przygotowywali nam zeszyty do szkoły. Szary papier, taki do pakowania różnych przedmiotów cięli na mniejsze kawałki formatu zeszytu, przeszywali je później nitką a na samym końcu kopiowym ołówkiem rysowali linijki, jeśli to był zeszyt do języka rosyjskiego lub kratki, jeśli do rachunków. Atrament z reguły nosiliśmy do i ze szkoły. Pamiętam, że zimą zdarzały się przypadki, kiedy zamarzał, ale wtedy był to znak, że przez kilka dni nie pójdziemy do szkoły. Zimy był y mroźne, często podczas swojej wędrówki do szkoły napotykałam zamarzniętych Chińczyków. Początkowo myślałam, że śpią, a później przyzwyczaiłam się do tego widoku. Chińczyków było bardzo dużo, wiadomo też że i status ekonomiczny był różny. Nie za-marzły osoby dobrze sytuowane finansowo, lecz ubogie. Przyrost naturalny był bardzo duży. Czasami matki nie wiedziały nawet ile miały dzieci, bo każde, które potrafiło samo zdobyć pożywienie musiało się usamodzielnić. Chinki bardzo ciężko pracowały przy uprawie kukurydzy, ziemniaków i warzyw. W tym czasie mężczyźni zajmowali się przygotowywaniem posiłków.

Z jednego z polowań tata przyniósł do domu malutkiego niedźwiadka. Nie mógł chodzi ć, chwiał się na łapkach. Mama go wykarmiła i po naszym obejściu chodził sobie swobodnie Michaił Iwanow, bo tak go nazwaliśmy. Były z nim wspólne zabawy, wybierał si ę z ojcem na polowania, ale każdy szedł w swoją stronę. Uwielbiał także słuchać patefonu i zrywać kukurydzę. Rodzice nie byli właścicielami pól z kukurydz ą, dlatego tata bardzo często musiał płacić za te zniszczenia. Miał jakieś 4-5 lat, gdy przez ludzką głupotę umarł.

Z ogromnym sentymentem wspominam naszą banię, która stała za domem. Było to odrębne pomieszczenie, pośrodku którego znajdowała się budowla z kamieni – piec, w którym palono drewnem i rozgrzewano do czerwoności a następnie wylewano na niego wiadrami wodę ze stojącej obok beczki. Buchająca para była cudowna, cieplutka, oczyszczająca. Na przeciwnej do wejścia ścianie umieszczone były ławki, na których wygodnie rozciągnięci z rozkoszą się wylegiwaliśmy i poddawali działaniu pary. Po takim krótkim błogostanie nadchodził czas smagania ciała witkami brzozowymi, których cały zimowy zapas został przygotowany jesienią. Tak rozgrzani wycieraliśmy się do sucha a zimową porą czekali na ojca, który po owinięciu nas w skóry pojedynczo przenosił do domu.

Był 1944 rok. Mieszkaliśmy niedaleko lotniska, więc wciąż byliśmy świadkami odbywającego się powietrznego transportu żywności i ludzi. Pewne-go pięknego, słonecznego dnia, Japończycy zarządzili obowiązkowe stawiennictwo wszystkich mężczyzn na pobliskim dworcu. Osoby posiadające konie mieli je ze sobą zabrać. Gdzieś w oddali słychać było nieliczne odgłosy wy-strzałów. Gdy nadeszła noc, mama wraz z pozostałymi kobietami i dziećmi schroniła się w pobliskim lesie. Tam spędziliśmy noc obawiając się bombardowania naszych osad. Rankiem następnego dnia prawie wszyscy wróciliśmy do domów. Na stole znaleźliśmy kartkę od ojca z informacją, że nic mu nie jest, mamy się nie bać i że wszystko będzie dobrze. Krzątając się wokół domu, ma-ma zaszła do bani i okazało się, że w niej ojciec zgromadził dla nas zapasy. Domyśliliśmy się, że przewożąc żywność z lotniska albo na lotnisko trochę zostawił jej dla nas, bo nieznana była przyszłość. Na drugą noc nie poszliśmy do lasu i to było nasze wielkie szczęście, bo właśnie tej nocy Japończycy zbombardowali ten obszar tajgi.

Słabo też pamiętam wydarzenia związane z działalnością chińskich band nazywanych przez Polaków hunhuzami. Skład ich był różny, najczęściej byli to chińscy chłopi, żołnierze i zesłańcy, a ich głównym zajęciem było organizowanie i przeprowadzanie napadów rabunkowych. Początkowo celem byli podróżni i po-ciągi, a później także osady. W obronie przed licznymi oddziałami liczącymi cza-sami kilkaset osób, miasta i osady wystawiały straż, której zadaniem było ostrzega-nie mieszkańców przed nadchodzącym zagrożeniem oraz walka z rabusiami. Mój ojciec do jednej z takich straży należał. Broń, którą zabierał na polowania do tajgi jak i na nocne patrole, znajdowała się w przedpokoju. Pamiętam doskonale tę broń, bo zmowa milczenia za przewinienie starszego rodzeństwa kosztowała mnie klapsa. Był on tak dotkliwy, że do dziś go czuję, ale nie ze wzglądu na ból tylko zaskoczenie. Byłam oczkiem w głowie tatusia, nigdy niekarana, nagle poczułam piecze-nie na pupie, bo przecież nie wydałam rodzeństwa, które wykorzystało naboje do świetnej zabawy polegającej na przygotowaniu czegoś w stylu petardy, które wrzucane były do wody lub pod nogi przechodzących Chinek.

Pewnego grudniowego dnia 1945 roku pojawiła się w naszym domu obca kobieta i tata kazał nam iść bawić się na dwór. Gdy wróciliśmy pierwsze, co nas ogromnie zdziwiło to przyjemne ciepło rozchodzące się po mieszkaniu i mama leżąca w łóżku. Mama, która zawsze chodziła nagle leży w łóżku. Ale nie było czasu na zastanawianie się dlaczego, bo ta obca kobieta powiedziała, że pod naszą nieobecność był w domu Mikołaj i coś nam zostawił. Była to taka duża lalka. Każdy z nas chciał ją wziąć na ręce i wtedy tata powiedział, że to jest nasz braciszek.

Ustabilizowane i dostatnie życie naszej rodziny, jednej nocy zawaliło się, wiosną 1946 roku ojciec nie wrócił z tajgi. Nie wiadomo , co się stało. Gdy zabrakło taty nadszedł dla nas bardzo ciężki okres, pojawiła się bieda. Mama została z 5 dzieci sama, nie mogła liczyć na wsparcie siostry, bo ciocia Eliza wkrótce po wyjściu za mąż zachorowała, prawdopodobnie na gruźlicę i zmarła. Chińczycy zaczęli zwalniać obcokrajowców, w tym Polaków propagując hasło, że Azja ma być dla Azjatów. W takiej sytuacji mama pracowała dorywczo, nie odrzuciła żadnej propozycji pracy. Brat czternastolatek pracował przy miechach w kuźni. Mieliśmy krowę, od czasu do czasu wspomagali nas Chińczycy jakimś workiem ziemniaków, sianem lub kukurydz ą. I tak jakoś toczyło się nasze ubogie życie. Pamiętam pierwsze bez taty Boże Narodzenie. Zwykle spędzaliśmy je u dziadków w Harbinie, ale teraz nie było mam y stać na dwunastogodzinną podróż z gromadką dzieci. Upiekła z kukurydzy chleb i w jakiś cudowny sposób zdobyła żółty ser. I ten ser i chleb z kukurydz ą to był nasz świąteczny przysmak. Przed oczami miałam Boże Narodzenie u babci, gdzie stoły uginały się od jedzenia. Zawsze było gwarno i wesoło. A nam było smutno i biednie.

Na początku 1949 roku mama zaczęła się źle czuć. Przez jedną z zamożniejszych Polek udało się wystarać o przyjęcie do szpitala w Harbinie. Starsza siostra przejęła obowiązki opieki nad młodszym rodzeństwem, a ja z mamą udałam się w podróż. Już na dworcu podczas przypadkowej rozmowy dowiedzieliśmy się, że przyjeżdża przedstawiciel z Polski i spisuje osoby zainteresowane wyjazdem do kraju. Podczas pobytu w szpitalu mama spotykała się ze stryjami i chyba podczas tych rozmów zadecydowano o wyjeździe z Mandżurii. Mama posiadała obywatelstwo radzieckie, my polskie, dlatego w takim stanie prawnym nie mogliśmy dostać zgody na wyjazd. Uradzono, że mama zawrze związek małżeński z bratem żony jednego ze stryjków i w ten sposób uzyska obywatelstwo polskie.

Po powrocie do Aszyche rozpoczęły się przygotowania do wyjazdu. Mama starała się spieniężyć nieco majątku, ale Chińczycy nie byli zainteresowani kupnem czegokolwiek. Doskonale wiedzieli, że i tak musimy prawie wszystko zostawić. Zjedliśmy ostatni obiad i oglądając się za siebie poszliśmy na dworzec kolejowy. Zostawiliśmy na zawsze dom, zabudowania gospodarcze, ogród pełen kolorowych kwiatów i inwentarz, w tym u kochaną przez mamę krowę, która chodziła za ni ą jak piesek. Żegnaliśmy się z miejscem a towarzyszyła nam piękna słoneczna pogoda, która jakby na złość podkreślała całe piękno przyrody, które przyszło nam utraci ć. Nie myśleliśmy wtedy o głodzie, biedzie, nawet jeszcze nie odczuwaliśmy niepokoju przed nieznanym, ale patrzyliśmy na dorobek naszych rodziców. Dom, który kupili i zamieszkali znajdował się na wzgórzu na skraju miejscowości. Był drewniany, a kolorowe okiennice na tle zielonych drzew tajgi nadawały temu miejscu bajeczny wygląd. W doli-nie płynęła rzeka, wokół rozciągały się soczysto zielone trawy, którym towarzyszyły niebieskie niezapominajki.

Rano następnego dnia byliśmy już w Harbinie. Wyjechaliśmy pierwszym i najliczniejszym transportem. Razem z nami, ale nie w tym samym wagonie jechała babcia z najstarszym i najmłodszym synem. Stryj Karol z rodziną przy-jechał do Polski trzecim transportem. Z punktu repatriacyjnego w Białej Podlaskiej skierowani zostaliśmy do Elbląga. I w tym mieście każdy z nas dorastał, kształcił się, zakładał rodziny.

Jestem dumna ze swojej matki za Jej odważną decyzję, bo wiem jak trud-no było ją podjąć i zaryzykować życie w nieznanym kraju, bez znajomości języka z piątką niepełnoletnich dzieci. Mimo, że od wielu lat nie żyjesz, składam Ci Mamo hołd. Dziękuję.



/ Źródło: Zesłaniec , nr 65(2015)

RELACJE Z ZESŁANIA

By czas nie zatarł śladów naszych do świadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzy ć nowy dział poświęcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłaj ą propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” po święcony Matkom Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Główne-go Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane były także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth. Obecnie zesłańcze relacje drukuje też rocznik „My Sybiracy” wydawany przez Oddział Związku Sybiraków w Łodzi.

Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacamy naszą historiografię o cenne źródła dotyczące deportacji Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony Związku Radzieckiego. (red.)






♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękujemy za czas, który poświęciłeś, aby być tu z nami.
Mamy nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.