♦DANE INFORMACYJNE♦




Związek Sybiraków
Koło Terenowe w Lubaczowie

ul. Słowackiego 34a
37-600 LUBACZÓW
/budynek Spółdzielni Mieszkaniowej/

DYŻURY

w czwartek od godz. 11:00 do 12:00

sybiracy.lubaczow@gmail.com


Translate

Szukaj na tym blogu




Do Młodych!

Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się
od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

.

środa, 8 lutego 2017

Moje przeżycia niewolnicze - Maria Nowodorsk



                        Moje przeżycia niewolnicze - Maria Nowodorsk

Mieszkałam z rodzicami i rodzeństwem w miasteczku Dryświaty (obecnie Białoruś). Moja rodzina składała się z siedmiu osób: ojciec Antoni, mama Józefa, siostry: Weronika, Stefania, najmłodsza Reginka, brat Piotr i ja Maria. Mieliśmy niedużą gospodarkę. 10 lutego 1940 roku, o godzinie 6-ej rano, ojciec z latarnią wyszedł do obory nakarmić inwentarz. Mama rozczyniała chleb. My dzieci jeszcze spaliśmy. Dwaj uzbrojeni rosyjscy żołnierze spotkali ojca i kazali wrócić do domu. Nas dzieci obudzili każąc usiąść przy stole. W tym czasie zrobili przeszukanie mieszkania. Potem wydali rozkaz: „zbierajcie się prędko, pojedziecie do drugiego województwa”. Zaczęliśmy płakać i prosić: „zostawcie nas na miejscu, zabijcie w swoim domu”. Oni krzyczeli: „prędzej zbierajcie się!”

Kazali ojcu zaprzęgać konie. Była zima, załadowali nas do sań. Wzięliśmy, co było pod ręką. Trochę mąki, kaszy oraz ubrania. Ojciec zabił świniaka, a mięso włożył do worka. Wykonywał to pod karabinem i pod strachem. Płacz, lament okropny. Zostawiona gospodarka. Dołączyli nas do innych sań i wieźli do najbliższej stacji. Mróz był okropny. Gdy zapadł zmierzch, nocowaliśmy w szkole. Leżeliśmy na podłodze. Było bardzo zimno. Rano odwieźli nas do pociągu i zamknięto w bydlęcych wagonach. Wkrótce pociąg ruszył. Płacz, rozpacz, e wiozą na stracenie, na śmierć. Miałam siedemnaście lat. W wagonach były prycze, a na środku żelazny piecyk do ogrzewania. Byliśmy głodni i chłodni. W deskach na podłodze znajdował się otwór, który służył do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Zakratowane, małe okienko, ciemno. Pociąg zatrzymywał się rzadko. Rosjanie z karabinami otwierali wagony i 



krzyczeli: „po wodę, po węgiel!”, albo do załatwiania się pod wagonami.

Jechaliśmy tym pociągiem przez miesiąc lub dłużej, nie pamiętam. Pociąg był długi i miał chyba z siedemdziesiąt wagonów. Nie pamiętam do jakiego miasta dojechaliśmy. Tam czekały na nas ciężarowe samochody. Przesiedliśmy się do nich. Tu było okropnie. Jazda pod gołym niebem, zimno, strasznie trzęsło. Czekaliśmy śmierci. Nie wiem ile dni nas wieźli. Ojciec upadł wysiadając z wagonu, od-cięło mu palce prawej ręki. Dojechaliśmy do syberyjskiej tajgi, gdzie przetransportowano nas na sanie ciągnione przez konie. Wszyscy czekamy godziny śmierci. Nie pamiętam kiedy przywieźli nas na miejsce, czy w końcu marca, czy te w kwietniu. Tu czekały na nas długie baraki, a wewnątrz podwójne prycze.

Nadeszła wiosna, było cieplej. Wychodziliśmy z baraków pod karabina-mi. Nie można było rozmawiać gdy było się w grupie. Rozdzielono nas do pracy w lesie. Mężczyźni ścinali drzewa, a my dziewczynki zbierałyśmy gałęzie i paliłyśmy ogniska. Ta praca była z dala od rodzin i baraku. Mnie z kilkoma dziewczynkami wysłano do pracy do baraku, w którym przebywali mężczyźni. Zobaczyłyśmy jak tam strasznie. Karaluchy chodziły po stole i po całym bara-ku. Stół zbity z desek. Na nim stało wiadro z gotowaną wodą Zaczęłyśmy się bać i bardzo płakać. Zabrali nas i więcej tu nie wróciłyśmy.

W lecie robiliśmy drogę, wyrywaliśmy ogromne drzewa z korzeniami i taczkami woziliśmy ziemię. Muchy i komary ciągle nam dokuczały. Było bardzo cię ko. Zimą drogą tę polewano wodą, aby była śliska bowiem zwo ono nią kłody drzew na brzeg rzeki, którą je spławiano. Tak pracowaliśmy przez dwie zimy, podczas których nie oszczędzano nawet dzieci zmuszanych do odgarniania śniegu z tej drogi. Mój brat i jego koledzy karczowali drzewa w lesie. Kiedyś spadająca gałąź rozcięła mu czoło. Widziałam jak na saniach zalanego krwią powieźli do szpitala. Mróz był okropny. Innym razem kazali mu wywozić zaprzęgiem konnym wielkie kłody z lasu. Nie zgodził się. Siedział w areszcie pięć dni o głodzie i chłodzie. Nie mógł tego prze yć, więc z kolegami postano-wili opuścić syberyjską tajgę i udać się na południe. I tam gdzieś w jakimś kołchozie zginął. W pierwszym roku zesłania chorowała i umarła najmłodsza siostrzyczka Renia mając dziewięć lat. Tak straciłam brata i siostrę.

Przez pewien czas pracowałam w tartaku, gdzie uległam wypadkowi. Spadająca belka wybiła mi zęby i pokaleczyła twarz a wskutek uderzenia straci-łam słuch. Do dziś na jedno ucho nie słyszę wcale. Wypadek miał miejsce pod-czas pracy na nocnej zmianie. Zimno było okropnie. Z tartaku odwieziono mnie do baraku. Miałam opuchniętą twarz, i mimo doznanych urazów rano musiałam iść do pracy. Miałam wówczas siedemnaście lat.

Po dwóch latach pobytu w tajdze przewieźli nas do sierocińca w okolice Nowosybirska, gdzie pracowaliśmy w polu. Oraliśmy wołami, natomiast wozem zaprzężonym w byki razem z koleżanką woziłyśmy z magazynu chleb dla robotników. Dawało to okazję do „skombinowania” bochenka by zaspokoić głód. Byczek powoli ciągnął wóz, droga się dłużyła, więc i starczało czasu do zjedzenia zdobytego w ten sposób chleba. W pracy byłam zaradna i sprytna, lubiana przez gospodarza i dyrektora sierocińca. Pamiętam te taką okoliczność, e pewna Rosjanka nie dowiozła chleba do pracujących w polu. Przez trzy dni doskwierał nam głód, gotowaliśmy wodę z pokrzywą lub z lebiodą tracąc siły. By ratować sytuację wysłano mnie do sierocińca po pożywienie. Nie wiem, gdzie była moja odwaga – poruszać się sama przez dziki las. Tu, gdzie nas przywieźli, pracowaliśmy w polu, kosiliśmy zboże, trawę, kopaliśmy ziemniaki. Rosjanin nadzorujący te prace wysyłał Polki do załatwiania różnych spraw i był z nas zadowolony. Byłam „mężczyzną, koniem i wołem”. Ciągle jednak byłyśmy głodne. Na wiosnę szukano kłosów na kołchozowych polach i kiedyś za-truliśmy się tym ziarnem, piana i krew ciekły nam z ust. Zabrano mnie do szpitala, byłam, nieprzytomna i słaba. Tam odwiedzała mnie mama i przynosiła swój kawałeczek chleba.

W czterdziestym piątym roku życia, po ciężkiej chorobie i niewolniczym życiu, bez pomocy lekarskiej umarła ukochana mama. Do końca była przytomna, prosiła, żeby zająć się młodszą siostrą. Kosiłam z koleżanka trawę na bagnach dla Rosjanek, żeby zarobić na pół litra mleka dla chorej mamy. Głód i upał ciągle nam dokuczał od rana do wieczora. Komary gryzły bez litości. Zostawiliśmy na obcej ziemi Mamę, siostrę i brata.„On jeszcze młody był i życiem rad, a musiał iść do grobu, pożegnać słońce, świat”.

Gdy wracaliśmy po pracy do baraku czekaliśmy na wiadomości z kraju odnośnie zakończenia wojny. Nareszcie, rano dziewiątego maja słyszymy wycie syren, nie wiemy co się dzieje. Rok 1945. Jesteśmy daleko od rodzin, na polu. Przyszedł gospodarz i oznajmił: „nie wiecie, e koniec wojny”. Ile było radości, płaczu, całowaliśmy ziemię. Ten dzień był dniem wolnym od pracy. Co za radość nie do pojęcia. Niebawem rozpoczęły się przygotowywania do opuszczenia ziemi zesłania. Z sąsiednich posiołków zwożono polskie rodziny. Potem ciężarówkami dowieźli nas do najbliższej stacji, gdzie kompletowano pociągi do odjazdu. Wzięłam trochę ziemi z grobu mamy. Do pociągu wsiedliśmy: ja, ojciec, siostra Weronika i Stefcia. Na miejsce do Polski dojechaliśmy ju we trójkę. Starsza siostra Weronika została na terenie Rosji, odeszła z rosyjskim wojskowym. Ojciec rzucił się pod pociąg, ale go uratowano. Tak bardzo prze żył decyzję starszej córki.

Wróciliśmy do Polski na obcy teren, gdzie jako najstarsza z dzieci zajmowałam się osiemdziesięcioletnim ojcem i piętnastoletnią siostrą. Zamieszkaliśmy na terenie tzw. Ziem Odzyskanych – na Mazurach, w domku poniemieckim, który opuścili właściciele. Tu poznałam męża, równie pochodzącego z dawnych terenów wschodnich (dzisiejsza Ukraina). Zaczynaliśmy życie od zera. Na obcej ziemi, bez pomocy rodziny, krewnych i znajomych. Urodziłam dwójkę dzieci, które wychowałam i nie było z nimi żadnych kłopotów. Pomaga-łam w wychowywaniu wnuków, którymi bardzo się cieszyłam. Przeszłam wiele chorób po wycieńczonym na Syberii organizmie: utrata słuchu w jednym uchu,anemie, operacje, kłopoty z sercem i silna nerwica. Nie załamałam się. Do ni-kogo nie miałam pretensji. Nikogo nie oskarżałam o mój los. Dzięki silnemu charakterowi i opatrzności Bo ej udało mi się prze żyć trudne chwile i cię kie choroby. Jeśli było trzeba pomagałam te innym ludziom. Moją pasją była przyroda. Sadziłam kwiaty, warzywa, krzewy. Wszystkie wolne chwile poświęca-łam pracy w ogródku. Sąsiedzi i obcy ludzie podziwiali jej efekty.


*
Mama moja, Maria Nowodworska z domu Gibowska, urodziła się w 1923 roku w Dryświatach, powiat Brasław (obecnie Białoruś). Mieszkała tam razem z rodzicami: mamą Józefą i ojcem Antonim oraz z czwórką rodzeństwa: Weroniką, Stefanią, Reginą i Piotrem. Mieli własne gospodarstwo, na którym pracowali. 10 lutego 1940 roku zostali wywiezieni całą rodziną na Syberię. Tam przebywali do zakończenia wojny. Na Syberii umarła Jej Mama i najmłodsza siostra Regina. Najstarsza Weronika została na terenie ZSRR, gdzie poznała przyszłego męża.

Z zesłania powrócili do kraju w trójkę (Mama, Jej siostra Stefania i Ojciec Anto-ni). Najpierw przywieziono ich do Szczecinka. Zarejestrowano w punkcie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Dębnie. W Szczecinku rozpoczęła pracę w fabryce. Po kilku miesiącach wyjechali na tereny tzw. Ziem Odzyskanych do Kętrzyna. To był ostatni etap ich podróży. Zamieszkała w poniemieckim domu razem z mężem Piotrem, którego losy wojenne równie rzuciły na te tereny. Mieszkała tam do końca życia. Zajmowała się prowadzeniem gospodarstwa i wychowywaniem dwójki dzieci oraz wnuków. Ko-chała przyrodę. Pracowała w ogródku, gdzie sadziła kwiaty, warzywa, krzewy. To da-wała Jej ogromną satysfakcję. Tu zapominała o swoim losie i chorobach, związanych z wycieńczeniem organizmu na Syberii.

Mama była dzielna, nigdy nie narzekała. Do końca życia aktywna, oddana rodzinie i znajomym. W 2008 roku obchodziła z mężem uroczystość związaną z długoletnim pożyciem małżeńskim (60 lat), za które zostali odznaczeni medalem przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Zmarła 16 listopada 20909 r. w Kętrzynie, i tam została pochowana.

Córka Krystyna

/Źródło: Zesłaniec/


♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękujemy za czas, który poświęciłeś, aby być tu z nami.
Mamy nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.