♦Mapa zesłań♦




Do Młodych!

Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się
od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

.

wtorek, 21 marca 2017

Udało się nam przetrwać… - Józef Mackiewicz


                             Udało się nam przetrwać… - Józef Mackiewicz

Moi rodzice byli rolnikami, jako dziecko mieszkałem z nimi za Bugiem na Polesiu koło Berezy Kartuskiej. Ojciec za dobrowolną służbę na froncie w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, otrzymał nieodpłatnie w 1930 roku dwadzieścia hektarów ziemi. Akt nadania, który z moją rodziną przetrwał pobyt w ZSRR jest dla nas szczególnym dokumentem.

Wywózka Polaków z naszej kolonii zaczęła się około trzeciej nad ranem. Była to praktycznie ciemna noc i pierwszy transport w historii masowych deportacji XX wieku na tereny imperium radzieckiego. Ludzie byli całkowicie zaskoczeni, bo niczego nie podejrzewali. Do naszego gospodarstwa przyjechał zespół NKWD składający się z kilku Białorusinów i jednego Rosjanina.

Mama od momentu wtargnięcia obcych cały czas płakała. Nie pamiętam czy na osobę czy na rodzinę można było zabrać 2 pudy bagażu, czyli około 16 kg. Rodzice wzięli o wiele więcej, a było to możliwe tylko dlatego, że trafił się im stosunkowo dobry Rosjanin. Gdy zobaczył stojący na płycie kuchennej czajnik, dał matce do zapakowania. Mama odpowiedziała, że jest dziurawy, ale on uparcie jej go dawał mówiąc „ bieriprigaditsja”. Wynika z tego, że doskonale wiedział, jaki los czeka wysiedlanych. Na sanie spakowano pierzyny, ubrania, żywność i zawieziono nas na stację kolejową gdzie już stał pod-stawiony pociąg. Miałem wtedy 9 lat i nie na wszystkie szczegóły zwracałem uwagę. Pamiętam, że wagony zaopatrzone były w prycze, ale trzeba było je jeszcze posprzątać i wyczyścić, bo poprzednio przewożono nim bydło oraz wyrąbać dziurę na toaletę.

Zimy w naszych okolicach zawsze były mroźne i obfite w śnieg, ale ta w 1940 roku była wyjątkowo sroga, jakby nam na złość. Byliśmy ciepło ubrani, ale i tak dotkliwie odczuwaliśmy chłód. Na stacji


zastaliśmy już bardzo dużo ludzi. Zabierali całe rodziny leśniczych, gajowych, policjantów i osadników wojskowych. Wszyscy wchodzili do wagonów dobrowolni e, bo nikt nie chciał ryzykować pozostawienia swoich bliskich. Nie pamiętam czy odbywało się to według listy, czy kolejności przyjazdu na stację, ale biorąc pod uwagę, że nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu z żadnym z mieszkańców naszej osady wynika, że umieszczano nas wg listy. W wagonie było bardzo ciasno, ale udało nam się ulokować na pryczy. Gdy zakończył się proceder załadunku, drzwi zostały zaplombowane, wartownicy zajęli swoje miejsca po obu stronach każdego wagonu i skład ruszył. Nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy, tata powie-dział tylko, że gdzieś do Rosji.

Jechaliśmy około dwa tygodnie, dni upływały monotonnie. Każdego dnia pociąg się zatrzymywał i z wagonu wychodziła jedna osoba, która z wiaderkiem szła po wodę. Musiała nam ona wystarczyć, bo poza wodą zazwyczaj nic nie dostawaliśmy. Od czasu do czasu mogliśmy liczyć na niewielką ilość suchego chleba i herbatę. Przez cały czas podróży odczuwaliśmy zimno, w naszym wagonie nie było żadnego piecyka, który mógłby nieco ogrzać nasze skostniałe od chłodu ciała. Niejednokrotnie zdarzało się przymarznąć do ściany wagonu.

Pod koniec lutego 1940 roku dojechaliśmy do Archangielska. Podczas tej podróży nikt z naszego wagonu nie próbował ucieka ć, podobnie jak nikt nie zmarł. Jednak na jednym z postojów zauważyłem, że wyniesiono ciało dorosłej osoby i zostawiono je na ziemi. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, bo po prostu tego nie rozumiałem.

Na stacji kolejowej czekały już na nas podwody, czyli konie z saniami oraz samochody ciężarowe nakryte plandekami. Ale zanim rozpoczęła się dalsza podróż, obowiązkowo musieliśmy skorzystać z łaźni, a nasze ubrania zostały poddane procesowi odwszawiania. Na samym końcu dostaliśmy po misce zupy. Nieco nas ona rozgrzała, bo było bardzo zimno. Jechaliśmy samochodem, jazda była niesłychanie uciążliwa. Ścisk ludzkich ciał i wszelkie niedogodności związane z podróżą i niepewnością nie były nam obce od czasu, kiedy musieliśmy opuścić nasze bezpieczne domy, ale spaliny, które dostawał y się do wnętrza spowodowały, że prawie wszyscy odczuwaliśmy silne bóle głowy i mdłości. Po około 200 km, wysadzono nas w miejscowości Kargowina. Pasiołek ten, dziś jest to wieś w obwodzie archangielskim, od wielu lat wykorzystywano jako obóz pracy przymusowej. Poprzedni j ego mieszkańcy, czyli więźniowie zostali przeniesieni w inne miejsce, a nam kazano się tutaj rozlokować. Nazwę Kargowina jak się wkrótce dowiedzieliśmy tłumaczono jako miejsce kary za winę.

Teren łagru otoczony był lasem ale nie był ogrodzony, składał się z jednego wielkiego drewnianego baraku i kilku mniejszych. Nadzorowany był przez NKWD. Nie musiał być ogrodzony, bo otaczający las był tak potężny, że żadnemu myślącemu człowiekowi choćby nie wiem jak był zdeterminowany do głowy nie przyszło, aby podjąć prób ę ucieczki, bo takowej nie było. Chyba, że ktoś chciał podjąć prób ę samobójczą. Ponadto między drzewami wiły się różnej szerokości dopływy rzeki Dwiny, a zdradliwie zarośnięte bagna miały po 3-4 metry głębokości.

Zasiedlanie łagru odbywało się według przygotowanej listy, funkcjonariusz wyczytywał nazwisko i wskazywał barak. Trafiliśmy do domku z trzema pokojami. W każdym z nich zamieszkała jedna rodzina. Dużym udogodnieniem były znajdujące się w zajmowanych pomieszczeniach kuchnie, na których można było przygotowywać posiłki.

Po przyjeździe było chyba kilka dni wolnych a później zaczęła się dla nas wszystkich ciężka praca. Początkowo traktowany byłem jako dziecko i do momentu ataku Niemców na ZSRR chodziłem do szkoły. Dzieci w wieku przed-szkolnym pozostawały pod opieką starszych na terenie obozu.

Na śniadanie dostawaliśmy w miejscowej stołówce wodę, przynosiliśmy ją do swojego domku i z przydziałowego chleba przygotowywało się posiłek. Chleb otrzymywaliśmy na kartki, pracujący po 600 g, a dzieci po 200 g. I po takim posiłku wyruszało się do pracy niosąc ze sobą łomy do wykuwania z zamarzniętych w lodzie niespławionych kłód, które następnie były składane i wywożone na brzeg rzeki.

Wracaliśmy do obozu, gdy było ciemno i pierwsze kroki zazwyczaj kierowaliśmy do stołówki po przydziałową, bardzo rzadziutką zupę. Potem było trochę wolnego czasu na rozmowy, zabawy z rówieśnikami, sen i tak kolejne dni upływały. Od czasu do czasu, gdy udało się nam wykonać nieco planu ponad normę mogliśmy liczyć na drugie danie, którym była kasza czym ś tam okraszona. Mięso końskie mogło znaleźć się w zupie lub w kaszy, ale tylko wtedy, gdy jakiś koń zakończył swój ciężki żywot.

Nie odczuwałem zbytnio strachu przed warunkami, w których przyszło mi żyć, bo cały czas przebywałem w otoczeniu osób mi bliskich i kochających. Różnica wieku między moim starszym rodzeństwem była na tyle duża, że oni także starali się, aby mi niczego nie brakowało. Do czasu deportacji nie znałem na pewno wesz i pluskiew, które nie tylko mi strasz nie dokuczały, chociaż mama bardzo się starała abym miał włosy bez insektów. Pluskwy zadomowiły się nie tylko w barakach, ale atakowały nas nawet w lesie, bo siedziały pod korą drzew.

Stosunki między naszą rodziną a pilnującymi nas funkcjonariuszami nie należały chyba do złych jeśli ojciec mógł pozwoli ć sobie na wyrażanie swoich opinii na temat dalszego przebiegu II wojny. Udowadniał jednemu z enkawudzistów, że Niemcy też uderzą na ZSRR. Dla Rosjanina było to niepojęte, pytał ojca skąd to wie? Ten odpowiedział krótko, bo znam swoich sąsiadów. Gdy rzeczywiście słowa ojca się sprawdziły, wartownik przed wyruszeniem na front przyznał ojcu rację i pożegnał się z nim.

Do wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej w czerwcu 1941 roku, wegetowaliśmy w tych skrajnych warunkach, jakoś sobie poukładaliśmy nasze myśli i pogodziliśmy z zastanym porządkiem, bo nie było żadnej nadziei, że coś się zmieni. Ale trudne chwile miały dopiero nadejść. Najgorzej żyło się nam w okresie 1942-1943 roku ze względu na panujący głód. Latem było nieco łatwiej zdobyć coś do jedzenia, bo w tajdze rosło np. bardzo dużo jagód i z każdego zbioru niewielkie ilości mama mogła ususzyć. Na pokrzywy nie mogliśmy liczyć, bo w promieniu kilku kilometrów były zerwane. Gdy nadchodziła jesień zbieraliśmy żurawinę, która po kiszeniu była dla nas zim ą źródłem witamin oraz różne grzyby. Do przygotowywania suszu zrobiłem z cegły niewielki piecyk. Paliło się w jego wnętrzu drzewem i gdy tylko pozostawał żar wkładało się do niego blachę z owocami lub grzybami. Innym sposobem pozyskania czegoś do jedzenia był handel wymienny, mama chodziła do wsi i w zamian za jakąś odzież przynosiła mąkę, kaszę, coś z nabiału. Próbowaliśmy z bratem od czasu do czasu założyć jakieś wnyki, podkradać jaja ptakom i polować na nie. W pobliżu przepływała rzeka, z której łowiono ryby. Zamarzyłem sobie wzbogacenie naszej skromnej diety o posiłek rybny. Oczyma wyobraźni widziałem już zadowoloną minę moich najbliższych, gdy przyniosę taką zdobycz. Ale na marzeniu się skończyło, bo ja nie miałem szczęścia. Razem z kolegą mieliśmy jednakowe wędki, bo sami je zrobiliśmy, co on zarzucił wędkę to wyciągał rybę a ja nic i nic. Zamieniliśmy się wędkami i on ponownie wyciągał ryby a ja nie. Sytuacja ta bardzo mnie sfrustrowała i kolejny raz na wędkowanie już nie poszedłem.

W tym okresie głodu, kiedy umierało bardzo dużo osób, dotarł do nasze-go obozu transport rosyjskich inwalidów przywieziony z frontu. W przeciągu dwóch tygodni wszyscy z nich zmarli i musiano ich pochować.

Oprócz głodu, dotkliwie odczuwaliśmy także brak obuwia. Do pracy w lesie dostawaliśmy kufajkę i spodnie, ale przydział na walonki był niewielki i nie dla wszystkich wystarczał. Ratowaliśmy się na różne sposoby, najczęściej wykorzystywaliśmy gruby materiał i z niego robiliśmy onuce, na nie nakładaliśmy plecione ze sznurka łapcie, które zawiązywało się pod kolanem. Niektórzy wsadzali jeszcze tak obutą nogę do wiadra z wodą i gdy ona zamarzła tworzyła się dość dobra warstwa izolująca. Prawdopodobnie w nogi było ciepło.

Po 3 latach przewieziono nas w głąb tajgi do Szengen, do innego obozu, odległego od Kargowiny o około 18 km, prawdopodobnie za jakieś przewinie-nie dokonane przez naszego ojca. Obozowe baraki leżały nad rzeką Szenga. Za łapówkę w postaci skarpetek udało się nam zamieszkać w drewnianym domku a nie wielkim baraku. W naszym położeniu nic się nie zmieniło, nadal praca była ciężka, warunki atmosferyczne niesprzyjające a ilość pożywienia niewielka. To wszystko powodowało, że wiele z osób, które przybyły z naszym transportem zachorowało i zmarło. Po jednej z epidemii malarii obowiązkowo musieliśmy zażywać chininę.

Zimą pracowaliśmy przy wyrębie tajgi. Bardzo często musieliśmy z piłami i siekierami przebrnąć przez śnieg kilka kilometrów. Kobiety obcinały konary z drzew ściętych przez mężczyzn, a młodzież odrąbywała mniejsze gałęzie i je paliła. Musieliśmy uważać, aby podczas gdy płonęło wielkie ognisko nie podchodzić zbyt blisko do ognia, bo strzelające na odległość kilkudziesięciu centymetrów pod wpływem temperatury jodłowe gałązki mogły nas poparzyć. Gdy uporano się ze ścięciem drzew należało je pociąć na mniejsze odcinki (1,4,6 metrowe) i przetransportować nad brzeg rzeki. Z cienkich drzew robiono szyny i po nich ciągnięto te kłody lub pakowano na specjalnie przystosowane do transportu wagoniki. Koni było niewiele dlatego musieliśmy sobie sami radzić. Gdy była możliwość wykorzystywaliśmy wzniesienia, aby te pnie toczyć z górki. Na brzegu rzeki bale wiązano linami lub łańcuchami w większe pęczki i pozostawiano do wiosennych roztopów. Rozlewająca się szeroko woda pozwalała na łączenie pływających pakietów w jeszcze większe pęczki tzw. bukszirki, które następnie zaczepiano do holownika i płynęły Dwiną do Archangielska. Prawdopodobnie wykorzystywane były do budowy schronów. Długo w lesie nie pracowałem, bo przeniesiono mnie do stolarni, w której zajmowałem się reperacją połamanych i zniszczonych sań.

Latem w tajdze nie prowadzono wyrębu, ale wciąż musieliśmy w niej pracować np. musieliśmy nazbierać określony kontyngent jagód. W obronie przed uciążliwymi meszkami i komarami wchodząc do lasu nakładaliśmy na twarz tzw. nakomarniki, taki worek, który z przodu zaopatrzony był w siatkę podobną do tej, którą używają pszczelarze. Nie baliśmy się chodzić po lesie, chociaż raz spotkałem niedźwiedzicę z małym, ale dzięki Bogu nie zauważyła mnie i dlatego żyję.
Na wiosnę 1944 roku nasz los się nieco poprawił. Przede wszystkim dostaliśmy amerykańską zapomogę żywnościową, a ja zapamiętałem z niej smak czekolady i gumy do żucia. Oprócz jedzenia w paczkach przeznaczonych dla rodzin znajdowały się ubrania czyli wojskowe buty, bluzy, bielizna. Wkrótce też siostra znalazła zatrudnienie w kuchni i od czasu do czasu mogliśmy otrzymać nieco gęściejszą zupę.

Informacja o możliwości zaciągnięcia się do armii Andersa nie dotarła do nas, ale gdy tworzono armię Berlinga ojciec został do niej wcielony. Brat, który nie podlegał poborowi tak że chciał wyruszyć na wojnę. Wiem, że stawił się na komisji wojskowej i podał nieprawdziwe dane. Od tamtego czasu w jego dokumentach widniał rok urodzenia 1924 a nie 1925. Mama jak każda matka i żona bardzo płakała i przeżywała rozstanie. Później już nie pokazywała tego po sobie, ale żyła w wiecznym strachu, czy nie otrzyma z frontu złych wiadomości.

W obozie zostaliśmy we trójkę, mama, siostra i ja. Długo jednak tam nie pozostaliśmy, gdyż przyszła decyzja o naszym wyjeździe na Ukrainę. Zamieszkaliśmy w sowchozie około 100 km od Charkowa. Zakwaterowano nas wraz z innymi Polkami w dużym budynku. Każdy zajął niewielki skrawek podłogi. Tutaj nie było rarytasów, ale głód nie wyniszczał naszych organizmów. Gdy brakło pszenicy na chleb to pieczono go z prosa. Kołchoźnicy mogli mieć swój inwentarz, najczęściej była to krowa, posiadali działki, na których uprawiali warzywa i nadal mógł kwitnąc handel wymienny.

Mama z siostrą pracowały na miejscu w sowchozie, a ja w warsztacie. Przygotowywaliśmy maszyny do prac polowych i usuwaliśmy usterki. Plony na polach należących do sowchozu były słabe, ale wynikało to z nieumiejętnego uprawiania tych ziem. Siano przede wszystkim pszenice, żyto i proso.

Z frontu rzadko przychodziły listy, w jednym z nich tato pisał, że walki pod Lenino były bardzo ciężkie, że zginęło bardzo dużo Polaków. Im udało się przeżyć i Lenino i cały szlak bojowy. Dotarli aż do Berlina. Ojciec służył w brygadzie artylerii chyba w stopniu kaprala, a brat był w łączności kablowej i tylko on z wojny w swojej głowie wyniósł odłamki. Nie służyli razem, ale wiem, że czasami się spotykali. Ojciec z wielkim oburzeniem i wzruszeniem wspominał, że musieli stać przed Wisłą i nie pozwolono żołnierzom przystąpić do walki, kiedy wykrwawiali się powstańcy warszawscy.

W 1946 roku pojawiła się możliwość naszego powrotu do kraju. Jego warunkiem jednak było udowodnienie, że się jest Polakiem. Rodzice podczas pakowania się zabrali nieco dokumentów, między innymi znalazła się opłata podatku potwierdzona przez sołtysa. Nie wszyscy mieli dokumenty, ale części Polakom udało się wyjechać dzięki małym oszustwom, które polegały na tworzeniu fikcyjnych zaświadczeń. Kopiowym ołówkiem pisało się treść i podbijało pieczątką wykonaną z ugotowanego białka jaja. W świetle 17 września 1939 roku, nie wiem czy nasze działanie można nazwać niemoralnym? Po zakończeniu wojny okazało się, że bracia i siostra mojego ojca nie uniknęli tułaczego losu, służby NKWD zapukały równie ż do ich drzwi.

Wracaliśmy do Polski zimową porą, kierowcą samochodu była kobieta. Nasz pojazd do najsprawniejszych nie należał, wciąż coś skrzypiało i jechało się z wielkim trudem. Gdy odmówił posłuszeństwa nasza pani dosyć sprawnie wyjęła spod silnika jakieś podkładki, aby zmniejszyć luz i dalsza droga do najbliższej stacji kolejowej odbyła się już bez żadnych kłopotów. Spotkanie z ojcem i bratem nastąpiło w Białej Podlaskiej i dla naszej rodziny rozpoczął się nowy etap życia.


/Źródło: Zesłaniec, Numer 66 (2016)/

RELACJE Z ZESŁANIA

By czas nie zatarł śladów naszych do świadczeń syberyjskich od wieków najdawniejszych aż po okres drugiej wojny światowej oraz w pierwszych latach po jej zakończeniu, a pamięć o tym trwała, redakcja „Zesłańca” postanowiła utworzyć nowy dział poświęcony tej problematyce. Spełniamy tym samym prośby wielu Czytelników, którzy przysyłaj ą propozycje dotyczące publikowania swoich zesłańczych wspomnień, powołując się na zeszyt „Zesłańca” po święcony Matkom Sybiraczkom, który spotkał się z wielkim zainteresowaniem.

Dział „Relacje z zesłania”, nawiązuje do serii „Biblioteka Zesłańca”, ukazującej się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym oraz serii pod nazwą „Wspomnienia Sybiraków”, wydawanej w poprzednich latach przez Komisję Historyczną Zarządu Główne-go Związku Sybiraków pod red. nieodżałowanej pamięci Janusza Przewłockiego, pomysłodawcy tego działu w naszym piśmie. Zesłańcze wspomnienia wydawane były także w poczytnej serii „Tak było... Sybiracy”, realizowanej przez Oddział Związku Sybiraków w Krakowie, pod red. Aleksandry Szemioth. Obecnie zesłańcze relacje drukuje też rocznik „My Sybiracy” wydawany przez Oddział Związku Sybiraków w Łodzi.

Mamy nadzieję, że przez taki zabieg edytorski wzbogacamy naszą historiografię o cenne źródła dotyczące deportacji Polaków na Syberię, do Kazachstanu, na Daleki Wschód i w inne rejony Związku Radzieckiego. (red.)







♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękujemy za czas, który poświęciłeś, aby być tu z nami.
Mamy nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.