♦Mapa zesłań♦

♦ Do Młodych ! ♦




Sybir to nie to samo co Syberia.

Syberia jest krainą geograficzną, rozciągająca się

od Uralu do Kamczatki.

Sybir jest symbolem niszczenia polskości!




Czytając i słuchając wspomnień Sybiraków zauważyć można odmienność w opisach z dwóch powodów:

Najtragiczniejszy był los polskich sierot, które kierowano do sowieckich sierocińców tzw. dietdomami. Oprócz obowiązkowej nauki języka rosyjskiego, zmuszano je do różnych prac na rzecz tych domów, kierowano do ciężkich prac kołchozowych.

Bez rodziny, bez pomocy opiekunów czy tez znajomych ich życie i walka o przetrwanie, była z góry przegrana.

Więcej szczęścia miały te dzieci i młodzież, którzy mieli przy sobie rodzinę, opiekunów czy też znajomych. Łatwiej było im znosić trudy niewolniczego życia i pracy.

Jeśli nie MY, to KTO?

Jeśli nie MY, to KTO?

Translate

Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Nikt nas nie przeprosił za Sybir- Kazimierz Kotowski


          

 Nikt nas nie przeprosił za Sybir- Kazimierz Kotowski

Wspomnienia Kazimierza Kotowskiego - Prezesa Oddziału Związku Sybiraków w Elblągu- reportaż przeprowadziła Grażyna Wosińska 
 
NKWD wywiozło go ze wsi Gronostaje, koło Zambrowa 20 czerwca 1941 roku. Trafił z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa do sowchozu, oddalonego 120 kilometrów od Omska. Miał wtedy 10 lat. Do Polski wrócił jako szesnastolatek.

Kazimierz Kotowski chociaż był nastolatkiem dobrze pamięta sześć lat jakie przyszło mu przeżyć podczas zesłania. Najgorszy był głód. Pewnie dlatego pan Kazimierz nie zapomniał do dziś jaka była racja chleba.

- Dla pracujących 800 gramów, dzieci 400 gramów, a dla tych co nie pracowali 120 gramów - wylicza. - Ten chleb trzeba było wykupić za pieniądze zarobione w sowchozie. Na nic więcej właściwie nie wystarczało. Staruszkowie, którzy nie mogli pracować zdarzało się,



że umierali z głodu. Pomoc innych Polaków była niewystarczająca, bo sami niewiele mieli.


Krzyż Zesłańca Sybiru otrzymali wszyscy Sybiracy - mówi Kazimierz Kotowski,
szef elbląskich Sybiraków, fot. Grażyna Wosińska

Obok głodu najstraszniejsze było kopanie grobów. 
- Dorośli pracowali i nie mieli czasu, a potem siły - wspomina. - Więc ta rola przypadła mnie. Dziś nie odnajduję słów, by wyrazić co wtedy czułem. Miałem niekiedy wrażenie, że to straszniejsze niż brak jedzenia.

Pewnie wszystkie rodziny zginęłyby z głodu gdyby nie możliwość łowienia ryb. Rodzice i starsze rodzeństwo musieli pracować - wspomina Kotowski. - Siłą rzeczy, ja zajmowałem się łowieniem ryb. Najpierw tylko na wędkę. Potem gdy byłem starszy stosowałem bardziej przemyślne sposoby. Nauczył mnie ich staruszek, Rosjanin.

Wikliny było sporo, więc to był podstawy budulec. - Robiło się z nich pułapki na dwie lub trzy ryby. Mój wędkarski guru nazwał je kłomkami - wyjaśnia pan Kazimierz. - Nauczył mnie też stawiać tzw. kotły. Z patyków robiło się takie ogrodzenie z małym wejściem. Tam już weszło więcej ryb.

Gdy już miałem cztery lata stażu w łowieniu ryb używałem sieci. Sam je robiłem z nici dostarczonych przez Rosjanina. W zamian musiałem i dla niego wykonać sieć. Na początku ryby łowiłem dla swojej rodziny. Potem także dla tych w najtrudniejszej sytuacji. Czasem udawało się wymienić ryby na inne potrzebne rzeczy. Przeważnie wymienialiśmy to, co przywieźliśmy z domu.

Pomimo tego, że NKWD sprawdzało obecność raz w miesiącu tylko jednej osobie udało się uciec.

- Wydawało się to niemożliwe nawet dla odważnych mężczyzn - opowiada pan Kazimierz. - A udało się to czterdziestoletniej pani Antosi, która opuszczając wieś nie myślała, że widzi ją po raz ostatni.

Wszystko zaczęło się od tego, że kobieta postanowiła zimą przywieźć drewna na opał. Pożyczyła wóz z wołami i siekierę od Rosjanki.

- Gdy wracała zgubiła siekierę, która musiała się zsunąć z wozu - przekonuje Kazimierz Kotowski. - Rosjanka wyrzuciła z siebie wszystkie przekleństwa jakie znała i kazała szukać siekiery. Antosia tak też uczyniła. Szukała, szukała aż zabłądziła. Dobrzy ludzie przenocowali i nakarmili i wyjaśnili jak dotrzeć do sowchozu. Ale znów zabłądziła. Korzystając z przygodnych sań, ciężarówek dotarła do Omska. Podczas tej podróży uznała, że skoro jej tak dobrze idzie to dojedzie do domu. Pomysł wydawał się szalony, a jednak się udało. Nawet przedarła się przez linię frontu. Do domu wróciła w 1944 roku.

Tę opowieść zna pan Kazimierz od bohaterki ucieczki. - W 1956 roku odwiedziła nas w Gronostajach i opowiedziała tę historię - wyjaśnia. - Po jej zniknięciu z sowchozu uznaliśmy, że zginęła i pewnie rozszarpały ją wilki. W tej sytuacji NKWD też jej nie szukało.

Do sowchozu wieści ze świata docierały bardzo rzadko. - Tę najważniejszą było podpisanie układu Majski-Sikorski, a efektem były polskie paszporty - opowiada Kazimierz Kotowski. - Wcześniej NKWD zabrało nam dokumenty. Byliśmy z paszportami wolnymi obywatelami polskimi, chociaż nie mogliśmy wrócić do kraju. Poczuliśmy, że ktoś o nas pamięta. Potrzebujący otrzymywali zapomogi. Z naszego sowchozu żaden Polak nie dotarł do Armii Andersa. Trzeba było pokonać ponad trzy tysiące kilometrów. W warunkach jakie wtedy panowały wydawało się to niemożliwe.

O tym, że stosunki z Sowietami się pogorszyły Polacy dowiedzieli się w brutalny sposób. - NKWD zmuszało nas do zrzeczenia się obywatelstwa polskiego i przyjęcia sowieckiego. Straszyło łagrami i więzieniem. Nie były to tylko czcze pogróżki - przekonuje pan Kazimierz. - Syna pani Gronostajskiej aresztowało NKWD. Skazali na pobyt w łagrze. Pracował w kopalni. Tam zginął podczas pracy. Od jakiegoś Rosjanina matka dowiedziała się, że został przygnieciony wielkim balem do budowy szalunków. Współtowarzysze upuścili go, chłopak nie zdążył się usunąć. Został przygnieciony.

Pani Gronostajska zmarła w 1942 roku. - Na krótko przed śmiercią poszła na jagody - opowiada pan Kazimierz. - Opowiadała, że zabłądziła. Wtedy ukazał się krzyż. Szła za nim i tak wróciła do wsi. Pewnie miała przywidzenie. Dobrze pamiętam, że niedługo po tym zdarzeniu zmarła.

Rodzina Kotowskich wróciła do kraju w 1946 roku. Repatriacja miała się zgodnie z umową z Sowietami odbyć rok wcześniej. - Właśnie za to opóźnienie i dłuższy pobyt my Sybiracy domagamy się odszkodowania - argumentuje. - Do tej pory nikt ze spadkobierców Sowietów nie przeprosił i nie uznał, że wywózki był błędem i zbrodnią. Wygląda na to, że ich zdaniem wszystko było w porządku. Nie ma za co przepraszać i zadośćuczynić za wyrządzone zło.

Sybiracy jednak za najważniejsze uważają zachowanie w pamięci, przez następne pokolenia, prawdy o sowieckich represjach. - Jest nas coraz mniej. W Elblągu i powiecie w 1989 roku było nas 1260, a teraz tylko pięciuset - wylicza szef elbląskich Sybiraków. - Mam nadzieję, że w Elblągu powstanie oddział Towarzystwa Miłośników Zesłańców Sybiru. Będzie to gwarancja, że pamięć o nas nie zaginie. Dumą elbląskich Sybiraków jest Gimnazjum ich imienia. Zapraszają przedstawicieli uczniów tej szkoły na bezpłatne wspólne wycieczki. Odwiedzają miejsca ważne nie tylko dla Sybiraków, ale wszystkich Polaków. Tradycją jest wyjazd na Marsz Żywej Pamięci w Białymstoku, połączony ze zwiedzaniem okolic. W tę sobotę 17 września elbląscy Sybiracy, po uroczystościach lokalnych pod Krzyżem Katyńskim, wspólnie z uczniami pojadą na ogólnopolskie do Szymbarka.

/Materiał pochodzi ze strony:Wspomnienia Kazimierza Kotowskiego - tekst na portalu Wiadomosci24.pl



♦MIŁY GOŚCIU♦

Dziękuję za czas, który poświęciłeś, aby tu być .
Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze na ten Blog.



♦Wszelkie prawa zastrzeżone ♦

Przedruk, kopiowanie, publikowanie i użytek w celach komercyjnych wymaga zgody autorki bloga.
.