♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

czwartek, 26 stycznia 2017

Wspomnienia Sybiraczki - Nadzieja Bobrowko-Alter


   


                     Wspomnienia Sybiraczki - Nadzieja Bobrowko-Alter

Nazywam się Nadzieja ALTER z domu BOBROWKO. Urodziłam się 26 marca 1921 r. w Iwkach pow. mołodecznieński, woj. wileńskie (7 km na zachód od granicy polsko-radzieckiej sprzed II wojny światowej).
Mój Ojciec Antoni Bobrowko, z zawodu elektryk, do 1925 r. pracował w szkole w Krasnem jako nauczyciel matematyki.
W 1928 r. przyjechałam z Mamą i młodszą siostrą do Łodzi i rozpoczęłam naukę w szkole podstawowej. Następnie ukończyłam prywatne Gimnazjum pani Adeli Skrzypkowskiej – byłej sekretarki Marszałka Józefa Piłsudskiego, który w latach 1905–1907 działał w Łodzi w PPS. W 1939 r. zaczęłam naukę w liceum w tejże szkole, lecz okupanci zamknęli szybko szkoły.
W szkole średniej wykazywałam zdolności do nauk ścisłych, a szczególnie do matema-tyki. Potrafiłam logicznie myśleć. Nie miałam zdolności do pisania wierszy, nie prowadziłam pamiętnika, jak inne koleżanki. Lubiłam czytać książki, szczególnie interesowała mnie historia i geografia, stąd lubiłam czytać książki historyczne i podróżnicze. Uwielbiałam podróżować palcem po mapie, lecz nigdy nie przypuszczałam, że odbędę tak daleką podróż, jaką mi życie i „przyjaciele” zafundowali. Marząc o podróży, nigdy nie sądziłam, że może być ona wbrew własnej woli i w niewiadomym kierunku.
Przez 5 lat okupacji niemieckiej bałam się najpierw wywiezienia do Niemiec, a był również czas, że mogłam powędrować do obozu koncentracyjnego.
Okres okupacji uniemożliwił mi ukończenie szkoły średniej. Początkowo nie pracowałam, chciałam najpierw zdobyć jakiś zawód. Uczęszczałam na komplety i w ten sposób ukończyłam technikum 



geodezyjne, a potem, pracując, chciałam jeszcze zaliczyć medyczne. Pracę udało mi się dostać dzięki koleżankom – ewangeliczkom, z którymi chodziłam przed wojną do szkoły średniej. Była to praca w biurze geodezyjnym w Łodzi w charakterze kreślarki, a po pewnym czasie w charakterze technika geodezyjnego. Miałam dostęp do map, a znajomy – Teodor Żurawlew – łodzianin (bratanek profesora muzyki i pianisty Jerzego Żurawlewa z Warszawy) namówił mnie do współpracy tj. do przekazywania fotokopii map terenów leśnych z terytorium przede wszystkim przyłączonego do Reichu. Nigdy nie powiedział dla kogo pracuje, sam znał bowiem tylko jedną osobę, z którą się kontaktował. Takie były zasady konspiracji: im mniej się wiedziało – tym lepiej i bezpieczniej. Zdawałam sobie sprawę, że muszę być bardzo ostrożna, nie może być żadnych znaków, skąd pochodzą te mapy i jakiego terenu do-tyczą. Większy teren leśny był dzielony na dwa lub cztery kawałki. Żyłam w ciągłym strachu. Uspokoiłam się dopiero, gdy byłam wysłana 1 VIII 1944 r. z miejsca pracy na kopanie okopów między Aleksandrowem Kujawskim a Piłą. 15 października wróciłam do Łodzi z powodu wysokiej temperatury, z rozpoznaniem kamicy nerkowej. Po dłuższym zwolnieniu lekarskim wypisano mnie do pracy, lecz nie na długo. Już w pierwszych dniach stycznia 1945 r. Niemcy uciekali z Łodzi. Biuro moje zamknięto, a nam pracownikom kazano zgłosić się do Arbeitsamtu. Oczywiście nikt się nie zgłosił, ale każdy bał się pokazać na ulicy.
W dniu 19 stycznia 1945 r. do Łodzi wkroczyły wojska radzieckie i polskie. W miesiącu lutym zaczęły się aresztowania. 13 lutego aresztowano moją koleżankę z pracy, Irenę Lisowską, po mnie przyszli enkawudziści 27 lutego, a 26 marca odszedł z nami z Łodzi transport samochodami ciężarowymi do Warszawy, a dalej w wagonach towarowych na Wschód. Zostałam internowana do ZSRR, gdzie po długim, męczącym śledztwie przerzucana byłam z więzienia do więzienia, z obozu pracy do innego obozu karnego. W trzecim roku deportacji, bez przewodu sądowego – 11 listopada 1947 r. w więzieniu w Swierdłowsku na Uralu odczytano mi wydany przez specjalną Komisję w Moskwie, zgodnie z osławionymi artykułami 58-3 i 58-11 wyrok: 5 lat pozbawienia wolności.
Po odbyciu tej kary, myślałam, że wrócę do Polski. Tymczasem internowano mnie do Krasnojarskiego Kraju, bez określenia czasu pobytu.
Była to dla mnie trudna szkoła życia. Wiele przeżyłam, wiele widziałam i wiele się nau-czyłam. Było ciężko, bardzo ciężko, ale nie winię za to ani ludzi radzieckich – tubylców Uralu i Syberii, gdzie najdłużej przebywałam, ani nawet nadzoru więziennego i łagrowego, a tym bardziej ziemi, nazwanej przez kogoś bez zastanowienia „nieludzką”. Określenie to szybko przyjęło się, przeważnie wśród polityków, szczególnie tych wrogo nastawionych do ludzi zamieszkujących tereny na wschód od Bugu. Co im zawiniła ziemia tak wielkiego kontynentu, o tak zróżnicowanym klimacie, która przecież jak w każdym zakątku kuli ziemskiej jest piękna! Wystarczy tylko trochę wyczucia piękna i nieco wrażliwości.
Przemierzyłam Ural, Mordwińską ASSR i Syberię aż do Bajkału, a mojego późniejszego męża, dr med. Leopolda Altera, którego poznałam w Irkucku na Syberii, los rzucił na Daleki Wschód do Magadanu, gdzie był ponad 8 lat. Następnie był na Płaskowyżu Sajanów, a potem już razem byliśmy na zesłaniu w Krasnojarskim Kraju. Byliśmy tam wbrew własnej woli. Wi-dzieliśmy Syberię nie tylko z platform wagonów towarowych tzw. lor, czy przez szpary wa-gonów bydlęcych, strzeżonych przez żołnierzy NKWD.
Żyliśmy tam i pracowaliśmy. A praca? Praca niepomiernie ciężka, bardzo wyczerpująca, zwłaszcza, że wyżywienie było bardzo liche, a do tego ubranie i buty nieodpowiednie, nie chroniły nóg przed mrozem ani wilgocią. Stąd częste przeziębienia i wysoka temperatura, bóle stawów i mięśni, bóle głowy. Pracowałam w zimie przy wyrębie lasu, na budowach obiektów przemysłowych, przy pracach polowych w kołchozach latem, które tam jest bardzo krótkie. Ludność miejscowa pocieszając nas żartowała, że „u nas zima trwa tylko dziesięć miesięcy, a reszta to lato i lato”.
Zima rzeczywiście bardzo długa, mrozy w zależności od tego jak daleko od Koła Pod-biegunowego. Najniższa temperatura, jaką przeżyłam to –64○ C. Najbardziej przykre były burze śnieżne, tzw. purgi, które potrafiły trwać po kilka dni. Podczas takiej zawiei lepiej nigdzie nie wychodzić, a nas czasami do roboty pędzono, mówiąc, że „podczas purgi i mrozu to na-wet sumienie zamarza”.
Lato bardzo krótkie, za to słońce mocno przygrzewa i prawie nie zachodzi – są tam białe noce. Plagą lata były komary i małe muszki, zwane tam moszkami. Atakują ludzi niezwykle agresywnie. Tu nie trzeba dużej wyobraźni, jak wyglądała praca na powietrzu i jak wyglądał pracujący, szczególnie jeśli był alergikiem i ciężko przeżywał wszelkie ukąszenia owadów.
Urok Syberii jako ziemi – to nie tylko bezkresne tundry i torfowiska, ale i tajga – pełna potężnych drzew (szczególnie piękne są tam limby, nazywane „cedrami”), pełne zwierzyny i owoców leśnych od malin i poziomek, czarnej porzeczki po orzeszki cedrowe i grzyby. Ogromna ilość rzek malowniczo położonych, pełnych słodkowodnych ryb. A przepiękne góry obfitują w bogate surowce mineralne. A ludzie? Ludzie jak wszędzie – byli dobrzy i źli. To nie zależało wcale od wiary, narodowości, czy rasy. To u nas pokutuje pogląd, że widzialne znaki dewocji są podstawowym kryterium oceny wartości człowieka, niezależnie od tego kim on jako człowiek jest naprawdę. Tam surowy klimat i ciężkie warunki życia sprawiają, że ludzie musieli współżyć, pomagać siebie nawzajem, nie tylko radą, ale także niesieniem sobie konkretnej pomocy. Ta więź między ludźmi to wspaniała sprawa. Wspaniała i zaskakująca – jak ludzie różnej narodowości, rasy i wiary komunikowali się i współżyli ze sobą w tych ciężkich warunkach. Na Uralu, Syberii aż po Daleki Wschód jest tak dużo narodowości, że trudno wyliczyć. Rdzennymi, zwanymi tubylcami są: Jency, Neńcy, Tuwińcy, Jakuci, Burłaci, Tatarzy, Chantowie, Kirgizi, Kałmucy, i inni. Z pozostałych mieszkańców najliczniejszą grupę stanowili Rosjanie, zarówno potomkowie dobrowolnych osadników, jak i skazańców – kryminalistów, a także więźniów politycznych z okresu caratu oraz z okresu władzy radzieckiej.
Polacy trafili tam za uczestnictwo w powstaniach narodowych i ruchu robotniczym. Następnie po zajęciu ziem polskich we wrześniu 1939 r. przez Związek Radziecki- za „wrogi stosunek do ZSRR”. Trafili tam z tego samego powodu Litwini, Łotysze, Estończycy, jak również Białorusini, Ukraińcy, Rumuni, Żydzi, Cyganie, Niemcy – po napadzie na ZSRR
w 1941 roku. Następna fala zesłanych na Syberię Polaków, jak i innych narodowości nastąpiła w latach 1944 i 1945, kiedy wojsko radzieckie idąc na Berlin wkraczało na ziemie polskie i inne.
Było tam też sporo Chińczyków, Koreańczyków i Mongołów, którzy również zostali ze-słani za niesubordynację i podejrzenie o szpiegostwo. Zastanawiam się, czy taki konglomerat narodowościowy współżyje w zgodzie i poszanowaniu wzajemnym jeszcze obecnie. Na całym świecie spotkać można się z nacjonalizmem, wyrażającym się egoizmem narodowym, manią wielkości, dyskryminacją religijną i wrogością w stosunku do innych. W środowisku, w którym się obracałam, tego nie było. Myślę, że to nie tylko surowy klimat i ciężkie warunki ekonomiczne łączyły ludzi, ale również przemoc, jaką stosowała władza wobec ludności. Tak, temu reżimowi stalinowskiemu zawdzięczam, ze przez 10 lat i 10 miesięcy byłam „Sybiraczką”.
Do obszerniejszych wspomnień z mojego pobytu w więzieniach, łagrach i na zesłaniu – wrócę po „Szlaku obozowym mojego męża dr med. Leopolda Altera”.

II. SZLAK OBOZOWY MEGO MĘŻA dr med. LEOPOLDA ALTERA

Mąż nie napisze swych wspomnień, gdyż zmarł 10 marca 1980 r. Nasze wspólne trzydziestoletnie życie i częste wspominanie tych czasów głęboko tkwią we mnie. Choć na pewno z czasem zatarło się bardzo wiele przykrych wspomnień, uleciały z pamięci nazwiska ludzi, z którymi dzieliło się trudne życie. Nie należeliśmy do tych, którzy długo pamiętają zło, tym bardziej, że oboje byliśmy ludźmi głęboko wierzącymi.
Nie chcę wracać do zła, wolę wspominać miłe chwile – bo i takie były, oraz takich ludzi, którzy sami nie mając wiele, pomagali innym.
Mąż urodzony we Lwowie 28 września 1899 r., po ukończeniu tamże medycyny na Uniwersytecie Jana Kazimierza, w 1925 r. został skierowany do pracy w poliklinice kolejowej w charakterze lekarza internisty i ftyzjatry.
18 marca 1940 r. został wezwany do Lwowa w sprawie dokumentów tożsamości i dyplomu ukończenia medycyny oraz prawa wykonywania zawodu lekarza. Po stwierdzeniu, że jest wszystko w porządku zażądano sowieckiego dowodu osobistego. Doktor nie spieszył się z wyrobieniem takowego, gdyż oznaczało to przyjęcie obywatelstwa ZSRR. Odpowiedział, że ma obywatelstwo polskie i taki sam dowód. Nazajutrz pod konwojem odtransportowano go do więzienia w Drohobyczu. Nie pozwolono na żadne widzenia ani kontakty z rodziną. Po półrocznym pobycie w więzieniu został doprowadzony nie na rozprawę sądową, a tylko na wysłuchanie wyroku, mocą którego – zgodnie z paragrafami 58-1 i 58-11 został skazany na 10 lat łagrów karnych za przynależność i działalność w organizacjach wrogich władzy radzieckiej (ZWZ).
Na początku października rodzina i wszyscy bliscy (ze Lwowa i Krakowa) znajdujący się w tym czasie w jego domu w Samborze zostali deportowani do Kazachstanu.
Doktora Altera po odczytaniu wyroku załadowano do wagonów towarowych i wywieziono do łagrów na drugi koniec Związku Radzieckiego. Podróż trwała dwa i pół miesiąca. Zesłańców przywieziono na Daleki Wschód, aż nad Morze Ochockie. Były to obozy zbudowane na początku lat trzydziestych przez inteligencję rosyjską. Baraki z drewna, ogrzewane były piecykami zwanymi „kozami”, które grzały póki się w nich paliło, lecz gdy ogień gasł, temperatura spadała i równała się z panującą na zewnątrz. W każdym łagrze było światło elektryczne dzięki agregatom lub własnym elektrowniom wodnym. Musiał być prąd, żeby druty kolczaste okalające łagier były pod napięciem. Obozy zakładano tam, gdzie budowano linie kolejowe, kanały, gdzie były stare lasy bogate w drewno, potrzebne do produkcji papieru i płyt pilśniowych, lub gdzie ziemia kryła bogactwa naturalne. Szczególnie rozbudowywano przemysł i hutnictwo po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, po 21 czerwca 1941 r. Wszystko i wszyscy musieli pracować dla wojska i frontu. Przywożono coraz więcej więźniów z różnych zakątków Kraju Rad. Trafiali tu na mocy zaocznych wyroków wydawanych w Moskwie przez Specjalną Komisję (Osoboje Sowieszczanije). Byli to „wrogowie narodu lub kra-ju”, albo członkowie ich rodzin, oraz zwykli kryminaliści i bandyci, zwani urkami. Wśród ze-słanych znajdowali się nie tylko obywatele ZSRR, ale również tacy, którzy wyemigrowali i zdobyli inne obywatelstwo, trafili tu jako wrogowie władzy radzieckiej, oskarżeni o szpiegostwo. Najwyższe wyroki otrzymali „wrogowie narodu”, pełniący przed aresztowaniem bardzo wysokie stanowiska w partii, armii i rządzie.
Pierwsi więźniowie z Polski, którzy pojawili się w łagrach w pierwszych miesiącach 1940 r., to wojskowi, policjanci, kolejarze i inni tzw. mundurowi oraz osadnicy-legioniści, pracownicy biur powiatowych i wojewódzkich, oraz inteligencja tj. prawnicy, lekarze, dziennikarze, nauczyciele, aktorzy. Ich rodziny najczęściej trafiały do Kazachstanu.
Doktor Alter trafił pod koniec grudnia 1940 r. do szpitala łagrowego w Magadanie z powodu silnego wycieńczenia fizycznego i psychicznego, z silnymi obrzękami kończyn. Przyplątał się również szkorbut. Lekarz obozowy, Niemiec z republiki niemieckiej znad Wołgi serdecznie się nim zaopiekował. Za pół roku miał wyjść na wolność. Był również więźniem politycznym z paragrafu 58. Namawiał Altera aby starał się o pracę w szpitalu obozowym, bo na ogólnych robotach długo nie wytrzyma. Magadan był znanym obozem karnym, praca i wa-runki klimatyczne były trudne i ciężkie. Niemiec pomógł Alterowi, przetrzymując go w szpita-lu ile się dało; postarał się o podręczniki do nauki języka rosyjskiego i wypożyczył podręcznik medyczny, aby doktor Alter mógł zapoznać się z rosyjskim nazewnictwem medycznym. Dr Alter urodził się w zaborze austriackim, znał więc dobrze oprócz języka polskiego, język nie-miecki i ukraiński, nieźle władał angielskim i swobodnie porozumiewał się z Czechami i Słowakami, a teraz szybko robił postępy w nauce języka rosyjskiego. Nowo po-znany przyjaciel stale tłumaczył, jak postępować w tych nowych warunkach, jakie panowały w łagrach, jak pokonać stresy fizyczne i psychiczne. Tłumaczył, aby nie dał się zastraszyć ani naczalstwu ani więźniom (szczególnie kryminalistom), nie rozpaczał i nie tracił wiary w przyszłość, bo zostanie tzw. dochodiagą, czyli więźniem u kresu sił, a tacy na zawsze pozo-stają w tajdze.
Lekarzowi – Niemcowi znad Wołgi udało się znaleźć pracę dla kolegi z Polski, lecz nie udało się wyjechać nad Wołgę do swoich. W przeddzień jego zwolnienia rozpoczęła się wojna niemiecko- radziecka. Stalin wydał dekret, że nie należy powoływać Niemców – obywateli sowieckich do Armii Czerwonej, a jeśli już byli w czynnej służbie to należy ich zwolnić i stworzyć z nich Armię Pracy tzw. trudarmię. Większość trudarmiejców trafiła na Ural, Syberię, lub na Daleki Wschód do pracy w zakładach przemysłowych, kopalniach, kołchozach – wszędzie tam, gdzie wszyscy i wszystko pracowało dla armii i frontu. Praca trwała ponad 12 godzin dziennie.
Trudarmiejcy po przyjeździe na nowe miejsce zamieszkania i pracy budowali bardzo solidne fabryki, domy dla swych urzędów i urzędników oraz ogólne baraki dla siebie. Baraki miały nieduże sale, aby łatwiej było je ogrzać Prycze były dokładnie wystrugane, jakby pola-kierowane. Zbudowali również całe zaplecze: piekarnie, kuchnie, łaźnie, pralnie. Budowali dla siebie, więc bardzo solidnie, żeby w tych dalekich krainach zimą nie zamarznąć, ochronić się latem od komarów i małych muszek (moszek), pluskiew i kleszczy. Czuli, że nie ma innego wyjścia, że muszą zostać tu i nie wiadomo na jak długo. Jeśli ktoś z Niemców skończył w tym czasie „odsiadkę” – pozostawał na miejscu, lecz już nie za drutami lecz na „wolności”, z której nie wolno im było wyjeżdżać bez zezwolenia i przepustki.
Lekarz – Niemiec był teraz na takiej wolności. Pozostał w Magadanie, a pracował nadal w obozowych szpitalach. Przeprowadzał tzw. komisow, czyli okresowe przeglądy chorych w szpitalach, aby chorzy nie „zależeli się”. Ozdrowieńców wypisywał na roboty oraz dokonywał przeglądu nowo przybyłych więźniów, przyznając im przydatność do pracy (tzw. OK) lub stwierdzając inwalidztwo.
Niemiec bardzo się zmienił, posmutniał, stał się milczący. Nie grał w obozie „pierwszych skrzypiec”, bo był Niemcem, byłym więźniem politycznym, co stale podkreślali nowo przybyli lekarze wojskowi, którzy z powodu wady wzroku lub słabego słuchu, czy jakiegoś innego inwalidztwa nie mogli być na froncie.
W 1941 r. dr Alter został przeniesiony do Komsomolska nad Amurem. Komsomolsk tak jak Magadan rozpoczęto budować w tajdze w 1932 r. dla członków Komsomołu, przybyłych ze wszystkich stron ZSRR. Bardzo ciężkie warunki klimatyczne i bytowo-socjalne, szczególnie brak mieszkań i odpowiednich wygód, szybko „skosiły” młodzież. Część umarła na zapalenie opon mózgowych, gruźlicę, różę i inne choroby zakaźne, część po prostu uciekła. Rozpoczęto więc dowożenie więźniów politycznych, a także – żeby było straszniej – ugołownych, tj. bandytów i złodziei z dużymi wyrokami. Zaczęto od wyrębu lasów, tzw. pował, potem zbudowano baraki dla siebie z całym zapleczem gospodarczym. Zbudowano szpital dla chorych zesłanych a także szpital dla chorej młodzieży, który szybko okazał się za mały. Po wybudowaniu nowych oddziałów szpitalnych, stary został przekazany dla więźniów politycznych. W nowych szpitalnych barakach dla ludzi wolnych zorganizowano osobno oddziały dla kobiet i oddziały dla mężczyzn. Szpital obozowy został ogrodzony i był pilnowany przez strażników NKWD. Chorych przywożono ze wszystkich okolicznych łagrów. Pracowali tu jako lekarze zesłańcy polityczni.
W Komsomolsku i okolicach więźniowie pracowali przy wyrębie lasów, spławie drewna, przy robotach ziemnych w budownictwie mieszkaniowym i przemysłowym, w kopalniach węgła, rudy żelaza, przy budowie kolei transsyberyjskiej i rafinerii. Najczęściej obozy znajdo-wały się w pobliżu miejsc pracy i nazywano je zgodnie z wykonywaną pracą: górniczy, węglowy, naftowy, żelazny, złoty, rybny, budowlany i inne.
W obozach, a szczególnie w miejscach pracy, zdarzały się wypadki. Konieczna była po-moc lekarska, a nawet interwencja chirurgiczna. Chorych przywożono do szpitala. Lekarze jak mogli, tak pomagali. Najgorzej było z lekami, których stale brakowało. Tak samo z materiałami opatrunkowymi, ale te było łatwiej zorganizować przez zastąpienie białym materiałem bawełnianym. Najlepszym lekarstwem było ciepłe, miękkie łóżko (chociażby siennik wypchany sianem), trochę ciepłej lekkostrawnej potrawy i pewność, że chory będzie miał jakiś czas ciszę i spokój, że nikt go nie będzie poganiał, popychał, szczuł psami. Również miły i serdeczny stosunek personelu szpitalnego robił swoje.
Więźniowie pracujący w kopalniach i przy tzw. ciężkich pracach byli licho ubrani, nieodpowiednio do miejscowego klimatu. Gdy mrozy stawały się coraz bardziej dokuczliwe więźniowie dostawali używane buchłaty – pikowane, watowane kurtki, takie same spodnie i czapki uszanki. Najgorzej było z obuwiem. Walonki były stare, znoszone przez wojsko i NKWD, łatane i donaszane przez obozowiczów. Czasem robiono łapcie z łyka. Szczególnie w mokrych kopalniach walonki nie spełniały swojego zadania, gdyż w wodzie przemiękały, a w drodze powrotnej do łagru przymarzały do nóg i w ten sposób powstawały odmrożenia, które kończyły się fatalnie. A zima była długa i mroźna, z częstymi wichrami i purgami. Szczególnie od połowy grudnia do połowy stycznia dni były krótkie i ciemne, trwały około godziny. Często pojawiały się zorze polarne. Za to latem, które tu trwa krótko – dni były długie, szczególnie koniec maja, czerwiec i początek lipca. W czerwcu były tzw. białe noce. Ba-dzo przykre były natomiast pory deszczowe z wichurami i monsunami. Więźniowie pracujący na barkach przy połowie ryb i przetwórstwie rybnym, lub przy załadunku drewna i węgla na statki, przy przedostawaniu się na barki (zarówno latem, jak i zimą) musieli się mocno trzymać lin. Wiatr miał tak wielką siłę, że zmiatał z nabrzeża lub z kładki, prowadzącej na kuter lub barkę.
Kilka słów o wyżywieniu. Było ono w łagrach bardzo zróżnicowane, ale nie jakościowo, a ilościowo. Podzielone było na tzw. „kotły” czyli „racje dzienne”. Kilka takich „kotłów” przeznaczonych było dla więźniów w zależności od wyników i wydajności pracy.
Najgorszy był kocioł karny. Otrzymywał go ten, kto nie pracował, lub pracując nie wykonywał normy. Otrzymywał dziennie 300 gram chleba „cegły” (kirpicza), chochlę rzadkiej zupy oraz kubek wrzątku rano i wieczorem. Kocioł pierwszy to już było 450 gram chleba, czasem dwie kostki cukru i wrzątek rano, na obiad – zupa z kawałkiem ryby solonej, a czasem zamiast ryby dwie łyżki kaszy, wieczorem – wrzątek. Na kocioł drugi i trzeci dawano już 750 gram chleba , 4 kostki cukru, kubek wrzątku, na obiad zupa, kawałek ryby lub kaszę, a na kolację kaszę z wrzątkiem. O czwartym i piątym kotle krążyły tylko legendy. Należało wyrobić dwie normy dzienne aby dostać taki kocioł. A normy były tak zawyżane, że prawie nieosiągalne. Chyba, że była to robota brygadzistów, którzy „swoim” wpisywali wyrobienie normy, zaniżając ją innym. Inaczej wyglądało wyżywienie w obozowych szpitalach. Sam szpital dzielił się na rożne oddziały: chirurgiczny, ogólny – interna, kobiecy, zakaźny chorób jelitowych i innych chorób infekcyjnych, a także tzw. OK (ozdrowieńców) i innych inwalidów. Na każdym oddziale były różne normy, w zależności od stanu zdrowia. Były to diety płynne tj. rzadkie zupki i kleiki (podawane po operacjach brzusznych i infekcjach jelitowo-wątrobowych). Były diety bezsolne lub solone, węglowodanowe i białkowe. Dla inwalidów to kocioł pierwszy. OK – ozdrowieńcy byli to więźniowie wygłodzeni i wyniszczeni. „Pomogli” im dojść do takiego stanu brygadziści i ugołowni, okradając z wyżywienia i zaniżając wyrabiane normy.
W szpitalu otrzymywali podwyższone racje dla nabrania sił. Do OK zaliczano również pacjentów po przebytej operacji lub chorobie zakaźnej.
Jeśli przyłapano któregoś więźnia okradającego kolegę lub personel szpitalny, natychmiast wypisywano go ze szpitala na roboty ogólne. Wszyscy bali się tych robót i dlatego przeistaczali się w „świętoszków” – byli grzeczni, pomagali w pracach pielęgnacyjnych i porządkowych na salach chorych i przy pracach ogrzewczych.
Dr Alter pracował tam osiem lat, lecząc nie tylko więźniów. Często był wzywany na konsultacje do szpitala do rodzin wojskowych, samych wojskowych i nawet NKWD, a zdarzały się wypadki, że nawet do domów prywatnych. Zachowało się zaświadczenie przysłane przez władze Gułagu Komsomolsk, potwierdzające, że pracował on w szpitalu jako lekarz, zaznaczając, że pracę tę wykonywał odbywając wyrok karny. Zaświadczenie takie doktor potrzebował na zesłaniu dla otrzymania wyższej grupy wynagrodzenia zgodnie ze stażem pracy. Niestety, nie zostało ono uwzględnione, gdyż zaznaczono, że pracował odbywając karę, a na wolności tej pracy do stażu nie zaliczono. Teraz takie zaświadczenie stanowi dokument archiwalny (zał. nr 1). Jednocześnie przysłano zażądane przez szpital w Komsomolsku świadectwo ukończenia Wydziału Lekarskiego w 1925 r., które potrzebne było przy zatrudnieniu go jako lekarza naczelnego w szpitalu obozowym (zał. nr 2).
Po odbyciu 8 lat (z 10) kary, doktorowi chciano podwyższyć wyrok o dalsze 5 lat. Oskarżono go o to, że próbował uciec z obozu do Ameryki i różne inne bzdury. Odizolowano go i osadzono w osobnej celi, gdzie przebywał ponad 7 miesięcy. Częstym gościem uwięzionego był śledczy z obstawą, zadawał dwa – trzy pytania i często nie czekając na odpowiedź, odchodził. Więzień dla zabicia czasu, oczekując na dalsze posunięcia NKWD, codziennie zabierał się do mycia, prania i sprzątania celi. Miewał gości – codziennie o tej porze (rano), zjawiała się mała myszka i czekała na kawałeczek chleba, względnie sama zbierała okruszki z podłogi. W południe przylatywał gawron, siadał na parapecie i domagał się uwagi – pogawędki i resztek z obiadu. Odizolowany był sam, jedynie strażnik czasem chodził po korytarzu, krzątał się przy piecu, a najczęściej siadał pod drzwiami i słuchał. Wzywany, nie otwierał drzwi, tylko okienko w drzwiach i przez nie podawał wodę, posiłek, czasem ogień do papierosa. Strażnik siadał pod drzwiami, gdy więzień się modlił, śpiewając różne modlitwy i pieśni gregoriańskie, które znał (jako dziecko służył do mszy, a jako student śpiewał w chórze kościelnym). Będąc melomanem często śpiewał najbardziej znane i popularne arie operowe i operetkowe, nie tylko po polsku, również po niemiecku i rosyjsku. W szpitalach były głośni-ki, a przez radio często nadawano muzykę rosyjską – ludową, różne pieśni i piosenki oraz operowe i operetkowe; nauczył się słów i poszerzył znajomość języka rosyjskiego.
Któregoś dnia zachorował: miał gorączkę, bolało go gardło. Nie wstał z pryczy, leżał odwrócony twarzą do ściany. Nie podszedł do okienka po wodę ani po posiłek. Zaniepokojony strażnik zameldował władzom więziennym, że z doktorem jest źle. Nie rusza się, milczy, nie śpiewa i nie zabiera posiłków. W celi zjawili się śledczy, komendant i lekarz aby sprawdzić co się dzieje. Lekarz po zbadaniu, stwierdził, że chory potrzebuje leczenia szpitalnego. Śledczy sprzeciwił się. Więźnia nie wolno było wypuścić z izolatki. Początkowo więc lekarz z pielęgniarką bywali codziennie. Znalazła się ciepła woda do mycia i wrzątek do picia. Ze szpitala przynoszono lepsze wyżywienie. Podczas wizyty lekarz zostawiał leki, papierosy i białe sucharki dietetyczne. Urządzono kąpiel w tej małej izolatce. Co tydzień zmieniano cho-remu bieliznę osobistą i pościelową. Po przeszło siedmiu miesiącach wezwano chorego do są-du. Każdego dnia rozprawa trwała po 7–8 godzin, a nie jak zwykle – 15 minut. „Proces” trwał całe trzy dni. Po odczytaniu oskarżenia przystąpiono do przesłuchania świadków. Niektórzy świadkowie od razu odwoływali swe zeznania twierdząc, że to śledczy wymusił na nich pod-pis, w niektórych przypadkach nie dając nawet do przeczytania tego, co się podpisuje. Tym, którzy sprzeciwili się i podpisać nie chcieli zagroził, że będą tego żałować. W trzecim dniu dopuszczono do głosu bardzo młodego obrońcę z urzędu. Po kilku jego zdaniach, oskarżony poprosił sędziego, aby pozwolił mu zabrać głos, bo chce się sam bronić.
Niektóre zarzuty wy-kluczały się. Cała mowa obronna trwała prawie 4 godziny i gdy mówca skończył, sędzia po-wiedział, że jest zaskoczony znajomością języka rosyjskiego, a „nasi prawnicy mogliby się od oskarżonego wiele nauczyć” i ogłosił przerwę na naradę. Oskarżonego odprowadzono do celi. Narada była, czy jej nie było, ale wyroku nie odczytano.
Dopiero po kilku dniach z obozu przyszli rachmistrze i sprawdzili, czy w celi jest wszystko w porządku, a potem spisali jakie rzeczy osobiste posiada przy sobie oskarżony, a jakie w przechowalni. Poprosili o kwit; na drugi dzień przyniesiono rzeczy. W południe pod-jechało auto ciężarowe ze śledczym. Odwieziono więźnia na dworzec kolejowy w Komsomolsku i rozpoczął się transport pod konwojem. Jak zwykle nikt nie powiedział dlaczego i dokąd go wiozą. Trafił do Tajszetu – miasta w obwodzie Irkuckim, położonym na płaskowyżu Sajanów, bogatego w lasy mieszane, zdominowane przez limby syberyjskie. Sam płasko-wyż to kolorowe granity – budulec na pomniki. Wydobywanie bloków granitowych, ich cięcie i szlifowanie to bardzo ciężka i niebezpieczna praca, którą wykonywali przeważnie więźniowie polityczni. Zimą dochodziła jeszcze praca przy wyrębie lasów. „Po takim procesie” – myślał doktor – „nie mając żadnych znajomości i poparcia, trafię na ogólne roboty”. Naczelny lekarz, który przyjmował nowo przybyłego do łagru – ucieszył się, że w jednej osobie trafił się ftyzjatra i rentgenolog. W szpitalu wojskowym, poza obozem, był aparat rentgenowski, ale nie było specjalisty umiejącego z niego korzystać. W tym czasie chorował naczelnik Gułagu Tajszetu. Miał obfite krwioplucie, nie nadawał się do transportu do Irkucka, nawet samolotem, gdyż obawiano się krwotoku. Należało szybko działać. Skorzystano, że zjawił się rentgenolog, który prześwietlił naczelnika i zdecydował, że należy zastosować odmę. Nie było przeszkód, bo aparat do zakładania odmy (a także jej dopełniania) był, więc chory został na miejscu w szpitalu wojskowym. Lekarza zostawiono na tym samym oddziale, żeby opiekował się cho-rym. Po kilku dniach pułkownik poczuł się lepiej i wtedy przypomniano sobie, że nowy lekarz powinien być w obozie. Był to łagier o zaostrzonym reżimie. Przygotowano w szpitalu obozowym specjalną separatkę i sprowadzono nowy aparat rentgenowski, ponieważ częste zapalenie płuc i pylice prześladowały nie tylko więźniów ale również ich nadzorców. Dr Alter czę-sto był wzywany na konsultacje do szpitala wojskowego, gdzie potem został zatrudniony na dwie godziny dziennie jako rentgenolog. Był wzywany bez względu na porę dnia czy nocy do rodzin wyższych rangą wojskowych i NKWD. Zachowało się świadectwo o pobycie i pracy w Tajszecie w szpitalu (zał. nr 3) – nie w obozie, więc to świadectwo wzięto pod uwagę do stażu pracy, gdy potrzebne było do wyliczenia ilości przepracowanych lat już na zesłaniu w Krasnojarskim Kraju.
Kiedy zbliżał się koniec wyroku (10 lat) rozpoczęto namawianie doktora do pozostania jako wolny, opłacany pracownik szpitala łagrowego. Obiecano nawet dwa etaty, aby się mógł szybko dorobić, a także pomoc w budowie własnego domu, a na razie mieszkanie z wygodami blisko miejsca pracy. Lecz doktor wierzył, że wróci do Sambora lub Lwowa i odnajdzie rodzinę.
Po zakończeniu wyroku nie wydano mu papierów zwalniających go z obozu, lecz znów pod konwojem przywieziono na dworzec w Tajszecie. Wciąż nie wiedział dokąd pojedzie, czy znów na wschód? Ucieszył się, gdy załadowano wszystkich zebranych więźniów do pociągu, który ruszył pod konwojem na zachód! Niestety pociąg zatrzymał się w Krasnojarsku nad Jenisiejem. Znów odstawiono wszystkich do więzienia, gdzie gromadzono byłych więźniów skazanych albo i nie skazanych na zesłanie w tym kraju. Tu segregowano ludzi według zapotrzebowania różnych kołchozów lub budów na robotników różnych specjalności albo do robót ciężkich.
W Niedzielę Wielkanocną 12 kwietnia 1950 r. wywoływano po kilka osób, potem od-prowadzano do piwnicy, gdzie był bardzo szeroki korytarz. Rozpoczęto wywoływanie byłych więźniów i sprawdzanie dowodów osobistych. Byli wśród nich nie tylko byli więźniowie polityczni ale również ci, których nie zasądzono na obozy karne, tylko na deportacje z Moskwy lub Leningradu. Przeważnie byli to wojskowi, którym nie udało się wydostać z okrążenia niemieckiego. Po kilku latach odnajdywano ich i zsyłano nie wiadomo dokąd i na jak długo – bez przewodu sądowego i wyroków.
Gdy zakończono sprawdzanie danych mężczyzn, rozpoczęto wywoływanie kobiet, wśród których byłam i ja, już po odbyciu 5 lat łagrów karnych. Sprawdzono mnie i kazano stanąć w nowym szeregu przed mężczyznami. Mężczyzna, który stał za mną zwrócił się do mnie po polsku: – Cieszę się, że Pani żyje, jak tam Pani serduszko, czy lepiej teraz? –. Widząc moje zdziwienie, przedstawił się: – Jestem lekarzem Leopoldem Alterem ze Lwowa, poznaliśmy się nad Bajkałem, jakieś półtora roku temu; udzieliłem Pani pierwszej pomocy. Czy chociaż długo Panią przetrzymano w szpitalu w Irkucku? Gdzie Pani potem była? –
Tak los sprawił, że spotkaliśmy się powtórnie. Tak rozpoczęła się nasza znajomość, a potem wspólne bytowanie na Syberii do końca 1955 r. O pierwszym spotkaniu piszę w moich wspomnieniach.

III. MOJE ZNIEWOLENIE

W dniu 19 stycznia 1945 r. do Łodzi wkroczyła Armia Czerwona, a wraz z nią Wojsko Polskie, przynosząc nam długo oczekiwane wyzwolenie spod okupacji hitlerowskiej.
Od pierwszych dni lutego zaczęły się aresztowania. W dniu 13 lutego została aresztowana moja koleżanka z pracy, Irena Lisowska. Do nas również przyszło NKWD i zabrało mojego Ojca. Podoficer, który przyszedł po Ojca powiedział, że może plecaka nie brać, bo jeszcze tego samego dnia wróci do domu. Rzeczywiście, przesłuchali Go i wypuścili. Ale po kilku dniach tj. 27 lutego aresztowano mnie i doprowadzono do Urzędu Śledczego, który mieścił się przy ul. Kilińskiego naprzeciw ul. Wigury. Wprowadzono mnie do zatłoczonego, dużego holu i przyległych korytarzy. Większość zatrzymanych to byli mężczyźni w różnym wieku. Po godzinie doprowadzono jeszcze trzy kobiety: dwie starsze panie były siostrami, jedna z nich żoną doktora Rosiewicza – pediatry. Trzecia – młoda osoba, Elżbieta Gadomska okazała się koleżanką mojej młodszej siostry. Obie uczęszczały na komplety w czasie okupacji. Siedziałyśmy w korytarzu prawie do północy. Następnie zabrano nas na I piętro i każdą we-pchnięto do innego pokoju. Pomieszczenie, w którym się znalazłam było zadymione i pełne odoru alkoholowego. Nie był to pokój przesłuchań, tylko noclegownia. Stały tam piętrowe łóżka, a na nich leżeli rozchełstani i pijani żołnierze NKWD. Zrobiłam w tył zwrot i wybiegłam na korytarz, wpadając na podoficera, który kilka dni temu był u nas po Ojca. To wtedy chciałam odprowadzić Go i nieść Mu plecak (Mama przygotowała nam wszystkim takie bagaże, gdyby trzeba było wyruszać w drogę). Podoficer ten nie pozwolił wtedy brać żadnego bagażu, tylko legitymację pracowniczą i „palcówkę”, jaką mieliśmy. Podoficer poznał mnie i zapytał, co ja tu robię, czyżby Ojciec nie wrócił do domu? Młodszy oficer wybiegł z pokoju za mną i chciał mnie siłą wciągnąć z powrotem. Starszy – kazał młodszemu ubrać się. Gdy wyszedł na korytarz ponownie, był już w mundurze. Pozwolił mu wejść do gabinetu kapitana i nie zamykając drzwi został na korytarzu. Przy wypełnianiu jakiejś ankiety młodszy oficer utknął na miejscu mojego urodzenia i zaczął wypytywać kiedy i dlaczego uciekłam z Białorusi przed władzą radziecką. Nie pomogły tłumaczenia, że gdy się urodziłam, miejsce mego urodzenia – Iwki, należało do Polski i ja wyjeżdżając w 1928 r. nie przekraczałam żadnej granicy. Od 1928 r. do chwili aresztowania stale mieszkałam w Łodzi. Adresu nie zmieniałam, w Związku Radzieckim nigdy nie byłam. Ponowne tłumaczenie nie pomogło, kazał żołnierzowi odprowadzić mnie na dół do celi.
Byłam tak wstrząśnięta sposobem aresztowania i przesłuchania, że nawet myśleć nie mogłam. Zrozumiałam, że trzeba być czujnym i ostrożnym w działaniu, a tym bardziej w mówieniu. Logiczne myślenie i dedukcja pomogły przeżyć okupację niemiecką, zapewne pomogły potem przeżyć więzienia, obozy i zesłanie. Przetrwałam Ural, Mordwińską ASSR i Syberię, ale na początku zaskoczyło mnie ich traktowanie.
Po wprowadzeniu mnie do celi, w której było już kilka kobiet, żołnierz wskazał mi miejsce na sienniku, leżącym na podłodze. Usiadłam i przesiedziałam z podkurczonymi nogami do rana. O godzinie 6.00 rozpoczęło się trzaskanie drzwiami, zgrzytanie kluczami w zamkach, otwieranie żelaznych drzwi i wyganianie do toalety. Ledwo wróciłyśmy do celi już czekało na nas kilku żołnierzy, którzy poprowadzili nas na przesłuchanie. Wprowadzono mnie do pokoju i kazano czekać. Enkawudzista stanął przy drzwiach, a ja zatrzymałam się za krzesłem pod ścianą. Do pokoju wpadł kapitan z biczem w ręku, prześwidrował mnie wzrokiem i wściekł się, że nie siedziałam na krześle na środku pokoju i tak mocno uderzył biczem o biurko, że wszystko, co na nim leżało, podskoczyło i zabrzęczało. Opanowałam się i nie da-łam po sobie poznać, że się przestraszyłam. Ale widocznie w mym spojrzeniu odbiła się moja myśl: „jakiś wariat”. Huknął jeszcze raz i zwrócił się do tłumacza z pytaniami. W tej samej chwili dyktował sekretarzowi niby moje odpowiedzi. Szybko zaoponowałam , tym bardziej, że tłumacz wcale nie tłumaczył tylko potakiwał. Powiedziałam kapitanowi, że „tłumacz nie tłumaczy tylko powtarza to, co pan kapitan mówi, a tak jak pan kapitan mówi po rosyjsku, to i ja tak potrafię. Mogę sobie sama być tłumaczem i na pytania odpowiadać będę ja, nie pan kapitan”. Kapitan znów zaczął walić biczem po stole wrzeszcząc, że nie ścierpi aby go pouczano. Wyciągnął pistolet i zaczął strzelać wokół mojej głowy. Wbiegło kilku oficerów, okrążyli go i rozbroili, a mnie żołnierz wypchnął z gabinetu i odprowadził do celi. Dwa dni miałam spokój. Na trzeci dzień wezwano mnie do lekarza, a potem kazano siedzieć na korytarzu pod drzwiami gabinetu kapitana. Po korytarzu kręcili się różni oficerowie, jedni pytali co ja tu robię, cze-mu i na kogo czekam; odpowiadałam wszystkim, że „sama się dziwię, że tu jestem”. Po kilku godzinach wyszedł lekarz ze swego gabinetu i zdziwiony powiedział, że przecież kapitan jest chory i przesłuchania nie będzie. Wszyscy dobrze wiedzieli o tym, a kazali mi czekać. Nie wiem, co chciał zobaczyć dyżurny, który był przy drzwiach na korytarz, że mnie cały czas obserwował? Więcej żadnego śledztwa w Łodzi nie było, a po kilku dniach wyprowadzono mnie ze sporą grupą ludzi z Urzędu Śledczego i popędzono pod konwojem do więzienia przy ul. Kopernika. W więzieniu tym z samego rana wszystkie kobiety zatrudniono do pracy w pralni, kuchni i do sprzątania biur. W nocy były tzw. prowierki (sprawdziany) – trzeba było klęknąć w jednym szeregu twarzą do wejścia i czekać aż podejdzie major – kierownik więzienia i każe każdej wymienić nazwisko, imię i rok urodzenia. W dniu 9 marca sprzątając gabinet naczelnika i odkurzając aparat telefoniczny, usłyszałam sygnał. Zadzwoniłam szybko do Elektrowni Łódzkiej, ale mego Ojca nie było w pokoju. Prosiłam więc, żeby przekazano inż. Bobrowko, że starsza córka jest w więzieniu przy ul. Kopernika – żyje i jest zdrowa. Nie mogłam więcej mówić. Odłożyłam słuchawkę, gdyż usłyszałam zbliżające się kroki na korytarzu. Do gabinetu wszedł major, a ja gorliwie wycierałam z biurka kurz, wytarłam jeszcze parapet i wyszłam. Nie byłam pewna, czy przekazano wiadomość.
10 marca, już o świcie załadowano nas na ciężarówki; żałowałam, że prosiłam przekazać tę wiadomość, gdyż niepotrzebnie Rodzice będą się poniżać i prosić aby mi coś przekazać, a mnie przecież już tam nie będzie. Ciężarówki jechały do Warszawy m.in. ulicą Pomorską, gdzie mieszkałam. Gdy przejeżdżaliśmy koło domu w którym mieszkałam, na chodniku stała moja Mama i czekała, żeby auta ją minęły. Widocznie chciała przejść na drugą stronę ulicy. Krzyknęłam: „Mamo, jestem tu i na pewno wrócę, nie martw się o mnie, wrócę!” Okazało się po powrocie, że Mama pamięta, że dużo samochodów przejeżdżało i tak jakby słyszała mój głos – „ja wrócę, wrócę!” Widziałam Mamę, bo specjalnie patrzyłam na dom. Chciałam ją ostatni raz zobaczyć. Wiedziałam, że wrócę, muszę wrócić. Ona mnie w tłumie głów nie wi-działa i nie słyszała, ale jakąś intuicją wyczuła, że mogłam być w tym transporcie, bo zapłakała nad losem tych ludzi, których wieziono nie wiadomo dokąd. Rzeczywiście wróciłam, ale dopiero po 10 latach i 10 miesiącach.
W dniu 10 marca po południu po pontonowym moście przewieziono nas do prawobrzeżnej Warszawy. Wozili nas długo i nareszcie przywieźli do rozwalonej fabryki, a może lokomotywowni w Rembertowie. Wprowadzono nas za kolczaste druty, a potem do hal z piętrowymi pryczami. W jednej były kobiety, słabo było widać, gdyż zamiast szyb była dykta lub tektura w oknach. Nie mogłam przyzwyczaić się do ciemności i nikogo nie rozpoznawałam. Usłyszałam nagle znajomy głos Ireny Lisowskiej i przeraźliwy krzyk: – Nadziu! Ty też tu? Chodź do nas! – i nagle przykry szept : – Tu dla niej nie ma miejsca, po co ona nam?! – Głosu ani twarzy tej osoby nie znałam, ale była tak samo nieprzyjemna jak szept. Nagle poczułam jak jakieś przyjazne dłonie chwyciły moje ręce i pociągnęły ku sobie i usłyszałam: –Chodź do nas, miejsca jest dość! – Jedna dziewczyna była młodsza ode mnie – Stefcia z Milanówka, a druga dużo starsza, pani Justyna – nauczycielka z Mińska Białoruskiego. Mówiła dobrze po polsku. Obie pracowały w pralni. Na drugi dzień zabrały i mnie, mogłam skorzystać z ciepłej wody, wykąpać się i wyprać swoją bieliznę. Zostałam razem ze swymi barakowymi sąsiadkami w pralni. Pomagałam suszyć bieliznę i prasować. Miałam zajęcie i nie miałam czasu na rozmyśla-nie. Tak minęły dwa tygodnie. Przyjeżdżały rodziny, matki, żony – poszukujące swoich bliskich. Było sporo z Łodzi, prosiłam aby przekazano do Elektrowni Łódzkiej mojemu Ojcu, że jestem w Rembertowie. Ale gdy nasi Ojcowie, tj. Ireny i mój dotarli do Rembertowa, nas już tam nie było.
W dniu 25 marca 1945 r. – w dniu Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, a była to sobota przed Niedzielą Palmową – wszystkie kobiety z tej hali zaprowadzono do wagonu sanitarnego, gdzie mogłyśmy się wykąpać i umyć głowy. Po kąpieli prowadzono nas torami do stacji, nie wiem czy to była Warszawa Wschodnia czy Wileńska. Na stacji było pełno przekupek, sprzedawały różne smakołyki, jak chleb czy masło, a przede wszystkim palemki do po-święcenia w Niedzielę Palmową. Jedna z kobiet rozwiązała chustę, gdzie miała gałązki wierz-by jeszcze nie powiązane w bukiety. Zaczęła je po kolei rozdawać każdej z nas po gałązce, życząc szczęścia w życiu i szybkiego powrotu do swoich, do domów. Gałązkę tę, jak talizman miałam przez cały czas pobytu w łagrach.
Załadowano nas do dwóch wagonów bydlęcych z dwiema bocznymi pryczami. Stefcia, ja, Irena oraz dwie Elżbiety trafiłyśmy do jednego wagonu, ażeby było jeszcze śmieszniej na jedną pryczę. Pani Justyna znalazła się w drugim wagonie. Czasami spotykałyśmy się przy noszeniu wody na postojach. Przy załadunku, jeszcze w Rembertowie, pani Stefci przekazali jacyś chłopcy, żeby w nocy nie spać, bo mają nas odbić. W nocy było słychać gdzieś z daleka strzały, ale koło wagonów było cicho.
26 marca 1945 r. w dzień mych 24 urodzin pociąg szarpnął, przejechał kilka metrów i znów stanął. Tak przez dwie godziny, może trochę dłużej, wekslował raz do przodu, to znów do tyłu. Nareszcie szarpnął i ruszył naprzód. Torowiska po przejściu frontu były nierówne, więc kołysało nami na boki, a co najgorsze – często pociąg hamował. Myślałyśmy, że pospadamy z prycz. Po dwóch dniach pociąg stanął w polu, gdyż wjechał na boczny tor, który się kończył. W polu błyszczał strumyk. Otworzono wagon i wypuszczono 10 kobiet, dano metalowe wiaderka po ogórkach konserwowych. Każda otrzymała dwa i poszłyśmy nabrać wody, a potem roznosiłyśmy do wagonów. Było 48 wagonów załadowanych ciasno ludźmi. Wszyscy byli bardzo spragnieni, bo pogoda była bardzo ciepła i słoneczna. W kobiecych wagonach było po 50–60 osób, za to w męskich – ponad setka. Przy każdym otwieraniu wagonu zawsze zgłaszałam się do noszenia wody. Chciałam się trochę rozruszać, a przy okazji pomóc ludziom i dowiedzieć się jaka to miejscowość. Niektóre kobiety nie wyszły ani razu. Twierdziły, że po takim ruchu będą bardziej głodne, a ja uważałam, że najlepiej nie myśleć o jedzeniu, wtedy głód nie dokucza.
W naszym wagonie była Cyganka z zespołu cygańskiego z Krymu. Zespół ten sprowadzono do Warszawy i występowała w klubach i restauracjach dla Wehrmachtu. W czasie Po-wstania Warszawskiego Cyganka zagubiła się i nie wyjechała do Niemiec. Została w Polsce. Śpiewała po cygańsku, mówiła po rosyjsku i niemiecku. Zorientowałam się, że nie tylko rozumie po polsku, ale i mówi zupełnie poprawnie, oczywiście z akcentem cygańsko-rosyjskim. Po jakimś czasie zaczęła razem z nami wychodzić. Czasem brano z drugiego wagonu kilka kobiet i wtedy zawsze wychodziła pani Justyna. Panowie polubili Cygankę, była ładną i dowcipną kobietą. Często podśpiewywała. Przygrywali jej panowie, którzy mieli ustne harmonijki. Bardzo często śpiewając prowadziła agitację, abyśmy nie dawali się oszukiwać i każdego dnia żądali chleba, cukru i ryby, bo inaczej konwojenci nasz prowiant zamienią na wódkę. Mówiła po niemiecku lub po polsku. Większość konwojentów jej nie rozumiała i kazali sobie tłumaczyć, co mówiła. Oczywiście, nikt nie umiał przetłumaczyć. Pewnego dnia młody porucznik NKWD wstawił się za Cyganką mówiąc, że Cyganie lubią kawały opowiadać i śpiewać „czastuszki”. Potem podszedł do niej i uprzedził aby nie agitowała, bo nie będzie jej bronił. Chleb rozdawano co drugi dzień, ale ani cukru ani ryby nie było. Pierwszy raz dzięki Cygance była ciepła strawa w Smoleńsku. Na dworzec przyszła „władza” w randze pułkowników i wtedy Cyganka złożyła skargę, że nie mamy ciepłych posiłków ani wrzątku, aby się napić. Wie, ile się internowanym dziennie należy. W Warszawie ładowano worki cukru, wędzone ryby, mleko w proszku. Trzy wagony wiozące prowiant zniknęły po trzech dniach, a pojawiły się dwa wago-ny zmarłych.
Drugi ciepły posiłek był w Moskwie. Na dworcu towarowym byliśmy wszyscy w łaźni i tam dano nam gorącą zupę i dwie łyżki kaszy. W Moskwie wymieniono konwojentów, a kierownika konwoju prawdopodobnie aresztowano. Przestano nas wypuszczać po wodę i tak 29 kwietnia dojechaliśmy do Sośwy (północny Ural). Wyładowano nas, ustawiono czwórkami i przeliczono. Potem znów podzielono: młodych i zdrowo wyglądających mężczyzn zostawiono w Soświe i wyprowadzono poza stację. Kobiety i resztę siwych mężczyzn załadowano na platformy, tzw. lory, bez zabezpieczenia. Wzdłuż platformy był przeciągnięty gruby łańcuch na wysokości pasa. Mężczyźni ustawili się z obu stron łańcucha, trzymając się go mocno. Kobiety trzymały się mężczyzn lub siebie nawzajem. Od zewnątrz ochraniali nas znów mężczyźni. Za mną stał asystent biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Spóźnił się na „odczyt” Millera, co uratowało mu życie. Nie wiem, czy udało się mu ponownie ocalić życie na Syberii, bo rozłączono nas w Stupinie. Jechaliśmy wąskotorówką przez całą noc z Północnego Uralu do Wierchnoturskiego Gułagu. W dzień zaczęto wywoływać najpierw mężczyzn. Na każdym postoju kogoś zostawiano. Każdy postój to nowy łagpunkt tj. nowy zakład karny i każdy miał co innego do spełnienia. Z jednego brano do pracy przy układaniu nowych torów kolejowych, z drugiego zatrudniano więźniów przy wyrębie lasu, z innych w kopalniach.
Reszta – 30 kwietnia 1945 r. dotarła po południu do Bieriozowki. Zbiórkę zorganizowano na placu w samym środku łagru Bieriozowka. Był to obóz, który zbudowali dla siebie mieszkańcy – trudarmiejcy. Gdy nas przywieziono jako internowanych z Polski, Niemców przesiedlono poza obóz, ścieśniono ich z tubylcami w ich chatach. Potem dowożono jeńców Wehrmachtu, którzy zbudowali dla siebie nowe domy. Drzewa było dużo, bo wkoło lasy. Po przybyciu do obozu i „wyliczance”, pozwolono rozejść się do baraków według podanych wskazówek. Gdy weszłam do środka, byłam zaskoczona czystością ścian, prycz, jakby je ktoś dokładnie wystrugał, a potem papierem ściernym przetarł i polakierował. Czym prędzej we-szłam na pryczę i wyciągnęłam strudzone nogi – były okropnie spuchnięte i bolesne od wielogodzinnego stania i naprężenia mięśni. Pomyślałam, zamykając oczy: „Boże, miej mnie w Swej Opiece”. Nie wiem jak długo spałam, zbudziła mnie bardzo młoda dziewczyna w mundurze. Zapytała mnie, czy znam język polski, niemiecki, a może i rosyjski, a czy pisać też potrafię po rosyjsku, bo ta obywatelka, wskazując na Elżbietę, powiedziała, że pani jedyna zna te języki. Wiedziałam, że nie gorzej ode mnie władały inne tymi językami, ale się nie przy-znały. Krasnoarmiejka spytała mnie przymilnie, czy nie mogłabym jej pomóc. Pomyślałam, że nadarza się sposobność, abym pracowała w pomieszczeniu, a nie w lesie. Wstałam i poszłam za tą dziewczyną, prosząc panią Twardowską o przypilnowanie moich rzeczy. Pod moją pryczą miejsce zajmowała pani Schmeling z Rygi. Obie te panie były ze mną dwa i pół roku w różnych obozach, rade, że wciąż trzymały się razem. Okazało się, że dziewczyna, która prosiła mnie o pomoc nazywała się Szura (zdrobniale od Aleksandry). Jej powierzono uaktualnienie kartoteki o osoby nowo przybyłe oraz zrobienie spisu osób w poszczególnych barakach. Trudność, jakiej Szura nie mogła pokonać polegała na tym, że Rosjanie nasze H piszą w niektórych przypadkach jako G, np. Hitler – Gitler, Hans – Gans itp. Gdy Szura odczyty-wała H jako G nikt się nie zgłaszał, bo w tym baraku nikogo takiego nie było, a jeśli w następnym była, to nie zgadzało się imię, ani data urodzenia i miejsce zamieszkania. Oczywiście nikt na takie zmiany swego nazwiska czy i imienia nie reagował. Wyjaśniłam jej przyczynę niepowodzenia i zaproponowałam aby kartę rejestracyjną podzielić na dwie części: jedną pisać alfa-betem łacińskim, a drugą – cyrylicą. Robota ruszyła z miejsca. Zaczęłyśmy od szpitala – najpierw żyjących, potem ile osób zmarło i kiedy, i tę kartotekę odłożyłyśmy osobno. Pozostali musieli, w wyznaczone dni dla poszczególnych baraków, zgłaszać się do biura. Następnie mieszkańcy każdego baraku wybrali spośród siebie swego reprezentanta, który załatwiał różne sprawy w biurze, odpowiadał za porządek, wyznaczał dyżurnych i zgłaszał chorych.
W domu, gdzie był gabinet naczelnika obozu, był również gabinet głównego księgowego i jego pomocników, a naprzeciwko pokoju Szury miał pomieszczenie normirowszczyk, który na podstawie wykonanej pracy przez internowanych, obliczał procent wykonania pracy oraz określał racje żywnościowe, tzw. „kocioł”. Naszymi władzami okazali się trudarmiejcy. Głów-nym księgowym był F. Lejsle z Engelsa, normirowszczykiem – E. Nuss, a z nim pracował mecenas Jan Chmielewski z Warszawy.
W obozie ogłoszono kwarantannę z powodu kilku przypadków tyfusu plamistego. Były ogólne szczepienia i nie wyprowadzano nikogo przez trzy tygodnie do pracy i nikomu z zewnątrz nie wolno wchodzić do obozu. Mógł wejść tylko naczelnik, główny księgowy, normirowszczyk i zwykle dwa razy dziennie: rano i w południe – wchodziło dwóch strażników aby sprawdzić, czy stan obecnych zgodny jest z kartoteką. Wszyscy oni wchodzili w białych fartuchach.
Główny księgowy strasznie się martwił, że nie zdąży zrobić półrocznego bilansu. Ja oraz kilku panów zgłosiło się do pomocy. Chociaż nigdy nie pracowałam w księgowości, obiecałam szybko się nauczyć. Zaczęłam od pomocniczych prac – przygotowania druków. Na papierze pakunkowym trzeba było równo narysować odpowiednie rubryki. Pomagałam dwóm panom: jednym był łódzki jubiler p. Hempel, drugim – księgowy z Czech, p. Józef Polaczek. Oni wstawiali dane do rubryk, a ja umiałam posługiwać się liczydłami, więc wszystko musiałam podsumować. Przypadkowo udało mi się z huby brzozowej zamiast atramentu zrobić tusz (ciemna sepia). Dotychczasowy atrament jasno-brązowy na beżowym czy szarym papierze pakunkowym był słabo widoczny. Tusz natomiast był ciemny i błyszczący. Ciemny wyszedł tylko przez przypadek – za długo się woda z hubą gotowała i została tylko połowa. Tyle ile wyszło, wlałam do osobnego naczynia, a do huby nalałam znów wodę i postawiłam na ma-szynce i poszłam spać, choć na dworze było bardzo widno, bo w połowie czerwca były tam białe noce. Gdy się trochę przespałam i wróciłam do pracy, w wiaderku był znów ciemny tusz. Poprosiłam aby mi przynieśli z lasu jeszcze trochę huby, bo nie wiem, czy starczy nam tego atramentu. W ten sposób stałam się producentem tuszu, stale były zamówienia, nawet z Gułagu. Kto raz spróbował pisać tym tuszem na papierze pakunkowym, to już nie chciał innego.
Za bilans półroczny i tusz główny księgowy Lejsle otrzymał nagrodę w wysokości 500 rubli, a za moje przeszkolenie otrzymał drugie 500. Władze Gułagu podejrzliwie patrzyły na tak szybkie opanowanie przeze mnie umiejętności: prowadzenie kartoteki i pomoc w księgowości. Zrozumiałam, że w tych warunkach nie należy się w niczym wyróżniać, lepiej zostać szaraczkiem. Ale moi Rodzice zawsze powtarzali, że „jeśli coś robisz, to rób to dobrze i dokładnie”. Ponadto nie patrzyłam na wykonywaną pracę na Syberii jako na karę, starałam się zawsze doszukać sensu w tej robocie i poczuć do niej zainteresowanie. Ale dopiero jako pielęgniarka byłam z pracy w pełni zadowolona, bo mogłam cierpiącym w widoczny sposób po-móc. Jeśli praca była zbyt ciężka i uciążliwa, a do tego niebezpieczna, próbowałam się buntować. Ale o tym później.
W czerwcu 1945 r. przybył nie zapowiedziany śledczy z żołnierzem NKWD, który do-prowadzał do śledczego, urzędującego w biurze naczelnika obozu – obozowiczów wg listy zrobionej przez śledczego. Kolejni więźniowie musieli pozostać w konkretnym dniu w obozie i czekać na przesłuchanie. Jak się przekonałam potem, jego najważniejszym chwytem śledztwa było położenie na biurku pistoletu – na postrach ( w każdej chwili może być użyty) i drzwi zamknięte na klucz (nigdzie nie uciekniesz od przeznaczenia!). Dla większości przesłuchiwanych było to pierwsze przesłuchanie na terenie ZSRR i nie było przeważnie przyczyny aresztowania. Przesłuchanie zaczynało się więc jednakowo: – mów, wiesz przecież sama, co przeskrobałaś –. U mnie było inaczej, już było wpisane w aktach, że uciekłam z ZSRR. Padło więc pytanie: – kiedy i dla-czego uciekłaś ze Związku Radzieckiego? – Zaczęłam, jak poprzednio, że nie uciekłam, bo nigdy w nim nie byłam, jestem pierwszy raz w Związku Radzieckim – i byłabym zrobiła dalej wykład z historii, ale nie dał mi dokończyć zdania. Posypała się wiązanka przekleństw i brzydkich słów. Nie mogłam tego słuchać, choć nie znane mi były te słowa. Krzyczał bardzo głośno, zatkałam sobie uszy, bo było już tego za wiele. Powiedziałam: – przepraszam, ale mam bardzo wyostrzony słuch i nie mogę przebywać w hałasie, bo mogę ogłuchnąć. – A ja myślałem, że jesteś subtelną i delikatną kobietą i zaraz odpowiesz mi na pytania – – powiedział już ściszonym głosem. Przerwałam mu mówiąc: – Chciałam, a pan mi nie pozwolił dokończyć. Wstał i bez słowa wskazał mi drzwi. – To proszę drzwi otworzyć, bo są zamknięte. –. Śledczy wstał i wypchnął mnie na korytarz.
W lipcu 1945 r. (nie pamiętam, którego dnia to było) przeżyłam po raz pierwszy zaćmie-nie słońca. W biały dzień (a dni w tym czasie były jeszcze bardzo długie) zaczęło się raptownie ściemniać i słońce zaczęło się chować jakby za czarną kulę, było widać coraz węższy i węższy pasek słońca, aż zupełnie stało się ciemno. Trwało to bardzo krótko, a mnie zdawało się, że wieki. Serce trzepotało w piersi, jakby chciało wyskoczyć, momentalnie rozbolała głowa. Gdy znów stopniowo robiło się coraz jaśniej nie mogłam dojść do równowagi. Wiele osób podobnie przeżyło to zjawisko.
Na początku sierpnia 1945 r. odszedł transport zesłanych – przeważnie chorych, do Pol-ski. Ze znajomych do Łodzi wyjechała Irena Lisowska i Oleg Birgiel. Oleg zaproponował, abym napisała list do swoich Rodziców, a on przekaże go po powrocie do kraju. Napisałam na chusteczce do nosa tuszem i wszyłam pod podszewkę jego płaszcza. Irena obiecała, że odwiedzi Rodziców i przekaże to, co jej powiem. Prosiłam więc, aby tak opowiadała, by ich nie zmartwić i dodałam, że „bardzo ich kocham i tęsknię za nimi”. Zamiast Ireny Rodziców moich odwiedził jej ojciec. Był bardzo przygnębiony i zmartwiony chorobą córki. Oleg przekazał Rodzicom mój list i długo opowiadał jak się żyje w obozie. Pochwalił mnie, że dzielnie się trzymam. Po moim powrocie do kraju spotkaliśmy się w Łodzi, chociaż on mieszkał już w Krakowie z żoną, a ja w Rabce-Zdroju.
Odbiegłam w czasie od tematu, ale chciałam koniecznie napisać, że szczęśliwie dotarli do swych domów. A wyjechali w odpowiednim momencie. W łagrze skończyła się kwarantanna i zaczęto nie tylko zdrowych ale również inwalidów i OK (ozdrowieńców), a nawet pracowników szpitala wyprowadzać do pracy w kołchozie. Najpierw do grabienia siana i układania w stogi, a we wrześniu – do zbierania ziemniaków i kapusty. Było już gorzej, bo zaczęły padać deszcze, a nawet deszcz ze śniegiem; było bardzo zimno i mokro.
Przed 20 października 1945 r. kazano przygotować kartotekę wg listy przysłanej przez NKWD. Na tej liście były prawie wszystkie kobiety! Główny księgowy wcześniej dowiedział się, że odjedzie transport, tylko nie wiedział dokąd. Zapytał mnie, czy chcę zostać. Bałam się, bo jeśli to transport do domu, to interwencja księgowego zamiast mi pomóc mogła mi zaszkodzić. W końcu dowiedział się, że ten transport nie odjedzie do Polski, tylko 40 km dalej – do Stupino. Pojechał więc do naczelnika obozu – pułkownika Biestużewa i powiedział, że w nowym transporcie przyjedzie bardzo dobry księgowy, który pracował w Bierozowce i nazywa się Bobrowko. Naczelnik podziękował i wyraził zgodę na zatrudnienie protegowanego pracownika.
20 października dojechaliśmy do Stupina, był to obóz-szpital, należący do Wierchnoturskiego Gułagu. Przed bramą było kilku sanitariuszy z noszami, leżących zabrali na noszach do szpitala, a potem wrócili po pozostałych chorych, których można było przyprowadzić podtrzymując pod ręce. Nagle usłyszałam swoje nazwisko i podeszłam do wołającego. Był to naczelnik obozu, bardzo wysoki i przystojny mężczyzna – pułkownik Biestużew, spojrzał na mnie i zapytał: a ty kuda sudarinia? (uprzejmy zwrot do kobiety). – A ja Bobrowko – odpowiedziałam. Popatrzył na mnie i tylko pokiwał głową. Może niepotrzebnie się odezwałam mówiąc: – ja naprawdę jestem dobrym księgowym. – Za dwie godziny masz być w księgowości – powiedział naczelnik. – A czy potrzebny jest może normirowszczyk? Czy mogę przy-prowadzić? – Głośno się roześmiał i powiedział : – Przyprowadź! To był pierwszy człowiek, z którym zetknęłam się w nowym obozie. Miał bardzo donośny głos, podwładnych trzymał na dystans, a ci bardzo się prężyli, gdy salutowali lub składali raport. Ale wyczuwało się w nim dużą kulturę i dobre maniery. Głównym księgowym był Trietiakow, były więzień polityczny, obywatel sowiecki skazany wraz z żoną na 10 lat łagrów za „nieodpowiednie pochodzenie”. Był bardzo cichy i smutny. Okazało się, że kilka miesięcy przed naszym przybyciem stracił żonę i dziecko, które razem z matką zmarło przy porodzie. Nie udało się uratować ani dziecka, ani żony; prawdopodobnie przez niedopatrzenie lekarza. Rzeczywiście w tym obozie było dwóch lekarzy, którzy siali postrach i antypatię jeńców i internowanych. Jeden to położnik – ginekolog, Rosjanin, drugi – internista, nazywany przez wszystkich „gnidą”. Był rumuńskim Żydem. Było jeszcze dwóch chirurgów, ale z nimi zetknęłam się dopiero pod koniec, gdy przywieźli do szpitala 25 lipca 1946 r. z I obozu postrzelonego, wykrwawionego Teodora Żurawlewa – łodzianina. Podobno jeden z jeńców krzyknął do strażnika, że tam ktoś ucieka. Strażnik niezorientowany w sytuacji zaczął strzelać we wskazanym kierunku. Miał to być podobno tylko żart, a zginął człowiek. Nie podaję nazwiska, niech mu Pan Bóg wybaczy ten niecny uczynek. Chirurdzy robili co mogli, lecz kula zrobiła duże spustoszenie w brzuchu i zahaczyła o serce. O uratowaniu życia nie było już mowy. Ranny zmarł w Stupinie 26 sierpnia 1946 r. po 20 godzinach od wypadku. Bardzo mile wspominam doktora farmacji – patologa dr Perczyńskiego. Urodzony w Gruzji, był wnukiem powstańca listopadowego, zesłanego do Gruzji. Dziadek jego, jako oficer i Polak był mile widziany w pewnej bardzo bogatej rodzinie książąt gruzińskich. Rozkochał w sobie jedynaczkę gospodarzy i oddali ją mu za żonę. Urodził się syn, pół-Polak, pół-Gruzin. Dziadek – Gruzin chciał, aby wnuk był wychowany w tradycji gruzińskiej, a ojciec – Polak chciał, aby skończył medycynę. Po studiach syn pracował w Kisłowodsku, w kurorcie, gdzie leczyło się bardzo dużo bogatych Rosjanek. Ojciec doktora ożenił się z bardzo bogatą Rosjanką i dlatego dr Perczyński, jak sam mówił, jest mieszanką wybuchową: polsko-gruzińsko-rosyjską. Wybrał jak ojciec – medycynę. Bardzo kochał całą rodzinę, dlatego do żadnej z tych narodowości nie czuł ani żalu, ani nienawiści. Uwielbiał jednak dziadka Polaka. Wszystko, czego się od niego nauczył, pomogło mu przetrwać najtrudniejszy okres życia. Modlił się z jego książeczek, ze złotego ołtarzyka, który to modlitewnik przywiózł dziadek z Polski. Czytał również Ewangelię w języku polskim, ale po polsku mówił słabo. Płakał, gdy nas wywożono z tego obozu 3 września 1946 r. w niewiadomym kierunku. Twierdził, że pod koniec życia usłyszał prawdziwą polską mowę, taką jaką mówił jego dziadek. Bardzo go to odmłodziło, przypomniało beztroskie dzieciństwo i początek młodości, bo potem już było coraz gorzej. Za nasze pojawienie się i za wszystkie przeżycia do końca swych dni miał dziękować Bogu. Życzył nam powodzenia w życiu i szybkiego powrotu do kraju. Nie tylko wierzył, że wrócimy, ale był pewny, że tak musi się stać. Zresztą wszyscy Rosjanie – więźniowie polityczni, z którymi zetknęliśmy się twierdzili, że na pewno wrócimy. Nawet pragnęli, żeby się tak stało, żebyśmy mogli opowiedzieć, co się na Syberii dzieje. Może to chociaż częściowo odmieniłoby ich los, albo chociaż los ich dzieci.
Po przybyciu do Stupina okazało się, że jest tu kilka osób, z którymi zetknęłam się w Rembertowie, potem w transporcie do Sośwy i z Sośwy. Nawet ci, których zabrano z Bieriozowki do szpitala w Stupinie.
Przyjęto mnie do księgowości, a pana mecenasa Jana Chmielewskiego zatrudniono jako normirowszczyka. W księgowości, oprócz głównego księgowego pana Trietiakowa, był jeszcze jeden więzień polityczny, który odsiedział 10 lat, a potem z powodu wybuchu wojny dołożyli mu jeszcze 5 lat. W zaufaniu powiedział, że zarobił na ten wyrok, bo był głupi i zapisał się do partii, a gruzińska szlachta nie lubiła tych, którzy wyłamywali się spod ich wpływów i sfabrykowali oskarżenie o kradzież.
Przykro mi, ale to już 50 lat upłynęło i zapomniałam nazwiska niektórych osób, innych imiona. Zachowało się w pamięci to, co było w użytku, do kogo i jak się zwracałam. Bardzo miło i serdecznie wspominam panią Twardowską z Warszawy, panią Schmeling z Rygi, Walę Murat-Glińską z Dęblina (jej ojciec był wykładowcą w szkole wojskowej w Twierdzy Dęblińskiej), Wandę Różańską, bodaj z Konstancina pod Warszawą. Zapamiętałam i mile wspominam młodego inżyniera chemika pana Romana z Radomia, który pracował w pralni w Stupinie i bardzo troskliwie opiekował się młodym kolegą Zdzisławem, który stracił wzrok po przebtej róży twarzy w Soświe. Zdzisław po odzyskaniu przytomności i spadku temperatury nie chciał żyć, załamał się, lecz dzięki troskliwej, bezustannej opiece i pomocy pana Michała, jakoś pogodził się z losem i nabrał chęci do życia. Bardzo lubiłam panią Bronisławę Dąbrowską, byłą druhnę harcerską – humanistkę. Znała bardzo dużo wierszy, pieśni i piosenek. Lubiła re-cytować i bardzo często była inicjatorką różnych zebrań i śpiewów.
Gdy nastało uralskie lato i zrobiło się ciepło, po pracy nosiły kobiety z lasu gałęzie limby lub świerku, podpalały i paliły ogniska, a dym był bardzo pachnący i jednocześnie chronił przed komarami i moskitami. Siadaliśmy na ławeczkach na placu w środku obozu. Rozmawialiśmy i śpiewaliśmy, marzyliśmy o powrocie do domu. Często naczelnik Bestużew wychodząc do domu zatrzymywał się na wysokim ganku i przysłuchiwał się tym śpiewom, ale nigdy nie zabraniał nam tych zebrań.
Często przychodziło jeszcze dwóch Rosjan, którzy odbywali karę. Byli więźniami politycznymi, jak my wszyscy, ale byli trochę faworyzowani przez naczelnika obozu i głównego księgowego. Jeden z Leningradu, skrzypek z zawodu – Piotr Andriejewicz, który mieszkał i pracował w kartotece, nigdy w dzień nie grywał na skrzypcach. Dopiero wieczorem, gdy wszyscy wyszli z budynku. Drugim był Michaił Bułhakow, który przychodził do księgowości i zdawał nam relacje z ruchu chorych i diet. Ci dwaj stale nucili. Świetnie im to wychodziło, gdy siadali na ganeczku i śpiewali pieśni Czajkowskiego, Rachmaninowa lub różne arie z oper rosyjskich kompozytorów i nie tylko; znali dobrze muzykę poważną. Często przyłączali się do naszego muzykowania. Gdy zrobiło się już zimno, zaczęliśmy się zbierać w aptece. Dr Perczyński jako gospodarz starał się jak mógł mówić po polsku i stale przepraszał za zły akcent i wymowę, ale my twierdziliśmy, że wszystko jest w porządku. Chętnie wyjmował swoją ustną harmonijkę i akompaniował.
Bardzo zagadkową osobą był Michaił Bułhakow, nigdy nie pytałam co robił na wolności, ale często przychodząc do księgowości prosił o papier do pisania, a gdy było więcej osób zostawiał przygotowaną karteczkę z prośbą o papier i szybko wychodził. Często przesiadywał w gabinecie skrzypka – Piotra, lub nawet w gabinecie naczelnika przy małym stoliku za drzwiami. Z tego miejsca miał dobry widok na wachtę i jeśli naczelnik wchodził na teren obozu nie sam, szybko wszystko zbierał i wychodził. Naczelnika zresztą nie trzeba było widzieć, jego było najpierw słychać. Gdy szedł do biura nie sam, a z jakąś komisją, to dzwonił z wachty do Piotra pytając, czy ktoś był lub jest i czy czeka na niego. Widocznie był to umówiony znak, żeby jeśli w gabinecie był Michaił, Piotr zawsze zdążył go zawiadomić.
W dniu 3 września 1946 r. przygotowywaliśmy się do nowego transportu w niewiadome. Po pożegnaniu z doktorem Perczyńskim spytałam, czy mogłabym pójść do Michaiła, pożegnać się. Był operowany z powodu żółtaczki, spowodowanej przez lamblie. Doktor powiedział, że Michaił odzyskał już przytomność, ale z nikim jeszcze nie rozmawiał. Gdy weszłam do sali, był sam. Leżał z zamkniętymi oczami i był nadal bardzo żółty. Nie wiem dlaczego powiedziałam po polsku: „O mój kochany żółtku, nie wiem czy mnie słyszysz, przyszłam się pożegnać i życzyć tego, czego sam sobie życzysz”. Lekko się uśmiechnął, długo się nie odzywał, a gdy wzięłam go za rękę, szepnął: – wsiech błag Nadia (wszystkiego najlepszego Nadziu). Zastanawiałam się zawsze, do czego mu tyle papieru potrzeba. Nigdy nie zapytałam, skoro sam nie mówił, a nie chciałam być wścibską babą. Po powrocie do Polski w latach 70-tych dostałam od męża na gwiazdkę powieść Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”.
Z zainteresowaniem przeczytałam, zresztą często do niej wracałam, jako do najciekawszej lek-tury. Szkoda, że nie podano w niej chociaż krótkiego życiorysu autora. Byłam pewna, że chodzi o tego samego Michaiła Bułhakowa z obozu w Stupinie. W czterotomowej encyklopedii z 1972 r. wymieniony jest Michaił Bułhakow, urodzony w 1891 r. na Ukrainie, zmarł w 1940 r. Podano również jego dorobek pisarski. Zaczęłam kojarzyć fakty i zastanawiać się, czy to możliwe, żeby uśmiercony człowiek żył jeszcze w 1946 r. w Stupinie. Nie mógł być to ten sam, bo musiałby mieć około 55 lat, a wyglądał na około 40 lat. Niedawno (chyba w 1993 r.), dowiedziałam się, że jest jeszcze drugi pisarz o tym samym imieniu i nazwisku, ale młod-szy. Nie chcę jednak spekulować, czy ten z łagru Bułhakow jest tym młodszym pisarzem, czy chodzi może o jeszcze kogoś innego?
W kwietniu 1946 r. zmarł w szpitalu okulista z Poznania dr Wł. Mielnik z powodu róży, wysokiej temperatury, niewydolności krążenia i uszkodzenia mięśnia sercowego.
Nie należałam do najzdrowszych i najsilniejszych dziewcząt, stale coś się ze mną działo. Byłam zmarzlakiem, często się przeziębiałam, wysoko gorączkowałam. Jestem i zawsze byłam alergikiem. Silnie reagowałam na wszelkie ukąszenia: pszczół, os, komarów, moskitów, pluskiew, a Syberii dodatkowo – moszek. Pewnego dnia wróciłam z łaźni i zostawiłam otwarte pudełko z mydłem i położyłam się spać. Okazało się, że mydło jest szczurzym przysmakiem. Gdy szczur poruszył pudełkiem, machnęłam ręką i on uciekając po mojej twarzy podrapał mi policzki brudnymi pazurami. Gorączkowałam bardzo wysoko, miałam silny odczyn na twarzy – zaczerwienienie i obrzęk, że nic nie widziałam. Tylko dzięki opiece doktora Perczyńskiego przeżyłam, a na policzkach koło nosa pozostały tylko małe blizny. Od tej pory coraz częściej miewam bóle głowy, silnie reaguję na zmiany pogody – dusznościami, kołataniem serca i silnym obrzękiem oraz bólem kończyn. Muszę jeszcze nadmienić, że w Bieriozowce i początkowo w Stupinie byliśmy razem: internowani i jeńcy wojenni. Nie było kradzieży, awantur ani w samym obozie, ani w miejscu pracy, nikt nikogo nie bił. Dopiero w kwietniu 1949 r. przywieźli transport składający się z Cyganów, Rumunów, Żydów, Mołdawian, którzy wpadli w łapy NKWD przy przekraczaniu granicy w Rumunii w 1940 r.; był to już element ludzki, który odbył już prawie pięcioletni staż obozowy i to obozów, w których górowali złodzieje i bandyci. Nauczyli się od nich różnych złodziejskich sztuczek i przez zaskoczenie chcieli zastraszyć porządnych ludzi w naszym obozie. Myśleli, że będą mogli robić co będą chcieli, tym bardziej, że to byli niemieccy jeńcy wojenni tj. faszyści. Wpadli do baraków, pozrzucali plecaki z prycz, wybierali co tylko chcieli, albo co miało jakąkolwiek wartość, a resztę wyrzucali. Ci, którzy przebywali w tym czasie w obozie zebrali się na placu i tłukli czym i w co się dało, najczęściej w menażki, krzycząc, że napadli na nas bandyci i złodzieje i niszczą nam nasze rzeczy osobiste. Nadszedł pułkownik – naczelnik obozu. Wezwano gongiem wszystkich na apel, również i nowo przybyłych, których przywódcą był były naradczyk, wybrany w poprzednim obozie przez więźniów. Przywiózł do obozu swoich ludzi i tu pozostał nadal naradczykiem, bo nikt nie dałby sobie rady z tymi ludźmi (do jego zadań należało: zbieranie ludzi przed bramą przy wyjściu do pracy, pilnowanie, aby nie zabrakło opału ani w szpitalu, ani w kuchni, ani w barakach; pilnowanie porządku w barakach i wyznaczanie dyżurnych w barakach i samym obozie, wyznaczanie ludzi do zamiatania i usuwania śniegu ze ścieżek zimą).
Naradczyk stanął przed swoimi ludźmi i bawił się moim scyzorykiem. Nie wytrzymałam, widząc moją własność w jego ręku. Całe szczęście, że scyzoryk był zamknięty i kto nie wiedział jak go otworzyć, nie otworzył. Zapytałam po polsku, jakim prawem rabowali i wyrzucali nasze rzeczy, zajmowali nasze miejsca, kto dał im takie prawo? „Nikt tu nie kradnie” – odpowiedział – „chyba, że wy”. Zdenerwował mnie tym jeszcze bardziej: – Mówisz, że nie kradniecie, a trzymasz w ręku moją własność, czy wiesz chociaż co to jest? – Mówiliśmy po polsku, ale naczelnik zorientował się o co chodzi, bo widział jak rozcinałam tym scyzorykiem kartki papieru. Kazał podać sobie scyzoryk i zapytał: – Czy to ten sam scyzoryk, który widziałem u ciebie? – I nie czekając odpo-wiedzi schował go do kieszeni, a naradczyka zapytał, czemu nie stoi na zbiórce i gdy ten oci-gał się, huknął: – Na miejsce! A teraz słuchajcie, nowo przybyli, zbiórka przy wachcie i pięć dni karceru! – Stali jak wryci. Naczelnik oświadczył: – Jeśli trzeba wam to przetłumaczyć, to mecenas Chmielewski to zrobi.
Podczas gdy nowo przybyli byli w karcerze, nas ścieśniono i zwolniono jeden barak dla nich. Nie mieli prawa wchodzić do naszych baraków, a tym bardziej do szpitala. Wszędzie byli postawieni dyżurni, którzy wpuszczali do tych baraków tylko mieszkańców. Najgorzej było w miejscu pracy, gdzie urządzali bójki, a w stołówce wyrywali chleb z rąk. Naradczyk dochrapał się tej funkcji pod warunkiem trzymania swoich ludzi w ryzach, tylko nie na długo.
W dniu 3 września 1946 r. – jak już wspomniałam – nastąpił nowy etap, tym razem Chudziakowo na środkowym Uralu – obóz internowanych i jeńców Wehrmachtu. Na nasze nie-szczęście pojechali z nami wszyscy Rumuni, również lekarz Rumun, „gnidą” nazywany. Po przyjeździe do Chudziakowa wywołał bójkę z jakimś Niemcem i tak silnie uderzył go w pod-żebrze, że pękła śledziona. Niemiec zmarł z powodu krwotoku wewnętrznego. Pozostali Niemcy podnieśli krzyk i pan doktor został aresztowany i odwieziony do więzienia w Swierdłowsku. Co się z nim stało potem, nie wiem.
Chudziakowo było obozem pracy dla internowanych i jeńców wojennych. Najcięższy obóz, szczególnie dla kobiet. Już było bardzo zimno, miejscami mokro, to znów mroźno, a praca polegała na wycinaniu i ładowaniu drzewa na platformy. Dowożono nas do pracy na platformach bez barierek. We wszystkich poprzednich obozach pilnujący strażnicy mieli przewieszoną przez ramię strzelbę, lecz nikt na ogół nie strzelał do więźniów. W tym obozie zdarzyły się takie wypadki i to właśnie dwie kobiety zmarły, a kilka było rannych. Odebrano strażnikom broń, a dano do pilnowania tresowane psy. Strażnikami byli bardzo młodzi chłop-cy – górale, urządzali treningi z psami. Przy wychodzeniu ludzi do pracy strażnicy zabierali internowanym rękawice albo czapki, dawali psom wąchać te rzeczy, a potem kazali im szukać właściciela. Znalazłszy, psy powalały go na ziemię i czekały na dalsze rozkazy, jeśli zaatakowany nie bronił się. Gorzej jeśli zaczynał się bronić, a kobiety najczęściej uciekać, to pies szczekał i tym wzywał pomocy. Reszta psów wyrywała się i szła na odsiecz. Czasami dochodziło do ogólnego popłochu. Raz mężczyźni musieli przyjść z pomocą: zagrozili, że elektrycznymi piłami pozarzynają psy, jeśli strażnicy jeszcze raz urządzą taką zabawę. Właśnie tego dnia było najwięcej pogryzionych kobiet, przyszły do mnie do szpitala, żebym poszła z nimi i służyła im za tłumacza. Byłam wtedy chora, miałam zakrzepowe zapalenie żył na obu podudziach. Trudno, a nawet nie wolno mi było spuszczać nóg, a tym bardziej chodzić. Za-bandażowałam je i poszłam jednak z kobietami do naczelnika obozu. Był tam również naczelnik drugiego oddziału i lekarz ze szpitala, który gdy mnie zobaczył, strasznie mnie obrugał, że wstałam z łóżka bez jego zezwolenia i wyszłam ze szpitala. Zagroził, że skoro chodzę, to mogę już nie wracać, bo on mnie skreśla z listy chorych. Próbowałam się bronić, – że wyszłam bez zezwolenia bo moje rodaczki prosiły o pomoc, a pana nie było na miejscu i te biedne kobiety nie tylko wystraszone, ale również bardzo pogryzione nie miał kto opatrzyć, bo klucz od szafy z opatrunkami ma pan doktor w kieszeni. Przyszłam tu prosić naczelników obozów i II od-działu o interwencję, aby przeszkolili strażników jak mają się zachowywać z psami, bo czy o to chodzi, aby kobiety nie wyrabiały normy, czy o to, aby młodzież wasza miała rozrywkę? A przy okazji, że jest „naczalstwo” tutaj, proszę zabezpieczyć platformy, bo kobiety jutro na nie nie wsiądą. – Naczelnik obozu odpowiedział: – W nocy nie zdążą założyć łańcuchów. Jutro więc zrobimy wolny dzień, a dziś wieczorem dla wszystkich będzie łaźnia. A doktora proszę do szpitala pomóc pogryzionym kobietom. – Jedna najmniej poszkodowana sama poszła, a dojść do szpitala innym pomogli wezwani na pomoc chłopcy.
Naczelnik II oddziału przejrzał moje papiery i wyznaczył mi pracę siedzącą przy kartotece. Ponieważ nie mogłam cały dzień siedzieć ze spuszczonymi i opuchniętymi nogami, ani chodzić do stołówki – wstawiono w biurze za parawanem łóżko i pracowałam ile mogłam. Do stołówki chodziła p. Twardowska i sama też na tym korzystała, bo i ona dostawała taką samą porcję. Lekarz skreślił mnie ze szpitala, ale „kocioł” został ten sam.
W pierwszej kolejności zrobiłam spis kobiet, które zostały poszkodowane na wyrębie la-su. Wykryłam również nieścisłości w ilości obozowiczów. Po pierwsze – trzy osoby wyjechały do Polski (Irena, Oleg i Janina). Po drugie – zmarły dwie osoby, jedna po postrzale (Żuraw-lew) i druga osoba – doktor Mielnik z Poznania zmarł w szpitalu. Po trzecie – trzech mężczyzn nie wzięto razem z nami ze Stupina.
Następnego dnia zrobiono szmon tj. sprawdzenie wszystkich rzeczy. Wygoniono wszystkich mimo zimna na plac i wszystkie kartki, listy, jakie kto miał w barakach załadowano do worków. Prawdopodobnie szukano spisu ludzi przebywających w obozach i ruchu tych ludzi.
8 października 1946 r. otrzymałam listę od konwojenta – lejtnanta z nakazem wyszukania kartoteki 150 osób i zrobienia podwójnych kopii tej listy. Konwojent powiedział, że to jest lista chorych, których ma dostarczyć do szpitala w Reżu. Wśród tych osób nie było ani mnie, ani pani Twardowskiej, ale były dwie osoby, które dwa dni temu zmarły i kartoteki ich były już wycofane. Więc nie musiałam ich wpisywać, a że spis nie był alfabetycznie ułożony, więc na końcu jako 149 wpisałam panią Twardowską, a siebie jako 150. Poprosiłam ją, aby swoje i moje rzeczy zebrała i poukładała, bo jedziemy do szpitala. Jakie było zdziwienie konwojenta, gdy sprawdzając wg listy wchodzących do wagonu towarowego zobaczył pod numerem150 również moje nazwisko. Powiedziałam, że wszystko jest w porządku, klucz zostawiłam u dyżurnego kapitana. – No to wsiadać – powiedział. Pociąg ruszył, a rano – 11 października 1946 r. byliśmy już w Reżu. Reż to cały zespół obozów na Środkowym Uralu: kilka kopalń węgla, rudy żelaza i ołowiu, cynku, kilka sowchozów i kołchozów, gdzie do robót ziemnych, siano-kosów, wykopków (jesienią) i wyrębu lasów (zimą) brano ludzi z łagrów.
Przywieźli nas do obozu-szpitala dla chorych, inwalidów i tzw. OK, tj. ozdrowieńców. Szpital ten przeznaczony był dla internowanych i jeńców wojennych. Po uciążliwej, wielogodzinnej podróży pociągiem towarowym znów znalazłam się w szpitalu z powodu nawrotu silnego obrzęku nóg, który nie wyleczony w poprzednim obozie, nasilił się. Dyrektor szpitala – chirurg, Austriak z Grazu – doktor K. Demel stwierdził, że te dolegliwości z nogami są z powodu niewydolności krążenia. Powinnam kłaść nogi wyżej. Dostałam więc mały dziecin-ny sienniczek pod nogi, rano wstawałam z nogami normalnymi, a do wieczora znów pojawiały się obrzęki.
Jako ozdrowieńcowi zaproponowano mi nocne dyżury w żłobku dla dzieci urodzonych w obozach. Dzieci były pod obserwacją ze względu na kontakt z dyfterytem. W barakach prycze były tak strasznie zapluskwione, że trudno było zasnąć, mimo że światło elektryczne było włączone do rana. W dzień dzieci łatwiej zasypiały, gdyż pluskwy żerowały tylko nocą. Przez pierwszy tydzień nie kładłyśmy się spać, ponieważ zaczęłyśmy walczyć z pluskwami. Trzeba było wybielić gaszonym wapnem z DDT całe pomieszczenie, a łóżeczka wyparzyć i dobrze wyszorować oraz zagipsować w nich wszystkie szpary. Dopiero wtedy dzieci spokojnie zaczęły spać. Nowych przypadków dyfterytu nie było. Rozpoczęłam dyżury według gra-fiku (dyżury mieszane).
W obozie w Reżu spotkałam kilka osób nowych – mieszkańców Łodzi. Byli to: Leon Nachman, Eugeniusz Górski – brat pani Lidii Górskiej i Mikołaj Woźniak. Był również inż. Birgiel – ojciec Olega, który wyjechał pierwszym transportem z Bieriozowki. Panu inżynierowi nie udało się wrócić do Łodzi, zmarł w Reżu na zapalenie płuc.
Był również doktor ftyzjatra – dr Ostrogski, bardzo schorowany. Zajmował się nim le-karz – prawie rówieśnik, tylko nie pamiętam dziś, jak się nazywał. Spotkałam w Reżu doktora ginekologa ze Lwowa – dr Jana Bieleckiego, prowadził poradnię ginekologiczną poza strefą łagru. Z Krakowa był internista dr Grzywacz, z Bielska-Białej – stomatolog dr Franciszek Pietrzyk, z Drezna dr Schifman.
Oprócz tych osób pamiętam kilku młodych ludzi, którzy przebywali na oddziale przez dłuższy czas, między innymi był młody człowiek z wysoką limfocytozą – Andrzej Jawień i jego jednoręki kolega – ksiądz, którego nazwiska nie pamiętam. Byli razem w partyzantce i tam ksiądz został ranny, stracił rękę, gdyż pomoc była udzielona zbyt późno. Amputowano prawą kończynę aż po sam bark. Był też bardzo młody góral Jasio z Chochołowa, który umie-rając prosił, aby powiadomić jego siostrę Hankę, że bardzo ją kocha i przeprasza, że nie będzie mógł się opiekować nią, chyba że z zaświatów. Zmarł na gruźlicę prosówkową w bardzo cięż-kim stanie. Jasiem opiekował się Ukrainiec – Nikodem z Rzeszowskiego, którego ktoś z rodziny wykupił z Oświęcimia. Przyszli Sowieci i zgarnęli, nie wiem, czy zdołał przeżyć obóz na Uralu, bo był w bardzo ciężkim stanie. Był bardzo dobrym i pogodnym człowiekiem, chętnym w niesieniu pomocy innym. Pamiętam również bardzo młodą nauczycielkę – pannę Ewę, ciężko chorą na gruźlicę płuc i rozsianą gruźlicę narządów rodnych.
Jeszcze kilka słów o samym, bardzo rozległym obozie. Zwykle w obozach były cztery wieżyczki strażnicze, tu było ich dwanaście. Co godzinę oddzwaniano na głównej wachcie, znajdującej się przy krótszej wschodniej ścianie obozu. Na wprost tej wachty ciągnęła się bardzo długa aleja (może kiedyś była to droga prowadząca do jakiegoś bardzo bogatego majątku; wysadzana była wysokimi, różnego gatunku jodłami o grubych pniach). Po obu stronach tej alei zbudowane były z grubych belek domy, a może baraki, między którymi był spore odległości i tu rosły o wiele młodsze drzewa, tworzące park. Były tu limby, brzozy, świerki, jodły i jarzębiny a między nimi – nie wykarczowane pnie bardzo starych drzew. Niektóre średnice pni przekraczały metr. Na nich siadywali latem mieszkańcy baraków, inwalidzi oraz ozdrowieńcy.
W obozie baraki były różnej wielkości. W mniejszych mieszkali ci, którzy pracowali w kuchni, pralni, łaźni oraz ci, którzy wychodzili poza obóz dla przygotowania drewna na opał. Wodę czerpano do zbiorników pompami z kilku studni. Osobne studnie miały: kuchnia, pralnia, łaźnia oraz szpital. Do pozostałych baraków dowożono wodę z rzeki spoza zony, beczkami.
Baraki szpitalne były dużo dłuższe, stały na wzgórzu. W głównym budynku była sala operacyjna, sala opatrunkowa, dwie sale chorób kobiecych, dwie chirurgiczne i trzy ogólne – internistyczne, z których usunięto chorych na gruźlicę po otwarciu nowego bloku, w związku z szerzącą się wśród chorych gruźlicą. Młodzież umieszczono osobno, osobno starszych, a w ostatnich dwóch salach zrobiono po trzy separatki dla umysłowo chorych.
W każdym budynku szpitalnym były: portiernia, dyżurki pielęgniarskie, kuchenki w któ-rych dzielono porcje otrzymane z kuchni; przewidziano też separatki dla lekarzy. Szpital miał bardzo długi i szeroki korytarz, z którego wchodziło się do sal, położonych po jednej stronie budynku. W każdej z nich były piece, w których paliło się od strony korytarza. Po drugiej stronie korytarza były okna, pod którymi stały długie stoły-krzyżaki z białymi brzozowymi nogami. Obok nich stały odpowiedniej wysokości klocki brzozowe zamiast krzeseł. Wysokie – służyły jako słupki pod skrzyneczki na kwiaty. Po tych korytarzach spacerowali chorzy, szep-tali modlitwy lub rozmawiali. Przy stołach grali w warcaby, szachy, rzeźbili w drewnie, z puszek po konserwach robili różne kubki. Przed świętami Bożego Narodzenia 1946 r. robiono różne zabawki na choinkę. Najważniejszym materiałem była wata, słoma, gaza. Nie było świec ani lampek na choinkę, ale choinka i tak była piękna, duża i biała. Śpiewano dużo kolęd. Zainicjowali Polacy, Niemcy podchwycili i śpiewano dopóty, dopóki dyżurny żołnierz nie kazał się rozejść, bo cisza nocna obowiązywała od godz. 22.00.
Pamiętam również święta Wielkiej Nocy w 1947 r. W Wielkim Tygodniu były generalne porządki, kąpiel i zmiana pościeli. Prosiłam głównego kucharza, pana Leona Nachmana z Łodzi, aby zaoszczędził trochę mleka i jajek w proszku oraz białej maki i upiekł na pierwszy Dzień Wielkanocy białe bułeczki. Na śniadanie dostaliśmy po kubku mleka + 2 kostki cukru, białą bułeczkę świąteczną i porcję zapiekanki z grysiku z jajkami z proszku. Z apteki wypisałam różne witaminy w większej ilości. Wysypałam różnokolorowe pastylki na białą, własnoręcznie wyhaftowaną serwetkę (na prośbę kapitana doktora Biełosztanowa), położoną na drewnianym talerzu. Chodziłam od sali do sali wręczając kolorowe „jajeczka” obozowe, które chociaż same nie były prawdziwe, ale życzenia – prawdziwe i serdeczne: aby następne święta wszyscy mogli spędzić wśród swoich. W każdej sali zapadała najpierw dłuższa cisza, potem połykano głośno ślinę i kto mógł wyskakiwał z łóżka z krzykiem: „Alleluja! Alleluja!” – składając sobie wzajemnie życzenia i wymieniając pocałunki. Była to najprzyjemniejsza Wielkanoc w obozie. W innych – święta były obchodzone w małych grupkach, a tu cały budynek świętował. Ci co mogli, chodzili z sali do sali i wszyscy bez różnicy na narodowość i wyznanie składali sobie nawzajem życzenia. Poprosiłam sanitariusza, aby zapytał lekarzy, czy mogę przyjść do nich złożyć życzenia świąteczne i przeprosić za to, że chorzy tak głośno się zachowują. Lekarze – katolicy od razu zrozumieli o co chodzi i pierwsi przyszli z życzeniami. Doktor Demel dąsał się trochę, że bez jego przyzwolenia tak się stało. Przypomniano sobie, że już Boże Narodzenie było wspaniałe, ale Święta Wielkanocne przeszły wszelkie oczekiwania. Jakby we wszystkich wstąpił Duch Święty i wszyscy uwierzyli, że to jest możliwe, aby w następnym roku mogli być razem ze swoimi rodzinami. Dlatego tak szczerze życzyli jeden drugiemu tego, czego sami pragnęli. Przypomniano sobie, że to moja zasługa, bo byłam pierwsza, która odważyła się na takie przedsięwzięcie. Ponowne podziękowania zaczęły się po śniadaniu. Odsyłałam wszystkich do głównego sprawcy tego uroczystego, jak na warunki obozowe – świątecznego śniadania: głównego kucharza obozu pana Leona Nachmana.
Chorzy bardzo często się zmieniali, zresztą i ja zmieniałam miejsca pobytu, nie pytana o zgodę. Imiona i nazwiska po pół wieku zatarły się w pamięci. Pozostały w niej raczej twarze lub same oczy – proszące lub pełne oddania i podziękowania, a jakże często pełne cierpienia, bezradności i zwątpienia. Każdy chory potrzebował i chciał usłyszeć słowa pocieszenia, pod-trzymania na duchu i dodania otuchy i wiary, że wszystko dobrze się skończy.
Masa ludzi przesuwa się w mej pamięci i nie mogę dziś, jak i wtedy, zrozumieć i uwierzyć, ani zgodzić się z tak okrutnym, perfidnym systemem, który tylko zastraszał, nękał i wykończał ludzi – jeśli już nic z nich nie dało się wycisnąć, bo został z sił wyssany zbyt ciężką, czasem ponad wszelkie możliwości, pracą r. – to okres bardzo trudny: wciąż transporty i prze-słuchania. Duże grupy więźniów przerzucano do nowych obozów lub więzień wagonami towarowymi lub tzw. stołypińskimi. Były to wagony pocztowe do przesyłek ekspresowych (do-stosowane do przekazu ludzi). Były okratowane wewnątrz i od zewnątrz, miały pojedyncze separatki. Takie wagony były doczepiane do pociągów pośpiesznych. Były czasem wagony z większymi nieco przedziałami, do których wpychano po sześć osób. Wszystko zależało od tego, jak daleko miano dostarczyć „przesyłkę” – czy więzień był wzywany na jakieś ważne śledztwo, czy na konfrontację.
Przed wyjazdem z Reżu 27.06.1947 r. zrobiono dokładną rewizję w moich rzeczach. Skonfiskowano mi przedmioty, które kupiono mi poza zoną za haftowane serwetki oraz część starych rzeczy jeszcze z Łodzi.
Odwieziono mnie pod konwojem 27 czerwca 1947 r. do Swierdłowska – do więzienia, z którego zabierano na śledztwo, albo śledczy przyjeżdżali na miejsce. Pierwsze dwa śledztwa odbyły się poza więzieniem. Przysłano do więzienia wóz osobowy otwarty, z oficerem i wo-żono mnie po ulicach miasta. Wożono, jak się zorientowałam, kilka razy jedną bardzo szeroką ulicą od jednego ronda do drugiego. Nareszcie przyjechaliśmy do parku. Nad bramą wisiała tablica z napisem „Klub Spartaka”. Następnym razem wozili mnie tymi samymi ulicami, do parku dojechaliśmy jednak z drugiej strony, a tam była tablica z nazwą innego klubu sportowego „Klub Dynamo”. W obu przypadkach śledztwo odbyło się w tym samym budynku i w tym samym pokoju na drugim piętrze, które zajmowało NKWD. Kluby sportowe były na niższych piętrach. Kazano mi czekać. Po krótkim czasie zjawił się młody podoficer i zapytał jak się nazywam. Otworzył drzwi do gabinetu i powiedział, że major oczekuje. Tyłem do drzwi, pod oknem stał wysoki, szczupły oficer w randze majora. Gdy drzwi się zamknęły, oficer odwrócił się i zapytał: „Wy Bobrowko?”. Odpowiedziałam twierdząco. Był wyszukanie grzeczny, pięknie mówił po rosyjsku, podobnie jak Trietiakow lub Bułhakow. W Łodzi i Bieriozowce, gdzie trzymano mnie 12 godzin popisywano się, który zmyślniej przeklnie lub wymyśli ohydne przezwisko. Tu nic takiego się nie zdarzyło. W Swierdłowsku był po prostu Wersal, poprawne maniery, na pierwszym przesłuchaniu mundur „spod igły”, na drugim cywilne ubranie, nieskazitelnie biała koszula, wygolony czterdziestolatek. Był spięty, cedził przez zęby pytania, których nie mogłam zrozumieć. Nie zawsze chciał powtarzać, często więc milczałam, jeśli rozumiałam – od-powiadałam. W końcu powiedziałam: – Chyba, aby pan mógł mnie zrozumieć, musiałabym zrobić wykład z historii. –Być może były to zbyt mocne słowa, bo krzyknął, że mam lepiej wychowane siostry. Tym razem mnie poniosło, bo przestraszyłam się, że siostry są również aresztowane. Zaczął mnie uspokajać, że miał na myśli, że siostry na pewno nie podniosłyby głosu. Odpowiedziałam, że: – Wychowali nas ci sami Rodzice, a w dodatku ja jestem najstarszą, więc ze mnie brały przykład. Jeśli tak się zachowuję teraz, to dzięki pańskim kolegom po fachu, z nich biorę przykład. Nigdy nie mogli zrozumieć, że urodziłam się w Polsce, nigdy nie byłam w ZSRR, nie przekraczałam granicy polsko-radzieckiej. – Ta rozmowa znów skończyła się na tym, że niczego nie podpisałam. Odwieziono mnie z powrotem do więzienia. Więcej mnie nie wożono na śledztwa do „klubów”, jak nazywałam w myślach NKWD w Swierdłowsku, mieszczące się w budynku razem z klubami sportowymi. Do więzienia przychodził zawsze inny śledczy i pytał od początku o to samo, czasem zdążyłam odpowiedzieć, czasem na-wet niektórzy nie czekali na odpowiedź i wychodzili. Przeniesiono mnie na wyższe piętro do pojedynczej celi, abym skruszała i podpisała to, co podsuwali do podpisu, a co nie było prawdą. Wciąż odpowiadałam: „Nie!”. W połowie lipca 1947 r. znów trafiłam do transportu, który składał się z wagonów towarowych.
17 lipca 1947 r. przywieziono nas do Wierchniej Tawdy (Górnej Tawdy) – do więzienia, które zostało wybudowane za panowania Piotra Wielkiego. Więzienie to, to prawdziwa twierdza o czterometrowych fundamentach i dwumetrowej szerokości ścianach. Okna miały podwójne kraty. W dwupiętrowych piwnicach siedzieli skazańcy. Wprowadzono mnie do górnej piwnicy, gdzie pod sufitem było dość długie okienko o wysokości 30 cm bez szyb, a że padał deszcz, prawie w całej piwnicy stała woda, a do tego jeszcze pełna beczka z moczem. Przy-kucnęłam koło drzwi, gdzie było mniej wody i nie ruszałam się. Strażnik krzyczał abym ode-szła od drzwi, a ja w kółko powtarzałam: Ja nie ponimat’ (nie rozumieć). Rano zażądałam lekarza, powiedziałam, że mam gorączkę. Okazało się, że nawet dość wysoką. W celi z samego brudu, smrodu i wilgoci można się było rozchorować, a do tego ten ciągły jazgot psów i łańcuchów, do których były przywiązane. Lekarzem była starsza siwa pani, zbadała, sprawdziła czy nie mam jakiejś wysypki i podała mi sulfonamid i ciepłą wodę do popicia. Powie-działa, że muszę jechać do Swierdłowska, a do stacji trzeba iść 6 km. Po wizycie u lekarza umieszczono mnie naprzeciw gabinetu lekarskiego – w sali gimnastycznej. Zestawiłam razem trzy ławeczki, na nie położyłam dwa wąskie materace i położyłam się. Lekarstwo zaczęło działać i nie przespane dwie noce i dwa dni zrobiły swoje, zasnęłam tak, że nie słyszałam gdy mnie szukano. Rano odszedł transport, a mnie znaleziono w południe. Zażądałam lekarza i leków. Zaprowadzono mnie do izby przyjęć, gdzie było łóżko żelazne z siennikiem, poduszka wypełniona świeżym sianem. Dano znów leki i picie oraz jakiś owsiany kleik, który bardzo mi smakował bo był mokry i ciepły. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki od razu zasnęłam. Wieczorem przyszedł dyżurny, przyniósł dzbanek gotowanej wody i miskę kaszy. Napiłam się wody, resztę zużyłam do umycia się i zasnęłam. Wrócił dyżurny, żeby zabrać naczynia, zobaczył, że kasza nie zjedzona i postraszył, że będą siłą karmić. Ale na kaszę nie miałam ochoty. Chętnie napiłam się gorącej wody. Przeleżałam tydzień, temperatura spadła, nadal jednak bo-lały plecy i głowa.
W dniu 1 sierpnia 1947 r. przewieziono mnie wagonem stołypińskim do Swierdłowska. Co drugi dzień wzywano mnie na śledztwa i za każdym razem było kilku śledczych. Brali mnie w dwa ognie, ale nie odpowiadałam wcale. Pewnego razu wprowadzono mnie do innego pokoju na III piętrze, gdzie nie było krat, za to normalne duże okno. Zebrało się pięciu śledczych i zaczęli zasypywać mnie pytaniami. Nie mogłam nikomu odpowiadać, bo pytania były tak zadawane, że jeśli jednemu odpowiedziałabym, to drugi przyłapałby mnie, że się przyznaję do czegoś, o czym nie miałam żadnego pojęcia. Słuchając tych głośnych, natrętnych pytań, zadawanych przez pięciu wściekłych śledczych, w małym, dusznym pokoju, pełnym dymu papierosowego, ledwie siedząc na małym niewygodnym, wysokim, żelaznym taborecie – wstałam nagle i chwiejnym krokiem skierowałam się do okna, aby je otworzyć. Wtedy wszyscy rzucili się na mnie, bo myśleli, że chcę wyskoczyć i odciągnęli mnie od okna. Poprosiłam więc aby sami otworzyli okno, bo mi bardzo duszno. Pod okno podsunęli stół i dopiero otworzyli. Sami usiedli na krzesłach przy stole, a ja zmieniłam taboret na nieco wygodniejsze krzesło i powiedziałam, że teraz mogę odpowiadać na pytania, ale tylko jednemu śledczemu. Po-prosiłam, aby nie palono papierosów, bo „mogę zwymiotować i zabrudzić tak eleganckie mundury”. Popatrzyli na siebie, zgasili papierosy i podsunęli mi zapisaną kartkę do podpisu.
Odmówiłam, bo jeszcze nic nie powiedziałam. – To nie jest moje zeznanie”. – Więc napisz sama, że nie chcesz podpisać oświadczenia, wpisz datę i podpisz. – A ja im figę pokazałam i zapytałam: Szysz widisz? Zaskoczyło ich moje zachowanie, sama nie wiem, skąd tyle odwagi znalazłam w sobie. Zaczęli mnie straszyć, że zamkną mnie w piwnicy. Bałam się, że znów trafię do lochu w Tawdzie. Ale nie podpisałam, uparłam się, że podpiszę tylko wtedy, jeśli pozwolą mi napisać samej, że nie mogłam odpowiadać na pytania zadawane jednocześnie przez kilku śledczych. Popatrzyli na siebie i wyszli. Kilka dni trzymali mnie w niepewności i w po-łowie sierpnia znów znalazłam się w Tawdzie. Tym razem byłam na II piętrze w ogólnej sali, gdzie było ponad 40 kobiet. Prycze dwupiętrowe były ustawione pod trzema ścianami. Były to tylko równe, puste deski, bez sienników, poduszek ale też bez pluskiew. Rano czarna kawa z palonego jęczmienia, 300 g czarnego i lepkiego chleba. Na obiad – chochla zupy ze świeżej kapusty ze zjełczałą kilką i dwie łyżki kaszy. Wieczorem tylko wrzątek. Kto nie zjadł całego chleba rano, mógł dojeść wieczorem i popić wodą. Tym razem trafiłam do sali, w której były same „polityczne” albo rodziny „politycznych”.
Była to inteligencja rosyjska, kobiety ze średnim i wyższym wykształceniem. Wśród tych kobiet długo nie byłam. Znów wezwano mnie do transportu. Był to koniec sierpnia, rano przymrozek. Gdy wyszliśmy z twierdzy było mglisto i bardzo ślisko. Szliśmy pieszo do stacji kolejowej, około 6 km. Stopniowo rozjaśniało się, wy-szło słoneczko zza chmur, mgła opadła, na łąkach błyszczały krople rosy. Wkoło bardzo kolorowo, jeszcze nie wszystkie liście opadły, na gałęziach brzóz żółte, na bukach – czerwone, jaskrawoczerwone jagody na jarzębinach i ciemnozielone drzewa iglaste. Znów oczarowały mnie limby syberyjskie, nieco wyższe od jodeł. Stanęłam zmęczona drogą pod górkę i wtedy strażnik podszedł i powiedział: „Szybciej, bo się zgubisz”. A ja, żeby go zagadać, zapytałam: – Co to za drzewa, pierwszy raz widzę taką ilość, bo u nas takie tylko w Tatrach rosną i są pod ochroną? – Roześmiał się i powiedział: – U nas ich dużo i chyba nigdy nie próbowałaś cedrowych orzeszków? Masz całe kieszenie? To dam ci wyłuskane, tylko nie zjedz od razu wszystkich i nie na pusty żołądek, bo są tłuste i brzuch rozboli. – Dał mi kilka garści orzeszków i za-rządził przerwę „na krzaczki”. Jeszcze raz podszedł do mnie i zapytał, czy trochę odpoczęłam i czy rzeczywiście podobają mi się te drzewa jesienią, bo wciąż patrzę w górę. I zaczął opowiadać jak piękne są góry Sajany, a jeszcze ładniejsze góry Ałtaj, bo i tam był. I wszędzie stale musi pędzić ludzi. Nie wie, czy Pan Bóg mu wybaczy, że wykonuje taką pracę, ale jak nie on, to kto inny musiałby to robić. On się stara, żeby nikomu krzywdy nie zrobić, jeśli może to i pomaga w miarę swoich możliwości. Zwrócił mi uwagę, że skręcimy w lewo i będziemy iść nad bardzo czystym potokiem, granitową ścieżką, wyszlifowaną przez ciągłe marsze więźniów do i z twierdzy na stację kolejową. Po drodze było kilka tuneli wy-drążonych specjalnie dla skrócenia drogi, a czasem były naturalne, dużo dłuższe.
Te wspaniałe widoki mimo chłodu i głodu sprawiły mi wielką przyjemność, czasem przypominały mi Ojców, to znów Trzy Korony, a pewnym miejscu nawet Morskie Oko, tylko było trochę mniejsze. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tę ziemię nazwał ktoś „nieludzką”, a przecież podziwiałam ją, mimo, że za moimi plecami szedł uzbrojony strażnik. Ale i on jakby się tłumaczył, że nie jest winien, bo każą mu gnać kobiety to w tę, to w drugą stronę.
W końcu przeprosił, że się rozgadał, ale nie ma z kim porozmawiać, bo nikt go nie rozumie albo udaje, że nie zna języka rosyjskiego. Teraz miał okazję izlit’ duszu (otworzyć przed kimś duszę). Strażnik przyspieszył kroku i dołączył do trzech kobiet (matka z córką – Estonki, i Niemka z Łotwy, która nie wyjechała w 1940 r. do Niemiec – teraz podejrzana o szpiegostwo na rzecz Niemiec).
Widziałam, jak strażnik częstował je orzeszkami cedrowymi, o coś pytał, one odpowiadały. Ze mną najchętniej rozmawiała Niemka po niemiecku i trochę po rosyjsku. Estonki mówiły, że słabo znają język rosyjski, ale z Niemką z Łotwy i strażnikiem jakoś się porozumiewa-li. Zaintrygowana tym odkryciem dogoniłam je, aby zrozumieć jakim językiem się posługują, ponieważ więcej mówiła córka Estonki, wywnioskowałam, że przecież może chodziła do radzieckiej szkoły i stąd zna lepiej język rosyjski. A ze mną bały się rozmawiać, bo chyba uważały mnie za „wtyczkę” i „donosicielkę”. Zrobiło mi się przykro, bo pośrednicząc w porozumiewaniu się nadzoru łagrowego z koleżankami w niedoli, robiłam to w dobrej wierze, żeby każdej pomóc, bo tak mnie nauczono w domu.
Na stacji czekał na nas pociąg towarowy z pryczami w środku i jeszcze tego samego dnia, tj. 30 sierpnia ruszył w niewiadomym dla nas kierunku. Chyba ten sześciokilometrowy spacer na stację zaszkodził mi, bo w drodze czułam, że rośnie mi temperatura. W pierwszych dniach września 1947 r. obudziłam się w innym więzieniu – twierdzy w miejscowości Tura. Przespałam całą podróż, nie przejęłam się tym, bo sen miałam mocny już od dzieciństwa i przez całą młodość. Zażądałam lekarza i leków. Przyszedł lekarz, zbadał mnie, zapytał co boli i zapisał „odpowiedni lek”. Stare, grube mury musiały być bardzo wilgotne, bo pachniało w tej mojej jednoosobowej celi wilgocią i mimo słabego zresztą, ogrzewania było mi bardzo zimno. Nie miałam apetytu, bo bolał mnie brzuch, piłam bardzo dużo wody i spałam.
Nie nękano mnie przesłuchaniami. Ale nie wykluczam, że dawano mi coś na sen, bo wpadłam wprost w stan nieprzytomności. Gdy mnie budzono, abym wypiła lekarstwo, bałam się aby nie podsunęli mi czegoś do podpisu. Podejrzewałam, że chcą tu albo wykorzystać mój stan, albo przysłali mnie tu po prostu na wykończenie. Temperatura nie spadała, a ja wciąż mocno spałam, nie jadłam, więc byłam bardzo osłabiona. Pewnego dnia powiedzieli mi, że mój stan zdrowia może się polepszyć, jeśli zacznę jeść. Przyniesiono mi jakąś kaszkę, którą chciałam naprawdę zjeść, ale nie mogłam nawet przełknąć tego, co trzymałam w ustach. Po następnych próbach jedzenia temperatura opadała i pod koniec października znów powrót – oczywiście do Swierdłowska. Drogę powrotną znów przespałam.
Pod koniec października 1947 r. byliśmy w Swierdłowsku. Znów znane więzienie, izolatka. Zaraz na drugi dzień wezwano mnie na śledztwo do NKWD, tym razem dowieziono zwykłym samochodem osobowym. Inny był też pokój na III piętrze, a okno zakratowane. Początkowo był tylko jeden śledczy, którego pierwszy raz widziałam. Był w randze kapitana. Zdążył zadać rutynowe pytania, na które odpowiedziałam. Wtedy weszło jeszcze dwóch i wszyscy zaczęli mnie pytać, a ja przestałam odpowiadać. Zaczął się popis: kto i jak potrafi kląć. Zwróciłam im uwagę, że nie znam takich słów, może to są słowa z nowej literatury radzieckiej, bo w żadnej z czytanych książek Tołstoja, Turgieniewa, Dostojewskiego ani Lesko-wa, a tym bardziej u poetów – Puszkina, Kolcowa, czy tym bardziej u pięknego huzara, jakim był Lermontow, nie spotkałam takich słów. Czy to może tylko taka moda i przyzwyczajenie w NKWD, bo od tych słów aż uszy więdną. Wtedy jeden, w obraźliwy sposób zwrócił się do mnie. Przerwałam mu tę „wiązankę” uderzając pięścią w stół i krzycząc „Zamołczat’, nie pozwolę obrażać siebie i nic więcej wam nie powiem. – Wtedy ten śledczy, który miał mnie przesłuchiwać, kazał wszystkim wyjść, ja również wstałam i podeszłam do okna, nie chciałam, żeby zobaczył, że moje nerwy puściły i pierwszy raz rozpłakałam się na śledztwie. Śledczy milczał, czekając aż się uspokoję i zaczął tłumaczyć mi, że wśród ugołownych tj. złodziei i bandytów stosuje się takie metody, że gdy się zaklnie i uderzy pięścią w stół, to przesłuchiwany się przyznaje, a teraz wyszło inaczej – to przesłuchiwana uderzyła pięścią w stół i tym wszystkich zaskoczyła. Zabrał swoje papiery i wyszedł, zamykając drzwi na klucz. Nikt po mnie nie przyszedł więc po pewnym czasie podsunęłam stół do pieca i położy-łam się. Słyszałam, że ktoś otwierał drzwi, zaglądał, ale się oddalił nim zdążyłam zejść ze stołu. Rozejrzałam się po pokoju, szukając większego, odpowiedniego naczynia. Nie było nawet wazonu na kwiaty, ale były spore metalowe popielniczki, więc załatwiłam naturalną potrzebę i wraz z niedopałkami papierosów wylałam przez zakratowane okno. Położyłam się znów i za-snęłam. Rano dowiedziałam się od zdumionej sprzątaczki, że przez całą noc szukano jakiejś babki. Poprosiłam, aby jeszcze nie meldowała, że się znalazłam, bo czuję się bardzo źle, mam temperaturę i bóle brzucha, muszę pójść do toalety. Początkowo zawahała się, ale pozwoliła; dała nawet ręcznik i mydło, abym mogła umyć się w ciepłej wodzie. Umówiłyśmy się, że po-wiemy aby wyjaśnić sytuację, tak: rano zapukałam głośno w drzwi słysząc jej kroki na korytarzu; ona otworzyła drzwi, by zobaczyć, czy to może poszukiwana osoba. Następnego dnia znalazłam się w szpitalu więziennym. Lekarka stwierdziła czerwonkę. Moje zachowanie na ostatnim przesłuchaniu tłumaczyłam sobie podwyższoną temperaturą i bólem brzucha. Nie zdawałam sobie sprawy, z tego co robię.
Warunki szpitalne były okropne, nie mogłam tam wytrzymać. Lekarka była wyrozumiała i wypisała mnie na własną prośbę ze szpitala. Dano mi lek ftałazoł (u nas – sulfoguanidyna). Dostałam jeszcze zaświadczenie, aby mnie wypuszczano z celi do toalety, kiedy tylko poproszę, aby nie zarażać innych kobiet.
Jest cała procedura więzienna porannej wyprawy do toalety. Trzeba ustawić się w rzędzie, odpowiedzialna za wynoszenie kibla idzie przodem, reszta z celi za nią. Przed wejściem do pomieszczenia rozdają po arkusiku papieru wielkości powierzchni pudełka od zapałek i zamykają na klucz. Przy więziennym bezruchu i lichym jedzeniu, nie każda jest zdolna na zawołanie załatwić podstawowej potrzeby, a tu każą prędko wychodzić, wracać do celi i znów pod kluczem do szóstej wieczór albo w niektórych więzieniach do szóstej rano. Niemożliwość wypróżnienia potrafi dręczyć cały czas, zatruwa myśli i zniechęca do jedzenia. Po pewnym czasie organizm się przystosowuje do możliwości. Ale zanim się przyzwyczai – jest okropnie. Jak mówią, jest to jedno z wielu okrucieństw stosowanych w więzieniu. Kolejnym – jest zakaz położenia się na pryczy w ciągu dnia. Więźniarki robiły „murek”, żeby mnie zasłonić, gdy leżałam na pryczy. Dni w celi wloką się długo, co nie znaczy, że człowiek nie wzdycha gdy nadejdzie wieczór, że znów minął dzień, a życie płynie. Lepszy jest pobyt w obozie, człowiek ma zajęcie, mniej myśli o sobie, o swym życiu, które dla każdego jest najdroższe.
Byłam pełna podziwu dla zaangażowania służby zdrowia, dostawałam regularnie leki, wypisano nawet specjalny kleik, jaki dawano w szpitalu i suchy biały chleb pszenny. Dostawa-łam dalej sulfoguanidynę i po tygodniu wychodziłam na spacer razem z innymi.
W dniu 11 listopada 1947 r. wezwano mnie do lekarza. Byłam zaskoczona, bo nie zgłaszałam się sama i myślałam, że to jakaś nadzwyczajna troska ze strony lekarza. Jak się okazało do więzienia przyszedł enkawudzista aby mi odczytać wyrok. Jaki wyrok? Przecież nie było żadnej rozprawy sądowej! Oficer NKWD podał mi dokument i kazał najpierw dokładnie przeczytać, a potem podpisać. Byłam bliska zemdlenia, lekarka dała mi krople walerianowe do wypicia i jeszcze zbadała puls, kazała się na chwilę położyć, a śledczego wzięła do siebie i powiedziała, aby mnie nie popędzał. Poleżałam chwilę, potem wolno się podniosłam i prze-czytałam, że Specjalna Komisja w Moskwie zaocznie skazała mnie zgodnie z paragrafem 58-3 i 58-11 na pięć lat pozbawienia wolności. Było podane moje nazwisko, imię, data i miejsce urodzenia, imię ojca i matki oraz nazwisko panieńskie matki, a także miejsce zamieszkania w Polsce oraz zwięzła wzmianka: „wyrok nie podlega zaskarżeniu”.
Na trzeciej stronie u góry nie wstawiono daty i nie oznaczono terminu zakończenia wy-roku. Wpisałam więc datę zatrzymania 17 lutego 1945 r. i koniec wyroku 17.02.1950 roku. Następne poliniowane pół strony przekreśliłam aby mi niczego nie dopisano. Na samym dole data przyjęcia wyroku do wiadomości: napisałam 11.11.1947 r. i podpisałam. W ten sposób zostały mi do odsiadki: 2 lata, 3 miesiące i 7 dni. Śledczy, gdy zobaczył, że za dużo wypełniłam, zaczął krzyczeć, że miałam tylko pierwszą stronę przeczytać i na końcu podpisać. Ja się upierałam, że usłyszałam polecenie aby dokładnie przeczytać, więc przeczytałam, a że pamiętam datę zatrzymania, to wpisałam, a dodając pięć lat też dobrze dodałam, ani dnia nie ujęłam. Zwrócił się do lekarki mówiąc: – Widać, że musi być nie byle jakim gagatkiem i w dodatku tylko pięć lat dostała, a teraz tylko dwa lata zostały do odsiadki. – Stałam się więc od dnia 11-go listopada 1947 r. więźniem politycznym, a nie internowaną. Jeszcze za wcześnie się cieszyłam, że nie dałam się im wykiwać. Nie mogłam wiedzieć, co dla „nich” jest ważne. Czy zwolnią mnie po pięciu latach od dnia zatrzymania, wydania wyroku czy podpisania przeze mnie tego wyroku. Ale już na pewno nie myślałam, że po upływie tych pięciu lat mogę być również bez żadnego wyroku sądowego skazana zaocznie – na jak długo i dokąd zechcą – na przymusowe roboty. Smutne to i okrutne, że z mojego życia zabrano mi dziesięć lat i dziesięć miesięcy bez żadnej mojej winy i wbrew mej woli.
Do dnia 27 listopada 1947 r. przebywałm w tym samym więzieniu, tylko na tzw. „przesyłce”. Była to część więzienia, gdzie grupowano skazańców wg sobie znanych zasad i rozwożono do poszczególnych obozów pracy.
Pierwszym moim obozem pracy jako więźnia politycznego był obóz położony obok Ta-wdy Wierchniej tj. „Górnej”, gdzie przebywałam od 28 listopada do 31 grudnia 1947 r. Był to najmroźniejszy obóz, temperatura spadła do –65o C.
Dopiero gdy się ociepliło do –45oC wyprowadzono nas do pracy na powietrzu. Wydano nam przed wyjściem watowane buszłaty, czapki watowane – uszanki i walonki, a wszystko to było przeznaczone na mężczyznę o wzroście 1,90 m., a ja miałam 1,70 m. Wszystko porozciągane, znoszone i wielkie. Dobrze, że dali mi w magazynie kawałek grubego sznura, podwiązałam się w pasie i poszłam z innymi do pracy. Wyglądałam okropnie, a może trochę komicznie, bo każdy, kto mnie mijał uśmiechał się do mnie.
Z tego obozu wyprowadzano kobiety do fabryki papieru lub płyt pilśniowych do rozładunku wagonów towarowych, w których były czterometrowe bale drewna. Była to strasznie ciężka i niebezpieczna praca, a w dodatku na mrozie. Drewno leżące na górze wagonu można było przesunąć po podłożonych palach i po takich samych spuścić na dół, gdzie stały parami kobiety z hakami i starały się przetoczyć je od wagonu do transportu. Trzeba było zrobić to umiejętnie, przede wszystkim potrzebne było zgranie. Mnie dano do współpracy maleńką babinkę – Kirgizkę, która nie bardzo chciała się przyłożyć, a może już nie miała siły, żeby pracować – była w obozie już 9 lat. Nie szła nam ta praca, co zauważył brygadzista, widocznie od-bywający już nie jeden wyrok. Kazał mi wskoczyć do środka i podnosić drewno brzozowe na wysokość ramion i spuszczać po podłożonych palach na dół. Poprosiłam, aby pokazał jak to się robi i popchnęłam go do środka, czego się nie spodziewał, a ja stanęłam na jego miejscu i powiedziałam głośno: – Pokaż, brygadzisto jak to się robi, bo ja tego nigdy nie robiłam. – Prawdopodobnie tak śmiesznie w tym ubraniu wyglądałam, że przechodzący dyrektor (jak się potem okazało), zaśmiał się i szybko oddalił, bo tam mróz zmusza do szybkiego biegania i ruszania się. Zjawienie się dyrektora ocaliło mnie od awantury i wiązanki słownej. Brygadzista obrócił to w żart, a nawet pomógł rozładować ten wagon, ale wykreślił mnie ze swej brygady.
Dano mnie do odwożenia ścinków ołówków i niepotrzebnych kawałków drewna brzozowego z fabryki płyt pilśniowych do elektrowni. Do tego służyła kolejka, która przez rozpęd w jednym odcinku nabierała rozpędu w następnych i tak dowoziła ładunek na trzecie piętro do kotłów w elektrowni. Wózki te były podłużne, na każdym rogu były umocowane pale i między palami układało się powiązane ścinki w nieduże snopki i trzeba je było nakładać do wysokości tych słupków. Wpadłam na pomysł, aby krótsze snopki kłaść w poprzek, a dłuższe wzdłuż i tak na zmianę. W ten sposób środek wózka zostawał pusty, ale żaden wózek się nam nie rozsypał, tylko że w nim było znacznie mniej snopków niż w innych. Nie wiem, czy to w elektrowni spostrzegli, czy moja towarzyszka pracy pochwaliła się komuś, ale i inni zaczęli tufcić (oszukiwać). Pewnego dnia przyszedł, jak się później okazało, dyrektor i zaczął się przyglądać, trochę pobiegał koło innych, a że go nie znałam, więc nic nie podejrzewając dalej układałam ścinki nowym sposobem. Znów przyszedł i zapytał o nazwisko i brygadę. Po krótkim czasie przybiegł z kantoru jakiś młody więzień z wiadomością, że wzywa mnie dyrektor, a jest bardzo zdenerwowany. Nie przeczuwając niczego złego weszłam do gabinetu, dyrektor był rzeczywiście bardzo zły. Zapytał skąd jestem, co skończyłam, według którego paragrafu jestem skazana i okazało się, że ten obóz to nie dla politycznych, tylko dla ugołownych (złodziei i bandytów) i to z wysokimi wyrokami. Ucieszyłam się mówiąc, że ze mnie będzie większy pożytek w biurze lub w szpitalu, bo na takich stanowiskach pracowałam w obozach dla internowanych i jeńców wojennych. Po kilku dniach takiej pracy serce mi wysiądzie i będę inwalidą. Dyrektor zadzwonił do lekarza, że przesyła ciekawą „zjawę” do zbadania. Jeśli nie nadaje się do pracy u nas, to trzeba z pierwszym transportem ją odesłać. Gdy zjawi-łam się u lekarki (żony dyrektora), zbadała mnie i dała trzy dni zwolnienia. Kazała leżeć i po upływie trzech dni zgłosić się znów. Po piątym dniu byłam już w „etapie”.
Od 2 stycznia do 1 sierpnia 1948 r. zaliczyłam dwa obozy w Niżnim Tagile na Uralu. Były to obozy ogólne, gdzie większość to ugołownyje, poza tym tacy jak ja – polityczni z małymi wyrokami, albo inni, którym zostało już niewiele do odsiadki. Odniosłam wrażenie, że specjalnie łączono bandytów z politycznymi, którym nie udowodniono ich przestępstwa i nie udało się zmusić ich do przyznania się do zarzucanych im czynów. Wspólny pobyt miał załamać i tak już zdruzgotanych przesłuchaniami, ciągłymi transportami, trzymaniem w więzieniach po kilkanaście miesięcy, a potem w obozach z ludźmi, którym, jak mówili sami, było tryntrawa (wszystko jedno).
Pierwszy obóz to była fabryka pustaków z żużlu i cementu – praca przy załadunku pie-ców i ich rozładunku po wypaleniu. Surowy pustak ważył ponad 20 kg, a kazano nam nosić po dwa. I ja znów się sprzeciwiłam, że nie jestem ciężarowcem, a takich ciężarów żadnej kobiecie nosić ani podnosić nie wolno i wszystkie nosiłyśmy po jednym. Długo w tej fabryce nie pracowałam, znów zachorowałam: temperatura była dość wysoka, bo powyżej 38,5o C i krwawe stolce. Znalazłam się w szpitalu, gdzie leżało kilka starszych kobiet – lekarzy, młodsza lekarka asystowała zawsze na wizycie lekarce obozowej. Pomagała postawić diagnozę i stwierdziła u mnie zapalenie tętnic i stąd te krwawe stolce, ból w okolicy pępka, obrzęki podudzi, kolan i ud. Skóra była bardzo wrażliwa na dotyk i ucisk, przeszkadzała i drażniła kołdra czy koc, dlatego w łóżku pod nogami stawiano mi budkę z dykty.
Pewnego razu lekarka zauważyła, że obszywam zwykłą chusteczkę na głowę – igłą, robiąc jednocześnie koronkę. Na drugi dzień przyniosła mi już wyrysowaną serwetkę richelieu, dała nici i zapytała, czy umiem to robić. Oczywiście umiałam i zrobiłam. Lekarka wypisała mnie ze szpitala prawie zdrową, ale do pracy fizycznej jeszcze się nie nadawałam. Zatrudniono mnie, dzięki interwencji lekarki, w ambulatorium.
Drugi obóz to budowa huty (takiej samej jak Nowa Huta pod Krakowem). Pracowali tam głównie mężczyźni, a nam – kobietom zostawały prace pomocnicze, co nie znaczy, że były lekkie. Praca była ciężka, bolały ręce, nogi i kręgosłup. Dobrze, że było to latem bo nie było pluchy jesiennej, czy zimowych mrozów. Potrzebne do pracy rękawice, które dostawałyśmy były znoszone i szybko się niszczyły, np. przy wsypywaniu wykopanej ziemi na ciężarówki czy zdejmowaniu z nich cegieł i noszeniu ich na teren budowy.
Dodatkową uciążliwością byli więźniowie – ugołownyje. Pomijając już ich słownictwo, to udręką były kradzieże, a kradli wszystko, co im w ręce wpadło. Okradali nie tylko współwięźniów i nie tylko na terenie obozu, ale również w miejscu pracy. Ich łupem stawały się na
rzędzia, chleb – jeśli ktoś miał przy sobie. Okradali konwojentów, włamali się nawet do mieszkania naczelnika obozu i wynieśli co się dało.
W dniu 2 sierpnia 1948 r. wysłano mnie w etap z docelowym pobytem na Dalekim Wschodzie, wraz z innymi politycznymi. Po dwóch tygodniach dotarliśmy do Irkucka, gdzie w więzieniu sprawdzono wszystkie nasze papiery i zrewidowano bagaże. Nie wiadomo, kiedy podjęto decyzję, że kobiety z małymi wyrokami – nie pojadą dalej. Byłam już na tratwie, która miała przewieźć nas przez Bajkał na drugą stronę, gdy usłyszałam tę wiadomość i wymieniono moje nazwisko jako jedno z pierwszych. Schodząc przez mostek na ląd pośliznęłam się na mokrej i nieco oblodzonej tratwie (poranne przymrozki) i upadłam, uderzając głową o mostek. Straciłam przytomność, więc wezwano lekarza, okazało się, że był wśród więźniów przywiezionych z Komsomolska. Udzielając mi pierwszej pomocy, dowiedział się, że jestem z Polski, więc aby mi pomóc powiedział, że stan jest bardzo ciężki, chora musi być szybko odwieziona do szpitala, bo przy upadku mogło dojść do wstrząśnienia mózgu.
Znalazłam się w szpitalu więziennym w Irkucku. Tam odzyskałam przytomność i przeleżałam 15 dni. Znów odesłano mnie do więzienia w Swierdłowsku. Po tygodniowym pobycie, znów transport z nową grupą skazanych.
Pod koniec września 1948 r., po kilku dniach jazdy wagonami towarowymi „wyładowano” nas w lesie. Na budynku nie było żadnej nazwy stacji, był tylko jakiś numer, którego dziś nie pamiętam. Później dowiedzieliśmy się, że byliśmy na terytorium Mordwińskiej ASSR (w europejskiej części Rosyjskiej FSRR). Przywieziono nas do pracy w fabryce szyjącej mundury dla kolejarzy i marynarzy. Oddzielono kobiety i do obozu szłyśmy kilka godzin. Przed bramą sprawdzono nas i zrewidowano nasze rzeczy. Ogłoszono, że przybyłyśmy do srogo reżymnogo łagra – obozu o silnie zaostrzonym rygorze, co oznaczało pozbawienie kontaktu z ludnością cywilną, prasy, książek, listów i paczek. Ja ich nigdy nie otrzymywałam, rodzina nawet nie wiedziała, gdzie jestem. Więźniarki, które tu przywieziono razem ze mną, skazane były na 10 do 25 lat. Przez dwie doby trzymano mnie bez jedzenia i picia w jakiejś komórce obok wachty (strażnicy). Mój wyrok był za niski, do końca zostało rok i pięć miesięcy. Prawdopodobnie sprawdzano, czy nie zaszła pomyłka, a mnie się wydaje, że to była jeszcze jeden sposób znęcania się. Po dwóch dniach zagoniono (dosłownie) do obozu. Byli wściekli, że dopiero po paru godzinach szukania znaleźli mnie śpiącą, zakopaną całkowicie w sianie (był zim-ny październikowy wieczór, więc wcześniej usnęłam). Zajrzeli i nie widzieli mnie, może i wołali, a że byłam bardzo zmęczona podróżą, to i nie słyszałam. Spałam – jak zwykle – moc-no.
Był to obóz wyłącznie kobiecy, kobiet prawie z całej Europy i Azji. Na pewno były ze wszystkich republik radzieckich oraz Polki, Niemki, Czeszki, Węgierki, Bułgarki, Rumunki. Prawie wszystkie miały wyższe wykształcenie. Dużo było lekarek, nawet z doktoratami, docenci, kilku profesorów uniwersytetów: moskiewskiego, leningradzkiego, kazańskiego, charkowskiego i dwie z Kaukazu (Gruzinka i Ormianka). Były dziennikarki, żony wyższych oficerów, których mężowie zginęli w obozach jenieckich w Niemczech, lub byli z nich wyzwoleni i również osądzeni na 25 lat, jeśli wcześniej nie zostali rozstrzelani. Były młode pracownice ministerstw, tłumaczki, władające obcymi językami nawet bez akcentu i wymowy rosyjskiej.
Trafiłam do sali, gdzie było bardzo różne towarzystwo. Z lewej strony były dwie Estonki, poznane uprzednio w transporcie, z prawej pani Angiela Robel – z pochodzenia Austriaczka, która szkołę podstawową kończyła w Bukareszcie w szkole francuskiej dla dzieci dygnitarzy, średnią – w Grecji, a studia dziennikarskie w Sofii i tam pracowała w dzienniku niemieckim. Wyszła za mąż za właściciela tej gazety, którego w Norymberdze skazano na 5 lat, a ona w Moskwie dostała 10. Wszyscy dziwili się, jak my rozmawiamy. Ona mówiła po niemiecku, a ja po rosyjsku – co nam wcale nie przeszkadzało. Praca w fabryce odbywała się na dwie zmiany: dzienną i nocną. Szyto na maszynach elektrycznych szynele i ubrania zimowe dla kolejarzy i marynarzy. Światło często wyłączano, bo stale albo coś się psuło, albo z powodu dużego obciążenia trakcji. W ten sposób normy nie wyrabiałyśmy, a norma nie wyrobiona to oszczędności na wyżywieniu. Zresztą tej normy, jaką należało wykonać, to nawet zawodowe szwaczki nie mogły wykonać, a co dopiero te młode dziewczyny lub starsze kobiety – docenci, profesorowie, które nawet nie umiały nawlec igły w maszynie, a co dopiero równo szyć. Często brak okularów (które w więzieniu lub w transporcie zostały zgubione lub stłuczone), powodował, że nie mogły obsługiwać maszyn, nawet jeśli potrafiły szyć. W tym obozie byłam do 26 lutego 1950 r.
Od 27 stycznia do 27 lutego 1950 r. zamiast do Polski (bo wyrok przecież odsiedziałam lub odpracowałam), najpierw zawieziono mnie na południe, wożono po całym Powołżu, potem znów na północ, znów na Ural. Z Uralu powozili mnie po zachodniej Syberii aż wylądowałam 27 lutego 1950 r. w Krasnojarsku – w więzieniu. Już miałam nadzieję, że skoro minęło 5 lat, to wrócę do Polski. Kilka razy wywoływano mnie z wieszczami tj. z rzeczami, które mam zabrać i wyjść na korytarz, gdzie sprawdzono dane osobiste, potem plecak, ale nie znalazłszy nic, odsyłano mnie do celi. Dwa razy doprowadzono mnie do śledczego, po kilku pytaniach wraca-łam do celi. W więzieniu w Krasnojarsku na tzw. „przesyłce” byłam do 12 kwietnia 1950 r., a była to Wielkanoc. W celi, w której przebywałam, były katoliczki, ale przeważnie Litwinki, które wcześniej nie przyznawały się, że mówią po polsku. Z okazji tak wielkiego święta składałyśmy sobie życzenia i wtedy okazało się, że niektóre zupełnie poprawnie mówiły po polsku, bo w okresie międzywojennym mieszkały na terenie Polski. Właśnie tego dnia zazgrzytał klucz w zamku i rozpoczęto wywoływanie. Znów znalazłam się na korytarzu, a potem odprowadzono nas do bardzo szerokiego korytarza w piwnicy. Rozpoczęto sprawdzanie danych – najpierw mężczyzn, a potem kobiet. Nam kazano kolejno stanąć przed szeregiem mężczyzn. Człowiek, który stał za mną, przemówił do mnie po polsku: – Bardzo się cieszę, że pani żyje. – Widząc moje zdziwienie zapytał: – A jak pani serduszko? Czy nie było wstrząsu mózgu? Czy teraz czuje się pani lepiej? – i zaraz przedstawił się: – Jestem doktorem Leopoldem Alterem ze Lwowa. – Szybko odpowiedziałam: – Nie znam pana i nigdy nie byłam we Lwowie. – Poznaliśmy się nad Bajkałem, to ja wtedy udzieliłem pani pierwszej pomocy, było to jakieś półtora roku temu. Jak długo była pani w szpitalu w Irkucku? – Odpowiedziałam: – Rzeczywiście, byłam nad Bajkałem i w Irkucku, ale zupełnie nie pamiętam Pana twarzy, musiałam być w szoku, ale głos wydaje mi się znajomy. –
Po sprawdzeniu wszystkich, najpierw załadowano do samochodów kobiety i odwieziono na stację, gdzie stał już pociąg III klasy skierowany na zachód. Chyba już teraz zawiozą nas do Polski – pomyślałam. Niestety, w nocy 13 kwietnia 1950 r. pociąg zatrzymał się na stacji Aczyńsk – dość duża stacja na trasie transsyberyjskiej. Kazano wysiadać, a więc nie jedziemy dalej... Starsze kobiety mogły wsiąść do ciężarówek, było jeszcze miejsce więc wsiadłam i ja, ale zostawiłam swój bagaż pod opieką starszej kobiety z Białorusi i wysiadłam, bałam się, że siedząc w ciężarówce bez ruchu i w ciasnocie – zmarzną mi nogi. Po drodze poznałam Litwin-kę – Norę Łukszenajte, która bała się zostawić bagaż w samochodzie i musiała nieść, a że było do miejsca przeznaczenia 7 czy 8 km chętnie wzięłam jej torbę, a ona niosła walizkę i była mi wdzięczna, bo miała możliwość przekładania walizki z jednej ręki do drugiej (byłyśmy potem razem w Tiuchtietie i w Mitropolce, ona znów wróciła do Tiuchtietu szukać pracy). Doszliśmy w nocy 13 kwietnia 1950 r. do więzienia w Aczyńsku, każdy wziął swój bagaż z wozu i zaczęto nas wpuszczać po 10 kobiet do jednej celi. Tylko weszłam, a już wiedziałam, że nie da się spać, bo cała była strasznie zapluskwiona. Gdy zgaszono światło zrobił się niesamowity krzyk, aby zostawiono zapalone światło. Nie dały rezultatu nasze krzyki ani mężczyzn, wale-nie w prycze i drzwi. Dobrze, że noc była księżycowa, więc w celi było można odróżnić nasze sylwetki. Rozpoczęłyśmy chodzenie i biegania po pryczach, aby uchronić się przed pogryzie-niem przez wstrętne robactwo. O godzinie piątej rano włączono światło, zrobiono pobudkę, wypuszczono do WC, ale wody do mycia nie było. Po dwu godzinach załadowaliśmy bagaże na ciężarówki, a sami znów poszliśmy do stacji Aczyńsk. Nora znów nie oddała swej walizki i torby na ciężarówkę. Niosłyśmy kawałek drogi jak poprzednio, ale dogonił nas starszy mężczyzna, wziął walizkę Nory – bo kto to widział, żeby kobieta niosła taki ciężar. – W związku z tym Nora wzięła ode mnie swoją torbę i maszerowaliśmy już dalej razem. Nasz towarzysz okazał się byłym pułkownikiem-czołgistą, który podczas działań wojennych znalazł się w okrążeniu i wyprowadził z niego sporą grupę rozbitków z różnych oddziałów, którzy dołączyli potem przy najbliższej okazji do Armii Czerwonej. Przeszedł następnie cały szlak wojenny, wrócił do domu z Berlina jako bohater, lecz ktoś doniósł, że był on w oblężeniu i w listopadzie 1949 r. został aresztowany, zdegradowany i zesłany na Syberię. Opowiadaniem pułkownika-czołgisty zainteresowali się jeszcze idący obok nas dwaj panowie. Jeden z nich opowiedział, że w więzieniu w Butyrkach spotkał byłego sierżanta, który dostał się do niewoli niemieckiej. Namówiono go do współpracy. Ten, chcąc ratować swoje życie, zgodził się, ale nie miał zamiaru wykonać zadania wskazanego przez Niemców, wrócił do swoich władz i przekazał im wszystko: instrukcje, mapy, aparat itp. Myślał, że zdejmując niemiecki mundur, zamieni go na swój sowiecki i wróci na front dalej wojować. Niestety, został zatrzymany, uwięziony i skaza-ny na 15 lat pozbawienia wolności. Drugi mężczyzna – spotkał w swierdłowskim więzieniu byłego kapitana. Ten nie wyraził zgody na współpracę z Niemcami, trafił do obozu jenieckie-go, oswobodzony został przez swoich, którzy nie uwierzyli, że można zostać żywym, nic dla Niemców nie robiąc. Dostał również 15 lat i trafił na Syberię. Niesamowite! Do czego doprowadziła szpiegomania!
Przyszliśmy na stację do Aczyńska nie w porę, pociąg nocny odszedł, a następny miał być wieczorem. Umieszczono nas w jednej wielkiej poczekalni. Przed stacją był kran z wrzątkiem. Prosiłyśmy żołnierza NKWD, który nam „towarzyszył”, aby wypuścił nas po wodę. Wziął jednak z rąk moich menażkę i sam poszedł po wodę. Dość długo go nie było, już myślałam, że trzeba się pożegnać z naczyniem. Żołnierz jednak przyniósł wrzątek, ale zrobił najpierw raban, że woda zbyt chłodna i musiano w bufecie grzać. Dopiero kiedy buchnęła para, nabrał wody i przyniósł nam. Podziękowałam, poczęstowałam Białorusinkę, potem Norę – Litwinkę, byłego czołgistę, który pijąc wodę, zobaczył zbliżającego się do nas doktora Altera. Krzyknął głośno: – Doktorze, tu jest wasza ziemlaczka (rodaczka)! – Doktor podszedł, przywitał się, chętnie napił się wody, ale dla mnie już jej nie starczyło. Żołnierz, który nam się przyglądał z daleka, podszedł do mnie, wziął bez słowa menażkę i poszedł znów po wrzątek. Tym razem wrócił szybko. Najpierw nalałam wody do kubka podsuniętego przez Białorusinkę, która zaproponowała żołnierzowi aby wypił, póki gorąca. Zapytała go, czy ma przy sobie nóż, bo chciałaby się podzielić tym, co ma jeszcze z domu. Miała bochenek chleba i trochę słoniny. Byliśmy głodni, widać było jak każdy przełyka ślinę, gdy wspomniała o słoninie, ale dziękowaliśmy za dobre chęci. Enkawudzista bowiem powiedział, że zaraz w bufecie każdemu podadzą chleb i po trzy kostki cukru, czyli dzisiejszą rację żywnościową. Staruszka nie ustąpiła, bo to prawdziwym chlebem chce poczęstować, trzeba zjeść, bo jej jesz-cze ten bochenek został, gdy aresztowanej rodzina przyniosła na dworzec przed odjazdem trochę prowiantu i niezbędne rzeczy. Została aresztowana na ulicy, dobrze, że ktoś ze znajomych widział ją i zawiadomił, że poprowadzili ją prosto na stację. Przywieziono ją prosto do więzienia w Swierdłowsku. Przesłuchiwano ją, bo ktoś zawiadomił władze, że jej wnuk był w partyzantce i współpracował z Niemcami, gdy ci zajęli Białoruś. Nic o tym nie wiedziała, nie wierzy w to co jej powiedziano. Rodzina nie wie, co się z nim stało, chciał wstąpić do wojska sowieckiego, ale był za młody i poszedł do partyzantki. Słuch o nim zaginął. Wieczorem załadowano nas do wagonów towarowych i czekaliśmy na podstawienie lokomotywy. Przyjechaliśmy do Bogatoła już po północy, stacja ta była niedaleko Aczyńska. Poczekalnia nie była duża, nie mogliśmy się wszyscy zmieścić. Zaprowadzono nas do pobliskiej szkoły, czysto utrzymanej, ale klasy były pozamykane. Zostaliśmy więc na szerokim i długim korytarzu. Było chłodno; panowie znaleźli na dworze cały składzik drewna, przynieśli i rozpalono w piecach. Zrobiło się cieplej i raźniej. Strudzeni podróżą, czekaniem i nieprzespaną poprzednią nocą (z powodu pluskiew), szybko zapomnieliśmy o naszych trudach i niewygodach, zapadając w głęboki sen. Bardzo wcześnie nas obudzono, ciężarówki już czekały przed szkołą. Wsiedliśmy szybko, bo ranek był mroźny. Te 40 km, które dzieliły Bogatoł od Tiuchtieta dłużyły się nam bardzo. Wszyscy odnieśli przykre wrażenie widząc przed sobą obskurną i małą chatę. Sień dziurawa, wiatr nawiał sporo śniegu, który w nocy padał, do środka. Chata składała się z dość dużej izby, podzielonej na trzy małe pokoje. W jednym najmniejszym umieszczono kobiety, pozostałe zajęli mężczyźni. Rano przybył z milicji major od spraw zesłanych z dwójką bardzo młodych ludzi, którzy wysiedli tu, na stacji i kogoś szukali. Wiedziano, że są z Estonii, bo tylko tyle można było zrozumieć. Pomyślałam, że jeśli kogoś szukają to tylko tych dwóch znajomych Estonek, które niejednokrotnie wspominały, że martwią się o dzieci. Wspomniały też, że już wystąpiły do władz z prośbą o przyjazd dzieci tutaj i wspólne przebywanie. Gdy przyjrzałam się dziewczynie, zauważyłam bardzo duże podobieństwo do starszej Estonki – chyba babci. Próbowałam z nimi rozmawiać po polsku, rosyjsku i niemiecku. Dziewczyna znała kilka słów, nawet zdań po rosyjsku i niemiecku, chłopak zaś znał więcej słów i rozumiał po polsku, mniej po rosyjsku. Jak zrozumiałam, dziewczyna miała koleżanki – Rosjanki, a chłopiec miał przyjaciela, jak sam go nazywał – Polaka, z rodziny polskiej z Dźwińska. Powiedziałam dziewczynie, że jest bardzo podobna do babuszki (babci), więc na pewno spotkałam je na szlaku. Szybko wyciągnęła zdjęcia z torby – najpierw matki, którą od razu poznałam. Wymieniłam nawet jej imię, które wtedy jeszcze pamiętałam. Nie słuchając mnie dalej, rzucili się ku mnie, obejmowali i całowali, płacząc z radości, że wreszcie trafili na ślad. Major podszedł do mnie i długo mi się przyglądał z niedowierzaniem. Zaczął rozpytywać, jak to ja dogadałam się z nimi, bo dotychczas nikt nie potrafił nawet dowiedzieć się jak się nazywają. Odpowiedziałam, że szczerze chciałam im pomóc; poza tym podobieństwo dziewczyny do babci, którą spotkałam na swym szlaku, jest ogromne i jeszcze wiedziałam, że Estonki starają się o przyjazd dzieci i wszystko to sobie poskładałam. Major wszystko zanotował. Na drugi dzień młodzi przyszli pożegnać się ze mną, bo już komendantura odnalazła matkę i babkę, a jutro pojadą do nich. Obiecali, że babcia napisze, aby podziękować za pomoc. Rzeczywiście po pewnym czasie otrzymałam list z podziękowaniami, przekazał mi go major, bo sam odwiózł dziewczynę i chłopaka do matki i babki.
Zebrano nas wszystkich zesłanych w jednym z większych pomieszczeń chaty, by zakomunikować nam co wolno, a czego nie można. Można szukać pracy, jeśli ktoś ma jakiś zawód i w tym rejonie będzie zapotrzebowanie na takie specjalności. Potrzebni byki medycy, ale gdzieś dalej w tajdze, gdzie zaopatrzenie w cokolwiek było bardzo trudne. Tu można znaleźć zajęcie w kołchozie, na razie nic poza tym. Oczywiście nie można oddalać się ponad dwa km od miejsca zamieszkania. Raz na miesiąc trzeba się zgłaszać do komendanta. Jeśli ktoś mieszkał w Tiuchtietie, musiał chodzić do komendanta, jeśli dalej – komendanci mieli przyjeżdżać. Otrzymaliśmy wszyscy karty, w których miano wpisywać każde nasze zgłoszenie.
Nie powiedziano nam jednak, na jakiej podstawie po odbyciu wyroku, zamiast nas zwolnić i odesłać w swoje strony – przywieziono nas znów do pracy przymusowej.

IV. NASZE WSPÓLNE BYTOWANIE

W Tiuchtiecie, rejonowym miasteczku w Krasnojarskim Kraju – zamiast oczekiwanej wolności, spotkała nas niespodzianka, rozpoczął się następny etap naszego zniewolenia. Przy-wieziono nas do miasta, gdzie nie było wolnych miejsc pracy i mieszkań.
Nie trudno było się zorientować, że chciano nas wykorzystać i zmusić do pracy w kołchozie. Poinformowano nas, że mają otworzyć kilka małych szpitali, 20-łóżkowych z porodówkami, więc będą potrzebni lekarze, pielęgniarki i położne. Zbliżyło nas z doktorem Alterem wspólne poszukiwanie pracy w służbie zdrowia. On jako lekarz, ja jako pielęgniarka. – Może być pani również położną, pomogę w każdym przypadku, gdy trzeba będzie odebrać poród dziecka. Chciałbym abyśmy byli w jednym szpitalu. Z rodaczką będzie raźniej – po-wiedział mi doktor Alter. Postanowiliśmy trzymać się razem, na dobre i na złe. Zawsze łatwiej dzielić troski i zmartwienia we dwoje, a radość przeżywana razem będzie podwójna. Znów poczułam się młodo, bardzo młodo, bo różnica między nami wynosiła 22 lata, co mi wcale nie przeszkadzało. Liczyło się dla mnie to, że jest porządnym i uczciwym człowiekiem. Co on cenił we mnie? Mówił, że przede wszystkim radość życia, inicjatywę, upór w osiąganiu celu, uczynność, pracowitość i młodość. Przy mnie czuł się jak mój rówieśnik.
Pojechałam z doktorem i Norą 20 kwietnia 1950 r. do wsi Mitropolka. Tam był punkt felczerski. Część domu zajmował felczer z żoną (dwa pokoje z kuchnią), jeden pokój to pokój zabiegowy, drugi to pokój przyjęć. Obok dobudówka – to apteka. Felczer jednak nie chciał dzielić się dochodami z nikim i tak długo jeździł do swej kuzynki – kierownika służby zdrowia w Tiuchtiecie – póki ta nie wykreśliła z planu powiększenia tej placówki w Mitropolce.
Oczekiwanie na pracę przedłużało się. Kołchoźników kłuło w oczy, że my nie wychodzimy z nimi do roboty. Po pewnym czasie rozpoczęli nagonkę, że my młodzi nie pracujemy, a w kołchozie tyle pracy. Pierwszym zadaniem, które należało wykonać, było przetrawienie pszenicy z chwastów błękitem francuskim (nazwa trucizny). Była to bardzo żrąca trucizna. Przyjechał agronom, powiedział jak należy ją stosować, ile sypać do bębna ziarna, a ile trucizny, jak długo obracać bębnem. Wtedy doktor spytał agronoma, czy zdaje sobie sprawę, co się z nami stanie? Wczoraj ledwie odratowano jedną kobietę, a ta, która pracę wcześniej rozpoczęła, zmarła w drodze do szpitala. Oświadczył, że podejmiemy pracę, jeśli otrzymamy ubranie ochronne, rękawice i maski. Ale oprócz fartuchów i rękawic nic nie dostaliśmy, bo nie było. Chyba, że sami uszylibyśmy sobie z gazy maseczki i po czterech godzinach zrobilibyśmy przerwę. Sprzeciwiliśmy się, że osiem godzin dziennie to za dużo, najwyżej dwa razy po dwie godziny, z przerwą trzygodzinną, bo trzeba będzie przeprać maseczki i posilić się. Musimy otrzymywać po jednym litrze mleka dziennie. Za drodzy wydaliśmy się kierownictwu kołchozu, więc po kilku dniach z samego rana przysłano umyślnego, żebyśmy zgłosili się do kościoła, z którego zrobiono spichlerz i tam przechowywano pszenicę na siew. Kościół zbudowany był przed rewolucją przez Polaków, przywiezionych tu z Wileńszczyzny. Po rewolucji, tych którzy nie wrócili w rodzinne strony, zesłano dalej na wschód, względnie na północ. Jedyna pani Justynka z trzema córkami wróciła i zajęła swój stary dom. Nowy dom zajął wojskowy i za-garnął cały dobytek. Wkoło było dużo pastwisk i łąk, a latem łatwiej było utrzymać owce i bydło. Na zimę paszy nie miał kto przygotować, więc po kolei mieszkańcy wyrżnęli bydło, aby przetrwać do wiosny. Latem znów szukano kogoś aby go „rozkułaczyć” i zesłać, żeby znów zdobyć cudze mienie. Gdy nas przysłano, nie było już kogo zsyłać, bo zostali tylko ko-biety i inwalidzi, którzy wrócili z wojny bez nóg lub rąk. Kołchoźnicy myśleli więc, że skoro zjawili się normalni ludzie, to muszą za nich pracować.
W kościele-spichlerzu dano nam dwa worki i kazano nasypać ziarna. Nasypaliśmy, ale nikt z nas tego worka nie mógł ruszyć z miejsca. Prosiłam kierowcę, aby podjechał blisko wejścia, do worka wsypałam jedno wiadro pszenicy i zaciągnęłam na ciężarówkę. Wiadro poda-łam kierowcy i jemu kazałam dosypać ziarno do worka na ciężarówce. Kierowca – kołchoźnik odpowiedział, że to nie jego zawód, a my że i „nie nasz – medyków, a kołchoz wasz to i pracujcie. My chcemy wam pomóc, a wy uważacie, że dla was to praca poniżająca, to i my możemy też tak odczuwać i nie będziemy pomagali”. Wezwano przewodniczącego, który wysłuchawszy naszych racji wezwał jeszcze kilka kobiet do pomocy i zaproponowanym przez nas sposobem kazał pracować.
Na drugi dzień przyjechał pracownik NKWD z Tiuchtieta, aby rozpatrzeć sprawę „buntu zesłanych”, nie chcących pracować w kołchozie w Mitropolce. Wezwano nas wszystkich zesylnych do biura kołchozowego i pojedynczo mieliśmy się zgłaszać na wezwanie śledczego. Jako pierwszą wezwano mnie. Przed wejściem powiedziałam po polsku Norze i doktorowi: – Podtrzymujcie to, co było wczoraj powiedziane. – Byłam bojowo nastawiona, bo proponowany sposób wykonania pracy był właściwy i robota przecież była wykonana. „Jeśli kierowca kołchozu odmówił wykonania pracy, bo to nie jego zawód, to ja jako pielęgniarka, a tym bardziej doktor medycyny, też worków nie powinniśmy dźwigać. Do Mitropolki przysłano nas do pracy w szpitalu, który miała być otwarty, a że dotychczas go nie otwarto, to już nie nasza wina. Jeśli w Tiuchtiecie jest za dużo lekarzy i pielęgniarek, to odeślijcie nas tam, gdzie nas potrzebują, a nie zmuszajcie nas do nadmiernego wysiłku”. Śledczy zaczął straszyć, że do obozu wrócimy. Odpowiedziałam, że straszyć nas nie ma co, bo wyrok już odsiedzieliśmy. Wszędzie, w każdym szpitalu nas przyjmą. Lekarza nie jest tak łatwo i szybko wyuczyć, a worki może nosić każdy głupi, byle był silny. Dajcie pracę zgodnie z naszymi umiejętnościami, to będziemy pracować.
Poprosiłam, aby śledczy zgłosił majorowi Fratkinowi, że chcemy się z nim widzieć, ale kołchoz musi nam dać konie, bo 48 km do Tiuchtietu nie będziemy iść pieszo. Śledczy już nikogo więcej nie poprosił na rozmowę. Po kilku dniach przewodniczący kołchozu zawiadomił nas, że może zawieźć do majora Fratkina jedną osobę, zgodnie z jego życzeniem. Chciałam jechać ja, ale doktor obiecał być nieustępliwym i żądać pracy na właściwym stanowisku, aby kołchoźnicy nie mieli nam za złe, że nie pracujemy. Zwłaszcza, że sam nikomu nie odmawia swej medycznej pomocy i udziela ją bezpłatnie. Major wysłuchał doktora i obiecał interweniować również w mojej sprawie, bo ja też nie siedziałam bezczynnie; łatałam i naprawiałam ubrania dzieciom pozostawionym przez matki bez opieki, gdy pracowały w kołchozie. Doktor wrócił z dobrą wiadomością, że w Leontiewce jest taki sam punkt medyczny, i że w lipcu lub w sierpniu otworzą szpital i będziemy tam zatrudnieni.
Nora pojechała do Tiuchtietu i zabrała wszystkie swoje rzeczy. Znalazła przy rodzinie wolny pokoik, bo pomógł jej poznany wcześniej w jednym z obozów Rumun, z pochodzenia Niemiec. Pracował w warsztatach w elektrowni pod Tiuchtietem. Po pewnym czasie pobrali się. Nora urodziła dwoje dzieci (chłopca i dziewczynkę). Dwa razy odwiedzała ją matka z Litwy. Pomagała im, jak mogła. Przywoziła różne rzeczy dla dzieci Nory i Rudolfa. Po śmierci Stalina Nora podlegała amnestii i wyjechała z dziećmi na Litwę. Jej mąż został na Syberii, nie wiem, czy miał potem możliwość połączyć się z rodziną na Litwie.
W Mitropolce byliśmy do 6 czerwca, a 7 czerwca 1950 r. wyjechaliśmy do Leontiewki, by tuż przed podjęciem pracy w szpitalu znaleźć jakieś mieszkanie. To było trudne zadanie. Doktor chciał, abym, jako jego przyszła żona zamieszkała razem z nim. Pojedyncze pokoje można było łatwiej znaleźć, ale nie wszystko nam odpowiadało, a to warunki, a to wysokość komornego. Pierwszy zdecydował się doktor na pokoik przy rodzinie. Ja nie pogardziłam wspólnym pokojem ze starszą kobietą, która chciała w ten sposób sobie dorobić do emerytury. Było to mieszkanie o wiele lepsze niż prycza w obozie, czy tym bardziej miejsce na podłodze w małym pokoju z kilkoma kobietami w Tiuchtiecie, czy w kołchozowej chacie w Mitropolce.
Doktor Alter od lipca zaczął pracę w punkcie medycznym. Mnie również proponowano pracę, ale na razie bez etatu. Uparłam się, że zacznę pracować, kiedy będę otrzymywać wynagrodzenie, a na razie muszę odpocząć i ponaprawiać swoje i doktora ubrania.
Etat był dopiero od września, już w nowym dwudziestołóżkowym szpitalu, z izbą porodową. Wynagrodzenie otrzymaliśmy dopiero w październiku. Poszłam do Tiuchtietu ze skargą do majora, że ktoś przechwytywał nasze pieniądze – doktora za cztery miesiące, moje za jeden miesiąc. – Jeśli nie otrzymam swojego wynagrodzenia, nie będę pracować w szpitalu, bo więcej zarobię szyjąc sukienki, bluzki i spódnice dla kobiet, a pieniędzy w kasie oszczędnościowej nie mamy – powiedziałam.
Zrobił się ruch i okazało się, że nasze wynagrodzenia podejmował felczer, myśląc, że będzie mógł sobie je zatrzymać. Tłumaczył się tym, że nie pracowałam w szpitalu od początku, tylko szyłam i nawet jego córce za uszycie sukienki kazałam sobie zapłacić. Chciał w ten sposób chyba nas zastraszyć. Może myślał, że ukarzą mnie za to. Ale nie wiedział, że byłam szyb-sza i sama przyznałam się do szycia za pieniądze, bo z czegoś musieliśmy żyć. Zagarnięte pieniądze musiał zwrócić. Potem felczer podejrzewał, że mamy „chody” gdzieś wyżej i od tej pory zaczął nas szanować. W jego ślady poszli inni, może docenili naszą pracowitość i umiejętności, szczególnie doktora. Podziwiali też to, że porozumiewamy się w innym języku, a pisać i czytać potrafimy także po rosyjsku, a recepty wystawiane są jeszcze w zupełnie innym. W ten sposób unormowała się powoli nasza praca i życie w rozległych trzech wsiach: Doniłowce, Leontiewce i Pierwomajce, zjednoczonych w jednym z kołchozów rejonu tiuchtietskiego w Krasnojarskim Kraju.
Każdy kołchoźnik miał przydzieloną jednohektarową działkę przyzagrodową. Przeważ-nie trzymał krowę, czasem dwie, kilka świń, gęsi, kaczek i kur. Wszystko zależało od inwencji i siły gospodarza i jego pomocników, jakich miał w domu. Po pewnym czasie bezdzietne małżeństwo odstąpiło nam połowę swego domu, nawet z niektórymi meblami. Brakowało mi w kuchni półeczek i krzeseł. Gospodarz zaproponował pomoc i narzędzia stolarskie. Zrobiliśmy cztery półeczki do powieszenia, a zamiast krzeseł taborety. Wszystko było pięknie wyszlifowane, jak u Niemców prycze i podłogi w barakach. Odwiedzali nas sąsiedzi, nie tylko z Leontiewki, ale również, może pod pretekstem porady lekarskiej, z innych wsi. Rozeszła się wiadomość, że pobieliliśmy ściany nie tylko w mieszkaniu, ale i na zewnątrz, zrobiliśmy sami meble, a doktor sam je wypolerował i wygładził. Podziwiali naszą gospodarność i pracowitość oraz przekonali się, że żadnej pracy się nie boimy i nie wstydzimy. Przynosili przy okazji nowosielja (nowego mieszkania) – drobiazgi potrzebne w kuchni, tak, że miałam w czym gotować i smażyć, czym i z czego jeść. Podarowano nam sporo pierza i puchu, akurat na dwie po-duszki i dwa jaśki.
Byliśmy zaskoczeni i wzruszeni ich pomocą i serdecznością, a nawet dobrymi radami, ja-kich nam – mieszczuchom udzielano. Najbardziej zadowolona byłam ze sporej działki ziemi koło domu, którą nam odstąpili nasi gospodarze.
Nasze gospodarstwo powiększyło się wiosną, bo dostaliśmy małe kurczaki oraz kaczuszki i kupiliśmy prosiaczka, nazwanego przez nas „Waśką”. Karmiliśmy go do późnej jesieni, a potem na zimę była wędzona słonina, solone mięso, z pozostałości sąsiad – specjalista od wyrobu wędlin zrobił nam kiełbasy, salcesony i kaszanki, którymi poczęstowaliśmy sąsiadów. Gdy u nich było świniobicie oni przynosili nam swoje wyroby. Lodówek wtedy nie było, a w piwnicy pod naszą kuchnią, choć zimną, świeżego mięsa nie można było trzymać. Kupiliśmy też na zimę zapas ziemniaków, buraków, cebuli, marchwi, ogórków i kapusty (innych warzyw tam nie znano, chyba tylko koperek i szczaw, który rósł na każdej polanie w lesie).
Wspaniała i wzruszająca to była pomoc sąsiedzka. Cieszyliśmy się i jednocześnie byliśmy zdziwieni, że zmienili się nawet kołchoźnicy, tak wrogo początkowo do nas nastawieni. Zaakceptowali nas jako nowych sąsiadów, uważano nas za małżeństwo i to nam odpowiadało. Nie chciałam zmienić nazwiska, bo przywieziono mnie tu jako Bobrowko i chciałam bez zbędnych wyjaśnień i kłopotów wrócić do kraju. – Jak już gospodarstwo macie to przyda wam się kotek, bo za psa służy wam prosiaczek”– powiedziała sąsiadka, przynosząc małą, piękną kotkę o lśniącym biało-czarnym futer-ku, którą nazwałam „Musia”. Zastanawialiśmy się, jak moglibyśmy odwdzięczyć się sąsiadom i jednocześnie ich za-dziwić. Po pewnym czasie udało się. Będąc na „swobodzie”, mogłam już skontaktować się z rodziną mieszkającą na Wileńszczyźnie. W obozie nie chciałam nikogo prosić o przysługę i narażać na niebezpieczeństwo. Teraz mogłam już skontaktować się z siostrą Mamy – Ciocią Krystyną Rabuszko, która z mężem i synem mieszkała w Uszy koło Mołodeczna. Od nich dowiedzieli się dopiero moi Rodzice, że żyję i jestem na zesłaniu w Krasnojarskim Kraju. Ciocia z kolei od Nich wiedziała, że mnie aresztowano i wywieziono na Syberię. Czekała na mój list, który następnie wysłała do Łodzi jako dowód, że żyję. Od tej chwili była naszym pośrednikiem w przekazywaniu korespondencji, a ponadto w przysyłaniu paczek od całej Rodziny Mamy i Ojca. Przekazywali co mogli, bo im również gorzej się wiodło po wojnie. Nie były to tylko paczki żywnościowe (mąka, kasza, kawałek słoninki). Dostawałam też od Cioci zawsze coś z bielizny pościelowej, ręcznik albo ściereczkę, a nawet obrus lniany – osobiście tkany przez Nią, który potem wyhaftowałam i mam go do dziś.
Ponieważ napisałam, że brakuje nam nasion warzyw, które chcielibyśmy uprawiać na na-szej działeczce, przysłała nam nasiona nie tylko te, znane tutaj, ale też takie jak pietruszka, seler, sałata, kalafior i pomidory. Ciekawi co z tego wyrośnie, sąsiedzi przychodzili i podziwiali. Nie mogli się doczekać smaku tych nowych warzyw. Myślałam, że nie znano tutaj tych warzyw bo klimat nieodpowiedni, albo ziemia, ale okazało się, że jestem w błędzie. Rosło wszystko jak na drożdżach bo ...często podlewałam. Skoro latem deszcze padały rzadko, to trzeba było nasionka i sadzonki wspomagać. A po wodę trzeba było chodzić aż do rzeczki. Towarzyszył nam często Waśka, chodził za nami jak piesek. Zauważyliśmy, że często lubi się czochrać, szczególnie boki i „szyneczki”, pocierając o coś twardego. Wystarczyło tylko kilka razy pokazać mu, że ręka ludzka choć nie twarda jest przyjemniejsza. Sam dopraszał się, szturchał swym ryjkiem w nasze nogi, pochrząkując śmiesznie, aby go podrapać. Z zadowolenia cicho kwiczał. Kotka była zazdrosna i też domagała się pieszczot, ale żyli w zgodzie. Kupiliśmy beczkę na wodę, to czasem traktorzysta zabierał pustą, a przywoził z wodą. Mniejsze beczułki przeznaczyliśmy do kiszenia: kapusty, ogórków i częściowo buraków.
Z czasem miałam więcej pomidorów, to i kisiłam je w różnej wielkości słoiczkach.
Dojrzewanie, gdy lato jest krótkie i gorące, trwa krócej i wreszcie doczekaliśmy się pomidorów. – Miały być czerwone – mówiły zawiedzione dzieci z sąsiedztwa – a są zielone. – Cierpliwości, słonko przygrzeje mocniej i odpowiednio je pomaluje – odpowiadałam. Pomido-ry znali tutaj jedynie ze słyszenia, albo z książek, a o kalafiorach (cwietnaja kapusta), nie słyszeli nawet, tym bardziej nie mogli się doczekać, czy rzeczywiście będą kolorowe (jak brzmi ich nazwa w języku rosyjskim) oraz jak będą smakować. Z pierwszych zbiorów nie mieliśmy dla siebie dużo. Każdego chętnego do spróbowania, trzeba było poczęstować, lub dać do do-mu do ugotowania. Nowymi warzywami zainteresowała się kołchozowa pani agronom. Obie-cała, że się dowie jak i skąd sprowadzać takie nasiona. Ktokolwiek pytał ją o nie, zawsze od-powiadała, że wszystko jest na dobrej drodze. Dobrze, że trochę nasion zostawiłam sobie na następny rok i Ciocia Krystyna nie zawiodła i jeszcze trochę przysłała. Myślę, że udało się mieszkańcom kołchozu rozpowszechnić uprawę tych warzyw. W ten sposób mogliśmy się odwdzięczyć częściowo za dobroć i szczere serca mieszkańców. Wiem, że polubili i zaakceptowali nas nie tylko z powodu tych warzyw, ale ponieważ mąż nigdy nie odmawiał pomocy choremu o każdej porze dnia i nocy, tym bardziej, że starano się przysłać po niego jakikolwiek transport. Chyba, że było blisko to szedł pieszo. Ale było i tak, że zimą w zawieję śnieżną szedł do chorego 12 km.
W szpitalu pracowało się nam dobrze. Szpital dla obsługi całej okolicy – trzech miejscowości, był za mały. Czasem trzeba było dostawiać raskładuszki (lekkie, rozkładane łóżka), jeśli sprawa była pilna i poważna. Dobrze, że chociaż doraźnej pomocy udzielali felczerzy w punktach medycznych. Ci, co wymagali hospitalizacji, trafiali do szpitala w Leontiewce. Przyjmowano nawet z drobnymi sprawami chirurgicznymi np. skaleczenie, wymagające szycia. Leczono też dzieci, przeważnie z chorobami zakaźnymi lub zapaleniem płuc.
Personelu medycznego było zbyt mało, co odczuwało się bardzo, bo dyżury nocne były często. Zakłócały one cały porządek dnia, szczególnie jeśli noc była niespokojna i coś się działo. Nawet wolałam nie dyżurować z mężem, bo kłopot był wtedy z „inwentarzem”. Jeśli mia-łam dyżur, to mąż sam musiał przygrzewać wcześniej przygotowany obiad i nakarmić jeszcze zwierzęta.
Pisząc o warzywach nie wspomniałam o owocach. Nikt nie miał koło domu ani drzew ani krzewów owocowych. Zbierało się w lasach maliny, czarne porzeczki, poziomki, strącało się szyszki cedrowe, z których wyłuskiwano orzeszki, a te trzeba było jeszcze rozłupać jak ziaren-ka słonecznika. Zbieraliśmy także grzyby, z których część suszyliśmy na zimę do zupy grzybowej, pierogów z grzybami i bigosu.
Przy zrywaniu malin przeżyłam przygodę, którą przypominaliśmy sobie zawsze z Poldkiem jedząc maliny, nawet jeszcze w Polsce po powrocie z Syberii. Chodziliśmy na maliny z koszykami i to dość często. Było ich dużo, dorodnych i smacznych. Krzaki były wysokie i bardzo gęste, im głębiej się wchodziło, tym malin było więcej. Trzeba było odpowiednio się ubrać, aby się nie podrapać i nie zahaczyć ubrania, na nogi wkładało się wysokie gumiaki. Zawsze przy zrywaniu malin podjadaliśmy łakomie. Ale pewnego dnia słyszę, że Poldek mlaska, jak nigdy i pomrukuje z zadowolenia. Pytam więc: – Chyba trafiłeś na wyjątkowo smaczne i dojrzałe. – A on nie odpowiada, więc wychodzę ostrożnie z krzaków, patrząc przed siebie, aby nie wysypać uzbieranych malin. Słyszę, że ktoś obok również przeciska się przez krzaki – spojrzeliśmy przed siebie i nie wiem kto bardziej się przestraszył – ja czy niedźwiedź? Dobrze, że on był szybszy, bo moje nogi stały się bezwładne. – Z kim rozmawiałaś, Nadziu? – spytał mąż. – Myślałam, że z tobą, a to był ... niedźwiedź! – odpowiedziałam.
Teraz, gdy wspominam tamte czasy, nie mogę się nadziwić, ile było we mnie siły i chęci do życia, a tym samym do pracy. Do ciężkich prac, takich jak kopanie w ogródku, zawsze zgłaszali się chętni, tacy, co chcieli odwdzięczyć się za przysługę lub zarobić na poczęstunek czy parę kopiejek.
W domu rodzinnym nie musiałam ciężko pracować fizycznie, bo praca sprowadzała się tylko do pomocy Mamie przy sprzątaniu mieszkania lub praniu. W obozach ciężka praca fizyczna była ponad moje siły, przy jej wykonywaniu szukałam sposobu jak ją sobie ułatwić, co usprawnić i często się to udawało. Jeśli nie – to buntowałam się, a ze mną inne kobiety i to ze skutkiem. Pracowałam określoną ilość godzin: 10–12 dziennie. Potem, jeśli nie przypadał na mnie dzień sprzątania wspólnych pomieszczeń w obozie, to mogłam się umyć i położyć, aby nogi i kręgosłup mogły odpocząć, a ja najczęściej mocno zasypiałam. Na „swobodzie” nie było określonych godzin pracy, poza pracą zawodową, a tym samym odpoczynku. Tu robiłam wszystko dla siebie, dla nas, często kosztem snu. Poldek poma-gał mi chętnie w lżejszych pracach, nawet w kuchni, oszczędzałam go jednak z powodu jego choroby serca i dużej różnicy wieku. W domu był przede wszystkim zaopatrzeniowcem. Umiał te sprawy załatwiać, bo zaopatrzenie nie tylko w żywność ale również w artykuły przemysłowe, jak obuwie, odzież, bielizna, tkaniny – było bardzo złe. Wszystko rozchodziło się, nie trafiając na półki ani lady, bo kupowało się po błatu – czyli spod lady.
Muszę przyznać, że chociaż na wolności żyło się ciężko, ale to już nie był obóz, nie było ogrodzeń z drutami pod napięciem i wieżyczek ze strażnikami NKWD ze strzelbami, przygotowanymi do strzału. Nie było nakazów ani zakazów. Nikt mnie nie uderzył, ani w czasie śledztwa, ani podczas przeganiania, ale psychiczne znęcanie się w czasie przesłuchań było gorsze od bicia. Zdarzył się jednak przypadek, że dostałam kamieniem w głowę wraz z wiązanką przekleństw typowych dla Białorusinów np. żeby cię wilki zjadły, żebyś jutra nie doczekała itp. Zakończenie tej wiązanki było okropne – „ty faszystko!”. Wydarzyło się to przed stacją kolejową na Białorusi, gdzie brałyśmy wrzątek do picia, a obok toru kolejowego przechodziły Białorusinki i jedna z nich ugodziła mnie kamieniem. Najbardziej zabolało mnie to jedno słowo – faszystko! Mnie nazwać faszystką? Mnie, która tak się ich bała i była narażana w czasie okupacji, jeśli nie na śmierć natychmiastową to na wywiezienie do obozu koncentracyjnego.
Na Syberii było ciężko na wolności, jednak się powoli układało. Najbardziej bałam się koszmarnych snów, które mnie nawiedzały, zwłaszcza gdy byłam chora, lub coś mi dokuczało. Przeżywałam we śnie kolejny raz pobyty w obozach, w piwnicach więziennych z wodą do lub powyżej kostek, przesłuchania, transport w wagonach bydlęcych lub kilometrowe przemarsze w słoty jesienne, mrozy zimowe z obozów na stacje kolejowe lub odwrotnie.
Na szczęście senna mara mijała i zaczynał się nowy dzień pełen pracy i trosk. Dzięki naszej pracy zawodowej mieliśmy trochę pieniędzy. Dużo korzyści (nie licząc trudu) dawał nam ogród, z każdym rokiem lepsze wyniki, bo przecież dla nas było to coś nowego, na czym wca-le przedtem nie znaliśmy się. Większe osiągnięcia były również w hodowli – prosiaczek wyra-stał na spasionego prosiaka, kurki niosły więcej jaj, pojawił się kogut – „Piet’ka”, doszły ka-czuszki, którym brakowało miejsca do pływania, dlatego chętnie za nami i prosiaczkiem szły do rzeczki. Trudno było je zagnać do domu. Ale nauczyły się, że trzeba wracać, bo tam czeka je chyba pyszne (bo jadły łapczywie), przygotowane jedzenie. Nasze osiągnięcia uzyskiwaliśmy kosztem wypoczynku, a nawet snu. Dla odprężenia lubiłam haftować, gdy mąż czytał głośno, bo mnie już czasu brakowało na czytanie książek.
W wyżywieniu też zaszły duże zmiany, szczególnie od 1952 r., odkąd mieliśmy własne warzywa, które umożliwiały nam urozmaicenie jadłospisu.
Pamiętam dobrze ten rok, szczególnie Boże Narodzenie. Była własnoręcznie ścięta w lesie choinka, ustrojona na biało: watą, gwiazdkami, robionymi z papierowych paseczków, jeży-kami i kulkami z białej, cienkiej bibułki – tym co między innymi było w domu rodzinnym na choince, co z siostrami robiłam przed świętami. Chcąc czymś zająć w szpitalu chore dzieci, które mogły już wstawać – pokazałam co i z czego można zrobić do przybrania świątecznej choineczki. Dzieci były zachwycone, że będą miały nowe cacka na choinkę... noworoczną! W ten sposób zorientowałam się, że nie mogę wychylać się ze świętami Bożego Narodzenia. To nie obóz, gdzie spędzono ludzi różnej narodowości i wyznania z Europy i Azji.
W domu obchodziliśmy swoje święta, a w szpitalu Sylwester i Nowy Rok.
Tak mijały rok za rokiem, dostawałam listy od Cioci. Listy od pozostałej rodziny z Wileńszczyzny nie dochodziły, chociaż niektórzy mieli nasz adres, ale albo nie pisali, albo listy nie docierały do moich rąk. Nie dochodziły listy od Rodziców bezpośrednio, tylko te przysyłane za pośrednictwem Cioci. Jakie było moje zdziwienie i radość, gdy otrzymałam list od najmłodszej siostry Leny i to z jej zdjęciem, zrobionym po maturze. Przecież ta wkładka była wyczuwalna pod palcami i koperta inna, i znaczki pocztowe – a nie znalazł się w koszu czy na biurku w NKWD. Następnych listów nie dostarczono, chociaż były z Łodzi wysyłane. Nie trafiła w moje ręce również paczka od Rodziców; zawierała sukienką kretonową, spódnicę z wełny i trochę bielizny osobistej. Wszystko jak wymagały przepisy było nowe, z metkami, zawierającymi cenę. Wszystko dozwolone i sprawdzone, pudełko płótnem obszyte, sznurkiem związane, końce sznurka zalakowane i ostemplowane przez odpowiednie władze w Warszawie i z Warszawy, z Poczty Głównej wysłane.
Władze miejscowe nie dokuczały nam zbytnio. Na odwrót, cieszyliśmy się coraz lepszą opinią. W Milicji dowiedzieliśmy się przy jakiejś okazji, że od 1951 r. obowiązuje zakaz posyłania kobiet do robót przy wyrębie lasu. Westchnęłam, mówiąc: – Szkoda, że nie obowiązywał, gdy mnie posyłano do tej pracy. – Wciąż myślałam, dlaczego nam to powiedziano. Czy tylko po to, aby pochwalić władzę radziecką, że dba o dobro deportowanych? Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że był to zakaz formalny, bo kobiety nadal pracowały w lesie. To obudziło naszą czujność, aby analizować każde słowo, co ono ma lub może oznaczać. Skoro mowa, że jest zakaz posyłania do tej pracy kobiet, to może oznaczać, że obowiązuje od daty ogłoszenia, a nie musi obejmować już pracujące w lesie kobiety.
W 1952 r. przysłano nam zawiadomienia, że obywatele ZSRR zostają wraz z rodzinami i potomkami przypisani do ostatniego miejsca pobytu. Mąż chciał podpisać, bo to tylko podano nam do wiadomości i nas nie dotyczy. Dobrze, że uparłam się, abyśmy na wszelki wypadek nie podpisywali. Przekonałam męża, że skoro podpiszemy, to zinterpretują to tak, że chcemy tu pozostać i podsuną nam wniosek lub prośbę o przyznanie nam obywatelstwa ZSRR. Zostawiliśmy więc pismo bez odpowiedzi. Po pewnym czasie poproszono nas o wzięcie udziału w głosowaniu na kandydatów, już nie pamiętam, czy do władz lokalnych czy wyższych. Od-mówiliśmy, tłumacząc, że nie jesteśmy obywatelami radzieckimi. – Ale możecie w każdej chwili nimi zostać, prosimy wypełnić tylko ankiety i podpisać – odpowiedziano nam. Znów odmówiliśmy, podając wciąż ten sam powód: obywatelstwo polskie, z którego nie zrezygnujemy.
W następnym roku znów zaproszono nas do Milicji, już nie do Tiuchtietie, ale do Krasnojarska. Tym razem po prostu podsunięto nam do podpisu wypełnione ankiety, mówiąc wprost: – Prosimy przeczytać czy wszystko się zgadza i podpiszcie. – Tym razem mąż był szybszy ode mnie, mówiąc: – Dane się zgadzają, ale my nie wyrażamy zgody, podtrzymujemy nasze postanowienie pozostania obywatelami polskimi i powrotu do kraju. – To było nasze jednomyślne postanowienie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że za bardzo interesują się nami, że naciskają abyśmy przyjęli ich obywatelstwo. Nasz upór może sprawić, że posuną się dalej i mogą np. utrudniać nam życie. Co zrobimy, jeśli postanowią nas ukarać i zwolnić z pracy w szpitalu, a zaproponować pracę w kołchozie? Co wtedy będzie? Postanowiłam prosić o pomoc Rodziców, bo nas chyba chcą zatrzymać władze z Krasnojarska. Ojciec wspominał, że chce zwrócić się do Prezydenta PRL z prośbą o umożliwienie nam powrotu do ojczyzny po odbytej karze.
Tymczasem nie zamierzano nas zwolnić z pracy w Leontiewce, ale zaproponowano dok-torowi przeniesienie do Szpitala Rejonowego w Tiuchtietie, w charakterze ftyzjatry. Głowiliśmy się znów, o co tu chodzi; czy tym przeniesieniem na stanowisko ordynatora chcą nas może zmusić do uległości? Propozycja była kusząca, oznaczała ona bowiem: – większe ( rejonowe) miasteczko, gdzie był kościół katolicki, cerkiew prawosławna,
– szpital o pięciu oddziałach; budynki przetrwały, choć drewniane (z cedru syberyjskiego) do naszych czasów, a wybudowane były przed I wojną światową,
– większe zarobki,
– lepsze zaopatrzenie.
Przy okazji i ja skorzystałabym, bo od 9 lipca znalazł się nawet etat pielęgniarki na pediatrycznym oddziale zakaźnym.
Mąż zaczął pracować 24 czerwca 1954 r. Zostałam jeszcze do 30 czerwca 1954 r. w Leontiewce, miałam więc czas na spakowanie wszystkiego, co można było zabrać do miasta.
Z nowymi lokatorami naszego mieszkania umówiłam się, że przywiozą nam do Tiuchtietu połowę zbiorów naszych warzyw. Za inwentarz zapłacili, z tym że prosiak miał być do podziału. Tylko kotka pojechała ze mną, gdzie czekało już na mnie mieszkanie do uporządkowania. Rozpoczęłam pracę w szpitalu od 9 lipca 1954 r. Było to już ponad rok od śmierci Stalina i w czasie krótkiej odwilży Malenkowa. Może ten fakt spowodował, że zatrudniono nas w większym rejonowym szpitalu (rajbolnica). A może to, że mąż dał się poznać, jako dobry człowiek i lekarz? Pracował w szpitalach obozowych jako internista, ftyzjatra i rentgenolog, a w Tiuchtiecie asystował nawet przy zabiegach chirurgicznych. Zachowały się dwa wycinki z miejscowej prasy z podziękowaniami (m.in. również dla dr Leopolda Altera) za pomyślny przebieg operacji (rozdz. VIII, zał. 4 , str. 17). A w książeczce pracy (zał. 5), w części pochwały i nagrody są dwa wpisy:
1. podziękowanie za dobrą obsługę lekarską ludności Tiuchtietu
2. podziękowanie za sumienną pracę w Tiuchtietskim Rejonowym Szpitalu, podpisane przez kierownika Rejonowego Wydziału Zdrowia – Sitnikowa.
Na początku sierpnia 1954 r. otrzymałam w Milicji zaświadczenie z okazji amnestii (zał. Nr 8), wydane na podstawie Dekretu Rady Najwyższej ZSRR dla Nadziei Bobrowko, skazanej dnia 26 września 1947 r. przez Specjalną Komisję przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych ZSRR, z artykułu 58-3 i 58-11 Kodeksu RSFRR na pozbawienie wolności na lat pięć i znajdującej się na zesłaniu w Kraju Krasnojarskim, że na podstawie rozporządzenia MSW i Prokuratury ZSRR z dnia 24 kwietnia 1954 r. zostaje zwolniona z zesłania z dniem 12 sierp-nia 1954 r., łącznie ze spowodowaniem zatarcia skazania. Oczywiście, nie przyjęłam powyż-szego oświadczenia, bo wpisano mi obywatelstwo ZSRR, żądając zamiany obywatelstwa na polskie. Dnia 12 sierpnia 1954 r. otrzymałam nowe, zmienione zaświadczenie, tylko nie o to chodziło; podano, że jestem obywatelką polską ale narodowości rosyjskiej. Znów nie chciałam przyjąć takiego zaświadczenia. Zastraszono mnie w Milicji, że już więcej nie zmienią treści; jeśli nie wezmę tego to pozostanę nadal zsylną. Cóż miałam robić, aby tylko zwolniono mnie z zesłania, przyjęłam. Mężowi nie wydano nawet takiego zaświadczenia z okazji amnestii. Rozpoczęłam starania. Napisałam do Ambasady Polskiej w Moskwie, bo już pod koniec lipca dostałam wiadomość od Ojca, że wysłał prośbę do Prezydenta PRL Bolesława Bieruta (jeszcze w połowie 1953 r.) o pomoc w powrocie N. Bobrowko i jej męża dr med. L. Altera z Syberii do kraju. Otrzymał list z kancelarii Prezydenta, że musi jeszcze dołączyć oświadcze-nie, że zobowiązuje się zapewnić córce i zięciowi środki pełnego utrzymania wraz z mieszkaniem, które potrzebne było do złożenia odnośnym władzom ZSRR 

 W związku z tym, że sprawa naszego powrotu do Polski ruszyła, Rodzice ośmielili się mnie o tym powiadomić. Nie chcieli pisać wcześniej, gdyż długo nie było żadnej odpowiedzi. Okazało się jeszcze potem, że to nie wszystko. W 1955 r. Ojciec otrzymał pismo z Kancelarii Prezydenta, że potrzebne jest jeszcze zaświadczenie, że oboje jesteśmy obywatelami polskimi. Takie pismo można było uzyskać w Prezydium Rady Narodowej m. st. Warszawy w Wydziale Społeczno-Administracyjnym, który na mocy upoważnienia Prezydium Rady Ministrów sprawdzi i wystawi takie zaświadczenie (wystawiono je 22 kwietnia 1956 r.). Do-dano tam, że Prezydium Rady Ministrów wyraża zgodę na przyjazd w/w z ZSRR do Polski na wezwanie Ojca – teścia, który zobowiązał się sprowadzonym zapewnić środki utrzymania po ich przyjeździe (zał. nr 10).
Na moje pisma do Ambasady Polskiej w Moskwie dostałam odpowiedź z dnia 12 listo-pada 1955 r. wraz z paszportem konsularnym dla mnie na wyjazd do kraju oraz zalecenie zwrócenia się do Wydziału Wiz i Rejestracji przy Urzędzie Milicji Krasnojarskiego Kraju, celem uzyskania wyjazdowej wizy radzieckiej (zał. 11). Razem z moim paszportem przysłano również list gwarancyjny dla męża, który należało złożyć również do Wydziału Wiz I Rejestracji wraz z podaniem o wyjazd do Polski (zał. jw.).
Z oryginałów dokumentów robiłam odpisy, które były potwierdzane przez przewodniczącą Rady Rejonowej w Tiuchtiecie, p. Targońską, która miała uprawnienia notariusza. Odpisy nie zawsze były honorowane, ale chociaż część dokumentów zachowałam w oryginale.
Z paszportu konsularnego nie skorzystałam. Chcieliśmy wyjechać razem, czekaliśmy, kiedy zostaną załatwione wszystkie formalności związane z wyjazdem.
W dniu 30 listopada 1955 r. zakomunikowano nam obojgu, że jesteśmy na liście repatria-cyjnej do Polski, przewidywany wyjazd w połowie grudnia. Oddałam paszport, chociaż mia-łam pewne wątpliwości, ale to była prawda – wyjechaliśmy. Zwolniłam się z pracy 6 grudnia, mąż 9-tego. Chciałam bez pośpiechu zapakować to, co można było zabrać. Było tego sporo. Nie chcieliśmy znów zaczynać od zera, skoro można było rzeczy nadać na bagaż. Resztę roz-daliśmy potrzebującym. Urządzono nam w szpitalu serdeczne pożegnanie. Lekarz naczelny – doktor Koczurowa, gorąco nam podziękowała w imieniu wszystkich lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy, kucharek, salowych, sprzątaczek, co nie przeszkodziło każdemu z osobna złożyć życzenia pomyślnej podróży i szczęśliwego dotarcia do ojczyzny oraz dalszych sukcesów i osiągnięć w pracy i życiu osobistym.
Już od 12 do 16 grudnia 1955 r. czekaliśmy w wagonie na stacji w Krasnojarsku, póki nie dojedzie z całego Krasnojarskiego Kraju reszta repatriantów. Pociąg składał się z 16 wa-gonów osobowych, nie licząc służbowego, pocztowego i bagażowego. Każdy miał swoje miejsce – kuszetkę. Ruszył na zachód 16 grudnia 1955 r. – do Przemyśla. Kilka razy zatrzy-mywał się w nocy na gorące obiady w restauracjach na stacjach kolejowych.
Jeszcze przed przekroczeniem granicy polsko-sowieckiej dotarli do naszego wagonu kontrolerzy straży pogranicznej, kolejowej i NKWD. Do przedziału weszło trzech mężczyzn, ucie-szyłam się, bo pomyślałam, że skoro nie ma kobiety to nie będzie rewizji osobistej. Nie było. Wszyscy staliśmy na korytarzu. Przetrząsnęli nam bagaże. Najważniejsze dokumenty miałam przy sobie, część męża w jego portfelu w tylnej kieszeni spodni zamiast w marynarce. Pomaca-li tylko wewnętrzne kieszenie marynarek, które wisiały nad kuszetkami. Moja torebka leżała na mojej kuszetce między poduszką a boczną ścianką przedziału, zabrano wszystkie papiery, nawet jeśli nie były dokumentami. Wśród zabranych – przeważnie kopii pism – była moja książeczka pracy i tej mi było najbardziej szkoda. Zdawało mi się, że jeśli dołożę swoją książeczkę do książeczki męża, to będzie za gruba warstwa.
Po sprawdzeniu dokumentów jedne emocje opadły, ale zaczęły się drugie – radosne, że już jesteśmy blisko granicy, że zaczniemy nowe życie, w nowych warunkach, wśród swoich. Czy szybko się przyzwyczaimy do zmiany? Jak nam się ułoży życie? Były więc i chwile za-dumy. Chociaż może nie wszyscy zdążyli pomyśleć o przyszłości. Najważniejsze, że najgorsze było już poza nami. Cieszyliśmy się i uczciliśmy te chwile ... toastem! Okazało się, że więk-szość pasażerów była przygotowana do tego toastu. Nikt nie zdążył zjeść kolacji o właściwej porze, bo przeszkodziła temu kontrola dokumentów; więc teraz i ja wyciągnęłam z torby podróżnej ostatnie zapasy prowiantu, chociaż nie byliśmy głodni, przyłączyliśmy się do uczty. Zaczęło się robić coraz weselej, śmiech i śpiew towarzyszył tej radości. Zrobił się ruch na korytarzu, wciąż ktoś przechodził, zaglądał, w pewnej chwili usłyszałam: – Nadziu, to – Był to Janek Danielewicz z Łodzi.
Przysiadł się do nas i dalszą podróż przegadaliśmy o zna-jomych spotkanych na Syberii, o swoich przeżyciach i o planach na przyszłość. To on nam powiedział, że „Sybir” w języku tatarskim oznacza „uśpiony Kraj”, a przytaknęli mu panowie i dodali, że raczej – „kraj uśpionych”.
W nocy z 29/30 grudnia przekroczyliśmy granicę i przybyliśmy do polskiego Punktu Re-patriacyjnego w Giżycku na Mazurach. Zabrano nasze dokumenty repatriacyjne wydane w Krasnojarsku, wydano nowe – polskie (zał. 7 i 12). Mogliśmy się wykąpać, wyspać i najeść do syta. W dniu 2 stycznia 1956 r. każdy repatriant otrzymał 1000 zł i „Zaświadczenie na kredytowany przejazd i przewóz bagażu”.
Piątego stycznia po drodze do Łodzi, wysiedliśmy w Warszawie i byliśmy w Ministerstwie Zdrowia. W archiwum odszukano informację, że dr Leopold Alter ukończył studia medyczne we Lwowie w 1925 r. Pokazaliśmy zresztą przysłane z archiwum Lwowskiego Uniwersytetu zaświadczenie, że ukończył rzeczywiście w 1925 r. Wydział Lekarski Oddziału Leczniczego Lwowskiego Uniwersytetu, które zostało wystawione na żądanie Centralnego Szpitala Ozierstroja, gdzie doktor Alter pracował na Oddziale Terapeutycznym 1,5 roku.
W Łodzi była praca dla doktora, ale nie zapewniano mieszkania. Zaproponowano, jeśli w Łodzi się nie uda, skierowanie do Sanatorium Przeciwgruźliczego w Sokołowsku, w powiecie wałbrzyskim, w charakterze lekarza ftyzjatry. Praca spokojna, mieszkanie zapewnione i przy okazji można będzie z żoną leczyć posyberyjskie dolegliwości.
Do Łodzi przybyliśmy krótko przed północą (o 23.45). Jakie radosne było powitanie, i łzy szczęścia, i śmiech oraz rozmowy do rana.
Dopiero w połowie stycznia wybraliśmy się do Sokołowska. Wiedziałam, że długo tam nie będę, tylko tyle – „żeby się pozbierać” i jak mówili w Ministerstwie Zdrowia „podleczyć” posyberyjskie dolegliwości. W Łodzi bowiem zastałam Rodziców w bardzo złym stanie zdrowia, potrzebowali fachowej opieki. Po dwóch miesiącach pobytu w sanatorium wróciłam sama do Łodzi. Opiekując się Rodzicami, podjęłam pracę pielęgniarki przy kąpielach leczniczych w Łaźniach Miejskich w Łodzi. Przygotowywałam się też do egzaminu. W listopadzie tegoż roku otrzymałam dyplom pielęgniarski. 30 listopada 1957 r. zmarła moja Mama. Stan zdrowia Ojca się poprawił, zamieszkała z Nim moja młodsza siostra Anastazja, która poprosiła o przeniesienie do Łodzi z pracy w Powiatowym Szpitalu w Brzezinach k. Łodzi. Miała okazję, by zrobić specjalizację z ginekologii i położnictwa.
Wymówiłam pracę w Łaźniach i przeniosłam się do Rabki-Zdroju, gdzie pracował już mój mąż od 4 lipca 1956 r. w sanatorium PKP dla dzieci. Będąc jeszcze w Sokołowsku odnalazł rodzinę: siostrę Elżbietę i szwagra dr med. Józefa Oktawca – lekarza pracującego w Śląskim Sanatorium im. Pstrowskiego dla dzieci, gdzie i ja zaczęłam pracę w charakterze pielęgniarki na oddziale zakaźnym od 1 marca 1958 r.
Od 1 marca 1965 r. zatrudniona zastałam w Sanatorium PKP dla dzieci, gdzie pracował mój mąż na stanowisku ordynatora. Ja pracowałam jako pielęgniarka oddziałowa do 1 sierpnia 1976 r., gdyż po ukończeniu 55 lat mogłam przejść na emeryturę PKP.
10 marca 1980 r. zmarł mój mąż. Od jego śmierci mieszkam sama, pobieram rentę r-dzinną, gdyż okazała się korzystniejsza od mojej. Dodatkowej pracy nigdy nie podejmowa-łam, gdyż po przyjeździe do Rabki pomyślałam, że jeszcze nie jest za późno dokończyć szkołę średnią, przerwaną przez okupację niemiecką i deportację radziecką. Po egzaminie wstępnym mogłam pójść do klasy maturalnej Liceum dla Pracujących w Krakowie, ale wolałam rozpo-

cząć naukę od pierwszej klasy liceum ogólnokształcącego, aby się lepiej zapoznać z materiałem wszystkich przedmiotów, przerabianych w liceum. Było ciężko prowadzić dom, pracować na różne zmiany, a potem jeszcze uczyć się po nocach i wreszcie jeździć w każdą sobotę i niedzielę do Krakowa, na wykłady i klasówki z przerobionego w ciągu tygodnia w domu materiału.
O dodatkowej pracy nie mogło być mowy nawet po zdaniu matury. Mąż zaczął poważ-nie chorować, a po jego śmierci mój stan zdrowia się pogorszył: dwa razy miałam zawał serca, usunięto mi pęcherzyk żółciowy, dokuczało zwyrodnienie stawów i kręgosłupa, kończyn, nadciśnienie tętnicze i nadczynność tarczycy.
Dla mnie ze względu na stan serca, wysokie ciśnienie i chorobę tarczycy – Łódź byłaby zdrowszym miastem. Chciałam się przenieść tam, gdzie mieszkają moje Siostry, siostrzenica i siostrzeniec z rodzinami. Nawet znalazłam chętnych na zamianę mojego mieszkania na mieszkanie w Łodzi, skąd chętnie uciekają rodziny z dziećmi – alergikami. W ostatniej chwili rozmyśliłam się i zostałam. Czy aż tak zapuściłam tu korzenie? Czy szkoda mi było zastawić ukochane góry, które dobrze poznaliśmy wędrując po nich, póki nam sił starczyło? Może raczej boję się w moim wieku przeprowadzki? Chyba wszystkie wymienione przyczyny razem zadecydowały, że zostałam. Na razie chociaż mam miejsce na cmentarzu przy mężu i jego matce, chcę wrócić chociaż po śmierci do swoich. Chcę spoczywać przy Rodzicach, z którymi byłam tylko 24 lata i te dwa niecałe – po moim powrocie z tułaczki po Syberii.

V. ZAKOŃCZENIE

Zadaję sobie pytanie – dlaczego dopiero po czterdziestu latach od powrotu do kraju po-stanowiłam napisać moje wspomnienia z Syberii?
Zachowałam przecież sporo dokumentów z mojego i męża pobytu na Syberii. Sporo notatek, zwłaszcza dotyczących czasu i miejsca kolejnych pobytów w więzieniach, łagrach i na zesłaniu.
Pozostałe zdarzenia i przeżycia mam nie tylko w pamięci, ale również w sercu. Gorzej jest z nazwiskami, te już przeważnie uleciały z pamięci. Z pewnością po powrocie do ojczyzny nie było odpowiedniego klimatu na szczere wyznania. Ale to nie tylko kwestia czasów, w ja-kich żyliśmy. To po prostu przeżycia były jeszcze zbyt świeże i bolesne. Nie miałam do nich odpowiedniego dystansu, aby je przelać na papier. Ponadto wpadłam w wir nowego życia. Musiałam i chciałam nadrobić wykształcenie ogólne, podnieść kwalifikacje z zakresu pielęgniarstwa, jednocześnie pracować zawodowo i prowadzić dom.
Często wracaliśmy z mężem do przeszłości. Przy każdej okazji porównywaliśmy nasze życie tu i tam. Z całego serca współczuliśmy tym, którzy nie mogli wrócić do swojej ojczyzny. Nie pisaliśmy listów do przyjaciół, aby nie pogłębiać, jak nam się wydawało, ich żalu, czy wzbudzać zazdrości. Może popełnialiśmy błąd, że nie podtrzymywaliśmy ich nadziei na po-wrót, wiedząc, ile nadzieja i wiara znaczy w życiu człowieka!
Sami przekonaliśmy się, że warunkiem przeżycia w więzieniach i obozach było zachowa-nie równowagi ducha, spokoju oraz optymizmu, czyli po prostu wiary w to, że wszystko mija i ma swój kres. Ta wiara i nadzieja podtrzymywała nas nie tylko moralnie i duchowo, ale również fizycznie.
Zrozumiałam, że póki istnieje nadzieja – bez względu na to, jak trudno i ciężko mi było – to jednak warto było żyć! Zapamiętałam powiedziane przez starszą kobietę w więzieniu swierdłowskim staroruskie przysłowie: „Nadzieja umiera ostatnia”. A ja miałam nadzieję! Jestem przecież nomen-omen – NADZIEJA.
Jako zodiakalny Baran umiem uparcie walczyć z przeciwnościami losu. Jestem odważna i odpowiedzialna. Moją silną stroną jest improwizacja i szybkość działania, logiczne myślenie i dedukcja. Nigdy nie pogodziłam się z losem. Nie zwątpiłam w miłosierdzie Boga i nie utraci-łam wiary w człowieczeństwo.
Do tego miałam szczęście, że spotykałam nie tylko ludzi złych i zawistnych, ale również życzliwych i wyrozumiałych, nie tylko wśród więźniarek czy współtowarzyszek obozowych, ale również wśród obozowego nadzoru i kierownictwa. Zawsze i wszędzie znalazł się ktoś odporniejszy psychicznie, a jednocześnie wrażliwy na cierpienia i niezaradność innych, ktoś, kto chciał pomóc innym. Człowiek samotny i zagubiony, wpadał szybko w apatię. Jeżeli nie miał nikogo, kto by mu pomógł fizycznie albo moralnie, tracił szybko siły, poddawał się i umierał.
Wystarczyło, jeśli w obozie było kilka osób, które nie traciły wiary ani nadziei, to ich po-stawa i zachowanie przyciągało do siebie ludzi, którzy potrzebowali ciepła, otuchy i przyjaźni. Dlatego w obozach ludzie trzymali się razem w mniejszych lub większych grupach, niezależnie od narodowości, rasy i wiary. W ten sposób pomagali sobie nawzajem. Dlatego nie utraciłam wiary, że w najbardziej ekstremalnych warunkach człowiek może zachować swoją godność, a na tym polega przecież nasze człowieczeństwo.
Bywało, że traktowano mnie jak „wtyczkę”, co bardzo bolało. Widząc, że moja pomoc w porozumiewaniu się koleżanek z nadzorem obozowym daje efekty, że obie strony są zadowolone, robiłam to chętnie. Zresztą to niektóre koleżanki wskazały na mnie jako tłumacza, znającego języki: polski, rosyjski i niemiecki. Potem jednak mówiły mi, że „twój długi nos może sprawić ci kłopoty”. Nie dociekałam, co miały na myśli. Odwrotnie, słabsza fizycznie, stałam się silniejsza i odporniejsza na stresy. Nie bałam się bronić prawdy, którą wygarniałam każde-mu, nawet naczelnikowi obozu, jeśli zasłużył. Protestowałam, gdy komuś działa się krzywda, gdy praca był za ciężka i przekraczała możliwości kobiety. Nie zawsze takie postępowanie było skuteczne. Kilka razy ściągnęłam na siebie gniew i zemstę „naczalstwa” – pozbywano się mnie, wysyłając do innego, oczywiście gorszego obozu lub więzienia. Zresztą „etapy”, tj. prze-rzucanie z jednego obozu do drugiego był jednym ze sposobów znęcania się nad ludźmi, bo transport o różnych porach roku, do tego w wagonach bydlęcych, na gołych deskach, jest wyczerpujący fizycznie i psychicznie. Tym bardziej, że zrywały się zawiązane przyjaźnie i często człowiek znowu czuł się zagubiony i samotny. I o to chodziło! Strach przed niewiadomym był okropny. Narzucano etapy odgórnie, bo kierownictwo obozów również nie lubiło ich, bo wprowadzały one zamieszanie i różnego rodzaju kłopoty z przybyłymi, póki się wszystko nie dotarło.
Potrafiłam też prosić, gdy tego wymagała sytuacja. Nie bałam się żadnej pracy, byle tylko była na miarę moich sił, byle nie na mrozie, bo byłam zmarźlaczką. Również nie tam, gdzie dokuczały niemiłosiernie komary, moszki i inne owady, bo byłam i jestem nadal alergikiem. Po ukąszeniu występowały odczyny alergiczne w różnej postaci: obrzęki, swędzenie, wysypka, duszność, katar. Prosiłam dlatego o inną pracę, taką jak prowadzenie kartoteki, pomoc w księgowości, bo to już umiałam, a zresztą chętnie i szybko się uczyłam. Powtarzałam, że w biurze czy szpitalu będzie ze mnie większy pożytek, niż z pracy na powietrzu. Sama musiałam zadbać o siebie, bo dużo nie brakowało, że wymęczona, zadręczona i zastraszona śledztwem, ciężką pracą, głodna, chora i cierpiąca zostałabym szybko jak inne dochodiagą.
Nawiązałam kontakt z rodziną Rodziców. To dzięki nim otrzymywałam skromne paczki oraz listy, również od Rodziców z Łodzi, a moja korespondencja za pośrednictwem Cioci, zamieszkałej na Wileńszczyźnie, trafiała do Nich. Ta korespondencja z domem była dla mnie bardzo ważna, podtrzymywała mnie na duchu i pozwalała uwierzyć, że jeszcze się zobaczymy, że znów będziemy razem.
Punktem zwrotnym, już po zwolnieniu z obozu na „wolność” – było spotkanie z doktorem Leopoldem Alterem, z którym związałam swój los i swoje życie.
Na wolności w Leontiewce koło Tiuchtietu, gdzie zamieszkaliśmy i pracowaliśmy – mieszkańcy kołchozu zaskoczyli nas chęcią służenia pomocą, radą i wsparciem. Sami żyli biednie i w niedostatku, a my zaczynaliśmy od przysłowiowego zera. Czuli się w obowiązku pomóc nam, jako sąsiadom w potrzebie. Pomoc ta była spontaniczna i szczera.
Muszę się przyznać otwarcie, że w czasie pobytu w ZSRR nabawiliśmy się brzydkiej przywary – jaką jest podejrzliwość. Tam cecha ta była wręcz niezbędna, aby mieć się na baczności, nie powiedzieć czegoś za wiele, zwłaszcza w więzieniu. Jeszcze dotychczas wychwytuję fałsz w czyichś słowach, czy obłudę we wzroku. Chciałabym pozbyć się nieufności w stosunku do ludzi, ale okazuje się, że czasem jest ona potrzebna. Ludzie bowiem w pogoni za pieniędzmi często tracą swą godność.
Nasze przeżycia odbiły się na naszym zdrowiu. Przeszłam na emeryturę w wieku 55 lat. Mój schorowany mąż potrzebował fachowej opieki. Długo chorował, zmarł w wieku 80 lat.
Ja wyczerpana ciężką pracą i chorobami, które mnie nękały na Syberii, i te których nabawiłam się po powrocie do kraju, po śmierci męża, skorzystałam z możliwości zamiany swej emerytury na rentę rodzinną po mężu, korzystniejszą od mojej. Jestem twarda, nie poddaję się i żyję, łatwo się nie załamuję! Już nie mam z kim wracać pamięcią do tamtych lat i przeżyć. Czasem przywołuję, ale tylko przyjemne wydarzenia. Jestem z natury pogodna, nie noszę zbyt długo urazy w sercu, nie mam skłonności do pamiętania doznanych krzywd, przykrości, upokorzeń, nie jestem pamiętliwa.
Za cierpienia i śmierć niewinnych ludzi winny jest reżim komunistyczny, który nawet swoich ludzi nie żałował. Okrutna i zawiła to polityka. Ktoś w jednym obozie powiedział, że „polityka to pranie brudów w białych rękawiczkach”.
Odpowiem na swoje własne pytanie, dlaczego dopiero teraz napisałam swoje wspomnienia (1995–1996 r.). Emocje już opadły i mogłam obiektywnie spojrzeć w przeszłość. Moje wspomnienia to nie tylko suche fakty, to refleksje, wynikające z głębokiego zastanowienia i rozmyślań.
Do pisania wspomnień zachęcona zostałam przez całą moją Rodzinę, przez Związek Sybiraków w Krakowie, do którego należę (zaśw. Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych nr 472687 z dn. 2 XII 1993 r.), również przez wyświetlone przez TVP reportaże np. „Życie na czerwono”.
Jakże różne były losy tych ludzi! Ale jedno jest wspólne – bolesne, ciężkie przeżycia, wielkie cierpienia czyli po prostu gehenna.

VI. POSŁOWIE

Nadzieja Alter z domu Bobrowko nie może już podpisać swoich „WSPOMNIEŃ SYBIRACZKI”.


Zmarła w dniu 22 maja 1999 r., w wieku 78 lat w Rabce-Zdroju. Pochowana została zgodnie z życzeniem – w Łodzi na cmentarzu na Dołach – przy Rodzicach.
Zaczęła pisać swoje wspomnienia po czterdziestu latach, tj. w 1995 r., poprawiała i uzupełniała jeszcze w roku następnym. Pisała długo, bo wciąż przeżywała wszystko ponownie, odłożyła całość na „potem” i już nie mogła się podjąć przepisania „na czysto”.
Prosiła mnie – najmłodszą siostrę (Helenę), gdy byłam u niej ostatni raz w Rabce w 1997 r. jesienią, gdy zachorowała na zapalenie płuc – o przepisanie tekstu. Zgodziłam się chętnie, że przyjadę po Nowym Roku, przeczytamy razem, może potrzebne będą jakieś uzupełnienia, czy poprawki, to zrobimy to już razem.
W następnym roku – 1998, wypadkowi uległa nasza średnia siostra – Anastazja i nie udało mi się spełnić przyrzeczenia. Nadzia pocieszała mnie, abym nie martwiła się, bo czuje się dobrze, pomagają Jej sąsiadki, a rękopis może jeszcze poczekać.
Wszystkie notatki Nadzi zabrałam dopiero, gdy opróżniałam mieszkanie w końcu 1999 r. Przeczytałam całość jeszcze będąc w Rabce i zrozumiałam, dlaczego z takim trudem szło pisanie Autorce, skoro i ja potrzebuję pewnego dystansu, zanim zabiorę się do pisania. Wiem, że przy Jej pomocy można byłoby jeszcze uzupełnić, rozszerzyć lub wykreślić pewne zdania. Ale takie jest życie, że nie bierze pod uwagę naszych planów i zamierzeń.


Helena Kiszkiel

Źródło: rocznik "My Sybiracy"

♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.