♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

czwartek, 12 stycznia 2017

Ukarani za niewinność - Franciszek


                      


                   Ukarani za niewinność - Franciszek Walinowicz

Urodziłem się 26.07.1924 r. we wsi Rukojnie powiat wileńsko-trocki, woj. wileńskie (przy szosie z Wilna na Miedniki, Oszmianę i Mińsk, na 16. km od Wilna). Rodzina moja składała się z ojca Bolesława, matki Emilii, 10 lat starszego ode mnie brata Bolesława, o 3 lata starszego brata Jana, siostry Ireny (o rok starszej) i dwóch młodszych braci: Władysława, rocznik 1928, i Bronisława, rocznik 1929.

W Rukojniach był kościół, siedmioletnia szkoła powszechna, sześć sklepów, poczta, organizacja „Strzelców” i orkiestra dęta, do której należał m.in. mój brat Bolesław.

W 1936 r. przeprowadzono w naszej wsi komasację gruntów. Ziemię rolników scalono i w związku z tym w 1937 r. przenieśliśmy się na kolonię. Mieliśmy 7 ha ziemi (5 ha ornej i 2 ha łąki). Po ukończeniu szkoły rolniczej przez brata Bolesława całą ziemię orną zasadziliśmy sadem (w latach 1937–1941). Mieliśmy ogółem 300 sztuk drzew owocowych. Dookoła sadu wysadziliśmy, jako osłonę przed wiatrem, takie drzewa jak: jesion, dąb, klon, lipa i świerki.

Ale, niestety, rok 1939 przyniósł wojnę. Na Wilno często padały wtedy niemieckie bomby. 17 września wkroczyła do Polski Armia Czerwona. Zniknęło już Wojsko Polskie. Kto nie zdążył rozproszyć się, został wywieziony w głąb ZSRR. Bratu naszemu, Bolesławowi, udało się jakoś wymknąć z wagonu i wrócił do domu. Po pewnym czasie wojsko radzieckie wycofało się z Wileńszczyzny, a wkroczyło litewskie.

Żal było Polski, smutek, że już nie ma naszej kochanej Ojczyzny. A przecież w szkole byliśmy uczeni kochać nasz kraj. Jej kierownik, pan Bolesław Trzeciak, i jego żona, Janina, uczyli nas wielkiego patriotyzmu. Byliśmy patriotami.

Rozpoczęły się represje. Władze radzieckie w kilku turach wywoziły Polaków na Syberię. Trwało to aż do 22.06.1941 r., do chwili napadu 




III Rzeszy na Związek Radziecki. Odtąd Niemcy stale brali nas do prac na szosie, w lesie lub na kolei.

Nie będę opisywał szczegółowo tamtego okresu, gdyż zajęłoby to sporo miejsca. Wspomnę tylko te momenty, które ja przeżyłem, czego nie da się zapomnieć do śmierci.

W latach tamtej wojny były bardzo silne mrozy. Pewnego dnia Niemcy zagonili mnie (z koniem i saniami), by podwozić ich wojskowe ładunki na wschód. Zgromadzili kilkanaście furmanek. Siarczysty mróz dochodził do 41 C. Niemcy odziani w kożuchy, na twarzach mieli założone – jak maski – wełniane ochraniacze, a na nogach ciepłe buty (na wierzchu oplecione słomiankami). Z załadowanymi furami dojechaliśmy do Oszmiany. Tam rozładowano je i puszczono nas do domu (45 km od Rukojni). Była noc, zimno. Jechałem z powrotem. Pędzić konia galopem – większy wiatr i robi się człowiekowi jeszcze zimniej. Jechać wolniej – dłużej człowiek marznie. Zmarzłem bardzo. Myślałem, że już ducha wyzionę. Ale jakoś wróciłem żywy.

Latem, już w 1944 r., Niemcy zaczęli wycofywać się z naszych terenów, i to w szybkim tempie. Wszystkie szosy były zajęte przez wojsko, kierujące się na zachód. Miało ono rozkaz, aby nikt z żołnierzy nie śmiał zejść ze szosy, gdyż będzie uważany za dezertera i rozstrzelany. Nasza zagroda była oddalona o 600 metrów od szosy. Byłem więc przekonany, że tu nic mi nie grozi ze strony Niemców (każdego mężczyznę w młodym wieku podejrzewali o udział w polskiej partyzantce). Pewnego dnia rano, po koszeniu łąki, wróciłem do domu, zjadłem śniadanie i wyszedłem z zagrody za bramkę. Rozścieliłem snop słomy pod zrębem, gdzie mieliśmy postawiony nowy dom (nie wykończony jeszcze) i położyłem się w słońcu, by odpocząć. Zasnąłem. Przyśniło mi się, że prosto na mnie idzie trzech Niemców z karabinami gotowymi do strzału. Nagle poczułem czyjeś kopnięcie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą trzech Niemców z bronią, skierowaną we mnie. Kazali wstać. Po rewizji ruszyliśmy do zagrody. Spytali, czy jest u nas koń? Odpowiedziałem, że tak. Kazali mi go zaprzęgać. Gdy tylko ruszyłem, usłyszałem trzask zamków karabinów. Odwróciłem się i zobaczyłem, że jestem na muszce u wszystkich trzech. Widzę śmierć. Stanąłem i czekam. Lepiej niech strzelają w czoło niż w plecy. Nie spuszczają mnie z celownika, któryś krzyknął (po rosyjsku): – Idź do konia! Gdy ruszyłem, drugi woła: – Stój! Dokąd idziesz? Po partyzantów? Znów więc odwracam się i znów to samo... Wydało mi się, że trwało to z 15 minut. Scena ta rozgrywała się na oczach ojca, który w sieni w żarnach mielił żyto na mąkę. Ze strachu straciłem przytomność. Aż tu w pewnym momencie zszedł po drabinie ze strychu czwarty żołnierz w niemieckim mundurze i, zwracając się do pozostałych, powiedział:

– On jest partyzantem! Zabił Niemca! Gdy skończył, wszyscy czterej okrążyli mnie i bagnetami kłując, krzyczą do mnie:

– Ty Niemca zabiłeś. Prowadź i pokazuj, gdzie go zakopałeś?

Czuję ból od ostrzy bagnetów. Obawiam się, że mnie rozstrzelają, więc wyrywają mi się słowa:

– Ja żadnego Niemca nie zabiłem!

Opuścili bagnety, pchnęli mnie pod ścianę. Ręce trzymam w górze. Jeden wycelował mi w czoło, drugi uniósł kolbę karabinu, aby nią trzasnąć mnie w głowę... i w tym ułamku sekundy ktoś krzyknął coś do nich zza stodoły za płotem (w języku rosyjskim). Byli to własowcy w niemieckich mundurach.

– Hej, koledzy! Ja wódkę znalazłem!

Ci opuścili broń i szybko skierowali się w jego stronę. Wszyscy weszli do mieszkania. Miałem wtedy okazję uciec. Ale nie zrobiłem tego, bo w odwecie mogli wymordować całą rodzinę i spalić zabudowania. Gdy wypili tę wódkę (w pięciu 1 litr), dwóch poszło dalej, a trzech zostało. Zwrócili się do mnie:

– Idź i przynieś 2 litry wódki, to nie zastrzelimy ciebie.

Przyniosłem im bimbru od sąsiada. Pili, siedząc za stołem. Był upał. Drzwi do sieni otwarte. A że Rosjanie bombardowali Wilno, kolega, który tam mieszkał, uciekał do rodziny na wieś i po drodze wstąpił do nas. Gdy go Niemcy zobaczyli z walizkami, wycelowali w niego, krzycząc:

– Ręce do góry!

Otworzyli walizki. Zabrali mu trochę chleba, słoninę, widelce, noże. Gdy już wychodzili z mieszkania, powiedzieli do niego (był to mój kolega – Franek Andrzejewski):

– Pójdziesz z nami!

Na szczęście zostawili go. I tak z ojcem naszym gwarząc, wszyscy wyszli do sieni. W mieszkaniu pozostał ten kolega, Franek. Namówiony przez nas, aby udawał, że idzie z wiadrami po wodę, przecisnął się, przepraszając między tymi żołnierzami i poszedł. Tak uratował się przed śmiercią.

A mnie w końcu dali spokój, chociaż chcieli, abym zaprzęgał konia i wiózł ich. Później jednak zrezygnowali i poszli do sąsiada, a potem do następnego. Tam spotkali moją kuzynkę, Weronikę Pawłowską (nasza mama z Pawłowskich pochodzi). Chcieli ją zgwałcić. Była ładna, miała 20 lat (już zmarła – pochowana w Łęczycy). Broniła się, jak mogła. Pogryzła ich i uciekła. Dobiegła do szosy. Zatrzymała tam samochód wycofujących się Niemców. Opowiedziała im, że na kolonii ich żołnierze chodzą po domach, rabują, gwałcą. Przyjechali więc na kolonię, odszukali tamtych u pana Karwiela, który na ich rozkaz zaprzęgał konia i miał ich wieźć gdzieś. Ale gdy tam Niemcy dojechali, to tych trzech rozstrzelali. Kuzynce zezwolili iść do domu, a sami odjechali.

W ostatnich dniach okupacji hitlerowskiej dokuczały nam niemieckie myśliwce. Na niskich wysokościach ostrzeliwały każdego dostrzeżonego człowieka, czy to w polu, czy na drodze. Strzelały też do koni i krów, nawet do pojedynczych krzaków. Ja też zostałem ostrzelany w polu. Zobaczyłem tylko unoszący się naokoło mnie kurz od kul.

W tym czasie sporo było polskich partyzantów (AK). Zatrzymywali się m. in. na naszym polu i z końmi ukrywali się przed niemieckimi myśliwcami. Akowcy szli ścieżkami i polami, równolegle do oszmiańskiej szosy, którą masowo wycofywały się wojska niemieckie. Prosili mnie o chleb. Gdy było go brak u siebie, zachodziłem do sąsiadów i zanosiłem partyzantom.


Co zadziwiające, w momencie pośpiesznego odwrotu wroga zajechał na nasze podwórko samochód z żołnierzami niemieckimi, którzy pytali o mnie. Pomyślałem, że zastrzelą mnie za łączność z AK. Ukryć się nie było kiedy, bo zastali mnie na podwórku. Struchlałem i mówię, że to ja jestem Walinowicz. Wyciągnęli listę i kazali podpisać... otrzymanie zapłaty za pracę przymusową na kolei. I odjechali. Wkrótce po tym wjechał na nasze podwórko samochód z wojskiem rosyjskim. Zobaczyłem, że uruchamiają radiostację. Z pewną nieufnością podszedłem do nich i poprosiłem, aby samochód ukryli w stodole, bo tu nieustannie krążą niemieckie samoloty i wszystko ostrzeliwują. Mogą spalić całe zabudowania. Posłuchali mnie i wjechali do stodoły. Ale samoloty niemieckie już się nie pokazały. Gdy już ci „goście” z radiostacją odjechali, pozostało po nich dużo rozsypanej amunicji. Poniewierała się ona przez jakiś czas w zagrodzie.

W nowej sytuacji postanowiłem pójść do polskiej partyzantki – do AK. Już ubranie sobie dopasowałem, zdobyłem orzełka do czapki, opaskę. Spotkałem Antka Daszkiewicza, byłego plutonowego z kampanii wrześniowej. Spytał mnie, czy już jestem w AK? Odpowiedziałem, że właśnie teraz idę. Radził wstrzymać się z tym na razie. Nazajutrz zobaczyłem, jak Rosjanie prowadzili rozbrojonych akowców do Miednik (12 km od Rukojn, a 30 km od Wilna). Tam, w murach zamku, przetrzymywali ich przez dłuższy czas, po czym wywieźli do Kaługi.

Po wkroczeniu Armii Czerwonej na Wileńszczyznę Rosjanie ogłosili mobilizację. Wszyscy poszliśmy. Zebranych na placu w Wilnie okrążyli sowieccy armiejcy z karabinami, ustawili do szeregów i odprowadzili do koszar na ul. Tatarskiej. Tam przeżyliśmy niemiecki nalot bombowy. Zostaliśmy żywi. Ale z czteropiętrowych domów zostały tylko gruzy i resztki ciał ludzkich. W koszarach nie było żadnego dowództwa. Kto ocalał, poszedł do domu. Po pewnym czasie ponownie otrzymaliśmy karty mobilizacyjne, na 13.01.1945 r.

W międzyczasie – po rozbrojeniu AK – zaczęły się aresztowania wszystkich Polaków. Najpierw było tak, że żołnierze NKWD chodzili po lasach i strzelali, aby wystraszyć i nawiązać kontakt z jednostkami Armii Krajowej. Później chodzili tyralierą po polach i zabierali spotkanych mężczyzn, nazywając ich „polskimi bandytami”. Podorywałem łubin u kuzynki, Weroniki Pawłowskiej, kiedy jej młodsza siostra przybiegła do mnie z krzykiem, że idą bolszewicy i zabierają wszystkich. Zostawiłem więc konia i co sił w nogach ruszyłem przez pola majątku do lasu „Podczarna”. Odległość około 1,5 km. Dobiegłem do mieszkania gajowego Halewicza. Chodzę po pokoju – wszędzie pusto. Czekam. Wreszcie przychodzi żona gajowego. Zdziwiona pyta, jak tu dotarłem, gdyż przede mną było tu NKWD. Jej mąż się ukrył. Opowiedziałem, jak było i że nikogo nie spotkałem. Potem wróciłem do domu. Dowiedziałem się, że NKWD szukało Polaków – mężczyzn i zabierało napotykanych.

Od tego czasu powstał w Rukojniach posterunek milicji, którego komendantem był Rosjanin. Resztę personelu stanowili Polacy. Powstał z nich tzw. istriebitielnyj batalion. Oni to zaczęli chodzić po mieszkaniach i masowo aresztować młodzież. Zabierali każdego napotkanego na drodze – bez sprawdzania personaliów, nawet osoby na ważnym państwowym stanowisku. W Wilnie strach było wyjść na ulicę. Mimo to ludzie w różny sposób starali się dotrzeć do polskiego przedstawicielstwa, które kierowało ochotników do armii gen. Berlinga. Niektórym udawało się to. Ze wsi starcy czy kobiety przewoziły w saniach swoich synów, ukrytych w słomie. Ale potem i ten sposób okazał się nieskuteczny, gdyż kontrole zabierały z drogi przemycanych poborowych.

Z początkiem grudnia nasilały się masowe aresztowania. Funkcjonariusze NKWD chodzili po wsiach od domu do domu (przeważnie wieczorem lub w nocy) i zabierali mężczyzn. Widząc zagrożenie, już nie nocowałem w domu, a u znajomego gajowego Hulewicza w lesie „Podczarna”. Tam przesiadywałem na strychu nad spichrzem. Dnia 1.01.1945 r. zapragnąłem trochę ogrzać się w mieszkaniu gajowego. Jego gościem była siostra żony z Mołodeczna. Rozmawialiśmy o łapankach. Przyjezdna panna postanowiła mi powróżyć. Rozrzuciła karty i mówi:

– Pana zabiją!

– Co? Zabiją? – spytałem?

– Nie, zabiorą – odpowiedziała.

Wróżąc dalej, cały czas twierdziła, że czeka mnie bardzo ciężki los i daleka droga. Los trudny, ale do wytrzymania. Nazajutrz, tj. 2 stycznia, doszły do mnie wiadomości, kogo już zabrano w nocy. Pomyślałem, że gdy się trochę ściemni, pójdę powiedzieć, aby mój starszy brat, Janek, też nie spał u siebie, a dobrze się ubrał i ukrył gdzieś, bo tej nocy mogą przyjechać i do nas. Ojca w domu nie zastałem, gdyż pojechał do Wilna, aby coś sprzedać i kupić. Okna mieliśmy od środka zasłonięte. Nagle ktoś zapukał do drzwi sieni. Weszło dwóch kolegów–sąsiadów: Antek Pawłowski i Janek Czepielewski. Obaj w 1925 r. urodzeni. Radzą się nas, gdzie tu się schować przed NKWD. Odpowiedziałem im:

– Ubierzcie się dobrze i idźcie do borsuczyny (krzaki) z naszym Jankiem. Tylko prędzej!
Sam biorę już za klamkę, aby też wychodzić, a wtedy mama mówi:

– Zaczekaj, trochę gorącej zupy zjesz.
Wróciłem. Gdy tylko podniosłem do ust pierwszą łyżkę, ktoś głośno załomotał do drzwi. Kombinuję, co mam zrobić? Do siostry, Ireny, mówię:

– Idź, szybko otwieraj! To milicja!
Poszła. Ja z tyłu za nią. Po drodze chwyciłem za rękę brata, Janka. Gdy siostra spytała, kto tam, ja z bratem już stałem w ciemnym kącie w sieni. Po otwarciu drzwi zostaniemy nimi przysłonięci. Słychać:

– Milicja! Otwierajcie!

Siostra uchyliła wejście. W tym momencie z pokoju do sieni wyskoczyli i nasi koledzy. Ale ich już komendant zauważył i zgarnął do mieszkania, po czym wysunął głowę na zewnątrz i zawołał tych, którzy stanowili obstawę. A my z bratem zostaliśmy w ciemnej sieni nie zauważeni. Po cichu radzę się brata, co tu zrobić? Czy niepostrzeżenie wejść na strych, zeskoczyć ze szczytu i uciekać w pole? Ale jest to niebezpieczne. Przecież może ktoś jeszcze został na zewnątrz i będzie do nas strzelać. Wybieramy drugi wariant. Gdy po cichu otworzyliśmy drzwi i powoli zrobiliśmy parę kroków w kierunku stodoły, nagle wyskoczył zza węgła milicjant i zaczął z całych sił okładać brata kolbą karabinu. Oczywiście, zawrócił nas do domu. Tam jeszcze bił brata po twarzy.

Komendant polecił wszystkim okazać dokumenty, jakie tylko mamy. Podaliśmy niemieckie dowody osobiste, metryki i wezwania mobilizacyjne na 13-go stycznia. Gdy wręczałem mu swoje, odbezpieczył automat i skierował go we mnie, mówiąc:

– Na ciebie jest doniesienie, że masz broń! To ostatnia twoja minuta! Wybieraj – życie albo broń!
Odpowiedziałem, że żadnej broni nigdy nie miałem i nie mam. Trzasnął mnie w ucho raz i drugi, aż zadzwoniło. Mało co słyszałem. Polecił zrobić ścisłą rewizję. Zagroził, że jeśli znajdą choćby jeden nabój, zostanę rozstrzelany. Zadrżałem. Przecież poniemieckich i porosyjskich naboi to szukać nie trzeba, bo wszędzie poniewierają się po mieszkaniu, zostawione przez okupanta.

Rozpoczęła się rewizja. Komendant nie brał w niej udziału. Jego trzej pomocnicy, spacerując wolno z karabinami na ramieniu, rozglądali się po półkach, po ścianach, niczego nie dotykając. Czwarty (ze wsi Michałówka), Mieczysław Daszkiewicz, zauważył za obrazem wystające naboje, ale nic nie powiedział. Udał, że nie widzi. Natomiast ten, który przez cztery lata chodził ze mną do tej samej klasy – Michał Łokuciejewski (przezwisko Asowski), który zawrócił, gdy szliśmy do stodoły i bił brata, okazał się najgorszym draniem. Wyszarpnął drzwi szafy, powyrzucał ubrania, pozabierał co ciekawsze przedmioty. Spod łóżka wyciągnął ramę od roweru jako rzekomy dowód przynależności do polskiej partyzantki. Ze strychu zabrał jeszcze stary rower i koła do roweru. Potem mnie, mego brata – Janka, Janka Czepielewskiego i Antka Pawłowskiego (i rower) odwieziono na posterunek. Konwojował nas Michał Łokuciejewski. Reszta jego kompanów poszła dalej. Przyprowadzili jeszcze Janka Dubickiego. Gdy zabierano nas, była godzina 17.00–1730. Na posterunku w Rukojnach zaczęto nas po północy pojedynczo wywoływać do kancelarii komendanta. Pierwszy poszedł Antek Pawłowski. Kazano mu podpisać protokół. Odpowiedział, że nie umie czytać po rosyjsku. Komendant przeczytał mu więc, że 2.01.1945 r. został złapany w lesie z automatem o godzinie 1-szej w nocy. Antek nie chciał tego potwierdzić. Wtedy komendant wstał, wyciągnął pistolet, trzasnął nim w głowę Antka i zapytał:

– A teraz podpiszesz?

Ten podpisał. Następnie wezwali mnie. Mijamy się z Antkiem. Widzę jego twarz i głowę we krwi. Wchodzę. Komendant podsuwa mi protokół do podpisu. Przeczytałem, że 2.01.1945 r. o godzinie 1-szej w nocy zostałem złapany w lesie z automatem. Po rozważeniu za i przeciw – podpisałem to. Nie bił mnie. Następnego wywołano brata, Jana. Mijając się ze mną, spytał, czy podpisałem? Potwierdziłem. On i ci pozostali zrobili to samo. W sumie było nas tam osiem osób.

Nazajutrz odprowadzono nas do Rudomina, gdzie była gmina. Tam trzymano nas przez tydzień. Ojciec przywiózł nam po dużym bochenku wiejskiego chleba i trochę słoniny, gdyż nic nam jeść nie dawano.

W święto Trzech Króli w Rudominie NKWD okrążyło kościół i zabrało stamtąd wszystkich mężczyzn (400 osób). W naszej celi zrobiło się tak ciasno, że wszyscy musieliśmy stać. Nazajutrz wzywano po cztery osoby do kapitana NKWD. Na stole leżał duży stos dokumentów, obok pistolet nagan i bykowiec. Przyszła kolej i na mnie. Tragiczny los spotkał wtedy 16-letniego może chłopaka, który stał przede mną. Kapitan polecił mu odnaleźć swoje dokumenty, a następnie oskarżył go o przynależność do polskich „bandytów” i zabijanie jego ludzi. Nie pomogły zaprzeczenia. Kapitan chwycił pistolet i zaczął tłuc po głowie tego chłopca, który upadł. Leżącego kopał ciężkimi butami. Ofiara zaczęła krwawić z głowy, gardła, oczu i uszu. Słychać było chrapliwy oddech. Kapitan, odchodząc od niego, powiedział, wskazując palcem na mnie:

– O, ten pójdzie do polskiej armii, pójdzie Warszawę brać, a ciebie zaraz rozstrzelamy! I jego dokumenty odłożył na bok. Oczywiście na listę nie wpisał. Gdy już wyżył się nad tym chłopcem, zwrócił się do mnie:

– Szukaj swoich dokumentów!

Odnalazłem je na stole i podałem mu. Od razu bez słowa wpisał mnie na listę, a dokumenty położył na drugi stos – już uporządkowany. Następnie postąpił tak samo i z pozostałymi osobami. Na koniec kazał nam zabrać leżącego. Zanieśliśmy go do celi, gdzie położyliśmy na zmiętej słomie, na posadzce.

Tymczasem zrobiło się już ciemno. Wyprowadzono nas (ok. 400 osób) na podwórko, ustawiono w kolumnę i pod silną eskortą przeszliśmy do dużej, nowo wybudowanej (jeszcze przed wojną) polskiej szkoły. Gdy tylko wyszliśmy za bramę, usłyszeliśmy trzy strzały z pistoletu. Widocznie tamten chłopak dawał jeszcze oznaki życia, więc kapitan dobił go. Następnego dnia, tj. 8.01.1945 r., ustawiono nas w szeregi i poprowadzono do Wilna, do więzienia na Łukiszkach. Brnęliśmy w śniegu po kolana. Trzeba było pokonać ok. 15 kilometrów.

Gdy już dotarliśmy do przedmieścia miasta, kazano nam śpiewać. Szliśmy wtedy lidzkim traktem, wchodziliśmy na Lipówkę. Ktoś zaintonował, a wszyscy podchwycili taką oto pieśń:

Po lidzkim parku ja gulał, z krasotkoj lubowałsia, w centralnuju tiurmu popał, czegoż ja dożdałsia. W centralnoj tiurmie siżu i ślozy proliwaju, a dieło w okrużnom sudie, czem kończytsia – nie znaju ... itd.
Gdy enkawudyści usłyszeli te słowa, krzyknęli:

– Dosyć! Wystarczy!

Do żelaznych bram więzienia na Łukiszkach doszliśmy więc już w ciszy. Ulokowano nas w stosunkowo dużej celi nr 11, ale było tam ciasno, bo zostaliśmy tam umieszczeni wszyscy. Tylko połowa aresztowanych mogła siedzieć na betonowej podłodze, reszta musiała stać. I tak na zmianę. Od chwili przybycia przez osiem dni nie dawano nam nic do jedzenia. Dopiero po tym zaczęliśmy dostawać raz na dzień pół litra zupy z kaszy jęczmiennej (w puszkach po konserwach). Wszystkim chciało się bardzo pić. Do ubikacji nie wypuszczano. Pośrodku celi stał duży kubeł i tam załatwialiśmy się. Rano, gdy się otwierały drzwi, jeden przez drugiego rwał się, aby wynieść do ubikacji ten kubeł. Tam bowiem był kran z wodą i można było napić się, póki strażnik nie wygonił. Po wylaniu zawartości kubła staraliśmy się napełnić go choćby po części wodą i wrócić z tym do celi, by każdy mógł napić się po łyku. Czasami udawało się przynieść wodę w bucie z długą cholewą. Użyczał go Edmund Karlicki (zmarł 25.08. 1995 r. w Warszawie).

Ojciec, gdy przywiózł nam chleb do Rudomia, dostarczył po pół kg liści tytoniu (my nie paliliśmy), trochę pieniędzy, rękawice i szalik. Palacze po trochu kupowali od nas ten tytoń. Czasem graliśmy w karty (w „oczko”). Wygrałem nawet srebrny zegarek kieszonkowy, szła mi karta. Byliśmy brudni. Nigdy w więzieniu nie myliśmy się. Po pewnym czasie wywołano nas, by zdjąć odciski oraz zrobić zdjęcie z tabliczką z numerem na piersi (z przodu, z profilu z każdej strony i z tyłu). Po tych zabiegach wreszcie odprowadzono nas (w pierwszych dniach lutego 1945 r.) do łaźni. Ubranie i inne rzeczy zostawiliśmy w szatni. Dostaliśmy małą kostkę mydła i jedną miedniczkę wody. Po powrocie do szatni nie zastaliśmy już wielu co cenniejszych rzeczy. Straciłem wtedy tytoń, szalik rękawiczki i zegarek. Dnia 4.02.1945 r. wywołano nas z celi. Za pokwitowaniem odbierano posiadane przedmioty i pieniądze. Potem robiono ścisłą rewizję, dokładnie obszukując wszystkie szwy w ubraniu i bieliźnie. W nocy na 5 lutego pod bardzo silną eskortą wyprowadzono nas z więzienia i doprowadzono do bydlęcych wagonów na bocznicy przy dworcu w Wilnie. Kazano klęczeć na lodzie przez dwie godziny. Kto się poruszył, obrywał kolbą w plecy. Wreszcie wpuszczono nas do wagonów (po 45 osób). Wewnątrz zobaczyłem piec zrobiony z żelaznej beczki, torf do opalania, beczułkę z wodą i kubeczek gliniany, wiszący na ścianie. Poczułem się zawiedziony, obrażony i powiedziałem:

– Człowiek głodny, a tu zamiast dać coś zjeść, to zimną wodą częstują. Mimo siarczystego mrozu zdrzemnąłem się, siedząc na podłodze. Przyśniło mi się, że byłem w więzieniu na Łukiszkach. Stąd kazano nam pędzić m. in. przez nasze pole duże stado krów. Zobaczyłem ojca, orzącego w polu. Myślę sobie:

– Podbiegnę i powiem, że byliśmy w więzieniu, a teraz gnamy krowy w głąb Rosji. Nie wiadomo, czy jeszcze zobaczymy się.

Ale ojciec nie chciał się pożegnać i nic słyszeć. Uciekł do domu. Poczułem wielki żal. Pomyślałem, że to wszystko dlatego, że jestem bardzo brudny. Od miesiąca w więzieniu nie myliśmy się. Zobaczyłem kałużę z brudną wodą. Umyłem się i wszedłem do domu. Podchodzę do ojca, a ten bez słowa przykrył się kołdrą. Zacząłem płakać. Podchodzę do mamy. Też się nie odzywa, odwraca się i chowa w łóżku. Kieruję się do siostry. To samo. W tym momencie podczepiająca się lokomotywa stuknęła o wagony. Obudziłem się. Poczułem pragnienie. Rozbiłem lód w beczce i wypiłem kubeczek wody. Po dwóch godzinach znowu poczułem pragnienie. Patrzę, że beczułka jest już pusta. Koledzy wszystko wypili. Od tego czasu pragnienie prześladowało nas przez cały czas podróży.

Nadszedł świt. Przez kratownicę zobaczyłem przejście nad torami kolejowymi, a na nim duży tłum niewiast, patrzących w naszą stronę, załamujących ręce i płaczących. Po pewnym czasie pociąg wolno ruszył. Niewiasty, lamentując, rękoma żegnały nasz transport. Ktoś zachował ołówek, więc zaczęliśmy odrywać po kawałeczku płaszcza z dermy, w którym był pan Ploska, i pisać swoje nazwiska z informacją, że jedziemy na wschód i z adresem, pod który dostarczyć tę „przesyłkę”. Niestety, naszej kartki, jak się później okazało, nikt nie doręczył do naszego stryja na ul. Targowej, która przechodziła tuż obok torów.

Gdy się mocno ściemniło, jeszcze przed granicą przedwojenną Polski ze Związkiem Radzieckim, usłyszeliśmy wystrzał, ujadanie psów i bicie kolbą po głowie wleczonego więźnia. Pociąg się zatrzymał. Dochodziła do nas strzelanina i wrzaski konwojentów z psami. Jeden uciekinier został pojmany. Maltretowany jęczał, potem ucichł zupełnie. Zawlekli go do poprzedniego wagonu. Rozpoczęło się sprawdzanie wszystkich wagonów, liczenie więźniów. Od tego czasu zatrzymywano się dwa razy na dobę, sprawdzano obecność i opukiwano wagony. Odliczony dostawał kolbą w plecy. Wszyscy cierpieli z głodu i pragnienia. Poczerwieniałe twarze, spękane usta. Mało kto odzywał się. Gdy na dworze mróz, a w wagonie parno, pojawiały się kropelki na suficie. Dzieliliśmy je między siebie. Jak się powiększy – będzie twoja, a ta – twoja. Aby chociaż usta zwilżyć, bo się kleją.

W ciągu całej podróży (7 dni) dostaliśmy tylko jeden raz wiadro wody i trochę konserwy w puszce na 45 osób. Puszkę tę używaliśmy do zdobycia śniegu. Oderwaliśmy kawałek futryny ze ściany wagonu, uczepiliśmy do tego puszkę i przez rynienkę (zainstalowaną w podłodze do załatwiania się) łapaliśmy brudny od sadzy śnieg. Dzieliliśmy się nim, aby trochę zwilżyć usta przez chusteczkę (pozostawała na niej sadza). Ale konwojent z budki wagonu zauważył te „łowy” i gdy pociąg zwolnił, zeskoczył i wyrwał nasze urządzenie.

Dojechaliśmy do Stalinogorska (obecnie Nowomoskowsk). Wyładowano nas w głęboki śnieg i kazano klęczeć. Pojedliśmy go ukradkiem. Potem doprowadzono nas do baraków i tam rozłożyliśmy się na pryczach. Tego wieczoru wreszcie dostaliśmy bardzo dobry kapuśniak, bo było do niego wrzucone mięso z konserw należnych podczas przejazdu.

Od kolegów dowiedzieliśmy się, że w którymś z wagonów więźniowie wyjęli deski z podłogi i przez taki otwór uciekło 14 osób. W następnych dniach karmiono nas mętną wodnistą „zupą”, zwaną bałandą. W trzecim dniu po przybyciu zaczęto nas grupami gdzieś wyprowadzać. 14 lutego przyszła kolej i na nas. Szliśmy cały czas polami w zamieci, w śniegu po kolana. Po drodze nie było widać ani żadnej chałupki, ani drzew, ani żadnego krzaczka. Konwojenci nie bardzo orientowali się, którędy dotrzeć do celu – do kopalni. Wszystkim brakowało już sił. Najbardziej cierpiał pan Ploska, który był tylko w marynareczce, cienkiej koszuli, płaszczyku z dermy i w cieniutkich pantofelkach (zabrano go z ulicy, kiedy było jeszcze ciepło). Straciliśmy już nadzieję, że dojdziemy. Konwojenci, choć w długich kożuchach, zaczęli przeklinać swój los. Mróz, zadymka, idziemy pod wiatr. Niektórzy mówią, że już dalej nie mogą. Zaczynają padać ze zmęczenia. Silniejsi podchwytują ich i pomagają. Wreszcie sami tracą siły. Zostawiają w śniegu leżącego. Idący z tyłu strażnik zastrzelił go. Powiedziałem do konwojenta, by przenocować gdzieś i nazajutrz ruszyć dalej. Nielzia – odpowiedział. Śmiertelnie zmordowani w końcu dotarliśmy jakoś do „swojego” łagru PFŁ NKWD nr 283/6. Zamiast 25 km przeszliśmy 45! Ale nie wszyscy. Trzech, którzy upadli i już nie mogli wstać, zastrzelono.


Ok.1200 osób rozmieszczono w barakach – po 30 osób w każdym pokoju. Ogłoszono, że zaraz otrzymamy kipiatok, ale skończyło się na obiecankach.

Po dwóch dniach odpoczynku wyprowadzono nas zza drutów do kopalni nr 6 pod ziemię. Z łagru było do niej 400 metrów. Przed każdym przemarszem powtarzano nam formułkę:
Wnimanije! W puti sledowanja nie roztiagiwatsia, strogo dierżatsia po piatiorkam! Szag w prawo, szag w lewo, szczytajetsia pobiegom, konwoj prymieniajet orużje biez preduprieżdienja! Poniatno?
Wszyscy razem głośno musimy odpowiadać:
Poniatno!
Jeżeli stoimy zmarznięci i nikomu nie chce się tego wykrzyknąć, dowódca konwoju będzie powtarzał pytanie i trzymał na mrozie, aż wreszcie głośno wszyscy odkrzykniemy:
Poniatno!
Po czym następna komenda:
Pierwaja kołonna szagom marsz!
Dopiero wtedy ruszamy. Kto, omijając kałużę, zmieni krok, obrywa kolbą w plecy.

Na dole pokazano nam zasady pracy. Szliśmy korytarzami wentylacyjnymi. Najczęściej przychodziło pełznąć na kolanach. Tak nisko było tam! Bryły węgla wisiały nad głowami. W pierwszym okresie wydawało się, że zaraz może coś spaść na głowę. Łudziliśmy się, że na stanowisku pracy będzie luźniej, wyżej, bezpieczniej i sucho. Z luzem to różnie było, za to woda bez przerwy lała się na głowę. Pytano o specjalności na dole: – Kto zabojszczyk? Nie wiedzieliśmy, co to znaczy. Ale niektórzy odpowiadali: – Ja! A to była najcięższa praca! Trzeba było rąbać przodek ciężkim młotem pneumatycznym. Gdy spytano, kto jest kamiaronszczyk, chociaż nie wiedziałem, co to znaczy, odpowiedziałem, że ja. Wyznaczono mnie do kilku przodków, by tam włączać pompy do odprowadzenia wody ze studzienek. To była najlżejsza robota. Do oświetlania sobie drogi i miejsca pracy mieliśmy lampki naftowe. Często bez szkła! Idąc, należało ją osłaniać ręką, aby nie zgasła. Urobek trzeba było transportować, pchając półtonowe wagoniki. Gdzie było dość stromo, wyciągało się wagonik lebiodką. A gdy wypadł z torów (bardzo często), zrywał podpory, a piach z góry robił zawały w tunelu. Idący z tyłu, pukając w rury, dawał sygnał, aby ten u góry wyłączył lebiodkę. W chodnikach wszędzie było bardzo mokro. Na ścianach nie tyle, gdyż wyrobiska przesuwały się szybciej. Pewnego razu nawaliła mi pompa i nie wyciągała wody. Nie wiedziałem, co mam robić. Zwrócić się o radę nie było do kogo, bo pracowałem sam. Mechanicy odwiedzali wyrobiska tylko przed zmianą. Wody w przodku zebrało się już do wysokości około 30 cm od „sufitu”. Mało brakuje do zalania silnika, co groziło porażeniem prądem. Gdy przyszli mechanicy, kazali mi nurkować i wyciągać pływak. Nie chciałem tego zrobić w obawie o zdrowie. Przecież przemoknięty czekając na to, póki konwój pozbiera całą zmianę (do windy mieściło się 6 osób), zamarznę na kość przy 40 mrozu.

Powiedzieli, że załatwią, aby mnie samego konwój odprowadził. Nie wierzyłem w to i w ogóle bałem się, aby się nie utopić. Ale oni w trójkę wepchnęli mnie do wody. Wyciągnąłem więc pływak, przeczyściliśmy go i wodę wypompowaliśmy. Potem oczekiwałem na resztę załogi na mrozie, całkowicie przemoknięty! Gdy trzeba było już iść, musiałem wysilić się, aby przełamywać lód na ręka-wach i spodniach. Na szczęście nie zachorowałem, chociaż lód na waciaku sięgał ciała, a od namokniętej czapki zamarzała głowa.


Często zdarzało się, że brakowało wagonów-węglarek. Wtenczas węgiel sypało się na hałdę. A gdy przyszły wagony, pracowaliśmy przez dwie zmiany. Najpierw pod ziemią, a po posiłku (bałanda) węgiel z hałdy przenosiliśmy nosiłkami do wagonu. Wiosną, latem i jesienią pracowaliśmy nie tylko w kopalni. Po skończonej zmianie obrabialiśmy gospodarstwo pomocnicze (60 ha). Ziemię trzeba było skopać, obsadzić warzywami, plewić, podlewać, zebrać plony, zakisić kapustę w dużych, wkopanych w ziemię kadziach.

Posiłki wydawano nam dwa razy dziennie. Kto pracował pod ziemią, dostawał codziennie 1 kg chleba z mąki kukurydzianej (rozsypywał się przy krajaniu) i pół litra zupy na „śniadanie”; człowiek chodził stale głodny. Przy „kolacji” (razem z „obiadem”) dostawaliśmy pół litra tej samej bałandy. Na drugie „danie” trzy łyżki tzw. kaszy z prosa, omaszczonej naparstkiem (przywiązany na druciku) oleju. Kaszę nalewano, a nie nakładano, bo była rzadka. I nic więcej! Wiosną, latem, wyprowadzani brygadą, zbieraliśmy na zupę pokrzywę lub lebiodę. W zupie z lebiody pływały robaczki z czarnymi oczkami. Początkowo z obrzydzenia próbowaliśmy je wyrzucać, ale musieliśmy w końcu dać spokój i zjadaliśmy. Aby zaspokoić głód, próbowałem lizać sól, ale to tylko mdliło. Będąc w polu, próbowałem zjadać liście lebiody. I to też nie zaspokajało głodu.

Na rolę zaczęto wyprowadzać nas dopiero gdzieś w połowie czerwca. Kopaliśmy ziemię, ledwie przykrywając chwasty. Sadziliśmy tam kapustę, buraki, marchew i kartofle. Sialiśmy też owies. Potem chodziliśmy podlewać i plewić. Listów do domu nie pozwalano pisać. Rodziny nie wiedziały, gdzie jesteśmy i czy żyjemy. O ucieczce nie mogło być mowy. Obóz otaczały trzy rzędy drutów kolczastych, oddalonych od siebie o trzy metry. Między drutami świeżo zagrabiona przestrzeń. Środkowy rząd drutów miał wysokość 3 m, a boczne 2 m. Naokoło były wieżyczki z ochroną i z karabinami maszynowymi. Między wieżyczkami stały słupki z daszkiem, zwane grzybkami, gdzie czuwali wartownicy. W każdej wieżyczce i pod grzybkami wisiał kawałek szyny, używany w nocy do przekazywania sobie przez strażników sygnałów bądź do ogłaszania alar-mów. Z trzydziestego kwietnia na pierwszy maja ktoś odważył się uciec. Po przecięciu drutów i przy oświetlonej zonie zbiegło siedem osób. Dostało się nam wszystkim za to, częściej też przetrzymywano nas na apelu. 2 maja przyprowadzono strasznie pobitych uciekinierów i osadzono ich w karcerze. 3 maja urządzono apel. Zrobiono podwyższenie na placu, na które zawleczono zmaltretowanych, prawie nagich śmiałków. Kazano im tłumaczyć, czy warto uciekać i czy w ogóle jest szansa na udaną ucieczkę. Jan Czerwiński z Rukojn, jeden ze zbiegów, powiedział wtedy, że uciekłby, ale nie miał co jeść. Zepchnięto go za to z podwyższenia i odprowadzono do karceru na dwa tygodnie. A do pracy chodził.

Po podlaniu i wyplewieniu warzyw już w pole nie chodziliśmy. Dopiero w jesieni zbieraliśmy plony. Kopaliśmy ziemniaki, marchew, kapustę i buraki. Nie wierzyliśmy, że takie duże wszystko i bez żadnych nawozów wyrosło. Dopiero później dowiedziałem się, że zawdzięcza to czarnoziemowi! Za zoną było pole kołchozowe. Obrabiały je kobiety. Nie miały sprzętu. Próbowały np. orać, używając do tego szpadla, przywiązanego do drąga. Jedne kobiety ciągnęły za drąg, inne trzymały za szpadel, udając, że orzą. Śmieszyło to nas. Kartofle wykopywały razem z gliniastą ziemią. Potem w szopach oczyszczały je z tej gliny. Do tej pracy doprowadzano też nas. Gdy wracaliśmy do zony, na portierni nas rewidowano. Ziemniaki zabierano, nazwisko „przemytnika” notowano. Między innymi ja znalazłem się na tej liście, za co przez tydzień musiałem po pracy czerpakiem wybierać nieczystości z latryny do beczki.

Żyto na polu kołchozowym zostało na zimę na pniu. Kapusta w stosach również pomarzła pod śniegiem. Ciągle dokuczał nam głód. Cały czas rozmawialiśmy tylko o jedzeniu. Marzyliśmy, aby chociaż raz najeść się do syta. Wraz z bratem, Jankiem, postanowiliśmy zbierać pieniądze i kupić chleb na Boże Narodzenie, aby czymś wyróżnić Święta. Sprzedawaliśmy swój przydział machorki (kariszki), którą otrzymywaliśmy co miesiąc. Składaliśmy swoje wypłaty (12 do 35 rubli). Do świąt uzbieraliśmy po 210 rubli. Daliśmy je staruszkowi, który pracował jako wolnonajemny na naszym oddziale (przy układaniu i naprawie torów). Nazywał się Bisonow. Kupił dla nas po trzy bochenki chleba. W sumie z przydziałowym mieliśmy po 7 kg. Wreszcie najedliśmy się do syta! Zjedliśmy naraz przy śniadaniu po 7 kg. Późną jesienią 1945 r. zaczęto nas kolejno wywoływać na przesłuchania. Pytano o personalia, o to, za co kto był aresztowany. Za co? Oczywiście odpowiedź brzmiała: – Nie wiem! lub: – Za nic! W międzyczasie była druga próba ucieczki. Tym razem trzy osoby z kopalni wydostały się na powierzchnię i uciekły przez szyb wentylacyjny. Ale też bez powodzenia.

Złapano je, pobito, ukarano głodem i zimnym karcerem. Po krótkim przesłuchaniu, zaczęto niektórym wydajniejszym pracownikom kolejno zdejmować konwój. Do pracy mogli już chodzić bez straży. Za ucieczkę groziła kara 5 lat więzienia. Najodważniejsi zaczęli ryzykować. Niektórych złapano jednak. Kilku osobom udało się zbiec. W grudniu 1945 r. zwolniono spod konwoju wszystkich. Zezwolono też pisać listy do domów. My z bratem posłaliśmy pocztówkę (mam ją zachowaną do dzisiaj). Zapewnialiśmy, że jest nam dobrze, prosiliśmy o przysłanie pieniędzy. Otrzymaliśmy je. W styczniu 1946 r. dostaliśmy od naszego poczciwego staruszka Bisonowa rozkład pociągów i na godzinę ósmą wybraliśmy się na przystanek kolejowy Połudzianka (w polu - 10 km od naszych łagrów). A że trzeba było zjawić się tam wieczorem, a nie rano, więc wróciliśmy do pracy. Po dwóch tygodniach ponownie wybraliśmy się tam, ale już wieczorem i w trójkę (z panem Zalewskim, inżynierem w starszym wieku). Nadjechał pociąg osobowy. Rozdzieliliśmy się i gdy ruszył, wskoczyliśmy – każdy na wybrany stopień. Mróz zagonił nas do środka wagonu. Gdy przejechaliśmy jeden przystanek, pociąg zatrzymał się. Usłyszałem głos mojego brata. Zobaczyłem, że zabiera go milicjant. Zdecydowałem się dalej jechać samemu. Pamiętałem, że trzeba ominąć Moskwę, bo tam na pewno nas złapią. Zapytałem palących na korytarzu papierosy, czy ten pociąg jedzie przez Moskwę, czy tylko do Moskwy? Usłyszałem, że tylko do Moskwy. My powinniśmy zdążać w przeciwnym kierunku (na Kijów) do stacji Wołowa, gdzie planowaliśmy pierwszą przesiadkę. W stosownej chwili nacisnąłem klamkę, wiatr otworzył drzwi, a ja wyskoczyłem z wagonu na skarpę i potoczyłem się po głębokim śniegu w dół. Pan Zalewski pojechał sam. Do dzisiaj nie wiemy, co dalej się z nim stało.

Postanowiłem wrócić do łagru. Początkowo parę kilometrów szedłem po torach. Później, aby nie wchodzić do miasta Uzłowaja, gdzie milicja zabrała brata, zdecydowałem się iść przez pola – na skróty. Brnąłem w głębokim śniegu. Żadnych zabudowań ani krzaczka. Wreszcie zauważyłem światełko. Dotarłem do jakiejś wsi. Gdy zapukałem do okna, podeszła jakaś babka. Spytałem, w jakim kierunku mam iść, aby dotrzeć do kopalni nr 6. Nic nie odpowiedziała. Odeszła od okna. Zaszedłem do następnej chałupy. Dalej już bałem się pytać. Ruszyłem na wyczucie. Dotarłem do następnego światełka. Wchodzę do środka długiego szałasu. W piecyku tlił się ogień. Widzę tam pełno śpiących owiec. Staruszek w kosmatej czapce i w kożuchu pozwolił mi ogrzać się i posilić kartoflem z popielnika. Ręką wskazał kierunek dalszej drogi do kopalni. Podziękowałem i poszedłem. Na szczęście, chociaż trzymał silny mróz i głęboki śnieg, noc była bezwietrzna. Inaczej bym zginął. Zacząłem coraz mocniej odczuwać zmęczenie, kiedy zobaczyłem następne światełko. Rozpoznałem wieś Dubowkę, do której doprowadzano nas do pracy przy oczyszczaniu ziemniaków. Zawróciłem 1 km i trafiłem wreszcie do baraków. Gdy tam dotarłem, moja 10 brygada już szykowała się do stołówki i do pracy. Spytali, co się z nami stało? Pokrótce odpowiedziałem i poszedłem razem z nimi do stołówki. Z przemęczenia i zimna trzęsło mną. Gdybym poszedł do pracy, upadłbym. Udałem się więc do naszego lekarza, który jeszcze spał, i powiedziałem, co się stało. Zbadał puls, zwolnił mnie z pracy i nakazał zgłosić się, gdy rozpocznie swoje urzędowanie. A że do pracy tego dnia dużo ludzi nie wyszło, wszystkich wygnano na plac i pytano każdego o powód nieobecności. W końcu odprowadzono nas i lekarza do kopalni – pod eskortą. Tam dziesiętnik – Niemiec (wolnonajemny) spytał mnie o Połudziankę (przystanek, z którego rozpoczynaliśmy podróż). Odpowiedziałem mu, co się stało. Zabrano mnie do pracy na dole przy oczyszczaniu miału z końcowej rolki transportera węgla. Pułap tak nisko osiadł, że mogłem to robić tylko na leżąco. Gdy wróciłem do baraku, zobaczyłem uśmiechniętego brata. Opowiedzieliśmy sobie niedawne przeżycia. Okazało się, że zaprowadzono go na komisariat w Uzłowoj i tam przetrzymano do rana. Potem przesłuchiwał go prokurator, który, biorąc pod uwagę młody wiek brata, darował mu ucieczkę i nakazał wracać do kopalni.

Pod koniec lutego 1946 r. ponowiliśmy próbę ucieczki. Tym razem wybrał się z nami Bronisław Rodziewicz ze wsi Żłoukty (koło Turgiel – Wileńszczyzna). Trafiliśmy na pociąg towarowy. Maszynista potwierdził, że jedzie w kierunku Kijowa i że zatrzyma się na stacji Wołowo. Wdrapaliśmy się do pustej węglarki i chociaż zmarzliśmy, do Wołowej dojechaliśmy. Tam zanocowaliśmy na bocznicy kolejowej w wagonie. Obudziłem się, kiedy zaczęło świtać. Wychyliłem głowę na zewnątrz i zauważyłem, że w naszym kierunku, po śladach na śniegu, idzie milicjant. Wsunął głowę do wagonu i spytał nas, co tu robimy? Odpowiedziałem, że czekamy na pociąg. Uwierzył, ale my opuściliśmy kryjówkę. Na pociąg oczekiwaliśmy, spacerując po targu. Przy drugim podejściu udało się nam wreszcie trafić na właściwy pociąg relacji Kijów – Smoleńsk. Uczepiliśmy się go i pojechaliśmy na stopniach bądź zderzakach. Rzucaliśmy się w oczy, bo byliśmy w ubraniach roboczych i umorusani węglem. Nogi mieliśmy owinięte czarnymi szmatami i w płytkich kaloszach. Przed naszą ostatnią ucieczką ogłoszono, że jeżeli ktoś chce wyjechać do Polski, musi napisać podanie o zmianę obywatelstwa (choć nie prosiliśmy wcześniej o radzieckie!). Pobraliśmy więc z kopalni zaświadczenie, że tam pracujemy. Szczęśliwie dojechaliśmy do Smoleńska. Mimo że mieliśmy pieniądze na bilety (rodzice przysłali na naszą prośbę po 600 rubli), nie mogliśmy ich nabyć, gdyż w owym czasie wymagana była przepustka do tego, delegacja służbowa. Pewnego razu tak zmarzliśmy nocą na wietrze, że zdecydowaliśmy się wejść do wagonu. Podczas kontroli biletów zapłaciliśmy po 92 ruble kary. Znów musieliśmy wyjść na zewnątrz i jechać na mroźnym wietrze, na stopniach lub zderzakach.

W Smoleńsku skryliśmy się w tłumie na bazarze, gdzie wypiliśmy po raz pierwszy od dwóch dni – po szklance kisielu z żurawin. Wieczorem uczepiliśmy się pociągu i odjechaliśmy w kierunku Mińska. Wysiadając u celu, zgubiliśmy brata i odeszliśmy do miasta sami z Rodziewiczem. Pod wieczór znów wskakiwaliśmy na stopnie wagonów, aby tym razem dojechać do Mołodeczna (bez brata). Stamtąd dotarliśmy do stacji Oszmiana. Dalej szliśmy trochę po torach kolejowych, by z jakiegoś przystanku dojechać do Smorgoń. Kolejny etap ucieczki do Szumska – to znów przemarsz. Te tereny już dobrze znałem, ponieważ niedaleko stamtąd mieszkała moja rodzina. Ale do stryja nie dane mi było dotrzeć. Tuż przed jego zagrodą zatrzymała nas milicja. Do domu już nie pozwolono nam dojść. Nie mieliśmy dokumentów zwolnienia z łagru, więc zabrano nas na komisariat w Szumsku. Po drodze próbowałem przekupić sierżanta łapówką 300 rubli, ale nie chciał tego przyjąć. Przechodząc przez Miżniu-ry, poprosiłem kobietę, która nas wcześniej ugościła (jej syn Arnatkiewicz więziony był w naszym łagrze), aby powiadomiła stryja, że zostaliśmy aresztowani. Gdy nas doprowadzono na komisariat, naczelnik kazał nam wyłożyć na stół posiadane rzeczy. Moje całe bogactwo stanowił kawałek blachy z puszki po konserwach, przywiązanej drucikiem do patyka (służyła za łyżkę) i kawałeczek noża z blachy. Musiałem też oddać 300 rubli.

Tymczasem wieczorem przyjechał stryj, do którego dotarła wiadomość o naszym zatrzymaniu. Dostarczył nam chleba i trochę słoniny. Na drugi dzień zjawili się nasi ojcowie. Jeden przywiózł dużą szynkę, drugi pieniądze, by wykupić nas u naczelnika. Naradzali się, w jaki sposób skutecznie do niego dotrzeć. Pomoc oferował jeden z miejscowych, rzekomo dobrze znający naczelnika. Tymczasem ten trzymał nas przez tydzień. Pod strażą piłowaliśmy drewno na opał. Ale gdy się dowiedział, że tamten znajomy chodzi podpity i opowiada o swojej misji i kontaktach z władzą, zawołał nas na przesłuchanie. Spisał protokół, z którego wynikało, że uciekłem z kopalni, gdyż podarło mi się ubranie, nie miałem co nosić, mało było jedzenia i ciężko było pracować. Protokóły podpisaliśmy. Dwóch strażników wyprowadziło nas w mroźną noc do Kowalczuków – na przystanek kolejowy. Zatrzymano pociąg towarowy i odwieziono nas do Wilna do prokuratury na ul. Wileńską 12. Tam po zapoznaniu się z dorę-czoną mu dokumentacją – prokurator warunkowo zwolnił nas do domów. Trudno było w to uwierzyć, byliśmy przyzwyczajeni, że oni zawsze kłamią. Po przenocowaniu w świetlicy na wąskich ławkach – strażnicy odprowadzili nas na dworzec kolejowy i dowieźli do Szumska na komisariat. Tam naczelnik potwierdził, że rzeczywiście jesteśmy zwolnieni. Ale wykorzystał mnie jeszcze do piłowania drewna. Wieczorem udałem się do stryja. Gdy wszedłem do jego mieszkania, nie mogli uwierzyć, że to ja. Nie zdążył jeszcze odjechać stąd mój ojciec, a ponadto był tu również starszy brat, który korzystał z urlopu w wojsku. Po przenocowaniu u stryja wszyscy trzej (ojciec, brat Bolesław i ja) powróciliśmy do domu. Zobaczyłem tam leżącego w łóżku, uśmiechającego się innego brata, Janka, z którym zgubiliśmy się w drodze w Mińsku.

Jakie były dalsze losy naszej rodziny? Otóż ja i mój brat, Jan, w dalszym ciągu mieliśmy kłopoty z wyrobieniem dokumentów dla siebie, bo musieliśmy tłumaczyć się, gdzie byliśmy w czasie wojny. W 1946 r., gdy powróciliśmy do domu „repatriacja” już była wstrzymana. Nowych zgłoszeń na wyjazd do Polski nie przyjmowano. Cała nasza rodzina (rodzice i pięcioro dzieci) została na gospodarce. Ja i brat, Jan, wybraliśmy się niebawem do Wilna do szkół zawodowych i do pracy. Reszta rodziny pozostała w domu.

20.04.1950 r. zmarł nasz ojciec. Został pochowany na cmentarzu w Rukojniach. W 1951 r. zabrano nam stodołę, sprzęt gospodarczy, parę koni, krowę, zboże i ziemię z sadem. Nie było z czego żyć. Skorzystaliśmy więc z możliwości „repatriacji” i całą rodziną wyjechaliśmy w kwietniu 1958 r. do Polski. Mama, siostra Irena, bracia: Bolesław (po wojnie osiedlił się w Toruniu), Jan, Władysław i Bronisław zatrzymali się w Toruniu. Ja natomiast trafiłem na Śląsk, do Gliwic, a w 1970 r. sprowadziłem się do Łodzi, gdzie mieszkam do dzisiaj.

Na zakończenie pragnę wymienić nazwiska osób, które były wywiezione z Wilna i przebywały ze mną w łagrze (mieszkały w tej samej co ja sali i pracowały w tej samej 10 brygadzie):

Andruszkiewicz Jan, lat 30
Arnatkiewicz z Miżniun, lat ok. 22
Awiżan Wacław (nie żyje)
Babicz, lat ok. 55
Bogucki Edward z Rukojn, lat 21 (nie żyje)
Borawski ze wsi Borejkowszczyzna, lat ok. 30
Chodorowicz Jan z Rukojn
Czepielewski Jan z Rukojn, lat 19 (nie żyje )
Dubicki Aleksander z Rukojn
Dubicki Jan z Rukojn, lat ok. 20
Dzierożyński Józef
Giak, lat ok. 25
Godlewski, lat ok. 26
Hajdukiewicz Michał z Rukojn, lat ok. 25
Hajdukiewicz Mieczysław z Rukojn, lat ok. 25
Hendzik Józef
Jakuczyn Wiktor
Juchniewicz, lat ok. 19
Łuksza Czesław
Łoś
Karlicki Edmund z Wilna, lat 29 (zmarł w Warszawie 25 08 1995 r.)
Kin z Niemieży (Wielkie Sioło), lat ok. 23
Kułdo Jan z Rukojn, lat 25
Kułdo Józef z Rukojn, lat 22
Misiewicz – dwóch braci – 35 i 20 lat
Misiewicz, lat ok. 30 (nie spokrewniony z braćmi pod nrem 25)
Morawski
Ploska Jan, lat ok. 30
Pietrulewicz Wiktor z Rukojn, lat 19 (nie żyje)
Pyż Ireneusz
Pawłowski Antoni z Rukojn, lat 19 (nie żyje)
Rodziewicz Bronisław z wsi Złonkty, lat 20
Rudnicki z Warszawy, zegarmistrz
Sapkiewicz Michał z Rukojn
Sawicki Antoni, lat ok. 35
Scuzański Wiktor z wsi Piktakańce, lat 22
Suchodolski, lat ok. 19
Szczerba, lat ok. 45
Szyrwiński Jan, lat ok. 26
Uścinowicz Leon z Rukojn
Walinowicz Jan, lat 23, brat autora
Wieliczko z Wilna, lat 22
Turczuk Michał z Rukojn, lat ok. 23
Zalewski z Wilna, lat ok. 45 – 50
Żaworonek – dwaj mężczyźni, nie bracia, jeden i drugi po ok. 50 lat.

Naczelnikiem łagru przy kopalni węgla kamiennego nr 6 w obw. moskiewskim miasto Stalinogorsk (obecnie Nowomoskowsk), stacja Uzłowaja był Srul Grojsman Chaimowicz; głównym księgowym – Czerewań Jewgienij Sergiejewicz; nariadczykiem – Matusiewicz Ryszard; dziesiętnikiem (na naszym dziale nr 5 na przodku) – Niemiec (tamtejszy) Gas Iwan Josifowicz. Pilnowała nas straż z wojsk NKWD (bardzo surowy rygor).

/Tekst pochodzi z rocznika" My Sybiracy"/

♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.